Post Top Ad

Nie taką mamą miałam być...

Zanim zostałam mamą, miałam wyobrażenia o tym, jaką mamą kiedyś będę. Może nie idealną, ale na pewno taką, która zawsze ma czas, uśmiech i chęci do wszystkiego. Nie będę podnosić głosu, uciekać zawstydzona ze sklepu i czekać jak na zbawienie aż wreszcie moje dzieci raczą zasnąć. Bo będę dosłownie w każdym momencie kipieć szczęściem, które będzie mi dawać macierzyństwo. Innej opcji przecież nie ma. Okazało się, że jest. W macierzyństwie jest milion opcji...



Zaczęło się od baby bluesa. Nigdy nie przypuszczałam, że mnie on dotknie. Tym bardziej, że poród przebiegł szybko i bez jakiejś wielkiej traumy, Julka zdrowa i cudowna w każdym calu, w mężu wsparcie. A jednak po paru dniach zaczęłam ryczeć bez wyraźnego powodu i czułam się bezsilna wobec płaczu córki. Szczególnie pamiętam jedną z pierwszych nocy, kiedy miałam dosłownie moment załamania. To Grzegorz zajął się Julką, a ja nic tylko wyłam i wyłam. Oczywiście przeszło mi bardzo szybko, a potem miałam jakiegoś moralnego kaca... No bo jak to? Przecież tak chciałam dziecka, tak czekałam, taka byłam szczęśliwa, a tu nagle łzy, bezradność i wątpliwości? A jednak...

Potem niemal na każdym kroku spotykały mnie sytuacje, których się nie spodziewałam i czułam coś, czego - moim zdaniem z czasu, zanim zostałam mamą - czuć nie powinnam. Miałam być oazą cierpliwości, spokoju i uśmiechu. Nie zawsze byłam i nie zawsze jestem. Pamiętam pierwszą poważną frustrację podczas karmienia piersią. Ileż to można wisieć na cycu? Nie mam żadnego życia przez to karmienie! Czego to dziecko ciągle chce?! Tak, miewałam takie myśli...

Bywa tak, że łamię prawie wszystkie zasady dotyczące tego, jak nie wolno zwracać się do dziecka. Mówię "nie, bo nie", bo brakuje mi już argumentów, dlaczego nie kupię dziecku kolejnej gazetki z jakąś pierdołą, którą i tak za chwilę rzuci w kąt a jak już naprawdę jestem u kresu wytrzymałości, to grożę: "Przestań, bo .... przyjdzie daniel i zaryczy za oknem!" (taki zamiennik słynnego dziada :))) Kłamię, że nie ma nic słodkiego, a potem po kryjomu zżeram całą tabliczkę czekolady. I wcale nie mam wyrzutów sumienia!

Czasami już rano wstaję z nosem na kwintę. Znowu to samo: pobudka o 6:00, budzenie Julki, śniadanko, sprawdzanie czy aby na pewno w tornistrze jest wszystko co trzeba. W międzyczasie budzi się Szymek i woła co minutę: "Mama, picie!","Mama, włącz mi bajki!", "Mama, chodź się bawić!". I znów trzeba poganiać Julkę z myciem zębów, chociaż tym razem obudziłam ją wcześniej.  Mam minę męczennicy, klnę pod nosem i ogólnie atmosfera jest napięta. Bywam okropną mamą o poranku! I wieczorami też bywam paskudna. Kiedy dochodzi 23:00 a dziecię, które akurat zdrzemnęło się w aucie o 18:00 ani myśli o spaniu. Mnie zamykają się gały a na dodatek mam okres i bolący brzuch a ono ma ochotę na zabawę i skacze po mnie jak po materacu. I podgłaśnia telewizor. I przynosi swoje drewniane tory z pokoju. I rozsypuje je na łóżku i na mnie. Oj tak, wtedy ciskam z oczu piorunami i wkurzam się na ten konkretny aspekt macierzyństwa!

Zdarza się, że nie mam czasu i w dodatku właśnie tak mówię do dzieci: "Teraz nie mam czasu!", "Później!", "Za chwilę!". Tosz to brzmi strasznie, prawda? Tak, jasne, jak się tylko "siedzi w domu" to nie można nie mieć czasu! A już w ogóle jak się jest matką! Też tak kiedyś myślałam... Dzieci jednak maja to do siebie, że kiedy ty z ochotą siadasz z nimi do układania puzzli albo pełna werwy proponujesz zabawę w dom, to one akurat nie chcą albo wolą bawić się same. Z kolei kiedy ty akurat stoisz przy garach i mieszasz grochówkę albo siedzisz na kiblu to musisz iść się bawić teraz, już, natychmiast!

Marzyłam o tym, by usłyszeć słowo "mama" i byłam tak samo rozczulona jak chyba każda mamusia, gdy padło z ust moich dzieci. Dziś też często budzi we mnie wzruszenie i uśmiech, bo kocham moje pociechy ponad wszystko, ale ... No właśnie - ALE, kiedy słyszę "mamoooooo!" po raz milionowy tego dnia i to słowo znowu oznacza tyle co 'daj, przynieś, znajdź" ewentualnie "teraz będę marudzić" to bywa, że trafia mnie szlag! Nigdy bym się tego nie spodziewała, zanim zostałam mamą...

Chyba nic w życiu nie dało mi poczuć takiej palety emocji jak bycie mamą. Wielu z nich w ogóle się nie spodziewałam. Dziś wiem, że to naiwne, ale naprawdę wyobrażałam sobie, że każdego dnia, przez 24 godziny na dobę będzie kipiała ze mnie miłość, optymizm i szczęście. Tymczasem to, że zostajemy mamami nie czyni z nas automatycznie ideałów, anielic, robotów, które nic nie czują poza tym, co - niby - powinny. Pozostajemy sobą - ze wszystkimi zaletami i wadami sprzed bycia mamą! Owszem, macierzyństwo uczy cierpliwości, opanowania, asertywności.przymykania oczu na pewne sprawy (i otwierania ich na inne - ważniejsze), organizacji i wielu, wielu innych rzeczy, ale nie jest tak, że rodząc dziecko nagle to wszystko dostajesz!
 Nie jest też tak, że miłość, którą obdarzasz swoje dzieci wyklucza uczucie zmęczenia, sfrustrowania, smutku, złości, bezsilności i sprawia, że nie popełniasz błędów!

Nie taką mamą miałam być... Miałam emanować miłością w każdej sekundzie, uśmiechać się anielsko, znać sposób na kolki i na tabliczkę mnożenia, która nie chce wejść do głowy, w razie utraty cierpliwości liczyć do 10 zamiast rzucić soczyste "kurwa", codziennie bawić się w kreatywne (koniecznie!) i edukacyjne (inne być nie mogą!) zabawy zamiast pozwalać dziecku godzinami bawić się w błocie, nie płakać, nie złościć się, nie męczyć. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna niż przypuszczałam, a moje macierzyństwo zupełnie inne niż to, które sobie wyobrażałam. Bo jestem sobą. Jestem tylko człowiekiem i nawet to, że zostałam mamą nie zmieniło tego faktu :). 

Bywam zła, wkurzona, znużona i smutna. Robię rzeczy, których robić nie powinnam albo mamie nie wypada. Popełniam błędy. Ale, kurczę, w tym wszystkim cały czas tę moją dwójkę kocham tak mocno, że oddałbym za nich życie! I trudne chwile przeplatają się z tymi pełnymi radości, dumy, czułości, po prostu pięknymi. Bawimy się, śpiewamy piosenki, oglądamy całą rodziną bajki, uwielbiamy wieczorne czytanie książek, robimy razem sałatki i ciasteczka, śmiejemy się do rozpuku, tulimy się z samego rana, cieszymy się zwyczajną codziennością. Jak to w życiu. tak w macierzyństwie są wszystkie kolory tęczy. I każdy z nich jest potrzebny, by razem tworzyły coś wyjątkowego.

Wszystko to, czego doświadczam jako mama, każda emocja - złość, znużenie i smutek także - sprawiają, że jestem w macierzyństwie prawdziwa. Nie ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy jak w reklamie syropku dla dzieci, nie z aureolką nad głową niczym anielica, nie w czystym jak łza domu (najlepiej jeszcze w szpilkach na tym dywanie shaggy z Ikei). Tylko raz śmiejąca się do rozpuku podczas wygłupów z moimi dzieciakami, a innym razem z marsową miną, bo znów wpakowały się do domu w zabłoconych kaloszach. Raz umiejąca policzyć nawet do stu, żeby cierpliwość wróciła na swoje miejsce, a innym razem trzaskająca drzwiami od łazienki i zamykająca się w niej choćby na 10 minut w obawie przed rychłym wybuchem. I przeważnie, mimo że dywan odkurzam trzykrotnie i tak zobaczysz na nim okruchy, jak wpadniesz do nas z wizytą. Zaś mnie ujrzysz w spranych dżinsach i koszulce, czasem w skarpetach nie do pary (bo może akurat trafisz na ten poranek, kiedy mam oczy na zapałki i w pośpiechu włożyłam byle jakie). Takie jest moje macierzyństwo. Po prostu MOJE. Normalne, nie idealne. Ale kiedy Julka i Szymek tulą się i mówią: "Jesteś najlepszą mamą na świecie", wiem, że tak właściwie całkiem fajna ze mnie mama!


A ty jaką jesteś mamą? 

13 komentarzy:

  1. Aneta Skierkowska7 listopada 2016 18:05

    Świetny tekst! I doskonale oddaje tę naszą macierzyńską rzeczywistość - nie zawsze usłaną różami, jak całe nasze życie z resztą. Jednak bycie mamą to faktycznie fajna sprawa. Choćby za codzienny uśmiech naszej pociechy, te pierwsze wyczekiwane kroki, słowa. Pierwszym słowem mojego dziecka było słowo: "mama". Dosłownie pękałam z dumy! No i to poczucie, że jest się komuś bardzo potrzebnym... Myślę, że jestem fajną mamą. A dla własnego dziecka - idealną, najlepszą. Jak każda z nas!

    OdpowiedzUsuń
  2. Podsumowanie najlepsze ;-) Każdy z nas tak ma, że się nastawia, spodziewa czegoś, planuje, a potem życie weryfikuje nasze podejście.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zawsze życie weryfikuje wszytsko ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Każda z nas to inna historia, ale żadna nie jest matką idealną, bo takich nie ma, można jedynie zawsze próbować być najlepszą, na jaką nas stać, a i to nie zawsze wychodzi :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "nie zawsze się zostaje tym kim chce się być" :) Najważniejsze podsumowanie dzieci. To, że dla nich jesteś najlepsza jest najważniejsze. Emocje to rzecz normalna i każdemu czasem puszczą lekko nerwy. Ja co prawda mamą nie jestem, ale widzę na przykładzie żony, że macie podobnie::) Ona też się zarzekała, że nigdy jej nerwy nie puszczą:) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Nawet nie wiesz Andrzej jak miło otrzymać komentarz od mężczyzny i to jeszcze pełen zrozumienia :). Dziękuję i zapraszam tutaj częściej! Pozdrów żonę!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dokładnie: "każda z nas to inna historia" i to jest piękne! Nie podoba mi się przykładanie do macierzyństwa jednej miarki, bo każda z nas jest inna, a inne nie znaczy gorsze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ważne, żeby nas ta weryfikacja jakoś nie załamała ;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Dokładnie i istotne, żeby podchodzić do tej weryfikacji jak do czegoś normalnego i nie przesadzać ze swoimi oczekiwaniami i ambicjami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Oczywiście, że bycie mamą jest piękne! Trzeba jednak liczyć się z tym, że stając się mamami, nie stajemy się robotami, które są ustawione tylko na pozytywne uczucia.

    OdpowiedzUsuń
  11. Myślę, że każda z mam miała nieco inne wyobrażenie o macierzyństwie. Nasze dzieci je weryfikują.

    OdpowiedzUsuń
  12. Magdalena Lelonkiewicz22 listopada 2016 20:22

    Jaka mialam byc mama nie taka,jak moja babcia i moja mama. W pewnym sensie mi sie udalo. Wychowuje moje dzieci z mezem,nie sama. Ale to tylko 1% z 99% jakie udalo mi sie osiagnac. Jestem matka z krwi i kosci:klne,mam gorsze dni,bywam rygorystyczna ale i nadopiekuncza zarazem. Kocham moje dzieci najbardziej na swiecie ale sa dni,kiedy mam och nadmiar. Mialam tlumaczysz,nie krzyczec,nie klnac,nie robic wstydu i byc wytrwala. Ale to co wynioslam z domu,przeklada sie bezwiednie na moje dzieci. Taki wypracowany mechanizm. To jest zycie a macierzynstwo to nie latwy kawalek chelab ;). Pozdrawiam Olu :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Kinga Zielińska22 czerwca 2017 23:46

    Dobrze powiedziane :) Każda mama chce być najlepszą opiekunką swojego dziecka. Polecam książkę: Zatrzymać dzień - opowieść o (nie) zwykłej kobiecie i jej synku. Mega pozytywna. Dobra, bo: krótka i przyjemna ;)

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram