Post Top Ad

Trudne uspołecznienie

Uspołecznienie jest w rozwoju dziecka procesem niezwykle ważnym i trudnym: to bowiem nauka życia wśród ludzi, szacunku do wspólnego dobra i zaangażowania w działania dotyczące życia społecznego. Proces ten rozpoczyna się w rodzinie, ale szczególnie nasila się w momencie, gdy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły. Wtedy my, rodzice, przestajemy mieć niemal zupełną kontrolę nad, jak ten niełatwy proces u naszych dzieci przebiega, a one zaczynają same "poruszać" się w społeczeństwie. Jako mama siedmiolatki wyraźnie czuję, w jak ważnym jesteśmy momencie życia Julii i jak istotna jest teraz moja postawa... Umiejętne podejście do trudności, jakie napotyka dziecko w tym procesie jest szalenie trudne, a czasem wręcz bolesne...


Człowiek jest stworzony do życia wśród innych ludzi, ale nie rodzi się z umiejętnością życia w społeczeństwie. Nauka funkcjonowania wśród innych, współżycia społecznego, angażowania się w różne aspekty życia społecznego jest tak naprawdę jednym z najistotniejszych procesów podczas rozwoju dziecka. Przecież to od tego, czy będzie umiało żyć według ogólnie przyjętych norm społecznych i etycznych (nie mylić z zatracaniem swojej indywidualności - i to też jest trudne!), być empatyczne, czułe na krzywdę, czy będzie lubiło pomagać i widziało w tym sens, czy będzie czuło się odpowiedzialne za dobro ogółu i angażowało we wspólne działania i podejmowanie decyzji, będzie zależało, czy zbuduje szczęśliwe relacje z innymi ludźmi i samo będzie szczęśliwe- również później jako dorosły człowiek.

Jako rodzice jesteśmy pierwszymi nauczycielami życia w społeczeństwie. Przede wszystkim przez budowanie w dzieciach poczucia własnej wartości i poczucia bezpieczeństwa, które są bardzo ważne w  kontaktach z innymi ludźmi, poprzez dawanie przykładu pozytywnych stosunków międzyludzkich a także angażowania się w życie społeczne. 

Ja jako mama dwójki dzieci mam świadomość tego, iż każdego dnia uspołeczniam swoje pociechy.To oczywiście dzieje się w ogromnej mierze "mimochodem" - właściwie wszystkie nasze codzienne zachowania we wspólnym życiu są przez maluchy chłonięte i potem przenoszone na ich stosunki z rodziną i rówieśnikami.Widzę to wyraźnie obserwując moje pociechy (dla niewtajemniczonych Julia ma 7 lat, a Szymon w kwietniu skończy 3): rozmawiając ze sobą używają zwrotów czy słów, które słyszą ode mnie i taty, są wobec siebie opiekuńczy , potrafią się dzielić. Jednocześnie - nie jest idealnie - często, gdy dochodzi między nimi do kłótni słyszę: "A ty z tatą też się kiedyś kłóciłaś, mama!" a u Julii, która jest ponadprzeciętnie żywiołowa, zauważam problemy z poczuciem własnej wartości.  Elementem uspołeczniania dzieci w domu jest także egzekwowanie zasad, jakie panują w domu czy nakładanie na dzieci ich małych obowiązków. Nie ma chyba rodziców, którzy powiedzą, iż nie mają absolutnie żadnych kłopotów w tej dziedzinie ze swoimi dziećmi. U nas również nie odbywa się to gładko i łatwo. Zarówno Julia jak i Szymek są indywidualistami, Julia dodatkowo jest jak już pisałam,  bardzo żywym dzieckiem, więc mniejsze i większe bunty są na porządku dziennym. Myślę jednak, że najistotniejsze, iż się dostrzega takie sprawy i próbuje je naprawiać mając świadomość, że ten etap socjalizacji i uspołeczniania odbywający się w domu jest podstawą do tego, by z czasem dziecko zyskiwało coraz większą dojrzałość społeczną. 

Pójście Julii w 2013 roku do przedszkola, a we wrześniu 2014 do I klasy było dla nas przełomem przede wszystkim w kwestii uspołecznienia. U dzieci ze wsi ten proces wygląda bowiem inaczej niż u dzieci z miast. Jak już wspominałam TUTAJ moje dzieci mają bardzo mały kontakt z rówieśnikami, nie mamy placu zabaw, a sąsiedzi, którzy mają dzieci bądź to mieszkają daleko bądź są zamknięci na jakieś nowe kontakty. Dlatego też mogę z całą pewnością powiedzieć, że wiejskim dzieciom jest trudniej odnaleźć się w grupie, przystosować do reguł i nauczyć się współdziałać. Takie trudności pokonujemy wraz z Julią. Początkowo kompletnie nie potrafiła się odnaleźć wśród dzieci. Mimo, iż łatwo nawiązywała z nimi kontakt, to jednak nie umiała dostosować się do zasad, narzucając raczej swoje własne, bardzo źle znosiła porażki i przedkładała swoje potrzeby nad potrzeby innych. Oczywiście to pewne odizolowanie od świata jest tylko jednym z czynników, który miał na to wpływ. Obok niego nie bez znaczenia jest charakter dziecka i jego dojrzałość emocjonalna czy mniejsze i większe błędy wychowawcze, których jak chyba każdy rodzic, nie uniknęliśmy wraz z mężem. Jednak z każdym dniem widzę postępy, jakie Julia robi w tym kierunku: obserwowanie jej zgodnych zabaw z innymi dziećmi, dumy z bycia dyżurną, wypieków na twarzy, gdy mówi, że podniosła starszej pani okulary, które upadły napełnia mnie dumą i radością. Jednak bywają i bolesne chwile...

Nie bez powodu mówi się, że wypuszcza się dziecko spod skrzydeł, gdy idzie do szkoły. Nie mam już możliwości bycia przy córce niemal w każdej chwili, a moje "kwocze" zapędy (tak, tak mam je, choć staram się z nimi walczyć) nie mają w szkole prawa bytu. Co mam konkretnie na myśli? W środowisku szkolnym to nie ja oddziałuję na jej odczucia i zachowania. Kłótnia z koleżanką, trudności z dostosowaniem się do zasad na lekcji czy płacz w reakcji na zaczepki starszego kolegi - to ona musi tego doświadczyć i stawić temu czoła. Oczywiście rozmawiamy w domu, mogę jej doradzić i pocieszyć, ale wtedy, w konkretnej chwili jest wobec tych sytuacji sama. To jednocześnie pewien sprawdzian względem tego, czego uczy ją rodzina i nowe wyzwania będące elementem, jakby kolejnym szczeblem życia w społeczeństwie. Jak jako rodzic podchodzić do tych sytuacji? Jak dać dziecku poczucie wsparcia nie będąc jednocześnie nadopiekuńczym? Jak pogodzić się z tym, że często łzy, złość i rozczarowania są naturalną częścią uspołeczniania się dziecka? Jak wreszcie rozgraniczyć uspołecznienie z indywidualnością dziecka i nie zaburzyć jednego ani drugiego? Bardzo często zadaję sobie te pytania.

Chciałabym, aby moje dzieci odnajdywały się w społeczeństwie, bo wiem, że to bardzo istotny element osiągnięcia spełnienia i szczęścia zarówno teraz, jak i w dorosłym życiu. Bardzo ważny, jeśli nie niezbędny. Czuję na sobie w związku z tym dużą odpowiedzialność. Staram się, aby w domu Julia i Szymon obserwowali dobre wzorce, a o tym, co dzieje się poza nim dużo rozmawiamy i analizujemy trudne sytuacje. Nauczyć dzieci życia wśród ludzi - wrażliwości, empatii, asertywności, zaangażowania w działania ważne dla wszystkich - to nie mniej ważne zadanie niż dbać o ich zdrowie czy edukację. 

Tak naprawdę proces uspołecznienie trwa przez całe ludzkie życia, ale dzieciństwo to ten najważniejszy czas, w którym zdobywamy pierwsze, zostające w pamięci doświadczenia, pierwszych przyjaciół, w którym zaczynamy angażować się w życie klasy, szkoły, społeczności, czuć się potrzebni innym, uczymy się radzić sobie z porażkami czy rozczarowaniami. Mam świadomość tego, że w dużej mierze od podejścia rodziców zależy, jak będą przeżywać ten proces dzieci. Mam też nadzieję, że te wszystkie dzisiejsze dylematy, które wam tutaj troszkę nieskładnie (z emocji) próbowałam opisać, zaowocują w przyszłości tym, iż moje dzieci będą otwartymi na innych, pełnymi entuzjazmu, zaangażowanymi w życie społeczne, spełnionymi ludźmi.

6 komentarzy:

  1. Oj jak ja się bałam czy moja pięcioletnia córka idąc pierwszy raz do przedszkola poradzi sobie w kwestii uspołeczniania! Masakra! Dała jednak radę. Poradziła sobie lepiej niz się spodziewaliśmy i o wiele lepiej niz ja to przeszłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. obiektmama.blogspot.com13 lutego 2015 22:18

    świetny tekst. Mój synek do pójścia do przedszkola ma jeszcze sporo czasu, ale ja nie umiem sobie nawet w dalekiej przyszłości wyobrazić rozłąki ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Marlena Pietkiewicz15 lutego 2015 23:03

    To jacy jesteśmy w stosunku do innych ludzi, a zwłaszcza do naszych dzieci ma ogromny wpływ na kształtowanie ich osobowości. Dzieci :"kopiują" nasze gesty, słowa, emocje, poglądy... Należy pamiętać, że odzwierciedlenie wzorców dominujących w rodzinie jest istotnym elementem wpływającym na ich uspołecznienie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dokładnie tak. Dlatego czuję na sobie ogromną odpowiedzialność. Czasem reaguję bardzo emocjonalnie, a potem pukam się w głowę uświadamiając sobie, że dałam zły przykład dzieciakom. Na szczęście potrafię z nimi rozmawiać, więc często wtedy tłumaczę im swoje nieodpowiednie zachowanie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak to często bywa, że dzieci radzą sobie lepiej niż nam się wydaje.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozumiem, co czujesz, ale przyjdzie ci się z tym zmierzyć... Pamiętaj, że od twojego podejścia w dużej mierze zależeć będzie podejście synka.

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram