Dziś wiem, co bym powiedziała kobiecie po poronieniu...

Nie wiem, które to już moje podejście do tego tekstu... Nie wiem, czy go opublikuję... Ale emocje i słowa same pchają się pod palce... Może dlatego, że tak naprawdę każda kobieta, która przeżyła poronienie szuka wsparcia u innych kobiet w podobnej sytuacji. Choć czasem trudno jej się do tego przyznać i udaje, że wszystko jest ok. A może dlatego, że projekt nowej ustawy antyaborcyjnej przywołuje wspomnienia ze szpitalnych czterech ścian... Chyba już czas o tym napisać...



Niedługo minie rok, a ja jednocześnie czuję się, jakby to było wczoraj i jakby stało się to w jakimś innym życiu. Nie moim. Bo nigdy nie pomyślałabym, że dotknie to i mnie. Pamiętam, jak próbowałam to sobie wyobrazić, kiedy strata dotykała moich znajomych, koleżanek... "Nie przeżyłabym tego" - myślałam. A jednak przeżyłam...

To nie była planowana ciąża, ale od momentu, w którym się o niej dowiedziałam, zmieniłam cały plan na życie. Dla niej. Niestety Bóg albo los miał inne plany. W czwartek jeszcze z nadzieją wróciłam do domu od gina z zapasem Duphastonu i No-Spy. W piątek Grzegorz przyjechał z Niemiec na weekend. W sobotę już byłam w szpitalu... To był 17 października. 8 tydzień ciąży.

Miałam "szczęście" trafić na jakiegoś wizytującego profesora, który zbadał mnie z taką delikatnością jakbym była workiem kartofli. Na fotelu przypominającym średniowieczne narzędzia tortur. Przez całe badanie nie odezwał się ani słowem. Dopiero od pielęgniarki wyciągnęłam informację, że "jeszcze nie poroniłam". A więc tabletki na podtrzymanie przez cały weekend. I niepewność. Nikt nie był w stanie mi nic konkretnego powiedzieć.

Na sali ze mną dziewczyna, która poroniła. Dziwnie nam się rozmawiało. W końcu ja jeszcze miałam nadzieję. Ona już po zabiegu. W sali obok ciężarna w szóstym miesiącu na podtrzymaniu. W sąsiednim korytarzu płacz noworodków - porodówka.

Już w sobotnią noc budzą mnie bóle takie jak do porodu. Jestem przerażona tym, co widzę w łazience. Ale słyszę, że to na pewno nie to i dostaję kolejną dawkę No-Spy.

Na poniedziałkowym USG pada pytanie: "Czuje się pani jakby była w ciąży?". Myśli kołaczą w głowie. Jakiej odpowiedzi oczekuje lekarz? Powinnam powiedzieć tak czy nie? "Chyba bardziej niż kilka dni temu" - odpowiadam. "To dziwne, bo tam już prawie nic nie ma" - słyszę.

Potem tabletki na oczyszczenie. Obywa się bez zabiegu. Zostaję sama na sali. Pielęgniarka pyta, jak się czuję. "Dobrze" - odpowiadam. I cały wieczór wyję w poduszkę.

Jakaś dziewczyna "zgarnia mnie" z korytarza na papierosa. Stoimy na dworze we trzy i gadamy o swoich stratach jak o pogodzie. Nie bez emocji, ale jak o czymś normalnym. Bo jedna wie, co może czuć druga. To trochę pomaga.

Po powrocie do domu tulę moje dzieciaki najmocniej jak umiem. Jestem szczęśliwa, że je mam. A są kobiety, które nie tracą jednej ciąży, ale dwie, trzy, cztery ... I nie mają kogo przytulić po powrocie ze szpitala...

Bardzo trudno jest o tym rozmawiać. Widzę, jak bliskie osoby biją się z myślami: pytać czy nie? Co w ogóle powiedzieć? Najgorsze to: "Nic takiego się nie stało". Bo jednak się stało. Ale rzeczywiście najlepsze, co można sobie powiedzieć to, ze widocznie tak miało być... Bo roztrząsanie może wciągnąć cię w taki kołowrotek, z którego już się sama nie wyplączesz. Miałam wsparcie, ale mimo wszystko strata to jest coś, co trzeba przeżyć i przepracować ze samą sobą. Wiem, że przede mną jeszcze dużo pracy...

