Post Top Ad

Sześć lat temu...


O 7:30 budzą mnie bóle. Już myślałam, że przeszły, ale po kilku godzinach przerwy, jednak wróciły... Dzień wcześniej byłam na wizycie u położnej i całe szczęście, bo w przeciwnym razie nawet bym się nie domyśliła, że ten twardniejący regularnie brzuch  i lekkie kłucie to już początki akcji porodowej... Przecież termin miałam dopiero na 10 marca... Tymczasem ku mojemu i męża ogromnemu zaskoczeniu położna oznajmia, że lada moment będę rodzić i że dobrze by było, gdyby Kruszynka wytrzymała jeszcze jeden dzień, aby stuknął nam ten 38. tydzień... O 7:30 20.02. mamy więc ten upragniony 38 tydzień i skurcze wracają jak bumerang...

Jestem sama w mieszkaniu. Grzegorz w pracy. Do rodziny daleko. To moja pierwsza ciąża i pierwszy poród. Jestem kompletnie zielona, ale ... w ogóle się nie denerwuję! Może właśnie dlatego, że nie jestem w ogóle świadoma, co się tak naprawdę dzieje?... Wstaję. ubieram się i chodzę sobie po pokoju. Co skurcz, to przysiad. Intuicyjnie. Nie byłam w żadnej szkole rodzenia, a nieświadomie pomagam sobie przyspieszyć akcję porodową. Tak naprawdę wciąż do mnie nie dociera CO się dzieje, że to się dzieje JUŻ i NAPRAWDĘ! Dopiero, kiedy pojawia się krew, przychodzi mi do głowy, że może trzeba zadzwonić po Grzegorza??? Ale najpierw dzwonię do ... mamy.


Dziś wiem, że prawie przyprawiłam ją o zawał, kiedy ot tak zaczęłam jej opowiadać, że mam skurcze co 10 minut i że pojawiła się krew, że Grzesiek w pracy i nie wiem, czy powinnam ściągać go do domu. Oczywiście kazała mi natychmiast po niego dzwonić i jechać do szpitala, tym bardziej, że mieliśmy do niego 25 km. Odebrał chyba za czwartym razem. Za 10 minut był już w domu. 

Niestety nasze Audi C100 rocznik 1983 nie chciało współpracować... W czasie gdy ładował się akumulator my piliśmy kawkę, bo słyszałam, że kofeina pomaga przyspieszyć rozwarcie....Skurcze były co 8 minut. Myślałam sobie, że jeśli to ma tylko tak boleć, to luz blues, co mi tam poród! To było co prawda trochę bardziej bolesne niż okres, ale do wytrzymania! Oczywiście "najlepsze" wciąż było przede mną..

Do szpitala dojechaliśmy około 10:30. Izba przyjęć i wywiad. Zero badania. Na pewno myśleli, że pierworódka poleży co najmniej do wieczora... Jedziemy na oddział. Tam okazuje się, że na porodówce nie ma miejsca... Zaczynam się obawiać, że urodzę na korytarzu, bo przez 10 minut stoimy z torbą i czekamy, co zdecydują. Kładą mnie na sale poporodową. Podłączają KTG i każą czekać. Kruszynka szaleje tak, jakby skakała raz po raz na główkę wprost w kanał rodny. Mijają minuty. Nikt nie przychodzi. Nikt mnie nie bada. Wreszcie zjawia się pielęgniarka i stwierdza, że KTG się zacięło i nie ma wydruku. Podłączają mnie drugi raz, bo wydruk musi być... I znowu sobie idą. Grzegorz siedzi obok. Patrzymy sobie w oczy. Chyba oboje zaczynamy się bać... A na łóżku obok jakaś mama karmi swoje dziecko... 

Nagle...coś we mnie pęka. Dosłownie. Jak balonik, tylko, że zamiast powietrza czuję uciekającą ze mnie wodę... Grzesiek idzie po pielęgniarkę zdenerwowany nie na żarty, a ona odłączając KTG oczywiście nie omieszkała stwierdzić, że chyba aż tka jeszcze nie boli, żebym odważyła się jęknąć.  Boli. Boli jak cholera! Każą mi iść za położną na porodówkę, a Grzegorza wysyłają po ochraniacze. Idę tip topami, bo czuję, że za chwilę wszystko, co mam w brzuchu wypadnie na podłogę... Docieram wreszcie do tej porodówki. Każą mi się położyć. Badanie. Pierwsze w tym dniu. "Za chwilę będziemy rodzić" - słyszę. Zdążyłam się domyślić, że JA JUŻ RODZĘ!  Leżę na boku i z całej siły ściskam metalową poręcz łóżka. Czuję się, jakby w moim brzuchu raz po raz wybuchała bomba... Wpada Grzegorz i opierdziela położne, że się mną nie zajmują, tylko sobie plotkują obok. Robi się mała wrzawa. Znowu badanie. Jeszcze trochę. To trwa niedługo, a mnie się wydaje, że wieczność... Teraz już Grzesiek trzyma mnie za rękę i pilnuje, żebym oddychała zamiast chować twarz w poduszkę. twarzy w poduszkę więc nie chowam, ale słyszy mnie chyba cały trzypiętrowy szpital... 

Wreszcie słyszę upragnione: już. "Już będziemy przeć. Już - patrz na mnie, słuchaj, oddychaj." Kurcze, wychodzi mi to całkiem dobrze! Raz. Drugi. I jeszcze jeden. Hop! Wyskakuje ze mnie Kruszynka. "Cytrynka" - stwierdza położna. "Julcia!" - oznajmiam, a dumny tata przecina pępowinę. Kładą mi ją na brzuchu. Nie mogę uwierzyć, że jest taka śliczna! Wcale nie ma czerwonej, pomarszczonej buźki! Z ogromnym trudem otwiera maleńkie oczka i obdarza nas pierwszym spojrzeniem... Po czym cicho kwili: "Leee, leeee..." - dokładnie tak, nie inaczej! Tata głaszcze ją po policzku jednym palcem, a ja w kółko powtarzam, że jest prześliczna...   Jest 12:15. Przychodzi lekarz, który miał byc przy porodzie. Spóźnił się... :)

Kiedy wróciłam na salę, tę samą, gdzie czekałam na odejście wód, pani z łóżka obok robi wielkie oczy i stwierdza, że ledwie chwile temu mnie zabrali... Nie czuję ani zmęczenia, ani bólu. Chce tylko, żeby już mi ją przynieśli! Czekamy z Grzesiem praktycznie w milczeniu, tylko uśmiechając się do siebie. Wreszcie jest. Nasza córeczka. Ma nosek jak guziczek i śliczne, różowe usteczka. Ciemne włoski dookoła główki, a na środku trochę ich brakuje. Ma malutkie uszka i nie są ani trochę odstające (Jak super, że nie odziedziczyła tego ani po mnie ani po tacie!). Jest IDEALNA. 2840 g i 51 cm, 10 punktów. 





Dziś Kruszynka skończyła 6 lat, a ja ciągle czuję się, jakby TAMTEN dzień był wczoraj...


KOCHAM CIĘ CÓRECZKO! ♥

Mama

19 komentarzy:

  1. Dlatego polecam przy nastepnym porodzie wykupić indywidualna opieke poloznej :) Daje to wieksze poczucie bezpieczenstwa, nie wspomjnajac juz o milej atmosferze :)Sciskamy !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, gdyby tak było mnie na to stać to czmeu nie. ;) Szkoda, że moja położna środowiskowa nie mogła przy mnie być - wspaniała kobietka!
      P.S. Nastepnego razu nie planuję, bo w domu już dwójka! ;)

      Usuń
  2. Ale Ty wszystko pamiętasz... U mnie to trwało trochę dłużej, ale ja rodziłam w dzień terminu i prawie kilo więcej musiałam wywalić, ale też nikt nie podejrzewał, że urodzę po 2 godzinach na porodówce. Piękne wspomnienia. Julce życzymy 100 Lat! a Mamie gratulujemy udanej akcji :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, pamięć mam bardzo dobrą! :) U mnie zdziwienie było o tyle większe, że przy mojej filigranowej budowie straszyli mnie CC, a tu taka niespodzianka. ;)
      Dziękujemy za życzonka!

      Usuń
    2. Ja z bólu zapomniałam dużo, przynajmniej tego ostatniego momentu. Nie pamiętam ile razy parłam, chyba dwa, i leciało bardzo szybko. Jednak natura robi swoje, przyspieszyła, żeby Ci posłużyć lżejsza kruszynką :)

      Usuń
    3. Masz rację - natura chyba wie, co robi. :) Za to za drugim razem miałam prawie 600 gramów więcej do urodzenia, a było jeszcze lżej :)

      Usuń
  3. A mnie znów te badanie przeraziło... :) Nie wiem, jakieś schizy chyba mam, czasem mam wrażenie, że badanie boli gorzej od porodu hehe. Ja pamiętam Julkę jako 3-latkę, a ona zaraz do 1 klasy idzie! Wszystkiego najlepszego dla Julki i dla Ciebie Olu :) To również Twoje święto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka bolał gorzej od porodu mamacicy, który miałam rodząc Szymka... Brrrrrrrrr!

      Usuń
  4. Czy to zdjęcie było robione w dniu porodu? Jeśli tak, to ani po Tobie ani po malutkiej tego nie widać!! :)
    Najcudniejszy moment w życiu mamy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest zdjęcie na drugi dzień rano po porodzie :) I też nie mogę się nadziwić jak tu wyglądam - o wiele lepiej niż teraz! :)))

      Usuń
  5. Super ;) pozdrawiam :)

    Zapraszam do mnie jeśli tylko masz ochotę

    http://ikuka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. piękne wspomnienia :) gratulacje :) duża panna

    OdpowiedzUsuń
  7. Najlepszego dla solenizantki ;)
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Sto lat dla solenizantki :).
    My też mieliśmy 30 km na porodówkę. O tyle dobrze, że żona dostała bóle z soboty na niedzielę ale stwierdziła, że chyba sałatką się struła bo w sobotę byliśmy u znajomych :). O 4:00 nad ranem stwierdziliśmy, że to JUŻ. Żona stwierdziła, że jak nie weźmie prysznicu to nigdzie nie jedzie :). O 7:00 byliśmy w szpitalu a o 14:15 urodził się Samuel. Teraz ma 3,5 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak fajnie przeczytać relację taty! :) Żona pewnie podobnie jak ja nie czuła powagi sytuacji prawie do samego końca. ;)

      Usuń
  9. Wszystkiego dobrego! Samych wspaniałych chwil dla Julki :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak przeczytałam Twój wpis, od razu przypomniało mi się jak to przyszedł na świat mój synek. Wspomnienia powróciły:) Wszystkiego dobrego dla Julki!
    Ps. Napewno będę tu teraz zaglądać, bo fajnie się czyta twoje przemyślenia;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękujemy i zapraszamy do odwiedzania :) Cieszę się, że wpisy Ci się podobają. :) Jest już nowy, dzisiejszy.

      Usuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram