Post Top Ad

Doktorze, panu już podziękujemy!

Ja się bardzo cieszę, że medycyna idzie do przodu, naprawdę. I psychologia. I Internet dotarł już nawet na moją wiochę jakiś czas temu. Cywilizacja to fajna sprawa. Trzeba jednak umieć z niej korzystać z głową, a nawet mając ją niby na karku, ławo wpaść w pułapkę. 


Jedną z takich pułapek jest Google. Zdziwieni? Brzmi głupio? Otóż jeśli dodać przed nazwą wyszukiwarki określenie: "doktor", nabiera to zupełnie innego sensu. Doktor Google stał się w zastraszająco szybkim tempie najpopularniejszym "lekarzem" na świecie. Przebił nawet dr House'a...




Kiedyś pierwsze, co przychodziło do głowy, kiedy maluszkowi wyskoczyła wysypka albo zaczynał kasłać, to: zapytać własną mamę, co to może być i jak sobie z tym poradzić? Przecież ma doświadczenie i sama wychowała gromadkę dzieci. Najczęściej bylo tak, że mama [czyli babcia] wiedziała, a jej rady okazywały się skuteczne. 
Tym sposobem moja mama zaczęła prać moje ciuszki w płatkach mydlanych, kiedy wysypywało mnie po każdym proszku, a z pokolenia na pokolenie przechodzi przepis na obrzydliwy syrop z cebuli niezawodny w kaszlu. Na "sikanie" moczyło się pyty w gorącej wodzie i piło żurawinę, a na problemy z laktacją liście kapusty.
Druga myśl, to był lekarz. Taki normalny. Wiecie, co to w gabinecie siedzi. Co weźmie prawdziwy stetoskop i zbada. Kiedyś byli tacy, co to nie przepisywali od razu tony antybiotyków, nie straszyli najgorszymi diagnozami, nie robili z igły wideł. 

A co się robi teraz? Leci się do komputera i primo: "pyta się Doktora Google", secudno: wrzuca się zdjęcie dolegliwości albo szeroki opis na jakąś mądrą grupę dla mam. W obydwu przypadkach szuka się diagnozy i ... się ją znajduje: najczęściej jest to albo "NIC TAKIEGO" albo "GUZ MÓZGU". Jedna i druga tak samo niebezpieczna. Dlaczego? Bo ani jedna ani druga "diagnoza" nie wnosi nic mądrego.

Tak powiedziała mi kiedyś pewna bardzo fajna pani psychoterapeutka, która ma doświadczenie w pracy z ludźmi omamionymi przez Dr Google [ - tak! Niestety dochodzi to czasem aż do takiego stopnia!]: " Od jakiegokolwiek objawu by się nie zaczynało, jak się "dobrze" poszuka, to w Internecie i tak dojdzie się do guza mózgu". Podobno to dyżurne hasło wśród psychoterapeutów...

Tylko wczoraj widziałam co najmniej cztery wpisy z kategorii: "Co mi może być?" na grupach facebookowych. Jeden z wysypką u ciężarnej, drugi z siniakami na nogach, trzeci z ropniem w buzi u dziecka, a czwartego już nie pamiętam. Może to i lepiej... Pod każdym znalazłam "diagnozy" jednego i drugiego typu: "To objaw białączki", "Ja też tak mam i nic mi nie jest" albo "To cholestaza. Twoje dziecko jest zagrożone" albo "To nic takiego. Pewnie jakieś uczulenie". Puenta jest jedna: jak byłaś głupia w kwestii tego, co cię martwi, tak głupią zostajesz, a może i gorzej: nakręcasz się na coś, co jest prawdą w minimalnym procencie i masz drugi problem - ze swoja psychiką.

Mogę być prawie na 100% pewna, że te osoby, które przeczytały wczoraj te fejsbukowe diagnozy, zaraz zaczęły googlować... I Doktor Google potwierdza obie "diagnozy", więc zdołowały się jeszcze bardziej... A jeśli maja wrażliwą psychikę to niewiele trzeba, by wpaść w pułapkę... I googlować, googlować, googlować... I przy okazji wysypki znajda też coś na temat wypadających włosów, podpuchniętych oczu, bezsenności albo porannego kaszlu... I z jednej choroby zrobi się pięć...

Szczególnie "wdzięcznym" tematem dla Doktora Google są dzieci i straszenie rodziców, że tak naprawdę to WSZYSTKO może oznaczać chorobę: począwszy od tego, że dziecko jest zbyt [w odczuciu Wujka Google] spokojne albo zbyt pobudzone, przez to, że nie patrzy w oczy i źle trzym kredkę  aż po fakt, że żyłoby tylko naleśnikami i mlekiem. Zakładam się, że w opisach autyzmu, i ADHD każdy z nas znalazłby coś, co niepokojąco przypominałoby mu jego dziecko... Gdybyśmy się oczywiście nastawili na to, żeby to znaleźć...

Dlaczego ci to wszystko piszę Droga Zmartwiona Mamo?


Bo mam w tym doświadczenie. A wolałabym go nie mieć.


Wujek Google nie jest zły, o ile dobrze się korzysta z jego zasobów, a niestety często trudno o rozwagę w tej kwestii. 
Przede wszystkim dlatego, że niestety coraz więcej jest bodźców, które nas przewrażliwiają, coraz częściej atakowani z mediów dosuzkujemy się dziury w całym a jak już szukamy w necie, to niestety kompetentne źródła stanowią nikły procent całej masy pseudospecjalistycznych tekstów osób nie mających pojęcia o temacie i jeszcz większej ilości bzdur pisanych na forach i w grupach. A tak w ogóle to możecie się ze mną zgadzać lub nie, ale uważam, że doszukiwanie się chorób jest w obecnych czasach po prostu modne... Wystarczy spojrzeć na ofertę aptek: leki na zgagę, zatrzymywanie wody w organizmie, sen, odporność, apetyt na słodycze, nadkwasotę, kaca, nerwy, potencję, ból wszystkiego, co możliwe, kupa suplementów, witamin [niektóre nawet naturalne - taaaaak, w tabletkach...]. Każdy lepszy od konkurencyjnego. Koncerny farmaceutyczne zarabiają miliony na naszych "chorobach", których często tak naprawdę nie ma... Podobnie jest z Doktorem Google - cholernie łatwo dać się omamić i przestać podchodzić racjonalnie do przeczytanych informacji...


Mam jeden przypadek w swoim zyciu, w którym Doktor Google podpowiedział mi trafną diagnozę. Reszta  to kogel mogel przypadków, z których na upartego - jak powiedziała moja znajoma psychoterapeutka - każdy mógł skończyć się guzem mózgu.

Moja rada: lepiej sięgnij po fachową literaturę, w której znajdziesz zwięzły i faktyczny opis dolegliwości, z którą się borykasz a nie znajdziesz forumowo - facebookowo - googlowych rewelacji, a najlepiej znajdź zaufanego lekarza i przestań ufać Doktorowi Google.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram