Post Top Ad

17:39

5 rzeczy, na które nie zwrócisz uwagi adaptując poddasze na mieszkanie, a powinieneś!

Napisała , w

Jesteśmy na finiszu. Jeszcze tylko ostatnie szlify przy ogrzewaniu oraz podłogi i będzie można się wprowadzać do naszego nowego mieszkania na poddaszu. Nasz projekt "Adaptacja poddasza na mieszkanie" nie skończy się, ale wejdzie w nowy etap.Chyba nie muszę wam pisać, jak bardzo nie mogę się tego doczekać! Będę was niedługo bombardować wpisami na temat urządzania wnętrz, a tymczasem kilka moich spostrzeżeń ważnych przy adaptacji strychu na mieszkanie. Niekoniecznie o tym pomyślicie wtedy, kiedy trzeba... No chyba, że przeczytacie ten wpis :).






1. Wysokość skosu a wysokość mebli.

Skosy na poddaszu rzecz raczej oczywista, jednak nie trzeba ich robić do samego końca dachu, a w ustalaniu ich wysokości kluczowa powinna być dla nas wysokość mebli, które mają pod nimi stać. U nas to szczególnie ważne w kuchni, gdzie wszystkie szafki będą stały pod skosem. Na tej podstawie ustalaliśmy wysokość: 85 cm.

2. Ulokowanie łazienki - skosy a wanna, prysznic i wc.

Włazience też mamy skos, a tu dopasowanie wysokości i lokalizacji jest właściwie najważniejsze, bo trzeba móc wygodnie usiąść na kibelku i wejść do wanny nie waląc głową w sufit albo w podłogę. Okazuje się, ze to wcale nie takie proste... 
My trochę żałujemy i obawiamy się, że wannę postawiliśmy [na razie w wyobraźni] pod skosem, bo dopiero po wyprowadzeniu rur do wody i kanalizacji pomyśleliśmy o rozmiarach wanny. W przyszłości planujemy zmienić zwykłą na rogową, która pasowałaby idealnie. 
Co do wc, to znam przypadek, kiedy facet musi się nieźle wygiąć, żeby się wysikać, bo kibelek umiejscowiony jest właśnie pod skosem. Dlatego u nas będzie na prostej ścianie :).

3. Strona, w którą otwierają się drzwi.

Do środka czy do zewnątrz. Istone z wielu względów m.in. biorąc pod uwagę umiejscowienie mebli i sprzętów, ale na poddaszu też ze względu na belki i skosy. Trzeba kombinować tak, żeby nie walić drzwiami w belki i jednocześnie móc otworzyć je i zamknąć do końca, nie kolidując ze skosami. Czasem konieczne są specjalne drzwi - bardzo wąskie albo skośne, na zamówienie. U nas na szczęście udało się obejść bez tego, a dodatkowo wyhaczyłam drzwi w promocji przecenione z ponad 300 na 30 zł za skrzydło... :)

4. Wielkość grzejników, a wysokość od podłogi do okna.

Na poddaszu często wysokości są inne niz w standardowych mieszkaniach. U nas na przykład sufit jest nieco niżej niż tu, gdzie mieszkamy obecnie - 216 cm od podłogi do sufitu. Atomatycznie wpływa to również na umiejscowienie okien i wysokość ścian od podłogi do parapetu. Pod oknami zwykle montujemy grzejniki, więc to dość istotna kwestia, jaką trzeba wziąć pod uwagę w swoich pomiarach i doborze kaloryferów. U nas są 60-tki i 50-tki, ale przyznam się szczerze, że to były strzały - nie myśleliśmy o tym podczas kupowania grzejników. Na szczęście udało nam się wstrzelić ;).

5. Rozmieszczenie gniazdek i włączników.

Niby ważne w każdym mieszkaniu, ale skosy i belki robią swoje i trzeba dokładnie przemyśleć, gdzie zmieści się kuchenka, gdzie lodówka, a gdzie uda się postawić ruter. U nas w jednym pokoju gniazdka umieściliśmy bez pomyślunku i niestety pewnie trzeba będzie kombinować z przedlużaczem, a jeśli nie, to mamy trochę ograniczone manewry jeśli chodzi o ustawianie mebli. Dlatego warto to naprawdę dobrze przemyśleć!


Na deser kilka zdjęć stanu prawie aktualnego naszego mieszkania [prawie, bo ciągle udoskonalamy, a lada dzień w koncu ruszymy z podłogami]. Zdjęcia jeszcze przed ostateczną, końcową warstwą farby [Śnieżka - najlepsza!] i końcowym etapem malowania belek:







Podoba wam się temat remontu, budowania, aranżacji poddasza na mieszkanko? Chcecie więcej takich wpisów? Dajcie znać, a się pojawią :).

Napiszcie też koniecznie, co wy byście dodali do tej listy - o czym warto pamiętać robiąc mieszkanie, a pamięta się niestety nie zawsze? Moze i mnie dzięki wam uda się jeszcze uniknąć jakiegoś błędu!
20:12

Matka i w dodatku po trzydziestce się tak nie ubiera!

Napisała , w

Skończyłam w tym roku trzydzieści lat, a na palcach mogę policzyć, ile razy miałam założone szpilki. Sukienek też nie lubię. Żadnych falbanek, koronek i błyskotek. Nie lubię i koniec. Tak samo jak nie kręci mnie hodowanie storczyków, zmienianie firanek ani pieczenie ciast. Taka jestem i nie ma to nic wpsólnego z tym, czy mam dzieci i ile mam lat. 


Czy mama to "fach", w którym obowiązuje jakiś dress code? Czy może jako mamy nie mamy żadnych  ograniczeń, jeśli chodzi o wygląd? Jesteś ciekawa mojego zdania? Przewałkowałam wewnętrznie ten temat i już ci piszę, co myślę...



W krótkim czasie kilka razy rzuciło mi się w oczy podobne pytanie w jednej z grup dla mam:

"Mam 22 lata i jestem mamą. Czy wypada mi jeszcze nosić podarte dżinsy?"

Szczerze powiem, że skomentowałam ironicznie:

"Oczywiście, ze w tym wieku i z dziekciem u boku to juz tylko moherowe berety i garsonki za kolano".

Zrozumiałabym takie pytanie u 50-latki, ale dziewczyna ma lat 22 i wydaje jej się, że nie uchodzą jej te dziury w spodniach tylko dlatego, że jest mamą. To zostając mamą, trzeba się ubierać w myśl zasady jakiegoś niepisanego dress kodu? Jestem mamą od prawie 10 lat i nic mi o nim nie wiadomo...





Są rzeczy, które w wyglądzie i stylu ubierania się nie uchodzą moim zdaniem mamom, ale tak właściwie... nie uchodzą kobietom w ogóle:

1. Spódniczka odsłaniająca kliny w rajstopach ... albo co gorsza pośladki.
2.  Dekolt do pępka na co dzień. Bo na wieczór na czerwonym dywanie może być. ;)
3. Brudne ciuchy - nieważne, że z metką Adidasa.
4. Krzykliwy makijaż na co dzień a jeszcze bardziej brwi - wąskie kreski - namalowane tylko kredką.
5. Prześwitujące lub wrzynajace się w wałeczki legginsy.
6. Bikini w rozmiarze super small przy faktycznych gabarytach XL.
7. Wulgaryzmy bijące po oczach z tiszertów.
8. Czarne skarpety do białych butów, skarpety do sandałów i szpilek [choć wiem, że projektanci są innego zdania].
9. Szorty wrzynające się w tyłek i bardziej przypominające stringi niż spodenki.
10.

Moim zdaniem to nie uchodzi. To nie wygląda. To straszy, prowokuje, odstręcza i zwyczajnie odejmuje urody każdej kobiecie. Czy jest matką czy babką, czy ma lat 18, 30 czy 50. A cała reszta...

 Cała reszta zależy od ciebie! 

Noś się tak, by czuć się dobrze i wyglądać dobrze!


Nie lubię sukienek, szpilek i nie umiem robić kresek na powiekach...

Kocham za to dżinsy, a te podarte najbardziej na świecie! Uwielbiam trampki i botki z frędzlami albo sztyblety w nieco męskim stylu. Kocham się w kratce i tak samo bardzo lubię kolor szary jak różowy. Zamiast srebra i cyrkonii, wybieram rzemienie, kolorowe kamienie i symboliczne zawieszki. Czasem noszę się w stylu boho, a czasem na sportowo. Zawsze tak, żeby czuć się wygodnie i dobrze z samą sobą. 

Na pewno Maja Sablewska pokazałaby mi, że wyglądałabym lepiej w wysokich butach albo małej czarnej. I czasami sobie skrycie marzę o takiej metamorfozie z prawdziwego zdarzenia. Jednak póki co, na nic moje coroczne postanowienia, że zacznę nosić szpilki i malować usta czerwoną szminką. Nie czuję tego. Tak samo, jak nie czuję eleganckich kostiumów, spodni na kant, mokasynów, bluzeczek z falbankami, tiulu, koronek, błyszczącej biżuterii i wielu innych rzeczy. 

Może kiedyś poczuję i polubię inny styl niż teraz, ale na pewno nie będę nosić czegoś tylko dlatego, że mam 30 lat i dzieci na koncie! 
Tym bardziej nie zrezygnuję z tego powodu z noszenia tego, co lubię!

A ty, mamo, jakie masz zdanie na temat?







Nie jestem fotogeniczna ani troszkę, ale zrobiłam wyjątek dla Cellbes -----> https://www.cellbes.pl/
skąd pochodzą moje rzeczy z tej stylizacji:



11:00

Nie chcę, żeby moje dzieci były dla wszystkich miłe!

Napisała , w

- Oj, jaki miły i grzeczny chłopczyk! - mówią starsze panie na widok cichutko siedzącego na kolanach u mamusi pięciolatka. Kiedy na każde pytanie grzecznie odpowiada i to tak, jak tego oczekuje pytajacy to już w ogóle jest cacy! Może ewentualnie spuścić wzrok i wbić go w podłogę.
Od dziecka oczekuje się, że będzie grzeczne, a grzeczne to znaczy posłuszne, miłe i życzliwe. Dla rodziny, ale i dla nieznajomych, którzy zagadują do niego w autobusie czy w sklepie. Dziecko jak jest dla wszystkich miłe, to jest fajne, a jak już ma swoje zdanie, którego nie omieszkuje wyrażać, to fajne nie jest...


A ja nie chcę, żeby moje dzieci były dla wszystkich miłe! Nawet bardzo nie chcę!


Moje dzieci to nie Nutella - nie wszyscy muszą je lubić

Generalnie nie musisz lubić moich dzieci. Szczególnie jeśli jesteś obcą osobą, która - nie wiedzieć dlaczego - oczekuje od wszystkich napotkanych dzieci potulności, nieśmiałego uśmiechu i odpowiadania na każde twoje pytanie. 

Moje dzieci nie są do lubienia. Mają prawo mieć gorszy dzień i własne zdanie. Mogą nie chcieć rozmawiać z obcymi a nawet uważam, że powinny - na pewno wtedy, kiedy nie ma mnie z nimi. Wtedy chciałabym, żeby absolutnie nie były miłe dla obcych, napotkanych na swojej drodze osób!

Mogą być nawet wtedy niegrzeczne! Pozwalam!

Wpajanie dzieciom, że powinny być miłe i grzeczne dla wszystkich może mieć niestety naprawdę zgubne skutki... Nigdy nie wiesz, kogo twoja pociecha spotka w drodze ze szkoły, na wycieczce, w parku czy w galerii...


Lepiej być asertywnym zamiast miłym

Asertywność to modne słowo. Szkoda tylko, że nie w stosunku do dzieci. W stosunku do nich nadal panuje średniowieczne przekonanie, że najlepiej, jeśli będą posłuszne i miłe. Wiem, że nie wszyscy tak myślą, ale ja znam takich bardzo wielu... 

A prawda jest taka, że lepiej być asertywnym niż miłym!
Znać swoją wartość.
Mieć własne zdanie i umieć je wyrażać. 
Nie zgadzać się na wszystko. 
Nie spuszczać potulnie głowy, kiedy ktoś po nas jeździ. 
Nie dawać się gnoić. 
Nie milczeć, kiedy trzeba mówić!

Chcę, by właśnie takie był moje dzieci. Już od teraz i przez całe życie!


Ja mam z tym problem. Nie chcę, by miały go moje dzieci!

Mam problem z asertywnością odkąd pamiętam. Nawet zanim poznałam znaczenie tego słowa, to go miałam :P.

Pamiętam, że jako dziecko bardzo chciałam dogodzić wszystkim. Byłam taką dyplomatką, która zażegnywała konflikty i tłumaczyła się każdemu z osobna i wszystkim razem. Nie cierpiałam kłótni, sytuacji, w których trzeba było bronić swojego zdania i miałam ogromny problem z odmawianiem choćby ściągania na sprawdzianie czy rozwiązywania za kogoś zadań. Przypłacałam wiele takich sytuacji bólem brzucha i łzami. 

Walczę z tym do dziś. 

Nawet w dorosłym życiu miałam taki etap, że pozwalałam się gnoić i jeździć po sobie do oporu.  Dużo mnie kosztowało wyjście z tego stanu. A ludzi budujących swoją wartość kosztem innych, lubujących się w szmaceniu kogoś, zazdrosnych, zawistnych, po prostu wrednych niestety nie brakuje!

Niedawno znowu mi się to zdarzyło. Wkurw wewnętrzny na maksa, bo zostałam bezpodstawnie o coś oskarżona [ciul, że sprawa dla mnie z gatunku gówniarskich, ale dla tej drugiej osoby z cyklu życie albo śmierć] a na zewnątrz nie mogło nic wyjść. Miałam ochotę wybuchnąć a nie umiałam. Nie, nie żeby ubliżyć, wydrzeć mordę, być niekulturalną, ale żeby się obronić - kulturalnie acz stanowczo! I ta sytuacja mnie zainspirowała do napisania niniejszego tekstu.

Przyznaję się wam do tego po to, żeby podkreślić, że w życiu, kuźwa, nie chodzi o to, żeby być dla wszystkich miłym!

Nie idźcie tą drogą - jak powiedziałby pewien polityk. I nie każcie nią iść swoim dzieciom. Bo nic dobrego z tego nie wyniknie!

Dobrze być miłym i życzliwym, ale bez przesady...

Nie chodzi mi o to, żeby robić z dzieci małych królewiczów i królewny, co to ustawiają wszystkich pod swoje dyktando! Nie, nie i jeszcze raz nie! Despotyzm to nie to samo co asertywnosć!

Wiem, że są sytuacje, do których dostosować się trzeba, jak choćby lekcje w szkole. I tak też być powinno. Równowaga w życiu musi być. Żyć w społeczeństwie, współżyć z innymi też trzeba się nauczyć! Elementem tego życia - na początku choćby w grupie rówieśniczej - jest tak samo umiejętność przystosowania się jak i asertywność właśnie.

Chcę, żeby moje pociechy były miłe, życzliwe, uczynne, ale, kurcze, nie dla wszystkich i nie zawsze! Są sytuacje, w których nie powinny, są takie, w których nie muszą i mają do tego prawo. identycznie jak dorośli. Nas też nikt nie zmusza do dzielenia się swoimi rzeczami, nikt się nie dziwi, kiedy nie mamy ochoty na drinka,a małżeństwo bez szczerych rozmów o uczuciach - to też jest asertywność - niestety ma duży problem. I o to w tej całej asertywności chodzi.

O zachowanie własnej tożsamości mając na uwadze także emocje innych ludzi i sytuację, w jakiej się znajdujemy. 

Uczmy dzieci asertywności!

W stosunku do obcych, którzy mogą im zagrażać to jedno, ale asertywni powinniśy być w stosunku do wszystkich!

I w stosunku do kolegi, który namawia na papierosa i do tego, co chcę łopatkę, choć sam ma swoją tylko, że nie w tym kolorze, co mu się zamarzyła.
I w stosunku do pana, co próbuje wciągnąć do auta metoda na cukierka, i do nauczycielki, która uparcie twierdzi, że Jasiek nie zrobił zadania sam, bo on ma na to za słabe oceny [znam takie przypadki].
I nawet na lekcji WOS-u - żeby umieć wyrazić swoje pierwsze polityczne poglądy, a później robić to na wyborach.
I kurde żeby nie przepraszać koleżanki za każdym razem, chociaż nie raz wina leży przecież po obu stronach albo nawet po jej. Nie przepraszać ze strachu przed odrzuceniem, tylko nauczyć się mówić o swoich uczuciach tak, żeby się dogadać.

I pozwalajmy na nią! 

Niech dzieciak wybierze kolor bluzki albo czy zje kanapkę z pomidorem czy z ogórkiem. 
Niech zdecyduje, czy iść na kółko plastyczne czy teatralne.
Niech ma prawo odmówić odwiedzin u nielubianego kuzyna.
Niech nie ustępuje młodszemu rodzeństwu we wszystkim.
Niech może otwarcie mówić o swoich uczuciach.
Niech się tego nie boi.
Nasza, rodziców, w tym głowa!


I jeszcze na koniec za asertywnosc.net - podkreślam - zawsze

Asertywność – w psychologii termin oznaczający posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych.


Asertwnym jest łatwiej i lepiej w życiu. A przecież wszyscy chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe, a nie uległe i posłuszne jak owieczki...

12:02

Zdradzę ci niezawodny sposób na zmianę trudnych zachowań dziecka!

Napisała , w

Nie ma dzieci idealnych, choć znam rodziców, którzy twierdzą, że takie mają. Za to na innych dzieciach widzą wszystko, co złe. No cóż. Są ludzie i parapety.
Są natomiast problemy z zachowaniem dzieci i rodzicielskie: "Co ja mam z nim / z nią począć?", zachodzenie w głowę, co z latorośli wyrośnie i jak "wyplenić" dziecięce wady. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten rodzic, który chociaż raz nie miał takich myśli.
Ja miałam. Po tysiąckroć. Szukałam sposobów w mądrych książkach i w internetach. Aż pewnego wrześniowego dnia, usłyszałam od bardzo mądrej osoby coś, co mnie olśniło i zmieniło mój sposób myślenia o problemach z dziećmi. Dzisiaj chcę zdradzić niezawodny sposób na zmianę trudnych zachowań dziecka i tobie, udręczony - być może - rodzicu, który to czytasz!



Małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko -duży kłopot...


... mawiała tak moja babcia, mawiała i mama. Jako dziecko oczywiście nie rozumiałam, o co im chodzi. Dzisiaj mogłabym im przybić przysłowiową piąteczkę. Święta prawda.

Wiadomo, że noworodek i niemowlę potrafią przysporzyć rodzicom zmartwień, ale inne są zmartwienia związane z dajmy na to ściąganiem serwetek albo lękiem separacyjnym u maluszka, a zupełnie inny wymiar mają dylematy wychowawcze związane z kilkulatkiem albo - OMG - nastolatkiem. To są sprawy naprawdę dużego, rodzicielskiego kalibru!

Co z tego dziecka wyrośnie?!

Wszystko jest ładnie, pięknie, dopóki berbeć jest słodki i nie okazuje za bardzo swojego zdania. Siedzi tam, gdzie go posadzisz, ładnie bawi się grzechotką i nie potrafi jeszcze odpyskować ;). 

Później zaczynają się schody... 

Mówię to ja: matka 9-latki i 5-latka, którzy do cichych, spokojnych i uległych dzieci nie należą. A takie utarło się uznawać za grzeczne,prawda?

W każdym bądź razie przewracałam się na tych schodach nie raz. Kolana obijałam. A moze raczej matczyny mózg i serce. Na kolanach już się wczołgiwałam. Takie miałam wrażenie. Bo robiłam przecież wszystko najlepiej jak umiałam, a jednak moje pociechy nie zachowywały się tak, jak powinny.

A to wymuszanie w sklepie, a to totalne olewactwo i lenistwo,  a to znów nieumiejętność współżycia w grupie rówieśniczej. Brak koncentracji, pyskówki, spanie w naszym łóżku, wydziwianie z jedzeniem. Mogłabym wyliczać długo. I zastrzegam - jeśli jesteś jednym z tych rodziców idealnych, co to mają idealne dzieci, w ogóle tego nie czytaj!

Szukanie sposobu...

No i wlaczysz z tym dzieckiem. Bo często inaczej tego nazwać nie można. Krzyczysz nie raz albo ręce załamujesz. Zachodzisz w głowę: co robisz źle? Przecież chcesz dla dziecka jak najlepiej! Mało tego - wydaje ci się, że tylko twoje dzieci sprawiają problemy - bo ludzie, a szczególnie matki lubią strugać doskonalsze niż są w reczywistości [pisałam o tym tutaj: "Żeby tylko nikt się nie dowiedział, jak naprawdę wychowuję swoje dziecko..." , który pobił rekord odwiedzin bloga]


Oto, co powiedziała mi pewna mądra osoba... 


RODZICU, ZMIANY W DZIECKU ZACZYNAJ OD ZMIAN W SOBIE!


Tak! Tak! Tak! 

Nie ma innego skutecznego sposobu na poradzenie sobie z problematycznymi / trudnymi zachowaniami dziecka, a na pewno nie ma lepszego!


Wypróbowałam - działa!


Dziecko nie rodzi się z pyskówką na ustach, ani z niechęcią do sprzątania swojego pokoju. Owszem, temperament, charakter, predyspozycje - coś w tym jest, aczkolwiek większość tych trudnych zachowań u dzieci to jest nasza robota, drodzy rodzice....

I zrozumienie tego to jest pierwszy krok do sukcesu, czyli do zmiany tych problematycznych zachowań.

Drugi krok, to zmiany WE WŁASNYM POSTĘPOWANIU: i wobec dziecka, i w kwestii przyzwyczajeń, i w ogóle.

A krok trzeci to już jest efekt, czyli ZMIANY W DZIECKU.


Nikt nie rodzi  się rodzicem...

... uwielbiam moją mamę za to stwierdzenie [i nie tylko] i będę je powtarzać do znudzenia! Dostrzec swoje błędy i zacząć nad nimi pracować to już jest połowa sukcesu!

Ja tak właśnie zrobiłam i muszę z ręką na sercu powiedzieć, że zmiany w moich dzieciach zaskakują pozytywnie nie tylko nie samą!

Błędy popełniamy różne i to najczęściej chcąc dla dzieci jak najlepiej. Rodzicielstwo to jest jednak "doświadczenie na żywym organizmie" i trudno coś na to poradzić, że te błędy nam się zdarzają. Oprócz tego, że trzeba umieć je dostrzec i chcieć naprawić. Na szczęście większość się da! Szczególnie, jeżeli zobaczy się je odpowiednio wcześnie!

Niektóre negatywne zachowania dzieci wynikają z tego, że poświęcamy im za mało czasu, inne z tego, że stawiamy za duża albo i za male wymagania, jeszcze inne ze nadopiekuńczości, zbytniego wścibiania matczynego nosa w dziecięce sprawy albo z tak wydawałoby się prozaicznych i banalnych rzeczy jak puszczanie nieodpowiednich bajek czy pozwalanie na granie w gry.

Oczywiście, że nie chodzi o to, by całą winę brać na rodzicielską klatę, bo dzieci, szczególnie te starsze, przebywają też z innymi ludźmi niż rodzice i wpływ na nie ma o wiele więcej czynników. Jak napisała w swoim antyporadniku Shannon Cullen: "Dzieci są jak mokry beton: wszystko z czym się zetkną, zostawia w nich trwały ślad" [autorem tych słów jest Haim Ginott, a recenzja książki tutaj: ] i im dziecko starsze tym tych czynników więcej, ale nikt chyba nie zakwestionuje faktu, że rodzic daje ten fundament i to w domu wszystko się zaczyna - często też trudne zachowania...

Często bywa po prostu tak, ze musimy znaleźć się w konkretnej sytuacji, by dostrzec swoje własne błędy albo dostać przysłowiowego kopa w rodzicielski tyłek - ale takiego motywacyjnego. Ja się znalazłam i kopniaka też dostałam. Całe szczęście!


Dlatego dziękuję osobie, która dała mi tę cenną radę i powtarzam ją wam z pełnym przekonaniem: ZMIANY W DZIECKU ZACZYNAJ OD SIEBIE, DROGI RODZICU!

POWODZENIA!







16:12

Scrapbooking w szkolnym klimacie - notes, przybornik, plan lekcji, album i pudełko DIY.

Napisała , w

Scrapbooking to moja druga zaraz po blogowaniu ogromna pasja, która daje mi mnóstwo radości! Wspaniałe jest to, że scrapując mogę dać ją też innym, dzięki wytworom moich rąk i wyobraźni. Wrzesień dla scraperek to czas pod hasłem: SZKOŁA i w tej tematyce były właśnie moje ostatnie prace. Plan lekcji, notes, przybornik, skrzyneczka na skarby i album - wszystko DIY. Zapraszam do oglądania!





NOTES NA KÓŁECZKACH


Do jego wykonania użyłam dwóch kawałków tektury w rozmiarze A5, które okleiłam ozdobnym papierem do scrapbookingu [tu akurat blok z Actiona] i ozdobiłam kwiatuszkami, serwetkami, drewnianymi gwiazdeczkami, wstążkami, taśmą washi. W centrum okładki znajduje się sówka - digi stempel od Uli z Bloom Craft. Do tego narożniki i  napis z imieniem właścicielki.

Pomiędzy okładki włożyłam najzwyklejsze kartki od zeszytu przedziurkowane dziurkaczem i spięłam wszystko razem kółeczkami plastikowymi. Wewnątrz dodatkowo jest kieszonka na drobne karteczki i notatki.





PRZYBORNIK Z ROELK PO PAPIERZE TOALETOWYM

To jest typowy recykling :). Skleiłam dwie rolki po papierze toaletowym, które uprzednio okleiłam ozdobnym papierem w motyle. Przykleiłam drewniane skrzydła, które dostałam w przydasiach z którejś z grup na Facebooku, a ołówke posłużył jako tułów owada. 
Tył tworzą drugie  skrzydła - tym razem z ozdobionej kraftowym papierem tektury. Na nich dodałam napis, a na całości jeszcze kilka wyciętych dziurkaczem kwiatkow. Jeszcze tylko sznureczek do zawieszenia i z przodu do ozdoby i prezent dla mojej Julki gotowy.




PLAN LEKCJI


Do jego zrobienia użyłam bloku 30 x 30 Grace Taylor oraz bloczku Splash it! ze Studio 75. Bardzo żywe, wesołe kolory ładnie komponują się z pomalowanymi ... lakierami do paznokci drewnianymi literkami i tekturowymi sowami. Za pomocą lakierów do paznokci zrobiłam też kilka kropeczek i ciapków imitujacych chlapanie farbami. Wydrukowany plan zajęć porozcinałam na dni, a każdy przykleiłam na kawałek papieru do scrapbookingu. Brzegi postrzępiłam nożyczkami. Przykleiłam kilka napisów z pasków z UHK Gallergy, parę kolorowych guziczków i złotych spinaczy i ozdobiłam jeszcze taśmą washi.

Z tyłu przyczepiłam jutowy sznurek, dzięki któremu można zawieścić plan na ścianie. Julce się podoba,  a wam :) ?





SKRZYNECZKA NA SZKOLNE SKARBY


Pomysł powstał, kiedy Szymek zaczął przynosić z przedszkola pierwsze rysunki, naklejki - odznaki i rozwiązan zadania. Nie mieliśmy gdzie tego chować, a zwykła teczka jakoś do mnie nie przemawiała. Pod ręką miałam spore pudełko [swoją drogą po kupionych do przedszkola butach] i wystarczyło je ładnie ozdobić, zeby stworzyć nietuzinkową Skrzyneczkę na szkolne skarby Szymona" :).

Jest bardzo kolorowo i różnorodnie. Z pomocą przyszedł niezastąpiony Action i dwa kraftowe bloki w rozmiarze A4, taśma jutowa kupiona kiedyś u Izy z UK oraz misiek z bloczku 3D zakupionego u Sylwii z Niemiec. Do tego żółte i czerwone pompony, sznureczek i drewniany klucz oraz kawałek brązowej wstążki jako "trzymadełko". 




SZKOLNY MINIALBUM

Napstrykałam juz troszkę fotek moim dwóm szkolniakom, a będzie ich jeszcze więcej, bo zdjęcia strykać uwielbiam! Zamarzył mi się więc albumik taki typowo szkolny. Tak powstał ten oto minialbum z kopert - w moim ulubionym stylu vintage.

Użyłam kopert kraftowych 15 x 15 cm. Okleiłam go papierami z Actiona, ozdobiłam sznurkiem jutowym i taśmą materialową [grzbiet]. Potuszowałam troszkę brązowym tuszem z Latarni Morskiej, dorzuciłam kilka obrazków wydrukowanych z Pixel Scrapper i elementy z arkusza "Ucz się, ucz - czytanie jest fajne" z Galerii Papieru oraz kilka obrazków w stylu vintage. Przydały się też napisy z pasków UHK Gallery.

Dorzuciłam narożniki i białą, drewnianą sowę na okładce a także kilka drewnianych miniklamerek. Cały album zamykany jest na gumkę - zamknięcie zrobiłam z ... gumki do włosów :). Myślę, że zmieści się tu ok. 20 zdjęć w różnych formatach.







Mam nadzieję, że moje wytwory wam się spodobały! Koniecznie dajcie znać, czy macie wśród nich swojego faworyta - notes, minialbum, pudełko, przybornik, a może plan lekcji :) ?


Zapraszam na mój drugi fanpage: KartOlki i kanał YouTube, gdzie na bieżąco możecie śledzić moje scrapowanie: TUTAJ.

Post Top Ad

Instagram