Post Top Ad

Na patologii noworodka.

Na patologię noworodka trafiliśmy dokładnie 10 maja 2012 roku. Szymek miał wtedy 2 tygodnie. Podczas kąpieli zauważyłam w okolicy jego lewej paszki dziwną zmianę, jakby wrzód. Lekarz rodzinny od razu skierował nas do szpitala, ponieważ Szymek nie miał ukończonego miesiąca, a po wtóre nasza pani doktor nie miała zielonego pojęcia, co to może być za świństwo. 
Do szpitala jechaliśmy jeszcze bez złych przeczuć, z nadzieją na zbadanie, szybkie zdiagnozowanie i wypuszczenie nas do domu. Niestety z jednego szpitala odesłano nas do drugiego, a tam zapadła decyzja o pozostawieniu Szymka na oddziale patologii noworodka. Piszę Szymka, bo od razu na wstępie powiedziano mi, że zostać z nim nie mogę. Pani doktor znad swoich okularków, jak sądzę po tym, co powiedziała, dla krótkowidza, oznajmiła, że mam dowozić mleko z piersi mając ponad 60 km w jedną stronę do szpitala, bo matki na oddziale zostać nie mogą. Jak się okazało po moim stanowczym postawieniu sprawy, jednak mogły... Na wstępie od pielęgniarki przyjmującej nas na oddział usłyszałam: "Może pani zostać, o ile pani wytrzyma...". Nie wiedziałam jeszcze wtedy, o co jej chodzi... Tak więc zostałam. Na niemal dwa tygodnie.

Po pierwszym szoku, jakim było badanie mojego synka, pobieranie mu krwi, jego płacz, którego nie mogłam ukoić, dostałam krzesło w maleńkiej sali, w której stały dwa łóżeczka [takie metalowe, prawie jak na filmach z czasów PRL, ale nie to jest najistotniejsze]. Na tym krześle spędzałam większość czasu przez niemal 2 tygodnie, które nas czekały... Przyniesiono mi Szymka. Wreszcie mogłam go przytulić i nakarmić. I tak mijały nam dni w sali 3 na 2 metry: karmienie, tulenie, obchody, na których nic konkretnego nam nie mówiono, podawanie leków, które przynoszono w plastikowych strzykawkach, a po kilku dniach już przypominanie pielęgniarkom o podawaniu antybiotyku dożylnie, bo zapominały i samodzielne opatrywanie zmiany, bo one nie miały czasu... Tak, nie miały czasu i zapominały będąc po dwie na zmianie na oddziale, na którym w najliczniejszym momencie było ośmioro dzieci, w tym sześcioro z mamami. Miały za to czas oglądać szpilki na allegro i malować sobie paznokcie... Z pierwszego obchodu zostałam wyproszona. Dziś wiem, że nikt nie miał prawa tego zrobić, ale wtedy tego nie wiedziałam. Stojąc przed drzwiami sali płakałam z bezsilności. 
Do spania przy synku dostałam ogrodowy leżak, taki z wgłębieniem na pupę. Opłata za noc wynosiła 10 zł, a w przypadku nieposiadania swojego koca 15 zł. Koc na szczęście miałam, choć i tak większość nocy nie spałam... Łazienka była wspólna z oddziałem kardiologii dziecięcej, gdzie też znajdowały się zarówno dzieci, jak i ich rodzice. Pierwszeństwo miały dzieci z tegoż oddziału, a rodzice z patologii mieli wyznaczony czas na prysznic: 15 minut przed zamknięciem łazienki. Tak, zamknięciem, bo od 20:00 wykąpać się już nie było można. Całe szczęście, że toalet nie kluczyli... Lodówkę dzieliliśmy również z oddziałem sąsiadującym. Jak się okazało sprzątaczka miała prawo wyrzucić moje rzeczy, ponieważ były podpisane samym nazwiskiem, bez nazwy oddziału. Na obydwu oddziałach łącznie było około 20 osób, a kto wie, jak się nazywam, wie też, że drugiej osoby o takim nazwisku na pewno tam nie było... Niestety chodziłam głodna do następnego dnia rano, kiedy udało mi się wyrwać do sklepu po bułki. Oczywiście karmiłam wtedy piersią...
Na oddziale nie wolno było jeść, więc wychodziłam wraz z innymi mamami na korytarz, gdzie stał jeden stolik i trzy krzesła, zaraz obok schodów prowadzących na zewnątrz. Na obiady [oczywiście płatne] można było zejść do stołówki. problem w tym, że trzeba było obejść w tym celu prawie cały szpital i jeszcze trafić na drzemkę dziecka w porze obiadowej. W przeciwnym razie wyjście było niewskazane. Raz Szymek obudził się, gdy mnie nie było i od razu został dopojony mlekiem w proszku...
Mamy, które przebywały na oddziale z dziećmi robiły przy nich wszystko, łącznie z opatrywaniem i podawaniem leków, tak jak pisałam wyżej. Bałyśmy się kąpać dzieci w zamocowanych na ścianach niby wanienkach [Trochę większy zlewozmywak, może wiecie jak to wygląda.], ale odmowa zrobienia tego była kwitowana niemiłym komentarzem albo przynajmniej szyderczym spojrzeniem.Były dwie pielęgniarki, na których dyżur wyczekiwaliśmy, bo przyszły, zapytały, jak się czujemy [W końcu każda z nas była w okresie połogu, po trudach porodu, obolała...], pomogły, popilnowały dziecko, abyśmy mogły wyjść zjeść kanapkę. Jednak były i takie, które nie reagowały na przeszywający płacz maluszka leżącego na sali bez mamy, a na noc zawiązywały mu pieluchę tetrową pod bródką, aby ta przytrzymała smoczek, który miał uciszyć dziecko...
Męża i Julkę widziałam przez ten okres może łącznie dwie godziny. Przyjeżdżali po to, by przywieźć mi ubrania na zmianę i się przytulić, bo na oddział nie można było wchodzić z dziećmi, a nawet tatusiowie spędzający czas na sali razem z mamami, nie byli zbyt mile widziani. A przecież obecność kogoś bliskiego była mi wtedy tak potrzebna... Rozsypałam się na kawałki otumaniona dodatkowo poporodowymi hormonami, nie umiejąca pomóc synkowi, nie mająca pojęcia, co mu właściwie dolega...  Po około tygodniu przeniesiono nas na inną salę, gdzie była już mama z córeczką. Dzięki Kasi troszkę odżyłam i pewnie ona dzięki mnie. Wreszcie mogłyśmy się trochę wygadać i wspólnie czekać na wypisy... Przy wypisie salowa zaproponowała mi zmniejszenie opłaty do kilkudziesięciu złotych. Nie miałam pieniędzy, skorzystałam... Dopiero później dowiedziałam się, że opłaty za pobyt matki w szpitalu z dzieckiem nie są obowiązkowe i miałam prawo w ogóle nie płacić...
Do samego końca nie powiedziano mi, co dolega Szymkowi. Dopiero po powrocie do domu, po kilkunastu dniach na patologii noworodka, moja położna oświeciła mnie, że był to gronkowiec złocisty. Jedna z najbardziej opornych na antybiotyki odmian. Dodatkowo zapalenie pępka. Ryczałam jak bóbr, gdy dowiedziałam się, jakie skutki mogło mieć zakażenie Szymka gronkowcem, do którego najprawdopodobniej doszło w szpitalu podczas porodu... Położna opowiedziała mi, jak jednemu chłopczykowi, do którego także jeździła, gronkowiec wszedł w stawy, przez co ujęto mu nóżkę... U Szymka zatrzymał się tylko na skórze...
Dziś wiem, że wtedy na wiele rzeczy powinnam była zareagować, postawić się, gdzieś je zgłosić. Jednak wtedy chciałam tylko, żeby Szymek wyzdrowiał i abyśmy mogli wreszcie wrócić do domu. Nie tak powinny wyglądać pierwsze tygodnie po narodzinach dziecka...  Bardzo długo nie mogłam się po tym pozbierać, a zakażenie gronkowcem odbiło się na zdrowiu Szymka, który do dziś ma słabą odporność [a z gronkowca leczony był jakiś czas temu po raz drugi].  Nie piszę tego, by narzekać, tylko po to, by pokazać, jak trudne nadal bywają warunki w polskich szpitalach: trudne i dla dzieci, i dla rodziców.  I nie chodzi nawet o warunki lokalowe czy jakieś luksusy, ale o zwykłe, ludzkie podejście ze strony pracowników służby zdrowia, które jest do zrobienia przy odrobinie dobrych chęci. Niestety tych chęci ciągle brakuje. Nie wiem, czy to nadal wpływy poprzedniego systemu, który robił z lekarzy nadludzi, czy po prostu brak powołania do zawodu, jaki wykonują. Jakikolwiek byłby powód i tak trudna sytuacja rodziców dzieci chorych, niestety bywa pogarszana przez ignoranctwo, cwaniactwo i olewactwo ze strony służby zdrowia. A potrzeba tak niewiele, by to zmienić: jedynie poważnego traktowania swoich obowiązków i trochę ludzkiej życzliwości. Wiem, że jest wiele szpitali, w których opieka jest naprawdę wspaniała, a ludzie cudowni, ale mi niestety nie było dane do takiego trafić.


Rodzicu masz prawo!
  1. Wiedzieć na co i jak jest leczone Twoje dziecko.
  2. Współuczestniczyć w decyzjach dotyczących leczenia dziecka.
  3. Wglądu do dokumentacji medycznej Twojego dziecka.
  4. Przez cały czas być przy dziecku – także w nocy!
  5. Odmówić ponoszenia opłat za pobyt w szpitalu – powinny być dobrowolne!
  6. Wymagać, by przestrzegane były prawa małego pacjenta!

Akty prawne: Ustawa z dnia 6 listopada 2008 o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta (Dz. U. Z dnia 31 marca 2009), Deklaracja Praw Pacjenta WHO oraz Europejska Karta Praw Pacjenta.

Polecam też lekturę TEGO tekstu opublikowanego na stronie Centrum Zdrowia Dziecka.

24 komentarze:

  1. Na przełomie 4 i 5miesiąca życia spędziłam z córką cały długi miesiąc w szpitalu... Mogłabym o tym książkę napisać. Oczywiście warunki koszmarne, na szczęście nikt mi nie powiedział, że nie mogę zostać z córką, a także- nie musiałam za nic płacić. Najgorsza jednak była znieczulica personelu- począwszy od lekarzy, po pielęgniarki, które były chyba najgorsze. Owszem- zdarzały się wyjątki, ale to były naprawdę może dwie panie na cały, spory oddział. I tak na przykład leżała w mojej sali dziewczynka bez mamy (z innego miasta,a mama miała w domu jeszcze troje stosunkowo małych dzieci), którą pielęgniarki praktycznie w ogóle się nie zajmowały, bazując na tym, że nam- mamom po jakimś czasie zacznie przeszkadzać płacz małej, więc zmienimy pieluchę, ponosimy... Za to miały czas ważyć ryby (tak, tak!!!) na wadze dla maluchów, czego byłam osobiście świadkiem. Lekarza w nocy dobudzić nie można było i takie tam inne perełki. Koszmar, którego niestety nigdy nie zapomnę.

    A sam gronkowiec to bardzo poważne schorzenie, o czym zresztą już wiesz. Miała go córka mojej koleżanki. Okupuje to ciągłym chorowaniem, tak jakby w ogóle nie miała odporności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta na patologii noworodka nasze próby uspokajania płaczących godzinami dzieci były ucinane bezwzględnym zakazem podchodzenia do nich... I tak czasami przez godzinę, dwie słyszało się płacz dziecka za cienką ścianką, a nawet widziało je, bo w ścianach były szyby, nie mogąc nic zrobić. A pielęgniarki dyskutowały sobie jak gdyby nigdy nic...
      Moja lekarka rodzinna na drugiego gronkowca, którego Szymuś miał w gardle, odpowiedziała, że tego się nie leczy. Myślałam, że ją rozszarpię...

      Usuń
    2. U nas w szpitalach nie można z dzieckiem zostawać tylko na patologi noworodka czyli do 4-6 tygodni a potem już normalnie można bo jest w innej sali , więc tyle dobrze .

      Usuń
    3. Tam, gdzie byłam na patologii dzieci były po dwoje w małych salkach, więc tyle miejsca było, by rozłożyć ten leżak ogrodowy i się przespać. Jak pisałam, na początku twierdzili, że matki nie mogą zostawać, ale jak się postawiłam od razu zmienili zdanie.

      Usuń
    4. W tamtym szpitalu był specjalny regulamin który mówił że nie można przebywać tam z dziećmi , a gdy pytałam lekarza to absolutnie nie pozwolił bo powiedział ze dzieci musza mieć spokój jak są chore . Spokój od matki ciekawe ... No i tak jak niżej pisałam to w sali było około 10 dzieci i dyżurka pielęgniarek . Każdej matce patrzeli na ręce co robi , raz trzymałam małą na rękach a jedna mi powiedziała ze mam ją położyć do tego ''łóżeczka-wózka'' ale powiedziałam jej od razu ze to moje dziecko i będę je cały czas przytulać . Mimo wszystko żałuję ze nie byłam bardziej wygadana do nich i nie zwróciłam im uwagi :(

      Usuń
    5. Odpoczynek od matki to naprawdę argument jakich mało :/ Też wielu rzeczy żałuję, ale człowiek w rozpaczy i burzy hormonów nie ma siły, nie myśli logicznie...

      Usuń
  2. Szkoda że nie wiedziałam o moich prawach a było całkiem podobnie :( Napiszę tak w skrócie . Dzień przed wyjściem ze szpitala wykryto małej dziurkę w sercu i przewieziono ją do innego szpitala karetką . Tam dowiedziałam się ze mała musi zostać tam trzy dni na obserwacji . Mogłam u niej przebywać tylko trzy godziny dziennie i oni absolutnie nie zgodzili się aby zostać u dziecka na noc , tak samo jak matka i ojciec nie mogli byc w jednym czasie u dziecka .Gdy weszłam do tego szpitala po raz pierwszy to strasznie sie poczułam , była tam taka zimna admosfera , niemiłe pielęgniarki .W sali u mojej córki leżało około 10 noworodków bo była to patologia noworodka .Gdy siedziałam u córki w czasie w którym mogłam z nią być to widziałam jak niektóre dzieci krzyczały po godzinie i dopiero pielęgniarka przyszła , albo jak mówiły '' ten bachor znów beczy '' ''mały gówniarz '' itp Sama byłam w szoku jak to zobaczyłam i niestety nigdy tego nie zapomnę , było mi żal córki ze muszę ją tam zostawiać . Po trzech dniach okazało się że wykryto u małej gronkowca którym również prawdopodobnie zaraziła się na porodówce . Powiedzieli mi że mała musi zostać tam jeszcze tydzień by wziąć cały antybiotyk . Miało to być już razem 10 dni które były dla mnie bardzo ciężkie , ciągle płakałam że nie mogę mieć jej przy sobie , że musi być z obcymi .Do tego wszystkiego starałam się utrzymać laktacje i co 3 godziny nawet w nocy odciągałam , bo małą mogłam tylko raz na dobę przystawiać bo kazali co trzy godziny czyli na jedno karmienie się łapałam . Smutne było tez to że do niektórych dzieci nikt na widzenia nie przychodził :( Po tym czasie okazało się że antybiotyk nie zadziałał , byłam w szoku .Antybiotyk zmieniono na inny i powiedzieli ze jeszcze 10 dni . Czyli razem 20 nie masz pojęcia jak to się ciągało wiedząc ze mała jest z takimi złymi pielęgniarkami w dodatku. W ten dzień wróciłam do domu i powiedziałam ze koniec tego , zadzwoniłam tam i zażądałam ze mają przewieść ją do mojego szpitala . I już na drugi dzień mała była bliżej . Tu w szpitalu strasznie miłe pielęgniarki , śpiewały dzieciom , bawiły się z nimi itp Żałowałam ze wcześniej tego nie zrobiłam. Tu już mogłam być z małą łącznie 5 godzin i załapywałam się na dwa karmienia .Po tym czasie czyli po 20 dniach mała pierwszy raz przyszła do domu . Z czasem dziurka się zarosła :) Laktacje udało się utrzymać , mała ma prawie 13 miesięcy jest zdrowa i dalej ubóstwia cycusia . Ale tamtych dni nigdy nie zapomnę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nensi szokująca historia! Współczuję wam! Te cholerne gronkowce rozsiewają chyba wszędzie. Gdzie higiena i sterylne warunki ja pytam?! Człowiek chucha i dmucha, a w szpitalach spotykamy się z taką lekkomyślnością! Jestem zdziwiona, że nie mogłaś być przy córce i wyznaczali wam czas na widzenia. W szpitalu, w którym byłam matki mogły być z dziećmi od rana do około 19. Pielęgniarki zresztą były rade, że mają wyrękę przy dzieciach.

      Usuń
  3. Olu płacze jak czytam Twój wpis. Tak bardzo się z Tobą utożsamiam. Choć nie przeżyłam tak ciężkich chwil jak Ty, wiem jednak coś o traktowaniu pacjentów przez lekarzy, a tym bardziej przez pielęgniarki. Poza tym jeśli chodzi o warunki szpitalne, opis sali, w której byliście jest mi również dobrze znany z relacji najbliższej osoby, mojej siostry, która trafiła do szpitala z synkiem, gdy ten miał miesiąc. Poza tym Nasza Ola też ma gronkowca. I też zaraziła się w szpitalu.
    To straszne co dzieje się na tym świecie. Czy tak wiele trzeba, aby okazać życzliwość? Zrozumienie? Pomoc? Najwidoczniej dla niektórych ludzi to obce pojęcia. Bardzo mi przykro, że musieliście przejść przez tak przykre i ciężkie chwile. Z perspektywy czasu wiele rzeczy człowiek by zmienił, dopytał, sprawdził, jednak czasem nie mamy na to głowy. To piękne, że napisałaś o tym, odważyłaś się.
    Mam nadzieję, że już nigdy się to Wam nie przydarzy, a otaczać Was będą tylko ludzie godni tego.

    OdpowiedzUsuń
  4. Olu płacze jak czytam Twój wpis. Tak bardzo się z Tobą utożsamiam. Choć nie przeżyłam tak ciężkich chwil jak Ty, wiem jednak coś o traktowaniu pacjentów przez lekarzy, a tym bardziej przez pielęgniarki. Poza tym jeśli chodzi o warunki szpitalne, opis sali, w której byliście jest mi również dobrze znany z relacji najbliższej osoby, mojej siostry, która trafiła do szpitala z synkiem, gdy ten miał miesiąc. Poza tym Nasza Ola też ma gronkowca. I też zaraziła się w szpitalu.
    To straszne co dzieje się na tym świecie. Czy tak wiele trzeba, aby okazać życzliwość? Zrozumienie? Pomoc? Najwidoczniej dla niektórych ludzi to obce pojęcia. Bardzo mi przykro, że musieliście przejść przez tak przykre i ciężkie chwile. Z perspektywy czasu wiele rzeczy człowiek by zmienił, dopytał, sprawdził, jednak czasem nie mamy na to głowy. To piękne, że napisałaś o tym, odważyłaś się.
    Mam nadzieję, że już nigdy się to Wam nie przydarzy, a otaczać Was będą tylko ludzie godni tego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Prawdą jest to,że służba zdrowia jest coraz gorsza:/ aż przykro mi się to czytało:( ja też będąc z córką w szpitalu musiałam zapłacić za noce spędzone przy niej i nikt mnie nie poinformował,że jest to dobrowolne- pielęgniarka powiedziała,że bez wpłaty nie wydadzą wypisu córki://// Chamstwo się szerzy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chamstwo się szerzy i będzie, jeśli się temu nie sprzeciwimy. Wiem sama, jakie to trudne, gdy myślisz tylko o tym, by twoje dziecko wyzdrowiało, a personel niestety wykorzystuje trudną sytuację rodziców...

      Usuń
  6. Okropieństwo! Co to się dzieje w tych szpitalach to przechodzi ludzkie pojęcie!

    OdpowiedzUsuń
  7. U nas nikt nie wygania matki, jeżeli karmi piersia to pobyt jest darmowy. Mama "butelkowa" płaci za pobyt, ale ma własne, normalne łóżko. Co prawda jak jest więcej dzieci na oddziale, to próbują perswadować mamom starszych maluchów, że one sobie z dzieckiem poradzą... Ta, jasne.

    Ogólnie co do naszych pielęgniarek mam mieszane odczucia. Z jednej strony Tymon się ich nie bał (ani jak miał 6 tygodni, ani jak miał dwa lata), więc krzywdy mu nie robiły. Z drugiej miałam z nimi kilka starć i bałabym się zostawić Tymona na cały dzień z nimi. Natomiast jak zostawiłam go na godzinę, bo ja musiałam nakarmić Agnieszkę, a P. jeszcze nie dotarł do szpitala, to wzięły go do dyżurki i oglądały z nim bajki (wiem, bo wzięły go jak ja wychodziłam, a jak P. doszedł, to jeszcze z nimi siedział i był bardzo zadowolony).

    Jak czytam Twoją historię, to włącza mi się kompletna żądza mordu :( Nie mogę znieść płaczu dziecka, nawet obcego. Nie wiem co te baby robią w szpitalu, na oddziale dziecięcym :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i tak być powinno! Pobyt powinien być darmowy. Już pal sześć warunki typu brak łóżka, ale opłata za pobyt jest nieobowiązkowa. U nas też pielęgniarki były różne. Niektóre miały podejście i widać było, że zajmują się maluszkami sumiennie, ale były i takie, które siedziały i wypełniały papierki podczas gdy dziecko płakało.

      Usuń
  8. Serce mi się ściskało z bólu coraz bardziej czytając co Was spotkało... :( Ja również przeżyłam pobyt w szpitalu z synkiem,ale to było ładnych parę lat temu i jak zabrali go na pobranie krwi i założenie wenflonu twierdząc,że nie mogę w tym uczestniczyć to płakałam z bezsilności pod drzwiami nie mogąc znieść jego płaczu...Synek,a miał wtedy 4 latka tak przeżył ten incydent,że do końca pobytu na oddziale nie pozwolił pielęgniarkom na cokolwiek jeśli mnie przy nim nie było(bo wyszłam do toalety,lub do sklepiku).Wiem,że każda matka jak słyszy od lekarza słowa DZIECKO I SZPITAL to robi się jej słabo...
    E.K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz Ewelina, zrozpaczone, rozdarte chorobą dziecka nie mamy często siły walczyć o swoje prawa, a to błąd! Matka ma prawo być przy swoim dziecku przez cały czas! Po patologii postanowiłam sobie, że jeśli jeszcze kiedykolwiek nie daj Boże pójdziemy do szpitala, będę walczyć o swoje prawa.

      Usuń
    2. Tak,masz rację,pokazałaś innym matkom i mi również,że musimy walczyć o swoje prawa i o to żeby być po ludzku traktowanym w miejscach gdzie powinno się pomagać,a nie odstraszać.Przecież to się w głowie po prostu nie mieści że takie rzeczy się dzieją...Razem z naszymi dziećmi nie jesteśmy przedmiotami trafiając do szpitali,a niestety tak się nas traktuje.
      E.K.

      Usuń
  9. Boże Ola popłakałam się normalnie...Oby żadna mama i dziecko nie musieli nigdy czegoś takiego przechodzić...Nie chce się wierzyć,ze to możliwe..Tu i teraz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety Sylwia to się działo i zapewne w niejednym szpitalu nadal dzieje. Mam nadzieję, że jest coraz więcej szpitali, w których warunki i podejście dla rodziców są dobre i że my już nigdy nie trafimy do TEGO szpitala.

      Usuń
  10. Ja przeżyłam podobny koszmar, gdy córeczka miała 6 miesiący wykryto u niej ropne zapalenie opon mózgowych!!! i to oczywiście po tym jak spędziłam w poczekalni 6!!! godzin, dopiero gdy wywołałam aferę, jak mozna tak długo kazać czekac z maleńkim dzieckiem przyszedł łaskawie lekarz i stwierdził, ze panikuję :/ Spędziłam z córką 4 tygodnie w izolatce, tak jak Ty spiąć na krześle ogrodowym, koszt 10 zł za noc, toaletę miałam na szczęście tylko dla siebie, nie mógł mnie i córki jednak nikt odwiedzać, choćby po to by przynieść mi coś do jedzenia, pielęgniarki notorycznie zapominały i zmianę kroplówki, o witaminach dla Julki, a nawet o podaniu jej obiadu ( miała codziennie dostawać specjalne zupki), nie było ani jednego dnia, żebym się nie upomniała!!!! Raz dostałyśmy zupkę 4 godziny po czasie i to jeszcze z wielkim marudzeniem. Nigdy nie zostawiłabym dziecka samego w szpitalu choćby na godzinę, dzieci z na przeciwka były bez mam, może miały około 1 roku, całymi dniami płakały, a pielęgniarki bez serca nawet do nich nie chodziły, tylko dać jeść, aż mi się serce krajało... Ja nie miałam przyjemności zobaczyć męża, bo dzieliły mnie od korytarza 2 pary ogromnych drzwi, byłam tylko ja, córka i cisza... Najgorsze były dla mnie punkcje, pielęgniarka złapała moje dziecko za stopki i głowę i z całych sił przyciągnęła obie części ciała tak aby się stykały, druga wbiła ogromną igłę w kręgosłup, prawie je pobiłam, wiem, ze robiły to dla zdrowia mojego dziecka, jednak sposób w jaki to robiły był dla mnie niedopuszczalny!!! Mogły być bardziej delikatne, ale po co? One robią to taśmowo, znieczulica kompletna!!! Nie życzę żadnej mamie takich przeżyć....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sylwia łzy mi się cisną do oczu, kiedy to czytam! U mnie częściowo było podobnie, szczególnie w kwestii przypominania o lekach, a właściwie samodzielnego ich podawania. Na szczęście zabiegi, które robiono przy mnie były wykonywane w miarę delikatnie, natomiast nie wiem jak te, które robiono zabierając małego gdzieś indziej. Z USG przynoszono go rozebranego z ręcznikiem papierowym poprzyklejanym w miejscach, gdzie był żel...
      Kiedy czytam Wasze historie wiem, że słusznie zrobiłam opisując naszą. Niestety nie brakuje podobnych. Mam nadzieję, że nagłośnienie takich spraw, sprawi, że coś się zmieni...

      Usuń
  11. We środe wròciliśmy do domu...synek ma naczyniaka i leczymy go ponieważ umiejscowil sie na nosku...leczymy w Prokocimiu. Na szczeście warunk nie są zle...cjo prawda przy łożeczku też można postawić tylko leżak ogrodowy albo materac rozkladany,ale jest prysznic czynny całą dobe,lodówka,ciepla herbata dla rodziców,dobre zaplecze sanitarne do dbania o higiene dziecka, fajne i mile pielęgniarki i polożne..do każdego dziecka przychodzi dietetyczka i ustala jadlospis z rodzicem,jedzenie co prawda też trzeba sobie kupić ale ceny są ok i dania naprawde smaczne...zjeść można na oddziale...jedyne co mnie wkurzylo to ordynator , który wypraszał rodziców z sal podczas obchodu ...inni lekarze nie zbadali dziecka bez obecnosci rodzica...nikomu nie życze pobytu w szpitalu...ale jeśli sie zdarzy to niech bedzie to opieka takiego personelu jak na oddziale chirurgi w Krakowie....jeszcze taki malutki przyklad..przywieziono na ddzial dziewczynke,moze miala tydzien ,bez rodziców...gdy w nocy plakala to pielegniarki wziely ja na dyzurke do siebie,zeby moc ja przytulic ,uspac czy nakarmić bo nic tak nie przyspiesza powrotu do zdrowia jak bliskość i cieplo drugiej choćby obcej osoby.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiciu to wspaniałe, że są takie szpitale jak ten, o którym piszesz! Tak jak pisałam, to nie warunki lokalowe są najważniejsze, ale podejście personelu. Życzliwe, pomocne pielęgniarki to podstawa podczas pobytu z dzieckiem w szpitalu, a już szczególnie, jeśli rodzic nie może być z maluszkiem. Mam nadzieję, że będzie coraz więcej takich placówek jak ta w Krakowie.

      Usuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram