Post Top Ad

Miejsca mojego dzieciństwa


Kiedy byłam mała uwielbiałam bawić się w stodole dziadka. Zapach słomy i kurzu, w którym grało słońce wkradające się przez szczeliny w deskach, zabytkowe maszyny, które skrzypiały przy każdym dotknięciu, skarby, które można było odnaleźć w zakamarkach tego wielkiego, drewnianego budynku - ot, choćby kolorowe nakrętki od słoików, starodawne butelki z odkręcanym kapselkiem a nawet monety - wszystko to sprawiało, że stodoła była miejscem magicznym. To tam znajdowaliśmy z rodzeństwem małe kotki i tam urządzaliśmy sobie "domki", gdzie gotowaliśmy zupy z piasku i wody. Tam też młodsza siostra przydzwoniła starszemu bratu kamlotem w czoło aż się krew polała... Płakałam, kiedy ją burzono, mimo, że byłam już wtedy nastolatką...
Latem, gdy było mi źle albo coś zbroiłam uciekałam w zboże, gdzie siadałam z wiernym psem Puszkiem na kolanach i płakałam. Błękit nieba nad głową i szelest kłosów pieszczonych wiatrem mnie uspokajał. A kiedy był czas żniw i dziadek jeszcze miał gospodarstwo, uwielbiałam patrzeć jak z podkasanymi rękawami swojej nieśmiertelnej koszuli w kratę kosił zboże kosą, tak kosą! Tata i reszta rodziny układali słomę w sztygi, a ja z bratem biegaliśmy na boso po rżysku robiąc zawody, kto przebiegnie je wzdłuż i wszerz pierwszy... Potem skakaliśmy po świeżo ułożonej słomie w stodole, robiąc przy tym fikołki. Nogi mieliśmy podrapane do krwi, a twarze czerwone od upału i szaleństwa.

Las był moim drugim domem. Znałam każdy kawałek tego, który rósł kilkadziesiąt metrów od naszego domu. Kiedy miałam roczek i rodzice zabrali mnie na grzyby, zżarłam kawałek muchomora, ale nie zraziło mnie to do przyrody! Jako siedmio, ośmiolatka sama chodziłam na maślaki, a  jagody zbierałam z mamą "na zarobek". W pobliskim lasku (tzw. borku) skombinowaliśmy sobie z bratem i kolegami (wśród których był nota bene mój osobisty mąż ...) monstrualne huśtawki umocowane na ogromnym dębie, tuż obok torów. Kręciliśmy się na nich idąc o zakład, komu pierwszemu zrobi się niedobrze. Ja miałam najgorzej, bo byłam najlżejsza... Kilka razy zaliczyłam bliskie spotkanie z dębem i z glebą. Tuż obok wykopaliśmy sporej wielkości dół, który zakryliśmy gałęziami świerków i sosen. Nazywaliśmy go bunkrem. Przestaliśmy się w nim bawić, kiedy rozpalone wewnątrz ognisko spowodowało mały pożar, ale naprawdę mały. (Bez obaw, las oszczędził. Spłonęły tylko gałęzie robiące za dach...). Jadłam poziomki rosnące na torach, zrywałam trujące konwalie i chodziłam po szynach.

Sad dookoła domu i ogród babci były miejscami niczym z bajki, mimo, że dziś uchodziłyby raczej za troszkę zaniedbane a na pewno dalekie od ideału z równo przystrzyżonymi trawnikami i ozdobnym płotem... Płot był stary i drewniany, z przerzedzonymi sztachetami, a drzewa jeszcze starsze, powyginane i z owocami, które w niczym nie przypominały tych, jakie dziś kupuje się w sklepie. Zbite jabłko smakowało wtedy najlepiej, a po rozciapcianych gruszkach biegało się na bosaka mając w nosie to, że może użądlić pszczoła (Zresztą użądliła nie raz!). Uwielbiałam wspinać się na drzewa albo wieszać się do góry nogami na gałęziach. Gdy już troszkę podrosłam lubiłam zaszywać się pod rozłożystą wiśnią z pamiętnikiem i pisać albo czytać przygody Ani z Zielonego Wzgórza...



Dziś patrzę na te miejsca oczami dorosłego człowieka i na pierwszy rzut oka wydają się zwyczajne i nijakie. Do niektórych nie zaglądałam od wieków, inne widzę często. Jednak wystarczy chwila, w której przypomnę sobie tamte pełne beztroski czasy i zaczynam znów dostrzegać tę magię, którą wtedy widziałam w zwyczajnych drzewach, trawach, budynkach... Jest gdzieś we mnie ta mała iskierka, która pozwala mi sobie to przypomnieć... 

Patrzę też na moje dzieci i jestem szczęśliwa wiedząc, że i oni czują teraz podobnie jak ja wtedy! Uwielbiają ganiać się po ogrodzie, uciekać do małego lasku tuż obok domu, do którego nie pozwalamy im chodzić bez pytania, ukrywać się w rosnącej niedaleko kukurydzy i wspinać na stogi na polu sąsiada. Stary stół w sadzie to najlepszy "domek" pod słońcem, bo można pod niego wejść i udawać, że cię nie ma, a jabłka z ziemi smakują lepiej niż te nieskazitelne prosto z niby-eko-uprawy. Zwyczajne miejsca w oczach dzieci stają się magiczne i nie potrzeba do tego ani pieniędzy, ani piękna w pojęciu dorosłych. I to jest niesamowite. I to dowodzi, jak ślepi stajemy się wraz z wiekiem: ślepi na wyjątkowość, ślepi na piękno niepodlegające konwenansom i schematom, ślepi na magię, która nas otacza...




Julka uwielbia, kiedy zabieram ją w takie miejsca mojego dzieciństwa. Za każdym razem prosi o opowiadanie historii związanych z tym lasem, łąką czy sadem, gdzie bawiłam się jako mała dziewczynka. Oczywiście historii o ognisku i mdłościach na huśtawce jej oszczędzam, ale opowiadam jej wiele, a ona słucha z otwartą buzią. Moje dzieciństwo fascynuje ją bardziej niż gry komputerowe i bajki na Disney Channel. Podczas ostatniego spaceru, gdy opowiadałam jej, jak kiedyś pojechałam z tatą do pewnej starszej pani, która częstowała mnie pysznym, ciepłym mlekiem prosto od krowy i gorącą drożdżówką, podczas, gdy mój tata malował jej pokój, Julia stwierdziła, że ona też chce ciepłe mleko i drożdżówkę! I wiecie co sobie myślę, że nasze dzieci łakną tych magicznych miejsc tak samo, jak my kiedyś. To od nas w dużej mierze zależy, czy będą mogli za lat kilkanaście właśnie takie miejsca i chwile dzieciństwa wspominać, czy też ich głównymi wspomnieniami będą Angry Birds, Monster High, tablet, laptop i smartfon.























10 komentarzy:

  1. Miło powspominać :) Czytając Twój wpis po raz kolejny uświadamiam sobie,że mamy szczęście mieszkając w takim miejscu,gdzie nasze dzieciństwo upłynęło blisko lasów,jezior i na podwórkach,na których zawsze było co robić,a teraz i nasze dzieci mają taką możliwość żeby poznawać przyrodę,biegać i bawić się w chowanego z kolegami,a najlepszy jest ten moment kiedy wracają do domu wieczorkiem brudne od stóp do głów i niezmiernie szczęśliwe....np.po zabawie w błocie :) Mój mąż mawia "Brudne dziecko,to szczęśliwe dziecko",bo cóż to za frajda dla dziecka,które idzie z mamą na podwórko i na każdym kroku słyszy-Uważaj,bo się przewrócisz,uważaj,bo się pobrudzisz,nie idź tam,nie dotykaj tego itp.itd. To się rozpisałam...dodam jeszcze tylko,że pisząc ten komentarz przy otwartym oknie słyszę świergot ptaszków i gdakanie kur sąsiadów,czyż to nie piękne odgłosy,które towarzyszą nam własnie już od dzieciństwa?
    E.K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Ewelina. Cieszę się, że moje dzieci spędzają dzieciństwo na wsi!

      Usuń
  2. Takie wspomnienia mają niesamowitą moc. Potrafią w jednej chwili uskrzydlić i wywołać uśmiech.
    Ja też często wracam do tej magicznej przeszłości. Zatracam się w chwilach, w których mogę choć przez moment poczuć dawny stan i znów być małą dziewczynką w bajkowym świecie, taką beztroską i szczęśliwą.
    Szkoda, że społeczeństwo XXI wieku w większości zatraca taką zdolność i ślepo podąża za materializmem.

    - Jeden moment tej Twojej historii wywołał u mnie dreszcze :) - "Jadłam poziomki rosnące na torach" - ja chyba jestem nienormalna, ale pierwsze co pomyślałam to to jak działa wc w pkp :)

    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie jesteś nienormalna :D. Właśnie wtedy mi to nie przeszkadzało ha ha :D

      Usuń
  3. Oj tak! Dlatego bardzo się cieszę, że mieszkamy na wsi. Choć lasu nie mamy, moje dzieci będą mogły skakać po polu itp. Nie wyobrażam sobie takiego całkowitego klosza na wszystko. Stale uważać na brudne rączki i inne "fajne" rzeczy :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale Ty pięknie piszesz.. :) mogłabym czytać, czytać i czytać..ewa

    OdpowiedzUsuń
  5. To samo mam w sercu, ale piękniej bym tego w słowa nie ujęła. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj uwielbiam Cię czytać. A te wspominki? ja będąc małą dziewczynką jeździłam "na wczasy" na wieś. Uwielbiałam to i teraz wiem, że to były najcudowniejsze wakacje. Ostatnio z kuzynostwem wspominaliśmy te wakacje - łowienie ślimaków w stawie, wypychanie spodni sianem, oh było tego. Nie wiem skąd czerpaliśmy pomysły i dziwię się naszym rodzicom, że wtedy nie osiwieli ;) teraz chciałabym aby moje gwiazdy przeżyły swoje na takich wczasach :) mamy działkę, którą kupili nam rodzice - niby nad jeziorem, ale na wsi. Oj cudnie tam jeździć, choć z Opola mamy kawał drogi, bo ponad 200 km. Ale wakacje spędziliśmy tam. Moje gwiazdy i siostrzenice bliźniaczki (3latki) bawiły się wspaniale, zwłaszcza na belach siana :) codzienne wycieczki na grzyby, na poziomki, na jeżyny - jest co wspominać. A ja cały czas dziękuję rodzicom, że wpadli na taki pomysł i kupili nam ten teren ;)
    Marlena P.

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram