Post Top Ad

Dziś wiem, co bym powiedziała kobiecie po poronieniu...

Nie wiem, które to już moje podejście do tego tekstu... Nie wiem, czy go opublikuję... Ale emocje i słowa same pchają się pod palce... Może dlatego, że tak naprawdę każda kobieta, która przeżyła poronienie szuka wsparcia u innych kobiet w podobnej sytuacji. Choć czasem trudno jej się do tego przyznać i udaje, że wszystko jest ok. A może dlatego, że projekt nowej ustawy antyaborcyjnej przywołuje wspomnienia ze szpitalnych czterech ścian... Chyba już czas o tym napisać...



Niedługo minie rok, a ja jednocześnie czuję się, jakby to było wczoraj i jakby stało się to w jakimś innym życiu. Nie moim. Bo nigdy nie pomyślałabym, że dotknie to i mnie. Pamiętam, jak próbowałam to sobie wyobrazić, kiedy strata dotykała moich znajomych, koleżanek... "Nie przeżyłabym tego" - myślałam. A jednak przeżyłam...

To nie była planowana ciąża, ale od momentu, w którym się o niej dowiedziałam, zmieniłam cały plan na życie. Dla niej. Niestety Bóg albo los miał inne plany. W czwartek jeszcze z nadzieją wróciłam do domu od gina z zapasem Duphastonu i No-Spy. W piątek Grzegorz przyjechał z Niemiec na weekend. W sobotę już byłam w szpitalu... To był 17 października. 8 tydzień ciąży.

Miałam "szczęście" trafić na jakiegoś wizytującego profesora, który zbadał mnie z taką delikatnością jakbym była workiem kartofli. Na fotelu przypominającym średniowieczne narzędzia tortur. Przez całe badanie nie odezwał się ani słowem. Dopiero od pielęgniarki wyciągnęłam informację, że "jeszcze nie poroniłam". A więc tabletki na podtrzymanie przez cały weekend. I niepewność. Nikt nie był w stanie mi nic konkretnego powiedzieć.

Na sali ze mną dziewczyna, która poroniła. Dziwnie nam się rozmawiało. W końcu ja jeszcze miałam nadzieję. Ona już po zabiegu. W sali obok ciężarna w szóstym miesiącu na podtrzymaniu. W sąsiednim korytarzu płacz noworodków - porodówka.

Już w sobotnią noc budzą mnie bóle takie jak do porodu. Jestem przerażona tym, co widzę w łazience. Ale słyszę, że to na pewno nie to i dostaję kolejną dawkę No-Spy.

Na poniedziałkowym USG pada pytanie: "Czuje się pani jakby była w ciąży?". Myśli kołaczą w głowie. Jakiej odpowiedzi oczekuje lekarz? Powinnam powiedzieć tak czy nie? "Chyba bardziej niż kilka dni temu" - odpowiadam. "To dziwne, bo tam już prawie nic nie ma" - słyszę.

Potem tabletki na oczyszczenie. Obywa się bez zabiegu. Zostaję sama na sali. Pielęgniarka pyta, jak się czuję. "Dobrze" - odpowiadam. I cały wieczór wyję w poduszkę.

Jakaś dziewczyna "zgarnia mnie" z korytarza na papierosa. Stoimy na dworze we trzy i gadamy o swoich stratach jak o pogodzie. Nie bez emocji, ale jak o czymś normalnym. Bo jedna wie, co może czuć druga. To trochę pomaga.

Po powrocie do domu tulę moje dzieciaki najmocniej jak umiem. Jestem szczęśliwa, że je mam. A są kobiety, które nie tracą jednej ciąży, ale dwie, trzy, cztery ... I nie mają kogo przytulić po powrocie ze szpitala...

Bardzo trudno jest o tym rozmawiać. Widzę, jak bliskie osoby biją się z myślami: pytać czy nie? Co w ogóle powiedzieć? Najgorsze to: "Nic takiego się nie stało". Bo jednak się stało. Ale rzeczywiście najlepsze, co można sobie powiedzieć to, ze widocznie tak miało być... Bo roztrząsanie może wciągnąć cię w taki kołowrotek, z którego już się sama nie wyplączesz. Miałam wsparcie, ale mimo wszystko strata to jest coś, co trzeba przeżyć i przepracować ze samą sobą. Wiem, że przede mną jeszcze dużo pracy...

Czas mija i nie myślę o tym każdego dnia, ale to wraca. I będzie pewnie wracać już zawsze. To, że mogłoby nas teraz być pięcioro. To, że może gdzieś tam sama zawiniłam. To, jak traktuje się kobiety po poronieniach w szpitalu - jako kolejny "przypadek" z tysięcy. To, że projekt nowej ustawy zakłada możliwość dociekania winy kobiety, która traci dziecko. To wszystko boli.

Dlaczego o tym piszę? Może to forma terapii dla mnie samej, ale chcę też żebyście wiedziały, że nie jesteście same! Bo wiem, jak bardzo potrzebne jest poczucie, że ktoś rozumie, co czujesz w takiej sytuacji. I gdybym dziś miała kogoś pocieszyć po takiej stracie już wiem, co trzeba powiedzieć: "Wypłacz się. Wiem, że to boli. I nigdy o tym nie zapomnisz. Ale będziesz żyć dalej i znajdziesz w sobie siłę, żeby to udźwignąć i uwierzyć, że mimo tego, co cię spotkało, wszystko będzie dobrze". 

2 komentarze:

  1. Magdalena Lelonkiewicz29 września 2016 13:58

    Nie przezylam straty dziecka, ciaza Roksany byla zagrozona. Byly ogromne nerwy, bylam z tym sama. Michal byl w wojsku,bilam sie z myslami i oczekiwalam,ze jest dobrze, ze ktos mi da to poczucie. Otrzymalam, urodzilam zdrowa core,pozniej druga. Wiem,jaki to stres ale nie wiem,jaka to strata. Nie wyobrazam sobie tego. Zycie nas roznie doswiadcza. Utrata najblizszych to bardzo ciezki element zycia. Dzis wiem,ze czas nie leczy ran, on przyzwyczaja do bolu. Ja placzu nie traktuje,jak chwili slabosci. Placz to naturalna emocja,ba nawet w mojej filozofii ma moc oczyszczania. Gdzies tam mam zakodowane,ze wyrzucam z siebie zle emocje. Trzeba o tym rozmawiac,tylko niestety nikt nas tego nie nauczy. Pierwszy krok to odwazyc sie rozmawiac o tym co sie stalo. Nie nalezy krytykowac,trzeba sluchac. Nie jeden raz mysle o tym,jak to by bylo rpzezyc wlasne dzieci. Czy gorsze jest urodzic martwe dziecko,czy dziekco ktore sie urodzi jest zywe ale za chwile umrze. Mysle Olu,ze lekarze tak traktuja pacjentki,bo ich zawod to z czasem rzemioslo. Tak jak rzezbiarza dluto,jest narzedziem,tak dla ginekologa rece sa narzedziem. A podejsciem z czasem staje sie rytuna. Tak mi to Mcihal tlumaczyl kiedys. To,ze lekarz jest bezemocjonalny nie wynika zazwyczaj z jego braku powolania ale ze nie jeden przezyl poronienie i nie jest to nic przyjemnego. Kazdy z nas przezywa swoje zycie,ma swoje rodziny i swoje problemy. Mysle,ze tutaj o to chodzi. Ja tez trafilam na porodowce na lekarza ktory bardziej do mnie pdochodzil jak przedmiotu,niz jak do czlowieka. Coz zrobic, dzis tez bym byla bardziej wygadana i walczyla o swoje ale zycie uczy i pokory i zarazem jak sie bronic. Przykre i bardzo trudne jest sowojenie sie ze strata zwlaszcza dziecka ale mysle ze obecna dwojka wynagradza ci w jakims stopniu pustke. Masz cudowna rodzine i mysle,ze to taki miod na serce :). A temat aborcji,pornien to bardzo trudny temat i osoby nami rzadzace nigdy nie dorosna do tego by o nim rozmawiac i podejmowac sluszne decyzje. Ja moge ci Olu zyczyc milego dnia i gratuluje odwagi ze to napisalas :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja ciąża praktycznie od samego początku była zagrożona. Od 3 miesiąca pożytkowałam się Duphastonem, No - Spą, później luteiną. Do tego doszły problemy z tarczycą, częste infekcje, niedokrwistość... Brałam tyle kolorowych pigułek w ciągu dnia, przerażała mnie myśl, że zaszkodzę dziecku, że to na nie wpłynie. Zagrażał mi przedwczesny poród. Później szyjka zaczęła się nagle skracać, doszło do 1,5 - centymetrowego rozwarcia... Oj, był to bardzo ciężki dla nas okres. Skumulował się dodatkowo z innymi problemami rodzinnymi. Musieliśmy wyprowadzić się gdzie indziej, rezygnując przy tym z tego, na co przez tyle długich lat ciężko pracował mąż. Psychicznie byłam już wszystkim wycieńczona. Jednak do samego końca mieliśmy nadzieję, że dotrzymam ciążę, i że z dzieckiem wszystko będzie w porządku (stąd też córeczkę nazwaliśmy Nadia, jak nadzieja). No i udało się! Dziś cieszymy się z naszego prawie 1,5 - rocznego Szkraba i dziękujemy Opatrzności za ten cud. Bo dla nas jest to cud. Nie mam pojęcia, jak czuje się kobieta po stracie własnego dziecka i mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji. Rozumiem natomiast ból i strach, który towarzyszy kobiecie w momencie zagrożenia i utraty dziecka. To straszne! Oby takich sytuacji było jak najmniej.

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram