Post Top Ad

Dystans Rodzicu, dystans!

Rodzicielstwo to nie są żarty. Wychowanie małego człowieka to poważna sprawa i wielka odpowiedzialność. Przecież to od nas, rodziców, w ogromnej mierze zależy, jakie wartości będą wyznawać nasze pociechy jako dorośli ludzie i czy będą umiały być szczęśliwe. Staramy się więc ze wszystkich sił nauczyć je odróżniać dobro od zła, nauczyć je kochać, być empatycznymi, życzliwymi, wierzącymi w siebie i mądrymi ludźmi. To wszystko jest bardzo ważne! Mam jednak wrażenie, że coraz częściej zapominamy o czymś, co też jest istotne i niezbędne do szczęścia każdemu dużemu i małemu człowiekowi: o poczuciu humoru, o radości i dystansie!


Dystans w genach...
Poczucie humoru i dystans do siebie i świata to jedna z najlepszych rzeczy, jakie "dostałam" od rodziców! Gdzieś tam na dnie duszy drzemie wciąż pesymizm, ale mimo to śmiać się potrafię nawet, gdy faktycznie życie daje mi popalić. Z wystającej kości biodrowej, perkatego nosa i oblanego egzaminu na zielonym świetle też się umiem śmiać! Jeszcze jak! O tak: :)))))))))) 

Czasem potrzeba czasu, by przełknąć jakąś gorzką życiową pigułkę, ale najczęściej w większości w końcu znajduję coś, co sprawia, że przestaje się jawić jako dramat i tragedia. Jeżeli nawet nie jest mi do śmiechu, to zawsze staram się wyciągać nawet z trudnych sytuacji pozytywy. Nauczyła mnie tego mama! To ona potrafiła i potrafi do dziś śmiać się nawet wtedy, gdy musi uderzać głową w mur i kiedy wydaje się, że gorzej już być nie może. Ileśmy prześmiały wieczorów, kiedy byłam nastolatką nie zliczę! Nasze "teksty" wymyślane w przypływie śmiechu weszły do rodzinnego słownika na stałe. Dziś, gdy mi smutno i źle, najlepiej działa właśnie wspólny śmiech z mamą albo z Grzegorzem, który na szczęście należy do tego samego typu ludzi: "z-poczuciem-humoru-kosmity" albo...z Julką i Szymkiem. Tak, uwielbiamy się razem śmiać!

Dystans w rodzicielstwie...
Jednak dystans to nie tylko poczucie humoru i umiejętność "leczenia" smutków śmiechem. Dystans to także, drogi rodzicu, umiejętność odróżniania rzeczy ważnych w rodzicielstwie od błahych, umiejętność nie brania rodzicielstwa tak w każdym calu śmiertelnie poważnie, umiejętność wyluzowania wtedy, kiedy wyluzować można! Co mam na myśli? 

Na przykład to, że zamiast ubierania dzieci w stylowe koszule i czesania Julce włosków na nowo do każdego zdjęcia, zrobię fotkę z plamą po soku na bluzce i zabawną miną. I będziemy się z niej razem śmiać! I zapytam ją o zdanie przed publikacją, ale raczej nie sądzę, by miała coś przeciwko temu. Bo ma dystans. I ja mam dystans do zdjęć i plam na bluzkach też. I wierzę, że za kilkanaście lat będzie się z tego śmiała!
Na przykład to, że tata kupił Julii lalkę - potworkę a ja na dokładkę monsterową pościel, a Szymek codziennie bawi się dinozaurami, które rozdziawiają brzydkie gęby i szaleje za zielonym, paskudnym Hulkiem. I nie mam z tego powodu bólu duszy jako matka, a Grzegorz nie ma jako ojciec. I uważamy, że to fascynacja jak każda inna, która odpowiednio, subtelnie kontrolowana nie niesie ze sobą nic złego. Gdyby tak było oglądania Sailor Moon wraz ze wszystkimi występującymi tam demonami i ponoć wprowadzających w hipnozę Pokemonów na zmianę z kiczowatymi Power Rangers zostawiłoby na mojej i Grześka psychice koszmarne ślady. Na waszych psychikach też. [A może wy macie jakieś :)?] Tymczasem mamy do dziecięcych fascynacji, współczesnych superbohaterów i zabawek dystans, bo dopóki nie wyrządzają dzieciom krzywdy są po prostu prawem dzieciństwa. 
Na przykład jeszcze to, że Julka zakłada różowe legginsy i do tego koszmarnie różowe bluzki, a w pokoju ma tandetny dywan sprzed 20 lat. I lubi pierdołkowe gazetki typu "Winx" albo "LPS" i piosenkę "Miód - malina". Szymek zresztą też daje przy niej czadu. I chociaż my, rodzice, preferujemy U2, Metallicę i klasykę rocka to ja nie mam koszmarów z powodu disco polo w mp3 Julki ani z powodu jej zamiłowania do różu. Nie dobieram do dziecięcego pokoju godzinami grafik z mądrymi napisami, które moje dzieci by ani parzyły ani ziębiły, nie sadzam w równym rządku wyłącznie ręcznie robionych zabaweczek, nie segreguję po każdej zabawie ludzików, klocuszków i i innych bzdetków do oddzielnych misternie zdobionych pudełeczek. Bo nie mam parcia na to, by od pierwszych miesięcy życia wyrabiać w dziecku gust i styl ani na to, by w ich pokoju panował nieskazitelny ład.  Bo na kształtowanie gustu przyjdzie czas, zresztą, będzie się u dzieci zmieniał jeszcze setki razy bez względu na to, co im powieszę na ścianie, a bałagan jest nieodłącznym towarzyszem udanej zabawy  - bo mają do tego prawo, bo są dziećmi, bo są indywidualnymi jednostkami.  A ja mam do tego dystans. 
Na przykład to, że zamiast biec z każdą skargą dziecka do wychowawczyni czy innego rodzica, czasem po prostu mówię dziecku: nie przejmuj się! Że nie robię z każdej kłótni pomiędzy dziećmi, z każdego niepowodzenia w szkole, czy oznaki buntu wielkiego halo. Nie rozmawiam z dziećmi z kartką w ręku, gdzie mam skrupulatnie spisane, co i jak mogę według jakiego nowego psychologicznego guru powiedzieć. Nie rozkładam każdego dziecięcego rysunku na części pierwsze i nie boję się, że moje "Jestem z ciebie dumna" spowoduje u mojego dziecka problemy z tożsamością za 20 lat. Potrafię wprost powiedzieć Julce, że w pewnych sytuacjach trzeba się po prostu śmiać życiu w twarz!

Chcę tego nauczyć moje dzieci...
Nie wyobrażam sobie życia bez takiego poczucia humoru jakie mam i bycia matką też sobie bez niego nie wyobrażam. Czasem, kiedy słucham albo czytam o tym, jak rozkłada się każdy element rodzicielstwa na czynniki pierwsze, zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na jakiś spontan, na luz, na beztroski śmiech, na wolność, na bycie sobą? Czy naprawdę zostając rodzicem musisz stać się śmiertelnie poważny i wyzbyć się niepohamowanych napadów śmiechu? Musisz w każdej bajce, w każdej zabawce, w każdym nieopatrznym słowie dopatrywać się złego wpływu na twoje dziecko? Musisz otaczać je z każdej strony kreatywnością, nieskazitelnością, "stylowością" - perfekcją? Nie musisz!
Ja uważam, że nauczenie moich dzieci dystansu do siebie i świata jest nie mniej ważne, niż nauczenie ich angażowania się w życie, życzliwości wobec innych czy odpowiedzialności (a tego również z całych sił staram się moje latorośle uczyć). Mam wrażenie, że to nasze, rodziców branie wszystkiego tak zupełnie serio sprawia, że to, co dla naszych dzieci jest zwyczajną zabawką taką jak inne, jawi nam się jako maszkara, która wpędzi je w jakieś emocjonalne problemy a zabawne zdjęcie, zamiast uśmiechu wywołuje pytanie: "Co też ludzie powiedzą?".

Człowiek, który nie potrafi śmiać się z siebie i patrzeć z dystansem na świat nie będzie szczęśliwy... A ja chcę, by moje dzieci były szczęśliwe - i teraz, i za 20 lat.

(P.S. Z góry zastrzegam, że nie mam nic przeciwko ręcznie robionym zabawkom (sami mamy w domu kilka)  i projektowaniu dziecku pokoju - piszę o sytuacjach skrajnych czy inaczej mówiąc traktowaniu w/w po prostu śmiertelnie poważnie...]


5 komentarzy:

  1. Kamila Łabutka1 maja 2015 12:22

    po tym wpisie, chyba spróbuje cieszyć się nawet ze smutnych rzeczy, bo jak na razie to jestem raczej pesymistką i przydałby mi się taki ogromny zastrzyk optymizmu :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja walczę z pesymizmem właśnie poczuciem humoru :). Choć może to nie tyle pesymizm, co słaba wiara w siebie, a uśmiech i dystans naprawdę pomagają!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kamila Łabutka1 maja 2015 12:29

    Bardzo dziękuje za cenne wskazówki :-) Wpis super który naprawdę daje dużo do myślenia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdyby można było przyznawać medale i ordery za bycie matką, to po przeczytaniu tego wpisu wręczyłabym Ci złoto. Zgadzam się z Tobą w 100%.
    We mnie również rodzice wpoili dystans, który jest dla innych często niezrozumiały. Zdarza się, że ludzie słuchający moich rozmów z rodzicami, bratem czy Mateuszem przewracają oczami np. kiedy publicznie mówię mojej mamie, że sukienka wisi mi w tym miejscu w którym powinnam mieć biust a mam czarną dziurę, bądź kiedy na kolejny komentarz teściowej dotyczący mojej figury nie reaguję płaczem a odpowiadam, że 'widocznie jej syn woli obgryzać kosteczki niż sięgać po boczuś". i pytam czym go karmiła w dzieciństwie. W mojej rodzinie śmiejemy się z siebie i dzięki temu mamy do śmiechu wiele powodów (a śmiech ten dźwięczy w uszach przez lata nie dlatego, że jest mi tak strasznie źle i smutno i wspominam ten odgłos jak traumę, a dlatego, że lata później sytuacja wciąż jest zabawna) :D
    I wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem mimo oglądania "super świnki" i "dragon ball", mimo słuchania rapu od początku, mimo jedzenia łapkami siedząc na stole w oczojebnych legginsach, mimo zabawy barbie (i samochodami <3),mimo wtulania się w siedlisko zarazków potocznie zwanym psem. Tak, mówię to ja - szczęśliwa tapeciara przypominająca wieszak :)

    Aleksandro, matko z dystansem uwielbiam cię :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Aleksandra Greszczeszyn10 maja 2015 11:07

    Jak zwykle mnie zawstydzasz tymi komplementami <3 :*

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram