Post Top Ad

Co może dać matce pobyt z dzieckiem w szpitalu?

Szpital to nic przyjemnego ani dla dziecka ani dla będącego z nim tam rodzica. Jednak, mimo że nigdy nie jest łatwo, to nie każdy taki pobyt musi wyglądać tak i nie każdy personel jest taki jak tutaj. Mało tego, czas spędzony na oddziale szpitalnym, może matce dużo dać...


To były tylko dwie pełne doby i dwie noce poza domem. Tylko albo aż. Po bezsennej nocy sama podjęłam taką decyzję i jej nie żałuję. Nie tylko Julka została postawiona na nogi i gruntownie przebadana, ale i we mnie coś się zmieniło. I zmienia się w naszym życiu. To był czas przemyśleń i wyciągania wniosków.

Co mi dały te dwie doby na oddziale dziecięcym z moją zarotawirusowaną córką?

Przede wszystkim zyskałam spokój ducha, którego od dawna mi brakowało. Po kilkumiesięcznych brzuszkowych perypetiach, po makabrycznym braku apetytu i schudnięciu, po łapaniu wszystkich świństw, jakie krążą w powietrzu, domysłach, szukaniu przyczyn i przekopywaniu internetu w celu doszczętnego ulegnięcia panice, moje dziecko zostało gruntownie przebadane i postawione na nogi, a ja wiem, że ma dobre wyniki i nic poważnego jej nie dolega.Przy okazji wyniki badań Szymka pokazały to samo. My God! Dawno nie poczułam takiej ulgi...

...i nagle także wszystkie inne problemy przestały jawić się jako dramaty! Poczułam się tak, jakbym patrzyła na nie z odległości tysiąca kilometrów: zrobiły się malutkie, ale za to moja energia urosła! To nie jest frazes, że jak jest zdrowie, to wszystko inne jest do zrobienia!

Od dawna już nie spędziłam tyle czasu z Julką, a już na pewno nie tylko we dwie. Mimo ogromnej tęsknoty za Szymkiem, wyciągnęłam z tego czasu dużo dobrego. Miałyśmy mnóstwo czasu na rozmowy, czytanie, zabawę. Okazało się nawet, że mam w sobie trochę kreatywności - znalazłam sposób na domek bez laleczek - laleczki narysowałam i wycięłam z papieru. Radość Julki - bezcenna. Przecież w domu też tak można - można znaleźć więcej czasu, więcej chęci i wyobraźni - dla obojga! Nie chcę w sobie więcej tego zgnuśnienia siedzącej w domu matki, które czasem gdzieś tam mnie dopada! No way!

Ten czas przyniósł jeszcze jeden wniosek - dziecko mi dorasta! Nie! Dzieci mi dorastają! Julia, której jeszcze niedawno trzeba było zwracać uwagę w głupiej kolejce w sklepie i dla której nierealne  było usiedzenie pięciu minut bez trajkotania, biegania, ewentualnie narzekania, z rozbrykanego malucha, zaczęła się zmieniać w poważną dziewczynkę. O ile w pierwszym dniu była to może wina osłabienia, o tyle w kolejnym już wyraźnie widziałam, jak duże zmiany zachodzą w mojej córce. A Szymek? Pierwszy raz został na noc beze mnie. Strasznie się bałam, że będzie płakał, a on? Uważnie posłuchał najpierw mojego wyjaśnienia, a potem babci (że mama musiała jechać z chorą Julią do szpitala) i ... zrozumiał. Kiedy wróciliśmy widać było, że bardzo tęsknił, ale to jak był dzielny niesamowicie mnie zaskoczyło i przepełniło dumą! Takiej trzeba mi było perspektywy, żeby te zmiany w moich dzieciach wyraźnie dostrzec...

....a z drugiej strony zobaczyć, jak bardzo jestem im potrzebna i jak silna jest ich więź z tatą! Nie wyobrażam sobie, co czułaby Julka, gdybym nie została z nią w szpitalu. Sześć kroplówek, badania, zupełnie obce dla niej środowisko - początkowo była przerażona i wcale się jej nie dziwię! Ale mój spokój, moja bliskość, plus rozmowy z tatą plus przemiły personel i jeszcze uroczy kolega z sali pomogły jej to pokonać. Wieczorem, kiedy spędzałyśmy w szpitalu pierwszą noc, przytuliła się i wyszeptała: "Mama, cieszę się, że ze mną zostałaś i że ze mną śpisz...". Szymuś - ten mój dzielny trzylatek - nie płakał, ale to jak rzucił mi się w ramiona po powrocie, powiedziało wszystko... Potem całym sobą pokazywał radość aż do wieczora, a przed zaśnięciem powtarzał "Kocham cię mama" (na zmianę z "Kocham twoją nogę" i "Kocham twoją buzię") chyba sto razy! Mój duży - maleńki synek! No i w tym wszystkim tata, który nie mógł po prostu wsiąść w samochód i przyjechać, ale cały czas był przy nas - myślami i wirtualnie. Wiem, że się powtarzam, ale będę to powtarzać do znudzenia: nikt mi nie wmówi, że niemożliwe jest być razem mimo dzielącej odległości!

Przekonałam się, że mam na kogo liczyć! Cała rodzina wspierała mnie i martwiła się o zdrowie Julii, a Szymek miał opiekę w babci i cioci. Czułam, że nie jestem z tym wszystkim sama. To są właśnie te chwile, w których poznaje się prawdziwych przyjaciół...

Nie mogę zapomnieć o jeszcze jednym: teraz już z całą pewnością mogę stwierdzić, że oddział szpitalny może być przyjazny dzieciom i rodzicom, a lekarze i pielęgniarki mogą być życzliwi! Ten pobyt nie miał nic wspólnego z traumą, jaką przeszłam z Szymkiem 3 lata temu. Na oddziale królował uśmiech, troska i wyrozumiałość, a dzieci to czuły! Nie było wypraszania rodziców z obchodu, a o sposobie leczenia dokładnie informowano. Nie czułam się jak intruz ani przez moment!  Za to Julka obdarzyła sympatią chyba wszystkie panie pielęgniarki i lekarki! Rodzice mieli oddzielne pomieszczenie socjalne z łazienką, a za pobyt nie zapłaciłam ani centa! Można? Można!

Mam nadzieję, że oddział dziecięcy już więcej nas nie czeka, ale wiem, że decyzja o szpitalu była słuszna. Jak widzicie oprócz poprawy zdrowia Julki, udało mi się wyciągnąć z tej sytuacji jeszcze wiele innego dobra... Niech to dobro i ten spokój już z nami pozostaną.

[Zdjęcie: pixabay.com]

4 komentarze:

  1. Jednak mentalność na tych oddziałach i położniczych i dziecięcych się zmienia i do przodu. Tez mam porównanie, pobyt z przed prawie 4 lat a teraz. Niebo a ziemia, choć ja zapłaciłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aneta Paluch1 maja 2015 10:18

    Nie lubię szpitali od dawna ale także zdarzyło się i mi ,że pobyt na oddziale był całkiem przyjemny ,pielęgniarki sympatyczne ,pomocne ,a lekarka konkretna ,potrafiła słuchać i tłumaczyć moje obawy i lęki co do zdrowia syna.Pamiętam doskonale jak syn tak mi dziękował ,że z nim pozostałam także na noc ,że całą swoją energię i czas poświęciłam tylko jemu -dla mnie to takie naturalne ,nie wyobrażam sobie zostawić moje dziecko samo na oddziale ,choć i tak się zdarzało ,że dzieci były bez opieki rodziców!Szpitale się zmieniają,ludzie się zmieniają ,nie ma takiej obojętności jak kiedyś co mnie bardzo cieszy !Brawo dla Szymka dzielny chłopak ,nie płakał bo moja Iza płakała jak byliśmy w szpitalu .W tych trudnych chwilach można zobaczyć komu zależy na nas ,kto się interesuje ,kto oferuje pomoc a kto jest na nasze problemy obojętny ...... .

    OdpowiedzUsuń
  3. Aleksandra Greszczeszyn10 maja 2015 10:55

    Ja nie płaciłam prawdopodobnie dlatego, że spałam z Julką w jednym łóżku. Za łóżko płaci się bodaj 5 zł.
    Mentalność się zmienia, a zależy to też od szpitala i od oddziału.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aleksandra Greszczeszyn10 maja 2015 10:56

    Jest dokładnie tak, jak piszesz. Ja zawsze staram się wyciągnąć coś dobrego nawet z tak trudnych sytuacji.

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram