Post Top Ad

19:37

Trzydziestka? Nie tak to sobie wyobrażałam!

Napisała , w

Stało się. Zegar wybił zmianę kodu na trzy z przodu. Niektórzy się śmieją, że to przeżywam, ale nie zaprzeczysz chyba, że to jest jakiś przełom, szczególnie dla kobiety. 


Pamiętam, jak jeszcze kilkanaście, a nawet kilka lat temu, trzydziestka wydawała mi się bardzo dojrzałym wiekiem. Wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądało moje życie, kiedy ja "dobiję" do trzydziestki. I wiesz co? Zwierzę ci się z czegoś: zupełnie nie tak to miało wyglądać...


Trzydziestolatka - moje wyobrażenia vs. rzeczywistość


1. Trzydziestolatka powinna nosić rozmiar M, mieć fajny biust, kawałek tyłka i dobrze się czuć w szpilkach. No przynajmniej powinna umieć w nich chodzić.

Tymczasem ja rozmiar XS. Tylko trampki i baleriny. I nadal pasuje do mnie paskudna rymowanka z lat nastoletnich o tym, że Pan Bóg stworzył mnie dla hecy.

2. Trzydziestolatka powinna zachowywać się poważnie...

Co to w ogóle znaczy PO-WAŻ-NIE? Nie mam pojęcia, ale tak kiedyś myślałam... :)

3. Trzydziestolatka powinna mieć skończone studia.

A ja nadal bez mgr, podczas gdy zacne grono moich znajomych z lat nastoletnich, takich co to "jechali" na moich zadaniach całe liceum, szczyci się dziś tytułem. Gratuluję, ale tylko tym, którzy są magistrami tak NAPRAWDĘ. Ja może kiedyś będę - nie dlatego, ze kazali rodzice ani dlatego, że tak wypada, a dla siebie.

4. Trzydziestolatka powinna robić karierę zawodową, a przynajmniej pracować.

A ja WCIĄŻ SIEDZĘ W DOMU. I NIC NIE ROBIĘ. Bo przecież TYLKO wychowuję dzieci. No i prowadzę dom. Jestem trochę lekarką, trochę psychologiem, trochę kucharką, trochę sprzątaczką, trochę  taksówkarką, trochę prawniczką, trochę urzędniczką, trochę księgową... Zapomniałabym - jeszcze bloguję i scrapuję. Ale ponoć NIE PRACUJĘ.

5. Trzydziestolatka powinna mieć własny kąt.


No byłoby miło. Ja jednak należę do tej grupy trzydziestolatek [a ze zdziwieniem odkrywałam z czasem, że ta grupa jest bardzo liczna...], które własnego kąta nie mają. Mało tego - mieszkam - jeszcze - u teściowej. Nie wzięłam kredytu pod hipotekę. Nie wybudowałam domu, choć o tym marzyłam. A własny kąt dostałam dosłownie kilka tygodni temu od rodziców. Na poddaszu. I się kurde cieszę!

6. Trzydziestolatka powinna mieć dzieci.

I tu siebie nie zawiodłam :) ! Przed trzydziestką stałam się mamą szalonej dwójeczki. Co prawda w moich wyobrażeniach szybciutko znajdowała się do nich opiekunka i mogłam robić karierę, no ale nie będę się czepiać szczegółów...

7. Trzydziestolatka powinna lubić siebie.

Tak słyszałam, że trzydziecha to taki wiek u kobiety, kiedy już zna siebie i akceptuje, i lubi nawet w każdym calu. Już te gówniarskie kompleksy typu za duży nos czy małe cycki. Pokaż mi taką trzydziechę, bo ja nią na pewno nie jestem...

8. Trzydziestolatka powinna być seksowna i kobieca.


"Świadoma swojej kobiecości" - takie określenie dotyczące kobiet trzydziestoletnich gdzieś wyczytałam. A mi mówią, że prawdziwa kobieta ma krągłości, więc ja prawdziwą kobietą nie jestem... Seksowna? Hm... Mąż mówi, że jestem, ale to się nie liczy ;).

9. Trzydziestolatka powinna mieć fajnego faceta.


No i mam. Drugi punkt, który mogę odhaczyć na plus dla siebie. 11 lat po ślubie stuknie w lipcu, także byłam o te 11 lat szybsza od wielu moich trzydziestoletnich koleżanek. Normalnie urosłam w swoich oczach!

10. Trzydziestolatka powinna mieć wybujałe życie towarzyskie.

Jasne... Niczym gwiazda rocka - nigdy nie wiem z kim i w jakim łóżku się obudzę. A to w łóżku Julki, a to Szymona, a to z mężem, a to z dziećmi, a to z kotem... A raz nawet miałam mysz w poszwie a kołdrę. Także nie narzekam na nudę!

Podsumowując.... w sumie to trzydziestką jestem wyłącznie z metryki. Także wkładam ulubione, podarte dżinsy, trampki, siwiznę akurat przykryłam dziś farbą i śpiewam sobie urodzinowo na przekór zegarowi... 


Zaśpiewajcie razem ze mną :) :https://www.youtube.com/watch?v=KWy0gtb4rP8







08:44

Ulubiony bohater Szymona powraca - "Turlututu. Magiczne przygody" Herve Tullet.

Napisała , w

Fikuśny i wcale nieładny ludzik z okiem zamiast głowy podbił serce mojego synka od pierwszego wejrzenia! Zupełnie się tego nie spodziewałam! Takie to niby nic nadzwyczajnego - kilka kresek - ot i tyle. Wystarczy jednak już pierwsza strona jakiejkolwiek z przygód Turlututu, żeby go pokochać... 



"Cześć! Nazywam się Turlututu! A ty jak masz na imię? Jestem bohaterem tej książki i przyleciałem do ciebie z bardzo, bardzo daleka. Chcesz zobaczyć moją planetę?"

... i oko, które uśmiecha się bardziej niż niejedna buzia, a do tego długi paluch wycelowany w bajecznie kolorową przestrzeń kosmiczną. 

Które dziecko odmówi takiemu zaproszeniu :)? 



Na kolejnych stronach książki Turlututu a to potrzebuje pomocy małego czytelnika, a to ma dla niego różne magiczne zadania, a to zabawne  niespodzianki.

Trzeba klaskać, śpiewać, wypowiadać zaklęcia, śpiewać i robić inne zaskakujące rzeczy, o które prosi Turlututu. Oprócz tego, że jest to świetna zabawa, to także doskonałe ćwiczenia wymowy, rytmiki i motoryki. 

Jeśli spodziewasz się, że te proste, malowane jakby dziecięcą ręką rysunki i krótkie opowiastki nic nie wniosą do rozwoju twojego dziecka, to bardzo się mylisz!

Aż dziw bierze, jak wiele można zawrzeć w tak prostej formie literackiej, jaką proponuje dzieciom Tullet! A co najistotniejsze niesamowicie przemawia ona do najmłodszych!





"Turlututu. Magiczne przygody" to kolejny dowód na to, że ten rodzaj literatury dla najmłodszych, który proponuje Herve Tullet ma wielką moc!

Dzieci uwielbiają być angażowane w tworzenie historii, a nie tylko być biernymi czytelnikami albo słuchaczami! Książki Tulleta sprawiają, że mali czytelnicy nie tylko są zainteresowani opowieścią, uczą się z niej, bawią się, ale też a może przede wszystkim CZUJĄ SIĘ WAŻNE! 

***

Nie znasz jeszcze Turlututu? Przeczytaj recenzje innych części:




11:08

"Wielka księga robali" - z tą książką nie tylko dziecko pokocha robale!

Napisała , w

Jedną z moich ulubionych zabaw w okresie wiosenno - letnim było obserwowanie malutkich żyjątek. Nie było wtedy Internetu, a ja nie miałam dostępu do takich książek jak ta, o której chcę wam napisać dzisiaj, więc sama nadawałam robaczkom nazwy i próbowałam odgadnąć ich zwyczaje. Teraz z pomocą małym ciekawskim przychodzi Wydawnictwo Wilga z książką "Wielka księga robali".  




"Wielka księga robali" autorstwa Yuvala Zommera to prawdziwa gratka dla małych ciekawskich! Dzięki tej barwnej, pełnej szczegółów książce świat malutkich żyjątek, których pełno jest wokół nas przestaje być tajemniczy!

Książka jest pięknie wydana: w dużym formacie, w twardej oprawie i opatrzona bajecznie kolorowymi ilustracjami. Niesie ze sobą nie tylko mnóstwo wiedzy, ale i dobrej zabawy, bo oprócz ciekawych wiadomości, autor zawarł w niej też różnorodne zadania dla małych pasjonatów robali. Duży plus za to, że oprócz wiedzy i wartości estetycznych, książka rozwija też spostrzegawczość i logiczne myślenie.

Książka została podzielona na sekcje, a każda z nich zajmuje dwie strony. I tak są to np. "Drzewo rodowe robali", "Chrząszcze", "Motyle" czy "Pszczoły". W każdej sekcji są krótkie, ujęte w dość zabawny, przystępny dla najmłodszych sposób informacje dotyczące życia danego gatunku, ale i interesujące ciekawostki.

 Autor - Yuval Zommer - doradza również, jak szukać i obserwować robale? Julia i Szymon już złapali bakcyla - książka towarzyszyła nam podczas wyprawy do lasu i jak możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach, udało nam się znaleźć "robala"... :).

"Wielka księga robali" to nie jest zbiór suchych informacji na temat małych żyjątek. To napisana z humorem, ale i mądrością książka, który nie tylko przekazuje wiedzę, ale przede wszystkim uczy szacunku do żyjących obok nas robali i robaczków!


Uwielbiamy - Polecamy :).







Więcej o książce przeczytacie na stronie Grupy Wydawniczej Foxal, a kupić możecie ją m.in. na stronie Empik, Tania Książka czy Merlin.

07:35

Żeby tylko nikt się nie dowiedział, jak naprawdę wychowuję swoje dziecko...

Napisała , w

Czytam sobie Internety i uśmiecham się sama do siebie. Teraz już tak, choć jeszcze niedawno co chwila ściskało mnie w żołądku i często po takiej internetowej lekturze miałam cały dzień z głowy. Taką koszmarną matką się wydawałam samej sobie na tle tych wszystkich doskonałych, święcie oburzonych i przekonujących innych o swojej doskonałości. Serio? Wszystkie jesteście takie idealne?! Ja wiem, że po prostu doskonale się maskujecie...





Łatwo się zdołować czytając te wszystkie dyskusje forumowo - fejsbukowe, te teksty na blogach rodem z występu psychologa w "Pytaniu na śniadanie", te wszystkie "nigdy", "zawsze" i "na pewno". W prawdziwym życiu nie jest wcale lepiej. Jak spotykasz znajome mamy w parku, to masz wrażenie, że tylko ty i twoje dziecko jesteście jacyś nie teges. Bo twój trzyletni Maciuś jeszcze nie czyta i nie układa puzzli z tysiąca elementów, a tamte trzylatki tak. W pewnym momencie czujesz, jakbyś to ty była najgorszą matką świata... Ja znam ten ból.

Zaczyna się już w ciąży. Wszystkie odżywiają się książkowo, książkowo tyją i w tym samym momencie czują kopniaki. Ciążę uwielbiają. Ewentualnie wspólnie użalają się nad tymi samymi rzeczami.

Potem jest tylko gorzej.

Wszystkie mamy noszą w chustach, wychowują według zasad RB i karmią piersią do dwóch lat a potem to tylko BLW. A ty się zastanawiasz czy kupić słoiczek z królikiem czy z kurczakiem. A ten skrót to ci się kojarzy z instytucją ubezpieczeniową.

Wszystkie bawią się z dziećmi i to kreatywnie, a ty oglądasz Z jak złość w czasie, gdy twoje dziecię leży na kocu podgryzając od czasu do czasu twój telefon. Wyrodna matko!

Czytasz, słuchasz i płaczesz myśląc jaka to jesteś do dupy jako matka. 

A one wszystkie takie zajebiste!

"Karmienie piersią to najpiękniejsze zjawisko jakiego doświadczyłam!" 

A ty wyłaś z bólu za każdym razem jak przystawiałaś dziecko do piersi i dałaś za wygraną po miesiącu.

"Moje dziecko pije tylko wodę a zamiast lizaka dostaje marchewkę"

A twoje marchwią pluje na kilometr.

"Sześciolatek i komputer? Nigdy w życiu! Mój to tylko książki by czytał!"

A twój ma książki w głębokim poważaniu. Woli Transformersy i umie włączyć YouTube.

"Zajmować dziecko tabletem? Never! Ja to cały dzień mam energię i kreatywne pomysły na zabawę z nim! "

A ty nie się boisz, że oparzysz dzieciaka, jak ci wisi u nogi, kiedy odlewasz kartofle. I dajesz czasem ten tablet.

"Nigdy nie unoszę głosu na moje dziecko. Jacusiowi wystarczy, że pogrożę paluszkiem".

A ty sobie już prawie zwichnęłaś ten paluch od ciągłego grożenia, a mały się tylko śmieje.

"Moja Zosia to cały dzień czyściutka jak dama chodzi. Mamusi niunia!"

A twoja Magdusia białe rajstopki podrze już w progu przed wyjściem, a po zabawie na podwórku wygląda jak po zapasach w błocie.


Czytam, czytam i czasem nawet dyskutuję o tym z moją mamą. A ona zawsze wtedy mówi: 

"Na cholerę ci te Internety? Kiedyś każda matka wychowywała dziecko tak, jak uważała za słuszne, a teraz tylko się nakręcacie i dołujecie nawzajem. Bo wszystkie chcecie być takie nieskazitelne." 

Dokładnie. Idealne jak Grażynka z "Klanu" albo Asia z "M jak miłość". Uśmiech, spokój, czasu i chęci do wszystkiego na pęczki i żadnych, kuźwa, fałszywych ruchów!

Weź zdejmij maskę Matko Internetowa, Forumowa i Fejsbukowa i ty też Matko Z Placu Zabaw i dawno nie widziana koleżanko, co niedawno urodziła! 

Pogadajmy jak normalne matki, jak ludzie. Przestań się bać, że ktoś się dowie, jak naprawdę wychowujesz swoje dziecko!

Chcesz?  Ja się pierwsza przyznam, że moje dziecko wie, jak się włącza YouTube i pogrywa sobie w Mario Bros, że wie, jak smakuje lizak i nie cierpi wody, że wysyłam moje dzieci na podwórko, żeby bawiły się same, a ja w tym czasie piszę ten tekst na blogu. Taka jestem.

Mam prawo do zmęczenia i czasu dla siebie. Nie jestem robotem, służącą ani psychologiem. Sama go czasem potrzebuję.

Kocham moje dzieci ponad wszystko i staram się wychowywać je tak, by były szczęśliwe - teraz i w przyszłości. Nie trzymam ich w złotej klatce, gdzie chcę je uchronić przed technologią, co to ją pewnie szatan wymyślił, przed Spinnerami, Hello Kitty, cukrem, mlekiem modyfikowanym i samodzielnością.

Możesz przestać mnie lubić i udawać dalej. Ale ja ci już nie wierzę, tak jak kiedyś ci wierzyłam. Wiem, że gdy wyłączysz komputer [przy którym nota bene siedzisz, zamiast uczyć dwulatka czytać] to twoja maska spada. Jak wrócisz z placu zabaw, z imprezy rodzinnej, z wywiadówki. Obserwuję to na co dzień.

A ja tak nie chcę. Nie potrzebuję masek. I już się wyleczyłam z ciągłego porównywania się do ciebie. Jestem mamą - jestem sobą. Popełniam błędy, ale nikt nie rodzi się matką i macierzyństwo polega na ciągłym uczeniu się. Nie wstydzę się tego. Bo to jest właśnie prawdziwe życie. Nie to z monitora laptopa, ekranu telewizora czy krótkiej rozmowy na poczekalni u lekarza.

Jeśli i ty jesteś tak nieidealna jak ja to wiedz, że nie jesteś sama. Wszystkie takie jesteśmy, tylko nie każda ma odwagę się do tego przyznać...
11:31

5 sprawdzonych sposobów na porządki domowe bez chemii.

Napisała , w

Płyn do szyb, płyn do mycia naczyń, tabletki do zmywarki, proszki, kapsułki, mleczka.... Chemia, chemia, chemia! Często jest skuteczna, ale czasem wcale nie tak jak byśmy się tego spodziewali. O wiele bardziej niezawodne okazują się babcine, domowe metody! Poznajcie  pięć sprawdzonych przeze mnie sposobów na porządki domowe! [W tym jeden wyjątkowy, który dosłownie uratował moje kanapy!]





1. Soda + ocet na brzydki zapach na łóżku, dywanie, tapicerce.

Jak pozbyć się zapachu moczu z kanapy??? To pytanie przez dłuższy czas spędzało mi sen z powiek. Niestety okres oduczania dziecka od pieluszki ma to do siebie, że pozostawia ślady nie tylko w postaci kałuż, które łatwo da się usunąć z kafelków czy paneli, ale też mokrych plam na dywanach, kanapach i łóżkach.Te drugie niestety nawet wyszorowane pozostawiają nieprzyjemny zapach... 


Szukałam, szukałam sposobu na ten problem aż znalazłam: tak prosty, a tak skuteczny! Otóż bierzemy sodę oczyszczoną, ocet i wodę. Mieszamy wszystko w takich proporcjach, by powstała dość gęsta papka. Nakładamy ją na śmierdzące miejsce :P i zostawiamy na jakiś czas. Wchłonie ona brzydki zapach - sprawdziłam to! Potem wycieramy pozostałości mokrą szmatką i to wszystko! Powiem wam szczerze, że z Szymka kanapą było naprawdę kiepsko, a po kilku takich zabiegach brzydki zapach zniknął! Polecam!

Soda w ogóle ma mnóstwo zastosowań - przede wszystkim odplamiających i usuwających brzydkie zapachy. Taka pasta z sody i wody czy sody, octu i wody doskonale usuwa plamy z krwi, atramentu, potu a nawet smoły, a także nieprzyjemne zapachy z wszelkich powierzchni jak również z dłoni czy stóp. Słyszałam nawet o stosowaniu sody na ciemieniuchę u niemowląt, ale nie zaryzykowałabym chyba...


2. Cytryna do wyczyszczenia mikrofalówki i piekarnika.

Moja czytelniczka Sabina pisze, ze sokiem z cytryny czyści zlew - tego nie wiedziałam! 

Sabina Bartman Jedyne co znam to jak już wycisne sok z połówki cytryny to później zlew nią czyszcze 😉


Ja z kolei cytryny używam do czyszczenia mikrofalówki i piekarnika. Wystarczy przekroić cytrynę na pół i umieścić w miseczce przekrojoną stroną do góry, a następnie włożyć do mikrofalówki/piekarnika i nastawić na kilka minut. Sok z cytryny sprawi, że cały tłuszcz i brud spłynie ze ścianek na dół i będzie można go bez problemu wytrzeć.


3. Proszek do pieczenia na plamy na dywanie.

Proszek do pieczenia ma podobne zastosowanie co soda, aczkolwiek ja nauczyłam się od mamy przede wszystkim usuwać nim plamy z dywanu. Posypuję proszkiem, wcieram i zostawiam na jakiś czas albo mieszam proszek z wodą i nacieram tym plamę. Działa lepiej ni przereklamowany mocno Vanish. 

4.Woda z octem do mycia szyb.

Ocet to kolejny mega uniwersalny środek do sprzątania! O jego szerokim zastosowaniu pisały na moim fanpage'u Joasia i Kinga:

Joanna Apis Do mycia łazienki używam octu - kafelki przecieram octem rozcieńczonym wodą, a szkło kabiny i armaturę przecieram nierozcieńczonym, a potem spłukuję wodą. Gorący ocet (np. po odkamienieniu czajnika) wlewam do muszli. Czajnik odkameniam octem lub kwaskiem cytrynowym. Sztucce czyszczę sodą lub solą - podobnie likwiduję osad z garnuszków  

Kinga Płóciennik Ocet do każdego prania same plusy likwiduje niemiłe zapachy, zmiękcza wodę co prowadzi do usunięcia kamienia, zatrzymuje kolor ubrań czyli rzeczy nie farbują a przynajmniej nie oddają koloru, za to jak w zmywarce dodasz zamiast nabłyszczacza to będziesz mieć kryształy po myciu 😁😁😁😁😁

Ja używam go przede wszystkim o mycia szyb. Naturalny a skuteczniejszy niż chemiczne płyny. Wlewam wodę z octem do butelki z rozpylaczem i myję okna, witrynę czy ie szklane powierzchnie.

5. Tłuszcz na naklejki na meblach.

Sposób odkryty niedawno przeze mnie - chyba nawet dzięki którejś z czytelniczek, bo pamiętam, że pisałam o naklejkowym problemie na Fp bloga :).

Nalewam olej na ściereczkę i przecieram naklejki na meblach tak długo aż zejdą. Meble nie rysują się tak jak przy użyciu szorstkiej gąbki czy zdzieraniu paznokciem. No i problem dziecięcej naklejkomanii mamy z głowy :).


Podziel się swoimi sprawdzonymi sposobami na porządki bez chemii!


Ciekawa jestem, czy stosujecie babcine, domowe sposoby na plamy, pozbycie się zacieków na płytkach czy na wyczyszczenie tapicerki? Podzielcie się swoimi patentami!


15:43

Ty też jesteś w tym mistrzynią Mamo!

Napisała , w

Bycie mamą można określić wieloma słowami:
szczęście, miłość, spełnienie marzeń, przygoda, odpowiedzialność, wyzwanie, poświęcenie.

Co byś jeszcze dodała Droga Mamo? Czym macierzyństwo jest dla ciebie?

Ja ostatnio doszłam do wniosku, że macierzyństwo jest także CZEKANIEM. Każda z nas jest w nim mistrzynią!






Czekasz na dwie kreski...

Pamiętasz to oczekiwanie na dwie kreski? Te trzęsące się ręce robiące dziesiąty test i modlitwę w myślach, żeby tym razem się udało? Miesiąc, w których z uporem maniaka przychodził niechciany okres i sekundy oczekiwania na wynik kolejnego testu. Jak wieczność. Jeżeli twój skarb kazał na siebie długo czekać, niejednokrotnie wydawało ci się, że to oczekiwanie jest ponad twoje siły... Ale miałaś tych sił więcej niż się spodziewałaś. Dałaś radę.


Czekasz na USG, brzuszek, kopniaczki...


Potem czekałaś na pierwsze USG. Odpowiedź, czy z fasolką wszystko w porządku. Potem na to aż brzuszek urośnie, aż dzidzia zacznie kopać, aż poznasz płeć. Ciążę nazywa się przecież czasem oczekiwania. Oczekiwania radosnego, ale przecież niepozbawionego lęków, zniecierpliwienia, wątpliwości... A jeśli twoja ciąża była zagrożona to czekanie było przecież jeszcze trudniejsze...

Czekasz na skurcze i na koniec tego bólu...

Czekanie na skurcze. Dziewiąty miesiąc właściwie cały jest już totalnym czekaniem. Tak chcesz przytulić swoje maleństwo, a ono nie zawsze jest punktualne ;). A kiedy przychodzi wreszcie ten moment, czekasz aż przestanie boleć i to się wreszcie skończy... Znów wydaje ci się, ze to czekanie nigdy nie minie i że nie dasz rady. Oczywiście, że dajesz. A kiedy kładą ci twój Skarb na piersiach, zapominasz o bólu, łzach, cierpieniu, o tym całym czekaniu...


Czekasz na pierwszy krok i na odrobinę wolności...


Twój skarb rośnie, a ty czekasz dalej. Czekasz na pierwszy uśmiech, pierwszy ząbek, pierwszy krok. Czekasz aż zacznie przesypiać noce, spać w swoi łóżku, samo się bawić. Raz chcesz czas zatrzymać, a raz przyspieszyć bieg wydarzeń. 

Ten czas dzieciństwa twojego dziecka jest tak samo pełen radosnego oczekiwania jak i czekania na to aż miną problemy, trudne chwile, frustracje, często choroby, bunty, całkowita zależność od mamy... Towarzyszą nam miliony emocji.


Czekasz i czekasz...


Gdy już dorośnie będziesz czekać dalej. Na powrót z dyskoteki, na przyjazd ze studiów, na to aż przyjedzie wreszcie w odwiedziny. Na to aż przyprowadzi dziewczynę [chłopaka], wspólną Wigilię, na narodziny wnuka...
Myślisz, że oszalałam wybiegając tak daleko w przyszłość? A ja nie mam pojęcia, kiedy z kruszynki moja córka urosła do metra czterdzieści! Przecież urodziła się jakby wczoraj, a za chwilę wejdzie w wiek nastoletni...
I z jednej strony czekam aż będzie starsza, bo to oznacza te wszystkie wyjątkowe rozmowy, zwierzenia, wspólne wypady do kina i na zakupy i - nie ukrywajmy - więcej czasu dla mnie samej, ale z drugiej strony boję się tego upływu czasu. 

Boję się, że będzie mi zbyt trudno wypuścić moje dzieci spod skrzydeł.
Boję się tego, jak potoczy się ich życie - czy będą szczęśliwe?
Boję się, że przestanę im być potrzebna.
Boję się tej ciszy w domu, samotności, pustki, kiedy wyfruną z domu.
Boję się, że nie znajdę sobie miejsca.
Boję się tego czekania...

I czekać nie przestaniesz...


Każda z nas się obawia tego czasu, prawda? Chociaż nie wiem jak wyluzowanymi matkami byśmy były, to moment, w którym nasze dzieci dorosną budzi lęk. Dziś wydaje mi się, że sobie z tym nie poradzę, a przecież poradzę sobie na pewno. Jak moja mama. I jak wszystkie inne mamy na świecie. I będę czekać na odwiedziny, na telefony, na wspólny czas...


Jesteś mistrzynią!


Bo my jesteśmy mistrzyniami w czekaniu. Ty też nią jesteś Droga Mamo.! Najważniejsze, by nieustannie na coś czekając, nie przegapić ani jednej chwili z tej niezwykłej przygody, jaką jest macierzyństwo, bo czasowi nie da się powiedzieć "zaczekaj"...


22:55

Karty Grabowskiego - pograjmy w ... matematykę!

Napisała , w


Karty Grabowskiego to jedyne takie na świecie gry edukacyjne, które pozwalają dzieciom w prosty i zabawny sposób uczyć się matematyki.Opracowane przez utytułowanego sportowca i nauczyciela matematyki Andrzeja Grabowskiego i  pierwszy raz wydane ponad 20 lat temu, zdobyły uznanie na całym świecie: wśród rodziców, nauczycieli i dzieci. Czy gra w karty może być dobrym sposobem na naukę matematyki? Mieliśmy okazję się o tym przekonać testując Karty Grabowskiego Tabliczka Mnożenia.



Czym są Karty Grabowskiego?


Karty Grabowskiego zostały wydane po raz pierwszy w 1996 roku, a jednak ja niedawno usłyszałam o nich po raz pierwszy. Biorąc pod uwagę fakt, że matematyka sprawia mojej dziewięciolatce nieco problemów, mogę tylko żałować, że tak późno! Na szczęście lepiej późno niż wcale!

Okazuje się, że gra w karty to nie tylko "Wojna", "Tysiąc" i "Makao", ale też gra w ... matematykę! Zdziwieni? Jak? Dzięki dwóm taliom kart oraz 77 grom, które w łatwy sposób, poprzez zabawę oswajają dziecko z tajnikami tabliczki mnożenia [w innej wersji z dodawaniem i odejmowaniem]. 

Na zestaw Kart Grabowskiego do nauki tabliczki mnożenia składa się 110 kart - 55 czarnych z działaniami i 55 czerwonych z wynikami, książka z instrukcją i przykładami gier oraz trzy dodatkowe, pomocne tabliczki.




Klucz do skuteczności kart


Jak podkreślają twórcy kart, kluczem do ich skuteczności jest ich przemyślany i jedyny w swoim rodzaju projekt graficzny. Był on latami udoskonalany przez Andrzeja Grabowskiego. Na kartach zawarto graficzną prezentację iloczynu dwóch liczb oraz  przemienności mnożenia. Istotną rolę pełnią umieszczone na kartach kafelki:


"Na każdej karcie znajdują się kafelki, ułożone w szyku rzędowo-kolumnowym. 

Jeżeli dziecko nie potrafi jeszcze podać wyniku mnożenia, może po prostu policzyć kafelki i uczestniczyć w zabawie lub w grze. Tak jednak będzie tylko na początku. Potem dzieci będą starały się jak najlepiej opanować tabliczkę mnożenia. Sprawi to motywacja: chcę wygrać i dlatego muszę zapamiętać." [cytat ze strony kartygrabowskiego.pl].








Jak grać w matematykę?


Andrzej Grabowski - twórca kart - opracował przez lata aż 80 gier i zabaw z użyciem kart swojego projektu. Są wśród nich gry do domu i do szkoły, pasjanse i zabawy, gry strategiczne, dynamiczne i planszowe. Gry zostały opracowane tak, by mogły w nie grać dzieci młodsze i starsze, te dobrze znające już tabliczkę mnożenia i te dopiero się uczące.

Opisy gier znajdują się w książkach: podstawowa [część I] dołączona jest do zestawu i opisano w niej 11 gier, natomiast dodatkową można dokupić i znaleźć w niej kolejne 66 gier. 

Przykładowe gry


Piotruś - matematyk

Matematyczna wersja popularnej gry karcianej Czarny Piotruś.

Poziom trudności: łatwa [1 gwiazdka]

Przeznaczona dla uczniów klas II i starszych, dla 2-5 osób.


Rozgrywka odbywa się na zasadzie dobierania kart w pary: działanie i wynik. Karta z cyfrą 1 pełni rolę Piotrusia, natomiast pozostałe stanowi 12 par kart czarna - czerwona. Tasujemy, rozdajemy i dobieramy karty tak, by tworzyć pary i jak najszybciej pozbyć się kart. Przegrywa oczywiście osoba, która zostanie z Piotrusiem.

Piotrusia lubi chyba każde dziecko, a tutaj w tak prosty sposób łączy się go z nauką tabliczki mnożenia. Dla mnie bomba, a Julii jak widać podoba się równie bardzo!




czarna - czerwona

Gra dla uczniów klasy II i starszych. 

Dla 2-5 osób.

Gra polega na zdobyciu jak największej ilości kart z banku. Bank stanowi talia kart ułożona w zakryty stosik, natomiast karty zdobywa się zgadując kolory kart. Każdy odgadnięty kolor to karta wędrująca do magazynu gracza. Dodatkowe punkty otrzymuje się za skompletowanie par: działanie - wynik. Każda para kart to 3 punkty a odgadnięty kolor 1 punkt. Gra kończy się, gdy w banku zabraknie kart do odkrycia, a wygrywa osoba z największą ilością punktów otrzymując tytuł Bizneswoman lub Biznesmena :).



Jak widzicie na powyższych zdjęciach w książce dołączonej do talii gry są bardzo szczegółowo i jasno opisane. [Duży plus także za solidne, plastikowe pudełko na karty.]



Co daje dzieciom granie w Karty Grabowskiego?


Nie napiszę, że Julka nauczyła się tabliczki mnożenia w trzy dni, bo byłoby to kłamstwo. Mamy karty od kilku tygodni i takie wnioski byłyby na wyrost. Jednak 30 000 sprzedanych zestawów nie tylko w Polsce ale i na świecie o czymś świadczy - świadczy o skuteczności metody Andrzeja Grabowskiego. Wystarczy przypomnieć prawdę starą jak świat i znaną chyba każdemu rodzicowi, że nic nie uczy dzieci lepiej niż [odpowiednia] zabawa. I to jest właśnie klucz do sukcesu Kart Grabowskiego!

Które dziecko nie lubi grać w Piotrusia? Tutaj jest wersja matematyczna tej prostej i zabawnej gry. To chyba taka najprostsza, idealna gra matematyczna z użyciem kart na początek przygody z nimi. A poza nią 76 innych wariantów nauki i zabawy w jednym. Rywalizacja, poczucie sukcesu, współpraca zespołowa, radość z wygranej i wytrwałość w razie przegranej - bo przecież następnym razem się uda! To wszystko dają Karty Grabowskiego.


Karty Grabowskiego i Julia

Julka jest bardzo zaintrygowana kartami. Z pozoru zwykłe karty do gry, a jednak coś o wiele więcej! Tabliczki mnożenia uczy się już jakiś czas, ale nie można powiedzieć, że ma ją w małym paluszku. Dlatego każda pomoc jest dla niej dobra, a taka, która pokazuje, że matematyka i mnożenie nie muszą być przykrym, szkolnym obowiązkiem szczególnie!

Na razie bawimy się przede wszystkim w najprostsze gry [stopień trudności określa gwiazdka - od 1 do 3].Trudniejsze będziemy włączać stopniowo, żeby Julia nam się nie zniechęciła. Najważniejsze jest dla mnie to, że ma frajdę z grania i z każdą grą utrwala swoje umiejętności matematyczne. Na pewno nie omieszkam poinformować na blogu i fanapge'u Wokół Dzieci  o dalszych postępach i efektach zabawy kartami. 

Dzisiaj daję im moje zaufanie i duży plus za innowacyjność, przyjazną dla dzieci formę i pozytywne efekty, jakie daje zabawa nimi.

Chcesz wiedzieć o Kartach Grabowskiego więcej? Wejdź na stronę: https://kartygrabowskiego.pl/




Wpis powstał we współpracy z wyłącznym dystrybutorem Kart Grabowskiego.

07:33

Co zrobić, kiedy ukąsi kleszcz?

Napisała , w


Kleszcz to malutki owad z rodziny pajęczaków, który mimo swoich maleńkich rozmiarów budzi lęk. Słusznie, bo jego ukąszenie może powodować bardzo poważne choroby takie jak borelioza i odkleszczowe zapalenie mózgu. Powszechnie uważa się, że kleszcze spotyka się głównie w lasach, ale tak naprawdę może on nas ukąsić prawie wszędzie: bytują w trawach, krzewach, parkach. Co zrobić, gdy ciebie lub maluszka ukąsi kleszcz? Przede wszystkim nie panikuj!


Jak rozpoznać kleszcza?


Przede wszystkim po każdym pobycie na dworze, szczególnie w lesie czy parku, dokładnie oglądnij siebie i dziecko. Czasami kleszcza zauważysz od razu, bo wpije się w widoczne miejsce, ale często bywa tak, że trzeba go po prostu znaleźć, bo kleszcze lubią ciepło i wilgoć i w związku z tym wpijają się w miejsca takie jak pachy, pachwiny, pod kolanami, we włosach. Często alarmującym sygnałem jest swędzenie w miejscu ukąszenia. 
Kleszcze są początkowo naprawdę malutkie: od 0,5 mm w stadium larwy do 1,5 mm w stadium późniejszym. Wraz ze ssaniem krwi oczywiście rosną,  nasycone odpadają same. Może to trwać jednak nawet do kilkunastu dni.

Co zrobić, gdy znajdziesz kleszcza u siebie lub dziecka?


Krótka instrukcja postępowania w przypadku ukąszenia przez kleszcza:

1. Nie panikuj!

2. Jak najszybciej usuń kleszcza ze skóry!

Jak?

Chwyć go pęsetą lub palcami jak najbliżej główki i pociągnij zdecydowanym ruchem. 
Ważne, by kleszcza usunąć w całości!

Jeśli obawiasz się usuwać kleszcza samemu, udaj się do przychodni, aby zrobiła to pielęgniarka.

3. Zdezynfekuj ranę!

4. Dokładnie obejrzyj miejsce ukąszenia i sprawdź, czy nic nie zostało w skórze. 

5. Obserwuj miejsce ukąszenia przez dłuższy czas.

Szacuje się, że największe ryzyko zarażenia boreliozą czy inną choroba odkleszczową jest wtedy, gdy kleszcz siedział w skórze dłużej niż 24 godziny. Wtedy zaleca się obserwowanie ranki nawet do miesiąca po ukąszeniu.

Czego robić NIE WOLNO?
  1.  Smarować kleszcza masłem czy innym tłuszczem.
  2. Urywać kleszcza po kawałku.
  3. Bagatelizować ukąszenie czy niepokojące objawy po wyjęciu kleszcza.


Jakie choroby przenoszą kleszcze?

Kleszcze mogą być nosicielami wielu chorób. Najczęściej jednak zarażają boreliozą i wywołują kleszczowe zapalenie mózgu. Inne choroby przenoszone przez kleszcze to: anaplazmoza granulocytarna, bartonelloza, babeszjoza, tularemia, neoerlichioza, gorączka Q.

Większość chorób przenoszonych i powodowanych przez kleszcze atakuje układ nerwowy. 

Szacuje się, że boreliozę w Polsce może przenosić ok. 30% kleszczy. Nigdy jednak nie możemy mieć pewności, czy akurat ten kleszcz, który nas ukąsił znajduje się w tych 70% czy w 30%...

Jakie objawy po ukąszeniu kleszcza powinny zaniepokoić?

  1. Rumień w miejscu ukąszenia, ale też rumień wędrujący - pojawiający się w innych miejscach niż ukąszone.
  2. Nagłe, napadowe bóle głowy.
  3. Bóle stawów i mięśni.
  4. Zaburzenia widzenia i równowagi.

Symptomy borelizoy czy innej choroby odkleszczowej mogą nie być oczywiste. Często pojawiają się początkowo sporadycznie, a dopiero potem nasilają się. Dlatego każdy niepokojący objaw, który zaobserwujesz po ukąszeniu przez kleszcza, warto skonsultować z lekarzem!

Boreliozę leczy się antybiotykami. Im szybsze rozpoczęcie leczenia, tym większa szansa na wyzdrowienie.

Czy można się uchronić przed kleszczami?

Istnieją preparaty odstraszające - podobnie jak na komary - jednak ich skuteczność nie jest stuprocentowa. Zdarzało mi się popsikać jakimś specyfikiem, a i tak przynieść kleszcza z lasu. 

Nie wyobrażam też sobie zupełnej izolacji od miejsc, w których kleszcze występują. Jest to nierealne szczególnie na wsi. Wyznam szczerze, że w dzieciństwie miałam niezliczoną ilość kleszczy, a o boreliozie mało kto słyszał...

Jedyne, co możemy zrobić, to obserwować się i dokładnie oglądać po powrocie ze spaceru, z  lasu, parku czy podczas pobytu na wsi. Polecam cowieczorne oglądanie siebie i dzieci przed kąpielą w poszukiwaniu nieproszonych gości. W razie znalezienia kleszcza  - bez paniki - usuń go jak najszybciej, a jeśli się boisz udaj się do przychodni, gdzie uzyskasz pomoc.


Źródła: iozn.pl, poradnikzdrowie.pl, domzdrowia.pl


10:21

Jak pomóc dziecku efektywnie uczyć się języków obcych?

Napisała , w


Żyjemy w takich czasach, w których umiejętność biegłego posługiwania się obcymi językami jest niezwykle ważna. Ułatwia nam ona życie na wiele sposobów: w podróży, w pracy, ale też i zwyczajnych kontaktach, bo na swojej drodze spotykamy coraz częściej obcokrajowców. Właśnie dlatego warto dbać o to, by języki obce nie były … obce naszym dzieciom! Nauka języka w szkole to jednak najczęściej za mało... Jak zatem wspomóc dziecko w nauce języków obcych?



Chciałabym, aby moje dzieci biegle posługiwały się językiem obcym, a najlepiej przynajmniej dwoma: angielskim i niemieckim. Mam świadomość tego, że w obliczu świata stającego się globalną wioską, jest to niezwykle ważne. Julia świetnie sobie radzi z językiem angielskim i często wplata angielskie zwroty do codziennego języka. Brzmi to zabawnie, ale jest dowodem na to, że dzieci mają łatwość przyswajania sobie języków obcych. Dlatego też warto pociechy w tym wspierać!

Jak zatem pomóc dziecku efektywnie uczyć się języków obcych? Wysłać na korepetycje? Zapisać na kółko zainteresowań? Puszczać bajki w języku obcym? A może coś jeszcze innego?

Zanim odpowiem na te pytania, podam wam taki przykład: kilka moich koleżanek w liceum miało ogromny problem z językiem angielskim. Jedynki, „zagrożenia”, a nawet zdawanie komisyjne w wakacje... Ani me, ani be po angielsku, że tak kolokwialnie powiem. Po szkole jedna z drugą wyjechały za granicę, a konkretnie do Wielkiej Brytanii. I pewnie się domyślacie, jaki jest finał tej krótkiej historyjki. Otóż tak – po kilku miesiącach mówiły płynnie po angielsku, a dziś po latach to już śmigają prawie jak rodowite Brytyjki. Pobyt w angielskim środowisku okazał się najlepszym nauczycielem! Podobne rezultaty dzieci i młodzież mogą osiągnąć uczestnicząc w obozie językowym za granicą.



Dziecko „rzucone” w obce środowisko i w pozytywnym znaczeniu tego słowa „zmuszone” do posługiwania się językiem obcym w różnych, codziennych sytuacjach o wiele łatwiej go sobie przyswoi, niż podczas zajęć w szkole, na kursie językowym czy też na korepetycjach w Polsce. Obóz językowy to połączenie nauki z wypoczynkiem: dziecko jedzie w nowe ciekawe miejsce, zwiedza, poznaje nowych ludzi, nawiązuje przyjaźnie, rozwija swoje zainteresowania, próbuje nowych rzeczy, a jednocześnie dzięki pobytowi w międzynarodowej grupie, za granicą, pomocy doświadczonych nauczycieli wykorzystujących efektywne metody nauczania, przyswaja sobie język. Do mnie to przemawia!
GLOSSA Szkoła JęzykówObcych z siedzibą w Krakowie to jedna z największych szkół tego typu w Polsce, które organizują obozy językowe za granicą w takich krajach jak Wielka Brytania, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Hiszpania, Francja, Malta a nawet USA i Kanada.

W ofercie szkoły GLOSSA znajdują się różne rodzaje obozów językowych dla dzieci i młodzieży, które pozwalają dopasować wyjazd do wieku i zainteresowań uczestników (np. classic, adventure, sport ).

Możecie poczytać o nich pod tym linkiem: RODZAJE OBOZÓW JĘZYKOWYCH ZA GRANICĄ Moim zdaniem każdy znajdzie tu coś dla siebie. Mnie najbardziej podoba się pomysł obozu tematycznego!




Obozy organizowane przez Szkołę Języków Obcych GLOSSA są dla różnych grup wiekowych i obejmują dzieci i młodzież w wieku od 8 do 17 lat.

Organizacja obozu obejmuje właściwie wszystko: od przelotu, przez zakwaterowanie, po zajęcia dodatkowe takie jak: wycieczki, warsztaty tematyczne, gry terenowe zajęcia sportowe, wieczory filmowe itp. Duży nacisk kładzie się na tak istotne dla każdego rodzica bezpieczeństwo dziecka podczas takiego wyjazdu. Organizatorzy zapewniają małym uczestnikom ubezpieczenie i opiekę w trakcie lotu, a stosunek liczby opiekunów jest wysoki w stosunku do liczby kursantów, co także ma istotny wpływ na bezpieczeństwo najmłodszych. Rodziny goszczące uczestników obozów są dokładnie sprawdzane po to, aby uczestnicy obozu mogli czuć się u nich komfortowo i w pełni bezpiecznie. Powiedziałabym taki „full service” :).



Czy taki wyjazd ma jakieś minusy? Przeszkodą może być tutaj jedynie cena, bo taki wyjazd nie jest tani i nie każdego na niego stać. Z drugiej strony 2 tygodniowy wyjazd do Hiszpanii, z 40 lekcjami o długości 45 minut, pełnym wyżywieniem, z szerokim zakresem zajęć dodatkowych to koszt 5615 zł. Dużo? Zależy z jakiej perspektywy na to patrzeć. Zwyczajny weekend nad morzem może być dziś kosztem rzędu tysiąca złotych, zatem sami oceńcie... A obóz językowy to przecież nie tylko nauka, to także niezapomniane wspomnienia!

Na pewno jeżeli dysponujemy środkami finansowymi, warto pomyśleć o skorzystaniu z wyjątkowych możliwości, jakie daje dziecku wyjazd na obóz językowy za granicą. Z pewnością będą to dobrze zainwestowane pieniądze!

Więcej informacji o obozach językowych za granicą dla dzieci i młodzieży znajdziecie na stronie: obozy-jezykowe.com.


Wpis powstał we współpracy z: GLOSSA Szkoła Języków Obcych.

[Grafiki pochodzą ze strony Szkoły GLOSSA]



08:24

Jestem mamą i jestem chuda. Przepraszam.

Napisała , w

Urodziłam dwoje dzieci i noszę rozmiar XS. Mam płaski brzuch i równie płaski biust. Ważę mniej niż przed ciążami. Wcale nie czuję się z tym dobrze, ale za to czuję, że powinnam za to przepraszać...


[grafika: pixabay.com]

Waga w ciąży z reguły rośnie. Ciało się zmienia. I po porodzie, a po kilku już na pewno nie wygląda tak samo jak przed. Czytają mnie mamy. Co tu dużo pisać. Oczywista sprawa.
Dużo mniej oczywisty jest jednak fakt, że są kobiety, które po urodzeniu dziecka [a nawet dzieci] są szczupłe. Chude nawet. Bo ja raczej takie słowo słyszę. Chuda. Za chuda. Dziwnie chuda. Szczególnie jak na matkę. I to nie będącą Anną Lewandowską!

Wiele mam ma problem ze zrzuceniem zbędnych kilogramów po ciąży. I to jest normalne. Ja wiem. Podziwiam kobiety, które robią coś w tym kierunku, by wrócić do formy: ćwiczą, odmawiają sobie pączków, biegają, no cokolwiek, Sama chyba miałabym problem z odmawianiem sobie jedzenia... Chociaż z drugiej strony, gdybym miała poważny problem z nadwagą, chyba nie pozostałabym wobec tego obojętna. Wygląd to jedno, ale drugie - istotniejsze - to przecież zdrowie. Dziewczyny z nadprogramowymi kilogramami po ciąży dopingują się często w dietach, ćwiczeniach albo sobie wspólnie narzekają. Fajnie, że wspierają się nawzajem!

Jednak ja jestem chuda. I raczej nikt mnie nie wspiera w próbach przytycia. Na ogół uważa się, że celowo robię z siebie wieszak na ciuchy. Że nie jestem "prawdziwą" kobietą, bo te prawdziwe mają krągłości. Że się głodzę. Że w ogóle jestem totalnie dziwna z tą swoją chudością. Szczególnie jak na matkę Polkę. To nie pasuje. Ludziom się to nie podoba.

Wątpisz w to? 

Wyobraź sobie, ze wchodzę do sklepu z ciuchami i szukam spodni w rozmiarze XS. Ekspedientka mierzy mnie wzrokiem i stwierdza:

- Anoreksja? Na takie chude to my nic nie mamy.

Sytuacja prawdziwa. Z mojego życia.

Albo wyobraź sobie taką sytuację: idę chodnikiem i uśmiecham się do ludzi. Mam dobry humor. Nagle mija mnie facet, który patrzy na mnie z obrzydzeniem i mówi:

- Taki chudy baby, to ja żem jeszcze w życiu nie widział!

Sytuacja sprzed kilku tygodni.

Albo pobranie krwi:

- A pani co taka chuda Je pani coś w ogóle?

Przemiła pielęgniarka, nieprawdaż?

Z kolei lekarz potrafił skomentować chudość tak:

- A pani to made in Oświęcim?

Sytuacja prawdziwa. Z życia bliskiej mi osoby.

Innym razem, mówię do lekarki:

- Boję się, że jeszcze schudnę...
- A można jeszcze bardziej? To chyba pani zniknie!

Przykłady można mnożyć. Zaraz po porodach słyszałam, że takim biustem to ja dzieci nie wykarmię.  ["Pani karmi naturalnie Czym???"] A jeszcze przed porodem, że  takimi gabarytami, to ja naturalnie w życiu nie urodzę [urodziłam dwa razy].  Na moje obojczyki mawiano "solniczki", komentowano wystający kręgosłup i chudy tyłek. Kiedy przyjeżdża rodzina z daleka na samym wejściu wita się słowami: "Ola, ale ty jesteś chuda!". 




Na dokładkę strasznie "fajne", "zabawne" i powielane przez wszystkich dookoła memy. No jakże ich nie uwielbiać? Jakże się razem ze wszystkimi nie śmiać, kiedy znajome z Fejsa udostępniają takie na swojej osi?

Na przykład takie:





[grafiki: bebzol.com]


[grafika: demotywatory.pl]


[grafika: temysli.pl]



Bo przecież tak cudownie poprawić sobie samopoczucie kosztem innych!

Ja wiem, że osoby otyłe też są obiektem kpin, wyśmiewania, obrażania. Nie ujmuję im tego. I jest to równie przykre, jak w przypadku osób chudych. Jednak   Poza tym popadamy ze skrajności w skrajność i z mody na wieszaki media przechodzą w modę na XXXXL. I tu już nie chodzi o to, że ani jedno ani drugie nie jest odpowiednie do promowania, ale raczej o to, że takie trendy napędzają tę idiotyczną spiralę niczym nieuzasadnionej nienawiści.

Mnie na przykład kultura nie pozwala powiedzieć do kogoś: "Ale ty jesteś gruba!", a w swoim kierunku słowa: "Ale ty jesteś chuda!" słyszę średnio kilka razy w tygodniu. I to nie jet komplement. Umiem rozpoznać ironię i sarkazm. Serio! 

Chodzę z tym swoim rozmiarem XS jak taki dziwoląg i tak też się czuję. Inne mamy nie ułatwiają mi życia. "Nie-mamy" zresztą też nie.

Jem tyle, ile mam ochotę. Ubieram się na dziale dziecięcym. Uwielbiam chodzić piechotą. Leczę się na tarczycę. Mam szczupłość w genach i cholernie szybka przemianę materii. Chciałabym nosić rozmiar M, ale nie mogę przytyć.  Nawet modna być nie mogę, bo nie jestem na żadnej diecie i nie ćwiczę razem z żadną gwiazdą. Mój Insta na tym bardzo cierpi. :)

 I serio, takich kobiet jak ja jest trochę! 

Ulało mi się. Raz mogło. Bo już 30 lat prawie biorę na moją chudą klatę te wszystkie komentarze i epitety na temat swojego wyglądu. I nadal to kurwa boli. Nadal mam mega problem z akceptacją siebie.

Za chude. Za grube. Z za małym biustem. Z za dużym A i rysy twarzy jakieś takie nieidealne. Wszystkie takie jesteśmy. Dumnie trąbimy, że liczy się wnętrze, a 90% z nas z dziką satysfakcją komentuje niedoskonałości innych. Szczególnie kobiety kobiet, matki matek. Dlaczego?! Czy to zwyczajny brak kultur?y Taktu? A może zawiść i próby dowartościowania siebie?

O ile fajniejszy byłby świat, gdyby rzeczywiście przestano zwracać uwagę na wygląd. Czy to matek czy nie-matek. Bo kurde każda  z nas ma swoje powody, dla których wygląda tak a nie inaczej. I każda z nas chce czuć się ze sobą dobrze. A trudno, naprawdę trudno jest się tak poczuć, przez całe życie słysząc, że wygląda się okropnie. 

Powiesz: "Ej, no na pewno słyszysz wiele komplementów, że jesteś taka szczupła!". Szczerze mogę je policzyć na palcach. Może mieszkam w chujowym środowisku  ludzie tu tacy wredni? Hm, jak czytam niewybredne komentarze na temat Ani Lewandowskiej [Jak śmiała wrócić do figury zaraz po porodzie?], na temat Agnieszki Chylińskiej [Zrobiła z siebie anorektyczkę!"], na temat niemal każdej osoby publicznej, bo każda jest "ZA" [chuda, gruba - wstaw co uważasz], to wydaje mi się, że jednak 3/4 naszego społeczeństwa należy do tych wrednych...

Myślę sobie, jak fajnie by było, gdybyśmy my - za chude i wy - za grube, słyszały na przykład: "Ale masz kształty biust", "Masz mega zgrabne nogi", "Piękne masz włosy". Bo każda z nas ma zalety - czy chuda, czy pulchna! A tak niewiele z nas mieści się w tym kanonie piękna z wymiarami 90x60x90. Wiem, wiele wymagam od społeczeństwa...

Lubujemy się we wpędzaniu innych w kompleksy. Dziś ja. Za parę lat moja córka. Nie chcę tego!

Jestem za chuda [UWAGA - możesz równie dobrze podstawić tu słowo: "gruba"]  I nie musisz mi tego mówić. I tak właściwie, powiem to wreszcie wprost - gówno powinno cię to obchodzić! Więc wsadź sobie swoje docinki raz na zawsze bardzo głęboko, a jak cię już tak bardzo świerzbi język, żeby skomentować moje wystające kości, to spójrz w lustro i zobacz, czy ty jesteś ideałem...

Żyj i daj żyć innym. Akceptuj siebie i innym też na to pozwól.


Amen.


17:37

Zafunduj dziecku prawdziwą szkołę - "Leśną szkołę dla każdego"! [albo ... WYGRAJ!]

Napisała , w

Najfajniejsze zabawy, które pamiętam ze swojego dzieciństwa odbywały się w lesie. Z rodzeństwem budowaliśmy domki, robiliśmy łuki z leszczyny i zawieszaliśmy huśtawki na drzewach. Dzisiaj niestety zabawy na świeżym powietrzu, w lesie, na łące często przegrywają z grami komputerowymi i telewizją. Autorzy książki "Leśna szkoła dla każdego" Peter Houghton i Jane Worroll przychodzą z pomocą rodzicom i nauczycielom, którym brakuje pomysłów, by przekonać dzieci do spędzania czasu na dworze. 


"Leśna szkoła dla każdego" to wyjątkowa książka, która sprawi, że las przestaje jawić się jedynie jako miejsce spacerów albo co gorsza nudna alternatywa [!] dla bajek w telewizji i gier komputerowych, a zaczyna być miejscem, w którym można wspaniale się bawić. Nawet współczesne dzieci można do tego przekonać - tego dowodzą autorzy tego przewodnika. Książka przeznaczona jest dla rodziców, opiekunów i nauczycieli, a pod ich okiem - dla dzieci.


Leśne szkoły to ruch funkcjonujący na całym świecie, którego założeniem jest ponowne  zbliżenie dzieci do natury. W jaki sposób? Przede wszystkim wprowadzając edukację przyrodniczą przez zabawę, lecz także traktując kontakt dzieci z przyrodą jako formę terapii. Autorzy  niniejszej książki podkreślają jak ważne dla rozwoju emocjonalnego każdego dziecka jest to, by być blisko natury.

Znajdziesz tu mnóstwo pomysłów na aktywność na łonie przyrody dla dzieci w każdym wieku. Książkę podzielono na cztery rozdziały: 
  • Odkrywanie przyrody,
  • Leśne dzieła sztuki
  • Radzę sobie w lesie
  • Zabawy w życie lasu


Każdą zabawę / aktywność opisano w bardzo przystępny sposób i opatrzono ilustracjami. Jest robienie biżuterii z owoców lasu, jest rozpalanie ogniska za pomocą krzemieni, jest budowanie szałasu i jest zabawna gra w pisklęta zbierające kolorowe dżdżownice. Do wyboru do koloru. Wystarczy trochę wyobraźni, aby zaproponowane zabawy rozbudować lub uprościć - zależnie od wieku dzieci, warunków i potrzeb. 





To tyle jeśli chodzi o opis tego, co znajdziesz w tej książce, a teraz kilka słów o moich odczuciach.
 Jak wspomniałam na początku tego wpisu, najpiękniejsze zabawy mojego dzieciństwa kojarzą mi się właśnie z lasem, tuż obok którego mieszkałam. Teraz nadal mieszkam blisko lasu, a jednak moje dzieci ciągnie tam o wiele mniej niż kiedyś mnie. Nie da się uniknąć technologii, coraz bardziej wymyślnych zabawek, coraz większej ilości bodźców, które "atakują" nasze dzieci zewsząd. To wszystko sprawia, że nawet maluchy wychowujące się na wsi, blisko natury, są tak naprawdę od niej oddalone. Warto to zmieniać!Choćby dzięki takim książkom jak ta.

Aktywności zaprezentowane przez autorów bardzo mi się podobają. Jest tu wiele zabaw, na które sama bym nie wpadła, a które na sto procent spodobają się dzieciom! Przyznam też szczerze, że i rodzic może się wiele z tej książki nauczyć [np. wiązać węzły] jak również bawić się tak samo dobrze jak dzieci.


Także "Leśna szkoła..." pod pachę i ruszamy jutro na wycieczkę do lasu! :)




Jeden egzemplarz "Leśnej szkoły dla każdego" trafi do kogoś z was -------> KONKURS NA FACEBOOKU :).





Post Top Ad

INSTAGRAM @ola_greszcz