Czas mija i nie myślę o tym każdego dnia, ale to wraca. I będzie pewnie wracać już zawsze. To, że mogłoby nas teraz być pięcioro. To, że może gdzieś tam sama zawiniłam. To, jak traktuje się kobiety po poronieniach w szpitalu - jako kolejny "przypadek" z tysięcy. To, że projekt nowej ustawy zakłada możliwość dociekania winy kobiety, która traci dziecko. To wszystko boli.

Dlaczego o tym piszę? Może to forma terapii dla mnie samej, ale chcę też żebyście wiedziały, że nie jesteście same! Bo wiem, jak bardzo potrzebne jest poczucie, że ktoś rozumie, co czujesz w takiej sytuacji. I gdybym dziś miała kogoś pocieszyć po takiej stracie już wiem, co trzeba powiedzieć: "Wypłacz się. Wiem, że to boli. I nigdy o tym nie zapomnisz. Ale będziesz żyć dalej i znajdziesz w sobie siłę, żeby to udźwignąć i uwierzyć, że mimo tego, co cię spotkało, wszystko będzie dobrze". 
Czytaj dalej »

Ćwicz koncentrację z detektywem Motywem i Kapitanem Nauką!

Kapitan Nauka dba o wszechstronny rozwój naszych pociech! Wśród wielu edukacyjnych gier i zabaw pojawiła się niedawno nowość: "Koncentracja 100 zabaw z detektywem Motywem", czyli zestaw 100 zabaw wspomagających kształtowanie koncentracji u dzieci w wieku 6 - 9 lat. Oczywiście trafiła ona w nasze ręce, a właściwie w ręce Julki. Jesteście ciekawi, jak się sprawdziła?



"Koncentracja 100 zabaw z detektywem Motywem"  to zestaw składający się z kart z zadaniami, książki  oraz flamastra.

W książce znajdziecie praktyczne informacje dla rodziców i porady psychologa na temat rozwoju dzieci w wieku wczesnoszkolnym oraz kształcenia umiejętności skupienia się. Autorką książki jest Agnieszka Biela - psycholog, trenerka umiejętności społecznych, kreatywności i skutecznego uczenia się, pracuje z dziećmi i młodzieżą. 

Kart wykonane są z tworzywa, które umożliwia wielokrotne rozwiązywanie zadań i ścieranie. Pisak suchościeralny dołączony jest do zestawu. Nie posiada on gąbeczki, ale do zmazywania wystarczy zwykła chusteczka.


Zadania na kartach są bardzo różnorodne. Mamy tutaj rysowanie brakujących elementów lub części rysunku, łączenie w pary, rozwiązywanie sudoku, labirynty, rozszyfrowywanie tajnych wiadomości. Główka pracuje na pełnych obrotach! Łamigłówki zostały dopasowane do zdolności percepcyjnych dzieci w wieku 6-9 lat, ale są takie zadania, które daje radę rozwiązać także mój 4 latek. Podoba mi się fakt, że ćwiczenia rozwijają nie tylko koncentrację, ale i spostrzegawczość, zdolności manualne, rozwój grafomotoryczny i precyzję. Jeden zestaw zamknięty w poręcznym kartoniku z uchwytem, a tak wiele nauki przez zabawę!


Forma zabawki pozwala na zabranie jej w podróż i rozwiązywanie np. podczas długiej jazdy samochodem albo dołączenie do bagażu na rodzinne wakacje. Nie zajmuje wiele miejsca i jest bardzo poręczna. Wszystkie elementy są też wykonane bardzo estetycznie i solidnie. Karty na pewno szybko się nie zniszczą! Dzięki temu, że mogą być używane wielokrotnie, mogą przechodzić "z dziecka na dziecko", co u nas z pewnością będzie miało miejsce. 


Julka bardzo chętnie bawi się z detektywem Motywem, a mi się ta forma zabawy podoba, bo bawi i uczy jednocześnie. To doskonała pomoc dla uczniów klas I - III, szczególnie tych mających pewne problemy z koncentracją. 

Jak myślicie - spodobałaby się waszym dzieciakom?


Czytaj dalej »

Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie?

Mówi się: małe dzieci duży kłopot, duże dzieci duży kłopot. I jest w tym sporo prawdy. Nie chodzi wcale o fakt, że dziecko z wiekiem staje się dla nas problemem, ale raczej o fakt, że kiedy dziecku przestaje wystarczać zmienianie pieluszek, usypianie i tulenie, to my miewamy z tym problem... Kłopot sprawia nam odpowiadanie na dziesiątki dziecięcych pytań, a im dziecko starsze tym pytania poważniejsze i odpowiedzi trudniejsze. Chociażby o seks. Jak rozmawiać na ten temat z dzieckiem? Bociany i kapusta czy plemnik i komórka jajowa? O antykoncepcji gadać czy to obciach? A może lepiej w ogóle siedzieć cicho, bo przecież co ma się dowiedzieć, to się dowie z internetu albo od kolegów? 



12 latka została niedawno matką. W centrum Europy. W XXI wieku. Trudno by ktokolwiek z was o tym nie słyszał, bo wydarzenie odbiło się prawdziwą burzą w mediach. Dokładne okoliczności nie są jeszcze znane, a nawet kiedy będą mogą nie ujrzeć światła dziennego - dla dobra dzieci: i matki - dziewczynki i maleństwa. Też byłam w szoku, kiedy przeczytałam o tym na jakiejś stronie internetowej. Moja córka ma niespełna 9 lat i chodzi do III klasy. Ta dziewczynka zaszła w ciążę w klasie V.  Powinna bawić się Pet Shopami, czytać "Dzieci z Bullerbyn" i  buntować uroczo na wołanie: Zakochana para Jacek i Barbara. Jak moja Julka. A ona została matką...

Tu nie chodzi o to, by robić sensację czy dociekać dlaczego. Choć prokuratura powinna i zapewne to zrobi. Zwykły rodzic powinien sobie jednak zadać pytanie: czy ja robię wszystko, aby moje dziecko uchronić przed taką sytuacją? I ja sobie to pytanie zadaję. 

Nie mogę zamknąć dziecka na cztery spusty. Nie mogę zakazać mu spotykać się z kolegami i koleżankami. Nie mogę kontrolować wszystkiego, co robi - przynajmniej od pewnego wieku. Przede wszystkim jednak NIE WOLNO mi udawać, że czegoś takiego jak SEKS nie ma! 

Powiesz, że co ja tam wiem. Mam małe dzieci (4 i 8 lat). A wiesz, że już nie raz podejmowaliśmy temat seksu? Myślisz, że powinnam puknąć się w czoło? A ja po prostu odpowiadam na pytania moich dzieci. Nie udaję, że nie dosłyszałam. Nie opowiadam bajek o bocianach i kapuście.Nie wbijam wzroku w podłogę. Nie czekam aż ktoś inny zrobi to za mnie. Rozmawiam z dziećmi na TEN TEMAT tak samo jak na każdy inny. Jak? SZCZERZE!

I to jest moja odpowiedź na pytanie w tytule posta. Rozmawiaj z dzieckiem o seksie SZCZERZE. To nie znaczy, że masz raczyć ośmiolatka szczegółami fizjologii i anatomii! O tym naprawdę można rozmawiać taktownie, mądrze i delikatnie jednocześnie nie ściemniając. Chcesz wiedzieć, co ja mówię? Że ludzie, którzy się kochają lubią się mocno przytulać. Że to oznaka miłości. O komórce jajowej i plemniku też już rozmawialiśmy przy okazji oglądania encyklopedii dla dzieci "Ciało człowieka". Co to za problem wytłumaczyć, że mamusia ma komórkę jajową a tata plemnik, które łączą się, jak się mocno przytulą? I że tak powstaje dziecko? Jeśli problem jest to leży po stronie rodziców, nie dzieci. I to my powinniśmy ten problem rozwiązać. 

 Najważniejsze to podejść do ciekawości tematem  jako do kolejnego, naturalnego etapu w rozwoju dziecka, a z czasem, kiedy będzie ona zaczynał interesować nastolatka już w inny sposób niż tylko czysto teoretycznie, mieć świadomość, że w ogromnej mierze od nas, rodziców, zależy jak odnajdzie się w sferze seksualności. Nikomu chyba nie trzeba mówić, że to co jest tabu, interesuje najbardziej. Nie róbmy więc z seksualności tematu, którego się w domu nie porusza! 

Uważam, że edukacja seksualna w szkołach jest potrzebna. Jestem całym sercem za! Jednak to, w jakiej formie odbywa się ona teraz to jakaś pomyłka. Nieprzygotowani nauczyciele z innych przedmiotów nie potrafią zbudować atmosfery naturalności i szacunku. Tzw. lekcje WDŻ przez całą moją naukę w gimnazjum i liceum wyglądały mniej więcej tak, że siedzieliśmy w ławkach albo cicho jak myszy pod miotłą nudząc się podczas sztywnych wykładów albo - część młodzieży - chichrając się i nie traktując tematu poważnie. Potrzeba w szkołach zmian w tej kwestii. Jednak nawet jeśli, mimo trudnych do pojęcia dla mnie protestów części rodziców, nadejdą, to i tak nie zwalnia rodziców z obowiązku poruszania tematu z własnymi dziećmi w domach.

Chcę, żeby moje dzieciaki wiedziały, że zawsze mogą przyjść do mnie czy do taty i pogadać także na TEN temat. Nie wstydzę się go. Odpowiem najlepiej jak umiem na każde pytanie. 
Chcę, by i córka i syn dorastając wiedzieli, że seks to coś pięknego, co powinno być wyrazem miłości. I że do tego potrzebny jest wzajemny szacunek. 
Chcę, by moje dzieciaki jako nastolatkowie wiedziały, że [kurcze!] z seksu biorą się dzieci i że jest coś takiego jak antykoncepcja.
Chcę zrobić, co mogę, by uchronić je przed taką sytuacją jaka spotkała tę 12-latkę, której historią tak się wszyscy emocjonujemy, ale rozmawiam z dziećmi na temat seksualności nie tylko dlatego. Nie tylko ze strachu! Ale przede wszystkim dlatego, że je bardzo mocno kocham i uważam, że tak istotnego w życiu człowieka tematu nie mogę traktować jak tabu!

A ty jak podchodzisz do tematu seksualności? Rozmawiasz z dziećmi o seksie? Uważasz, że to potrzebne, a może udajesz, że nie ma tematu?

Grafika: pixabay.com
Czytaj dalej »

'Dziewczyny' - najbardziej oczekiwana książka 2016 roku!

"Dziewczyny" debiutancka powieść Emmy Cline określana jest jako najbardziej oczekiwana książka tego roku. Przeczytawszy ją w dwa wieczory od deski do deski wiem dlaczego! Od tak często pojawiających się na rynku literackim książek dla kobiet różni ją niemal wszystko - nie spodziewajcie się fruwających w brzuchu motyli ani miłosnego happy endu! Ta książka nie da wam łatwo o sobie zapomnieć!



Lata 60. Północna Karolina. Rozkwita ruch hippisowski i coraz więcej młodych ludzi "idzie za nim" szukając swojego miejsca w życiu. Niestety to, co dziś wydaje nam się tak kolorowe, egzotyczne i piękne, w rzeczywistości nie zawsze takie było...  Charyzmatyczny Russell - tworzy wokół siebie krąg osób, przede wszystkim młodych kobiet, którym daje obietnicę i poczucie spełnienia, życia pozbawionego hipokryzji i wartości materialnych, wolności i czystej miłości. Tego wszystkiego szuka kilkunastoletnia Evie. Dziewczyna czuje się samotna po rozwodzie rodziców, nierozumiana, pragnie miłości i poczucia przynależności. Przypadkowe spotkanie z Suzanne i innymi dziewczynami z rancza zmienia jej życie na zawsze... Evie zaczyna bywać na ranczu coraz częściej i zamiast brudu, biedy, narkomanii, zniewolenia ona widzi cudowne życie, o którym zawsze marzyła... Niestety rzeczywistość jest zupełnie inna i ten mały, zamknięty świat, który daje złudne poczucie wolności, okazuje się prowadzić ku tragedii i nieuchronnej katastrofie...


Tytułowe "Dziewczyny" są jednocześnie kruche i pragnące miłości, ale też zdolne niemal do wszystkiego. Emma Cline tworzy ich niezwykle szczegółowe portrety psychologiczne. Czytając zagłębiamy się w psychikę dziewcząt Russella i z jednej strony przerażają nas, aczkolwiek z drugiej pod pewnymi względami zaczynamy je rozumieć... Niezwykle delikatną materią jest kobieca psychika, szczególnie zaś psychika nastoletnich dziewcząt. W poszukiwaniu akceptacji, poczucia przynależności i miłości niestety bardzo łatwo mogą zbłądzić... Trudno, by nie nasunął się wniosek, jak ważną rolę pełnimy my - rodzice dziewczynek, potem nastolatek i jak ważne jest poczucie bezpieczeństwa oraz bezwarunkowej akceptacji, które musimy im zapewnić.

Emma Cline inspirowała się życiem legendarnego Charlesa Mansona i jego bandy, którzy dokonali makabrycznego morderstwa w domu Romana Polańskiego. Tym bardziej przerażająca jest fabuła tej książki - wszak mogła i poniekąd działa się naprawdę. Młodziutka, 27-letnia Cline, pochodzi z Kaliforni, gdzie działał Manson i jego sekta. Autorka zaintrygowana przede wszystkim losami jego "wyznawczyń" na własną rękę prześledziła ich losy, co zainspirowało ją do napisania niniejszej książki.

Mocna, poruszająca książka. Sekta, narkotyki, seks i zbrodnia, ale też w gruncie rzeczy bardzo kruche, młode dziewczyny i ich pragnienie miłości i przynależności. Wstrząsające połączenie, które długo nie pozwoli wam o sobie zapomnieć!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję taniaksiazka.pl i zapraszam was do śledzenia nowości w księgarni.


Tytuł: DZIEWCZYNY
Autor: Emma Cline
Wydawnictwo Sonia Draga
Rok wydania: 2016
Czytaj dalej »

Co można zobaczyć będąc z dziećmi w górach? Nasza relacja z wakacji w Tatrach.

To były dla nas wyjątkowe wakacje! Dzięki zaproszeniu do hotelu Sośnica w Zakopanem spełniliśmy swoje wielkie marzenie - po raz pierwszy całą rodziną pojechaliśmy w góry. Powiem szczerze, że mieliśmy obawy - czy z dwójką kilkulatków uda się taka wyprawa? Czy nie okaże się ponad ich siły chodzenie po górach? Spotykaliśmy się ze stwierdzeniami: "Z kilkuletnimi dziećmi to nie wakacje, a już w ogóle w górach!". I co się okazało? Zobaczcie sami, ile udało nam się zobaczyć!


W górach spędziliśmy tydzień - od 19 do 26 sierpnia. Nie tylko nocleg i posiłki, ale też moc atrakcji zapewniał nam hotel Sośnica [o naszym pobycie w jego gościnnych progach pisałam w poście: Wakacje z dziećmi w Zakopanem - tylko w hotelu Sośnica.], ale planując ten wyjazd wiedzieliśmy, że chcemy wykorzystać ten czas maksymalnie i zobaczyć jak najwięcej!

Rodzicom, którzy wcześniej byli w górach bez pociech jest z pewnością łatwiej, bo mają obraz tego, jak wyglądają szlaki, ile siły i czasu wymagają. My byliśmy w trudniejszej sytuacji, bo o Tatrach wiedzieliśmy tyle, ile udało się nam wyczytać w internecie i wypytać znajomych! Bardzo pomocne jak zwykle okazałyście się wy - moje czytelniczki, a dzięki mojemu pytaniu o góry z dziećmi spotkałam się nawet na kawce z jedną z was [Jaki ten świat mały!]. O naszych przygotowaniach do wyjazdu pisałam wam w poście: Pierwsze wakacje z dziećmi w górach - jak się przygotować?

Na miejscu wzięliśmy mapy i przewodniki w dłoń i każdego dnia odwiedzaliśmy inne miejsce: doliny, jaskinie, szczyt Gubałówki, muzeum. Okazało się, że z 4 - latkiem i 8-latką da się w górach zobaczyć naprawdę sporo, a to, co udało nam się zwiedzić przez tydzień to tylko mały ułamek atrakcji! Już planujemy, gdzie pójdziemy podczas następnych wakacji w Tatrach [mam nadzieję, że za rok, dwa uda nam się pojechać znowu]. Jesteście ciekawi, co udało nam się zobaczyć? Oto relacja!

Dolina Strążyska i wodospad Siklawica

Bardzo fajny szlak dla rodzin z dziećmi! Wybraliśmy go na naszą pierwszą wycieczkę. Trasa jest popularna wśród turystów i trzeba spodziewać się na niej dużego ruchu.
Idziemy czerwonym szlakiem.  Szeroka, miejscami kamienista droga prowadzi do schroniska na Polanie Strążyskiej , a stamtąd ok. 15-20 minut idziemy do wodospadu Siklawica u stóp Giewontu. Krajobrazy po drodze są naprawdę piękne: mnóstwo strumyczków, mostków, skał przebijających między drzewami. Wszystko to sprawia, że dzieci idą chętnie i nie nudzą się po drodze. 
Po drodze znajdziemy ławeczki zrobione z pni, na których można usiąść i odpocząć, a na samej polanie można wypić coś ciepłego i zjeść drugie śniadanie. Trasa liczy ok. 3 km w jedną stronę. Szymek (4 latka) przeszedł całość na własnych nogach, ale mijaliśmy rodziny z dziećmi w nosidłach, chustach czy nawet wózkach. O ile wózkiem da się dojechać do polany (aczkolwiek takim na dużych kołach, bo droga jak już pisałam bywa kamienista), to już do wodospadu z wózkiem nie dotrzemy - prowadzi do niego droga ułożona z kamieni, które są bardzo śliskie. Wodospad robi wrażenie! Radość dzieci po osiągnięciu celu, czyli dojściu do niego - bezcenna!








Morskie Oko

To oczywiście miejsce, którego będąc w Tartach nie wypada nie zobaczyć! Warto wiedzieć, że aby znaleźć miejsce na parkingu tuż przy wejściu na szlak do Morskiego Oka trzeba wyjechać bardzo wcześnie rano - o ósmej trzeba już maksymalnie być na miejscu (z hotelu do Palenicy Tatrzańskiej jechaliśmy ok. 25 minut). Trasa tam i z powrotem to aż 18 km, dlatego posiłkowaliśmy się wózkiem dla Szymona. Droga jest asfaltowa, więc nie było z tym żadnego problemu. 
Na transport konny nie decydowaliśmy się zarówno ze względów poglądowych, jak i finansowych (podróż w jedną stronę dla jednej osoby to 50 zł). Po drodze mijamy m.in. Wodogrzmoty Mickiewicza, ale też cała trasa obfituje w piękne widoki. Dzięki towarzystwu Anety, Marka i Janka z pokoju obok w Sośnicy drogę umilała nam też pogawędka, dzięki czemu ani przez chwilę nam się nie dłużyło. W jedną stronę wraz z przystankami na posiłki, siusiu i dotykanie każdego strumyka przez dzieci szliśmy ok. 2,5 godziny. 
Widok po dotarciu na miejsce - NIEZIEMSKI! Nie spodziewałam się, że Morskie Oko jest aż tak piękne! Dzieciaki skakały po kamieniach, moczyły nogi i próbowały łapać rybki. Potem przyszedł czas na kawkę w schronisku. Nie chciało się stamtąd wracać!Jestem dumna z mojej 8-latki, która calutką trasę przeszła na własnych nogach.







Dolina Kościeliska i Jaskinia Mroźna

O Dolinie Kościeliskiej słyszeliśmy, że jest jedną z najpiękniejszych w Tatrach. Nie mogliśmy jej więc pominąć! Szczerze powiem, że widoki odrobinkę mnie rozczarowały - po mianie "najpiękniejsza" spodziewałam się trochę więcej, ale im dalej, tym widoki rzeczywiście ładniejsze. My nie szliśmy do samego końca. Naszym celem była Jaskinia Mroźna - jedyna oświetlona jaskinia w tatrach dostępna dla zwiedzających. 
I powiem tak: myślałam, że Grzesiek mnie udusi, kiedy się okazało, że do jaskini prowadzą strome, kamieniste schody długości nie wiem jakiej, ale na tyle długie (a może raczej wysokie), że podchodzenie zajęło nam ok. pół godziny plus kilkanaście minut w kolejce do wejścia (za nami już była kolejka na jakąś godzinę). 
Będę szczera: nie dowiadywałam się, jak dokładnie wygląda ta jaskinia. Sądziłam, że to po prostu wielka jama, do której się wchodzi i wychodzi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że przez jaskinię idzie się ok. 25 minut przeciskając się przez szczeliny, kucając, schylając się, a nawet brodząc troszkę w wodzie! Początkowo myślałam, że dzieci się przestraszą, a one... aż piszczały z zachwytu! Zejście to kolejne  częściowo kamienne, częściowo drewniane schody. Nogi mi się trzęsły jak galaretka, kiedy dotarliśmy na dół. Można tam usiąść nad strumykiem i odpocząć. Koniec końców Jaskinię mroźną wspominamy jako jedną z najwspanialszych atrakcji naszych wakacji w górach :).
Sama Dolina Kościeliska jest doskonałym miejscem dla rodzin z dziećmi - da się na nóżkach, da się z wózkiem. Natomiast do jaskini wchodzili rodzice nawet z 2-latkami, aczkolwiek wydaje mi się, że te 4 latka - tyle ma Szymon - to optymalny wiek na przygodę z jaskinią. Trzeba jednak też wiedzieć, co lubi a czego może bać się dziecko - na pewno nie każdemu malcowi przypadnie do gustu eksploracja gustu. U nas okazała się megahitem!








Dolina Ku Dziurze

Krótka dolinka prowadząca do Jaskini Dziury.Cała trasa w tę i z powrotem nie powinna zająć więcej niż godzinę.Powiem jednak szczerze, że zapierających dech w piersiach widoków nie powinniście się spodziewać, a i sama jaskinia nie stanie się wielką atrakcją dla dzieci. Nie jest oświetlona, a my z naszymi latarkami zdołaliśmy wejść tylko na sam jej początek. Największą atrakcją tej wycieczki był ptaszek, który w ogóle nie bał się ludzi i jadł nam okruszki niemal z ręki :).
Niedaleko Doliny Ku Dziurze jest jednak Dolina Białego, której nie zdążyliśmy już odwiedzić, a która zdecydowanie przedstawia się ciekawiej! Następnym razem to tam skierujemy nasze pierwsze kroki!




Gubałówka, Wielka Krokiew i atrakcje Zakopanego

Gubałówka to oczywiście zakopiański "klasyk" jeśli chodzi o miejsca do odwiedzenia. I my nie byliśmy oryginalni, bo pierwsze nasze kroki skierowaliśmy właśnie tam. Na Gubałówkę można wjechać i zjechać kolejką i tak też zrobiliśmy, choć potem troszkę żałowaliśmy, że w jedną stronę nie szliśmy pieszo. Myślę, że nasz czterolatek jak i ośmioletnia Julia bez kłopotu daliby radę. A wjazd wraz ze zjazdem kosztowały nas 62 zł na 4 osoby. 
Ilość straganów, płatnych placów zabaw, dmuchańców, barów i wszelkiej innej komercji jaką zobaczyłam na szczycie mnie poraziła... Dzieci chyba też, bo biegały między tym wszystkim, jakby były na prąd albo na baterie haha ;). Nie obyło się bez "pamiątek" typu lokomotywa Tomek i breloczek Góralka i kawy za 7 zł :). Ale widoki były cudne! To trzeba uczciwie przyznać! 

Do wjazdu na Gubałówkę z hotelu mieliśmy kilkaset metrów. W drugą stronę całkiem niedaleko było do Wielkiej Krokwi, gdzie też poszliśmy tego samego dnia. Obiekt duży, aczkolwiek pozostaliśmy przy oglądaniu go z daleka. I cóż... Wielka Krokiew tylko troszkę ustępowała Gubałówce pod względem całego "majdanu" dookoła: od grilli, przez dmuchane zamki aż po gokarty... Jak ktoś lubi  taki misz masz to nie brakowało niczego!

Bardzo polecam Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem! Udaliśmy się tam w deszczowy poniedziałek i bardzo ciekawie spędziliśmy czas. Za bilety  zapłaciliśmy coś ok. 20 zł za 4 osoby, a mogliśmy podziwiać tatrzańską przyrodę, sztukę, stroje i elementy architektury wnętrz. Bardzo nam się podobało! Dla porównania udaliśmy się też na wystawę zwierząt prehistorycznych - w efekcie otrzymania bardzo urokliwej ulotki - która okazała się totalną klapą. 50 zł za wstęp do klitki, w której wisiały plastikowe modele zwierząt (dałoby się je zliczyć na palcach) i dodatkowe opłaty za "szukanie skarbów" w postaci przegarniania przez dziecko kupki kamyków, w której ukryte były te szlachetne. A, zapomniałabym - jak znalazłeś szlachetny musiałeś też za niego zapłacić! Także ostrzegam przed ulotkami otrzymywanymi na Krupówkach;)!









Tydzień to było zdecydowanie za krótko, ale myślę, że udało nam się zobaczyć całkiem sporo! I nikt mi już nie powie, że nie da się aktywnie spędzić wakacji w górach z dziećmi! Już planujemy kolejne wędrówki!

A wy wędrujecie ze swoimi pociechami po górach? Podzielcie się swoimi doświadczeniami i sprawdzonymi miejscami dla rodzin z dziećmi!
Czytaj dalej »

Nowe tytuły w serii 'Poczytaj ze mną' Egmontu.

Seria "Poczytaj ze mną" wydawnictwa Egmont to książeczki dla początkujących czytelników w wieku od 3 do 7 lat. Znajdziecie tutaj różne gatunki literackie - od fantasy, przez bajki i kryminały aż po reportaż. Autorzy i ilustratorzy zadbali o dużą czcionkę, ciekawą fabułę i bajecznie kolorowe ilustracje. 


"Gdy pada deszcz. przejście" Zofii Staneckiej, z ilustracjami Aleksandry Krzanowskiej to książka, która zabierze malucha w niezwykłą podróż do innego wymiaru. Życie małej Gai zmieni się diametralnie, gdy w jej ręce wpadnie na pozór zwyczajny, brunatny kamień. Jak to jednak zwykle bywa, to co wydaje się zwyczajne, okaże się prawdziwie magiczne i pozwoli Gai przeżyć wyjątkową przygodę!

Gatunek fantasy w wydaniu dla najmłodszych dzieci świetnie się sprawdza! Zarówno Julka jak i Szymek z dużym zainteresowaniem słuchali tej historii. Mamy tu tajemniczość, magię i wyjątkowy, baśniowy klimat. Opowieść wzbudza ciekawość i pobudza wyobraźnię, co potęgują piękne, klimatyczne ilustracje.



"Kot, który zgubił dom" Ewy Nowak, zilustrowany przez Adama Pękalskiego to coś zupełnie nowego w naszej biblioteczce dziecięcej - reportaż. Przeżywamy tutaj wzruszającą historię rodziny uciekającej z iraku wraz z kotem Kunkushem, który podczas burzliwej podróży gubi się. Czy odnajdzie najbliższych mu ludzi? Czy ktoś przyjdzie mu z pomocą? Ta historia wydarzyła się naprawdę!

Okazuje się, że reportaż jest bardzo dobrą propozycją dla najmłodszych! Dzięki swojej realistycznej fabule naprawdę porusza i wciąga małego czytelnika, a jednocześnie uczy go wiele o otaczającym świecie i uwrażliwia. Julka, która jest bardzo czuła na krzywdę zwierząt i jest małą kociarą, mocno przeżyła tę opowieść! Na szczęście ma happy end, więc tym bardziej ją polubiła!




W serii "Poczytaj ze mną" znajdziemy więcej tytułów. trzeba przyznać, że wszystkie wyglądają bardzo zachęcająco! Podoba mi się, że Egmont zadbał o to, aby dzieci miały okazję już od najmłodszych lat poznawać różne gatunki literackie! To okazja do poszerzania literackich horyzontów i świetny "trening" przed nauką literatury w szkole!

Podobają cie się te książki? Sprawdź inne recenzje książek EGMONTU: Gdzie jest Dory?, Cuda wianki, Świerszczyk. Wielka księga.
Czytaj dalej »

Kiwi - leć nielocie, leć - gra zręcznościowa dla całej rodziny.

Kiwi to jeden z największych ptasich "oryginałów". Długi, ostry dziób, brak ogona, szczątkowe skrzydła i zabawna, krępa budowa ciała bez wątpienia wyróżniają go spośród innych ptaków! Wyróżnia go jednak przede wszystkim fakt, iż nie lata! W tej grze jednak ptaki kiwi latają jak szalone - dzięki graczom, którzy mają za zadanie umieścić je w skrzyni z owocami!



Wydawnictwo Egmont proponuje prostą, a jednocześnie zabawną i emocjonującą grę zręcznościową Kiwi - leć nielocie, leć.  Pudełko zawiera żetony w 4 kolorach, elementy do złożenia katapult, elementy do złożenia planszy - skrzyni z owocami. Cały "montaż" jest bardzo prosty, a elementy z mocnej tektury.

Ptaszki przedstawione są na specjalnych żetonach w 4 kolorach - dla 4 graczy. Gra polega na "wrzuceniu" ptaszków za pomocą specjalnych katapult do skrzyni z owocami. Wygrywa ten, kto jako pierwszy umieści 4 ptaszki obok siebie tworząc kwadrat. Niby proste, ale ... Nasze nieloty dzięki katapultom zaczynają latać lepiej niż niejeden orzeł! Fruwają szybko i na różne strony, więc wcale nie jest tak łatwo umieścić je w skrzyni i to jeszcze obok siebie! Niezbędny jest refleks i zręczność! Komu uda się jako pierwszemu krzyczy oczywiście nic innego jak ... KIWI!!!!

Gra przeznaczona jest dla 2-4 graczy w wieku od 5 do ... 105 lat :). Ta zabawa nie zna ograniczeń wiekowych! U nas z wystrzeliwaniem ptaszków z katapulty radzi sobie już 4-letni Szymon, a z chęcią bawimy się też ja i tata. To doskonała gra dla całej rodziny, szczególnie, kiedy akurat najmłodszym brakuje ochoty i cierpliwości do długich rozgrywek. Fajna alternatywa dla typowych planszówek!

Więcej o grze na stronie Egmontu: sklep.egmont.pl




Spodobała ci się gra? Sprawdź recenzje innych gier EGMONTU: Tata Miś,  Ratuj Króliczki i kolorowe Biedronki.
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Wokół Dzieci , Blogger