Post Top Ad

11:44

Wychowanie dzieci jest proste!

Napisała , w
"O co im wszystkim chodzi z tym wychowaniem? Co trudnego w opanowaniu takiego małego szkraba?" - myślisz sobie obserwując matki szamoczące się z dziećmi na sklepowych podłogach i tatusiów ganiających za małymi uciekinierami po chodnikach. "Kiedy płacze wystarczy przecież przytulić, ewentualnie dać coś do jedzenia, bo może głodne! A takie rzucanie się na podłogę i ucieczki? Eeee no u mnie tego nie będzie, bo ja będę konsekwentna od samego początku! Tak - kon-sek-wen-cja - to podstawa w wychowaniu dzieci! Oczywiście połączona z opiekuńczością i okazywaniem miłości! Ja nie wiem, co ci rodzice robią, że mają z dziećmi takie problemy? Pewnie patologia jakaś..." - toczysz wewnętrzny monolog. Jednocześnie widzisz siebie pochylającą się nad łóżeczkiem słodko uśmiechniętego berbecia, spacerującą za rączkę z uśmiechniętym kilkulatkiem i podpisującą same piątki w zeszycie ucznia. Tak. Tak właśnie będzie. Jesteś pewna! Bo wychowanie dzieci jest proste... dopóki się ich nie ma!



"WYCHOWANIE DZIECI JEST PROSTE.... DOPÓKI SIĘ ICH NIE MA!" - mem z takim hasłem pojawił się niedawno na fanpejdżu pisma "Mamo, to ja!" ."Strzał w dychę!" - pomyślałam patrząc na moje skaczące po tapczanie i krzyczące jak dwa Apacze dzieci. Jeszcze osiem lat temu sama miałam w głowie pierwszą część tego zdania...

Właściwie od zawsze chciałam mieć dzieci. Zawsze liczyłam się też z tym, że bycie mamą niekoniecznie musi być tylko różowe. Jednak nie oszukujmy się - na matki dzieci rzucających się w sklepie na podłogę albo tych ściągających z półek co popadnie i na te z maluchami wydzierającymi się w wózkach wniebogłosy i na te, których dzieci trajkotały w poczekalni do lekarza o dość osobistych sprawach rodziców też, patrzyłam z politowaniem. Uśmiechałam się ironicznie pod nosem i nie mogłam pojąć, jak to możliwe, że one nie potrafią uspokoić własnych dzieci? Nieporadne jakieś! Pojęcia o wychowaniu nie mają! Poradników, gazet nie czytają! Może i będę miała jakieś tam problemy wychowawcze z moimi dziećmi, ale NA PEWNO NIE TAKIE i na pewno szybko sobie z nimi poradzę!

Dziś po prawie ośmiu latach bycia mamą i prawie czterech bycia podwójną czytam to zdanie na Facebooku: "WYCHOWANIE DZIECI JEST PROSTE ... DOPÓKI SIĘ ICH NIE MA!" i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Śmieję się z samej siebie sprzed tych paru lat i mam ochotę cofnąć się w czasie, żeby każdą z tamtych matek poklepać po ramieniu i powiedzieć: "Hej wcale nie jesteś złą matką! To wszystko NORMALNE! Dasz radę, Stara!". I dziś tak właśnie mówię, kiedy czuję, że trzeba albo udaję, że nie widzę, bo wiem, że to też pomaga. Skąd? Stąd, że dziś sama bywam obiektem takich spojrzeń pełnych politowania i sugerujących posiadanie wiedzy tajemnej na temat wychowania dzieci. A to Szymek płacze na całe Tesco, bo chce traktor za pięć dych (enty do kolekcji), a to Julka opowiada pani w szkole jak razu pewnego w złości tata brzydko się wysłowił   używając słowa "dupa", a to któreś głośno komentuje "dziwny" wygląd pani z pieprzykiem na nosie... I zauważam ten wzrok dookoła i doskonale wiem, co niektórzy myślą: "Przecież to takie proste!", i już wcale nie mam im za złe. Niech sobie żyją w tej błogiej nieświadomości.
A oprócz tego, co sobie sądzą inni i tych "konkretnych wybryków" jest przecież jeszcze całe mnóstwo małych i dużych problemów, wyzwań i wątpliwości: co zrobić, jak pomóc, czy się wtrącać czy nie, karać, nagradzać, chwalić mniej czy więcej, dawać lizaki czy nie, kupić psa a może chomika, przytulić, zostawić w swoim pokoju, jak pocieszyć, jak wytłumaczyć, JAK WYCHOWAĆ NAJLEPIEJ? I to niby jest proste? Tak - dopóki nie zauważy się rzeczy oczywistej - że dziecko to mały, rozwijający się człowiek ze swoim charakterem, emocjami, potrzebami i zdaniem, a nie kukiełka, którą można ustawiać jak na sznurkach albo opisany w poradniku dla rodziców "przypadek". Nie ma jednego, uniwersalnego sposobu na dobre wychowanie, tak jak nie ma dwójki identycznych dzieci.

Cóż, wychowanie dziecka naprawdę jest proste... dopóki nie zostaniesz rodzicem i nie uświadomisz sobie, że jest cholernie trudne! Zderzenie teorii z praktyką rzadko wychodzi na korzyść tej pierwszej. Zostając rodzicem przekonujesz się o tym szczególnie mocno.  Bycie rodzicem to ciągła nauka, to poznawanie swoich dzieci i siebie, to ciągłe poszukiwania, kompromisy, to czasem nawet chęć zapadnięcia się pod ziemię, by wyjść i iść dalej ręka w rękę z tym małym ludkiem i mimo wszystkich problemów jednak się uśmiechać widząc jego beztroski uśmiech...
10:43

Książeczki kartonowe - idealne dla najmłodszych. Nowości MD Monika Duda.

Napisała , w
Kartonowe książeczki są z reguły pierwszymi, jakie kupujemy naszym dzieciom. Twarde, wytrzymałe strony są idealne dla małych rączek, a tego typu książeczki z reguły są też kolorowe a zawarte w nich historie na tyle krótkie, że maluszek będzie w stanie ich wysłuchać. Julka ma sporą kolekcję tego typu książeczek, którą po niej przejął Szymek. Niedawno trafiły do nas bajecznie kolorowe, kartonowe nowości od Wydawnictwa MD Monika Duda.


Wydawnictwo MD Monika Duda znamy od dawna! Już w kolekcji kartonowych książeczek Julki sprzed kilku lat znajdowały się książeczki tegoż wydawnictwa, a potem dołączyły też książeczki Szymka. Sami zobaczcie:


Najnowsze propozycje kartonówek od MD Monika Duda to cztery książeczki o zwierzątkach: "Wielkie granie", "Lampart w kratkę", "Prezenty dla przedszkola" i "Akademia latania". Wszystkie autorstwa Doroty Skwark i opatrzone barwnymi ilustracjami Moniki Giełżeckiej.

Tekst każdej historyjki jest krótki i rymowany, dzięki czemu najmłodszym słuchaczom łatwiej i przyjemniej się go słucha, a historyjki poruszają temat inności i bycia sobą, współpracy i pomocy innym, przyjaźni i życzliwości. Krótko mówiąc niosą za sobą pozytywny przekaz, który warto przekazywać dzieciom już od najmłodszych lat!

Szymka bardzo zainteresowały wszystkie historyjki, ale najbardziej "Prezent dla przedszkola" z uwagi na zabawki pokazane na ilustracjach. Oj, posypały się już w związku z tym życzenia do Świętego Mikołaja :). Z kolei Julka, mimo że do kartonówek jest już nieco za duża, czyta sobie samodzielnie proste teksty  ćwicząc rozpędzającą się umiejętność płynnego czytania.




Czy wy również macie w swoich biblioteczkach kartonówki? Jakie szczególnie polecacie?

Te i inne kartonowe książeczki Wydawnictwa MD Monika Duda znajdziecie >>> TUTAJ.


13:21

Matki - mistrzynie hejtu?

Napisała , w
Matka matce wilkiem. Zdołuje, podetnie skrzydła, obrazi. W temacie karmienia, szczepień, rozszerzania diety, szkolnego debiutu - matki plują na siebie jadem lepiej niż niejedna kobra. Mistrzynie internetowego hejtu, które i w realu potrafią zgrabnie dokopać jedna drugiej pod przykrywką troski albo chęci pomocy. Takie jesteśmy. Podobno. Bo o ciemnej stronie matek dużo się mówi, a o tej jasnej, ciepłej i promiennej zapomina. Jakbyśmy wszystkie były tymi trollami z for internetowych albo fanatyczkami z grup. Ja chcę wam dzisiaj udowodnić, że nie takie jesteśmy tak straszne, jak nas malują! 


     Grafika: pixabay.com

Bycie wrednym jest modne. Serio. Zacierają się granice pomiędzy byciem szczerym i asertywnym, a hejtowaniem wszystkich i wszystkiego. A matki to mistrzynie hejtu. O matczynym hejcie mówi się ostatnio szczególnie dużo. Której z nas taki hejt nie dotknął? 
Czy to po napisaniu na forum pytania dotyczącego problemów z karmieniem piersią [no bo na pewno nie chce ci się karmić wyrodna matko!]. Czy to po wyrażeniu opinii na temat szczepień [jesteś idiotką, bo szczepisz albo jesteś idiotką, bo nie szczepisz] albo na temat przekłuwania dziewczynkom uszu [bo one nie przebijały i było dobrze a może właśnie przebijały i dziecko wcale nie płakało. Jeśli jesteś blogerką, to hejt od innej matki może cię spotkać w najmniej oczekiwanych momentach: choćby dlatego, że kupiłaś dziecku "za drogą" zabawkę albo zdaniem innej mamy twoje dziecko zdecydowanie za szybko zaczyna siadać...
Matka shejtuje inną matkę na 100 sposobów. Anonimowo. Sarkastycznie. Pod przykrywką troski i dobrej rady. Czasem nawet wprost. I nie myśl sobie, że w realu taki hejt cię ominie! Tutaj tylko częściej przybiera formę zawoalowaną: "Ojej, naprawdę nie masz pokarmu? Ja karmiłam 2 lata i mam poczucie, że dałam mojemu dziecku wszystko, co najlepsze!" tudzież "Noś, noś kochana, tylko żebyś potem nie płakała jak dziecko rozpsujesz!". Hejt ma wiele imion, a ten kobiecy, matczyny chyba szczególnie.

Jednak, czy tak być musi? Czy łatka hejterek słusznie przylgnęła do matek? A może po prostu nie zauważamy tego, co w nas pozytywne, bo koncentrujemy się na tym, co nas irytuje? Zastanówcie się, ile razy inna mama udzieliła wam wsparcia, podniosła na duchu, okazała troskę, zwyczajnie pomogła?

Podjęłam ten temat nie bez powodu. Spotkała mnie ostatnio trudna i przykra sytuacja. Miałam wsparcie męża i najbliższej rodziny, ale poza tym niesamowitego wsparcia udzieliły mi inne mamy i to także zupełnie obce. Na szpitalnym korytarzu uśmiechały się do mnie ze zrozumieniem, podejmowały rozmowę, mówiły: "Rozumiem. Też to przeżyłam". Czuło się niemal w powietrzu jakąś więź, która sama w sobie sprawiała, że było łatwiej, robiło się lżej na duszy. Nie było wzajemnych oskarżeń ani docinków. Było zrozumienie. Wyjątkowe, bo my kobiety, my matki, potrafimy wczuć się w swoją sytuację, zrozumieć się, wesprzeć jak nikt inny. Potrafimy nie być hejterkami! Zastanawiam się i odkrywam, w ilu jeszcze sytuacjach to czułam: po porodzie, w chorobie dziecka, kiedy Grzegorz wyjechał i w wielu innych sytuacjach. W realu i w świecie wirtualnym czułam tę wyjątkową więź, słyszałam i czytałam słowa, które były jak balsam...  A wszystko to od innych mam...

Rozglądam się baczniej dookoła i widzę, jak inne mamy organizują aukcje charytatywne, bo dziecko znajomej potrzebuje pomocy, jak dzielą się z biedniejszymi ubrankami po swoich pociechach, jak piszą zwyczajne: "Będzie dobrze!". W kolejce w sklepie zamiast mrozić wzrokiem, inna mama podchodzi do tej z płaczącym wniebogłosy dzieckiem i ze zrozumieniem mówi: "Znam to! Nie przejmuj się!". a słysząc w przychodni, że "koleżanka po fachu" ma kłopot z karmieniem piersią, zamiast pogardliwego spojrzenia i jednocześnie pełnego uznania na swoje piersi, które dziecko do dwóch lat wykarmiły, daje numer do doradcy laktacyjnego i szczerze proponuje pomoc. Można? Można!

My, mamy, potrafimy się wspierać, dawać sobie pozytywną energię, rozumieć się. Nie dajmy sobie wmówić, że wszystkie jesteśmy hejterkami! 
Pewnie - są i takie, które lubią być wredne. Wyobrażam sobie, jak przeszukują internety w poszukiwaniu odpowiedniego "obiektu" do shejtowania.. Wydaje im się, że dzięki temu są lepsze, bardziej wartościowe jako matki. Jednak w momencie, kiedy naprawdę będą potrzebowały wsparcia, zweryfikują swoje podejście do życia...  Jestem tego pewna.
Bo karma wraca. Ja w to wierzę. Ja musiałam chyba jednak dać światu trochę dobra, bo w trudnej sytuacji, która mnie spotkała, całe mnóstwo dobra dostałam od innych... Dziękuję...
I wierzę, że my mamy mamy tę moc - okazujmy ją sobie nawzajem i pokazujmy ją światu!

20:48

'Liczę sobie' - matematyka i dla starszaka i dla smyka.

Napisała , w
Matematyka może być fascynująca i zabawna! Może też rozwijać twórcze, a nie tylko schematyczne myślenie! Taka idea przyświecała twórcom serii "Liczę sobie" wydanej nakładem Wydawnictwa Egmont. Premiera tej trzypoziomowej serii miała miejsce 23 września. Książeczki dopasowane do różnych przedziałów wiekowych (od 4 do 9 lat) łączą w sobie zabawne i ciekawe historyjki opatrzone pięknymi ilustracjami z zadaniami matematyczno - logicznymi. Sprawdziliśmy, czy rzeczywiście 


Seria "Liczę sobie" to trzy poziomy odpowiadające wiekowi małych czytelników - matematyków:


I  - dla dzieci w wieku 4-5 lat. Tutaj król Gromoryk panuje i matematyką brzdąców czaruje :).

Autorem książeczek jest Wojciech Widłak, a ilustratoremEwa Poklewska - Koziełło. Zadania przygotowała Anna Boboryk.



II - dla dzieci w wieku 5-7 lat. Robot Fredek po kartach tu bryka i matematyki uczy nieco starszego smyka :)!

Autorką jest Zofia Stanecka (twórczyni m.in. przesympatycznej Basi z serii książeczek), a ilustratorem Marta Szudyga. Zadania przygotowała Maria Środoń.


III dla dzieci w wieku 7-9 lat. Tutaj szczurków zgrana paczka, w matematyczny świat wciąga ... starszaczka :).


Autorem książek jest Rafał Witek, a ilustratorem Daniel de Latour. Zadania przygotowała Maria Środoń.







W każdej książeczce znajdują się pomysłowe, pobudzające wyobraźnię ilustracje, a fabuła również nie pozwala się nudzić. Matematyka i logika pojawiają się jakby "przy okazji" - a to trzeba odgadnąć kolory pająków zwisających z pajęczyn w królewskim zamku (i ot tak sobie utworzyć rytm), a to stwierdzić, które z apetycznych kanapek Jagody są symetryczne, a które nie, a to pomóc odszyfrować szczurkom tajemnicze hasło. 
Rozwiązując zadania przygotowane przez specjalistów dziecko czuje się niejako współautorem historii. Ono nie otrzymuje tu "sztywnych" poleceń, a raczej inspirujące zadania, które oprócz myślenia logicznego i stosowania podstawowych umiejętności matematycznych takich jak liczenie, przyporządkowywanie do zbiorów, łączenie w pary, przyswajania pojęcia czasu, pobudzają kreatywne myślenie. 
Dziecko pisze, rysuje, nakleja (na końcu każdej książeczki znajdują się naklejki), łączy, numeruje, mierzy. Ponadto w książeczkach zawarte są zadania dodatkowe, które potrafią zaskoczyć:), sylwetki "wielkich umysłów" oraz dyplomy w nagrodę za "ukończenie" wszystkich zadań!



Julka z dużym zainteresowaniem słuchała i czytała wspólnie ze mną książeczki. Szczególnie zauroczył ją robocik Fryderyk Epsilon Dwudziesty. Od książeczki z poziomu drugiego wręcz nie mogła się oderwać i wszystkie zadania rozwiązała jednego dnia, co świadczy o tym, iż rzeczywiście zostały one odpowiednio dopasowane do wieku (Julka ma 7 lat). 

Książeczki są niedużego formatu idealnego dla małych rączek, a papier pozwala bez kłopotu pisać i rysować po sobie kredkami. Gdybym miała wskazać jakąś wadę - mogłyby to być ewentualnie czarno -białe ilustracje w książeczkach z poziomu III. Wydaje mi się, że 9-latki nadal wolą kolorowe obrazki :). Poza tym jednak nie doszukałam się innych minusów książeczek z tej serii. 
Podoba mi się informacja dla rodziców na wewnętrznej stronie okładki - autorzy w prostych słowach wyjaśniają, czego dana książeczka ma za zadanie dzieci nauczyć, dlaczego te umiejętności są tak istotne dla ich rozwoju oraz wskazują sposoby na rozwijanie umiejętności matematycznych każdego dnia. To cenne informacje!


Serii "Liczę sobie" patronują m.in. TVP ABC, Miesięcznik GAGA i Świerszczyk, a ja z ręką na sercu mogę również ją wam polecić! 

Gdyby takie książki istniały, kiedy sama byłam dzieckiem, z pewnością o wiele bardziej lubiłabym matematykę! Za to teraz  cieszę się, że m.in. dzięki takim książeczkom mogę matematyczną fascynację rozbudzać w moich pociechach!

Seria "Liczę sobie" została wydana nakładem Wydawnictwa EGMONT. Więcej o książeczkach przeczytacie >>>TUTAJ.

12:28

Astronomiczne zabawy ramach projektu 'Dziecko na warsztat 3'.

Napisała , w
To mój pierwszy warsztat w ramach projektu "Dziecko na warsztat" i już mogę z ręką na sercu powiedzieć, że ... WARTO BYŁO! Ja - mama, która uważa się za mało kreatywną - świetnie się bawiłam malując, rysując i tworząc własnoręcznie gry dla moich pociech. Tematem przewodnim warsztatu była ASTRONOMIA. Zobaczcie, co przygotowaliśmy i jak świetnie spędziliśmy czas! 



Warsztaty astronomiczne były dla mnie nie lada wyzwaniem. Przede wszystkim dlatego, że chciałam zrobić coś, co w równym stopniu zainteresuje obie moje pociechy - a są między nimi 4 lata różnicy. Po długim namyśle postanowiłam więc zrealizować warsztaty w oparciu o plastykę. Zarówno Szymek jak i Julka lubią malować, rysować i tworzyć różne rzeczy, zatem przez kilka dni wieczorami bawiliśmy się tworząc różnymi technikami ufoludki, statki kosmiczne i wizje kosmiczne krajobrazy.

Na zdjęciach zobaczycie obrazki stworzone przy pomocy świeczki i farb, kleju i mąki, pasteli oraz farb plakatowych. Dzieciakom szczególnie podobała się zabawa w malowanie ufoludków tak, jak każde z nas sobie je wyobraża i malowanie po kartce pokrytej wcześniej przeze mnie woskiem. były zaintrygowane obrazkiem, który ukazywał im się podczas malowania kartki plakatówkami. Zabawa była przednia - pobudzająca wyobraźnię i dająca okazję do dyskusji o kosmosie, planetach, gwiazdach i istotach pozaziemskich!






 Pomysł stworzenia gier w oparciu o astronomię przyszedł mi do głowy zupełnie niespodziewanie. Julka rysowała akurat pastelami kosmos, a ja usiadłam z brystolem i nożyczkami w dłoniach i zaczęłam pisać... Tak powstał ASTRO QUIZ, który zawiera kilkanaście pytań dotyczących astronomii różnej trudności. Na odwrotnej stronie każdej karty z pytaniem zapisałam odpowiedź i punktację. Gramy w 2-3 osoby losując karty, odpowiadając na pytania i sumując punkty. Wygrywa oczywiście gracz z ich największą liczbą. Gra nie polega jednak tylko na rywalizacji, ale jest świetnym sposobem na poszerzanie i utrwalanie "kosmo-wiedzy"! Tę grę stworzyłam głównie z myślą o Julce, natomiast dla Szymka i dla Julii również powstało ASTRO MEMO, czyli memory z motywami astronomicznymi własnej roboty. Zasady tej gry zna chyba każdy, a obrazki przedstawiające gwiazdy, księżyc czy rakietę kosmiczną stwarzają doskonałą okazję do przyswajania i  zapamiętywania wiedzy o kosmosie.
Obie gry spodobały się dzieciakom, a ja mimo iż jestem świadoma, że wielkiego talentu plastycznego nie mam, jestem bardzo zadowolona z tego, co wykonałam! Przede wszystkim dlatego, że odkryłam jak dużą może dawać frajdę takie tworzenie, a potem wspólna zabawa tym, co się zrobiło! Już nie mogę się doczekać kolejnego warsztatu! 





Dziecko na warsztat















Kolejny warsztat ukaże się w ostatni poniedziałek listopada, a jego temat to:  DOŚWIADCZENIA. Już intensywnie myślę nad realizacją i mam nadzieję, że będziemy bawić się równie dobrze jak w październiku i że was zaskoczę! Odwiedźcie koniecznie inne blogi biorące udział w projekcie - klikajcie w mapę powyżej!
16:52

Pranie czyste jak ... perła? Czyli recenzja pereł piorących Perlux.

Napisała , w
Pranie to zdecydowanie jedna z istotniejszych czynności domowych da każdej mamy. Zgodzicie się ze mną? Ja jestem na etapie nieustannych poszukiwań takich środków piorących, które będą działać tak, jak tego oczekuję! Niedawno udało mi się wziąć udział w kampanii testowania pereł piorących Perlux organizowanej przez Streetcom. Pomyślałam więc, że to dobra okazja, by podzielić się z wami moimi doświadczeniami i recenzją tego produktu oraz poznać wasze sprawdzone środki piorące!


Znacie Streetcom? To platforma, która zrzesza osoby lubiące testować nowe produkty. Rejestrujecie się, zgłaszacie do kampanii i otrzymujecie do domu fajne paczki - na przykład takie jak moja z perłami piorącymi Perlux!
Otrzymałam opakowanie pereł do białego, opakowanie pereł do koloru oraz 12 sampli po 2 perły do rozdania znajomym. Do tego ulotki i przewodnik projektu. Wszystko bardzo fajnie zapakowane i dostarczone przez kuriera kilka dni po mailu o kwalifikacji do testów.

Z pewnością doskonale pamiętacie akcję rozdawajkową na fanpejdżu bloga - kilka  z was również miało okazję przekonać się, jak piorą innowacyjne, jedyne na rynku perły piorące Perlux. 



O perłach Perlux słyszałam już wcześniej, ale nie miałam okazji w nich prać. Niezdecydowana pomiędzy tradycyjnym proszkiem, a alternatywą w postaci kapsułek piorących, z dużym zaciekawieniem rozpoczęłam testowanie tego innowacyjnego środka łączącego w sobie proszek i płyn do prania. Jesteście ciekawi, czy będę słodzić czy psioczyć :)? Jak zwykle - będę szczera!

PLUSY PEREŁ PIORĄCYCH PERLUX +

+ bardzo wygodne, estetyczne opakowanie (może później służyć do przechowywania np. nici czy małych zabawek);  zabiera niewiele miejsca w łazience,

+ perły są łatwe w użyciu - wystarczy umieścić perłę w bębnie i przykryć praniem,

+ perły łączą w sobie proszek i płyn do prania, a więc moc z delikatnością,

+ perły do białego bardzo ładnie i intensywnie pachną,

+ środek zawiera w sobie składniki odplamiacza i odkamieniacza no i przez samą swoją formę nie zanieczyszcza pralki tak jak tradycyjny proszek,

+ piorąc białe ubrania nie zauważyłam, aby zszarzały po praniu, co często zdarza się nawet po jednym - dwóch praniach w innych środkach,

+ kolorowe ubrania po praniu nie straciły żywych barw,

+ świeże plamy spierają się bardzo dobrze - czy to z błota (naprawdę wrzuciłam do pralki mega brudne spodnie Szymka i wyjęłam je bardzo pozytywnie zaskoczona!), z soków owocowych, jogurtów, kleju, farbek szkolnych czy krwi - to tyle co sprawdziłam na bank,

+ pranie w perłach jest tańsze aniżeli to z użyciem proszku, odplamiacza i odkamieniacza - tu mamy tylko 1 produkt zawierający wszystko co trzeba. 

MINUSY PEREŁ PIORĄCYCH PERLUX - 

- kilka razy perły nie rozpuściły się do końca; początkowo dosyć mocno mnie to zirytowało, jednak po dłuższej obserwacji stwierdziłam, że raczej nie jest to wina samych pereł - być może to wina mojej pralki, która nie jest już najmłodsza, ponieważ niezależnie od temperatury, czasem perła rozpuści się idealnie, a czasem nie... (co najbardziej zaskakujące, kiedy to mąż robi pranie, nigdy nie ma resztek perły... :P).

- perły do koloru pachną słabiej niż te do białego i zapach nie jest trwały,

- perły nie radzą sobie z utrwalonymi plamami, ale między Bogiem a prawdą to standard w większości środków piorących, także nie zaznaczam tego jako duży minus, a raczej zauważam ten fakt.


Muszę przyznać, że szybko przyzwyczaiłam się do komfortu, jaki dają perły - bez rozsypanego w łazience proszku, bez zajmujących dużo miejsca, nieporęcznych, foliowych toreb, bez brudnej pralki i ciągłego czyszczenia szuflady. Mam perły na półeczce, wrzucam jedną do pralki i już. Plastikowe pudełko zamykam i odstawiam - oczywiście z dala od dzieci. Prosto, szybko, wygodnie.

Lubię innowacyjność. Lubię niebanalne rozwiązania. Lubię ułatwiać sobie życie i poprawiać efekty swojej pracy. Z Perluxem mam to wszystko. Jest kilka niuansów, które mogłyby zostać przez producenta dopracowane, aczkolwiek z ręką na sercu - na tle innych środków piorących perły Perlux mają u mnie mocną piątkę!

A wy znacie perły Perlux? Jaka jest wasza opinia na ich temat? A może macie inne, sprawdzone środki piorące? Czekam na wasze opinie!
13:07

Nowa seria książeczek z przygodami Fenka i pluszowi bohaterowie.

Napisała , w

Znacie Fenka i jego przyjaciela Maksa? Pamiętacie recenzję pierwszej serii książeczek o przygodach tych dwóch sympatycznych zwierzaczków? Dotyczyła ona pór roku i tego, co je charakteryzuje. Mały Fenek pomagała rodzicom w ogrodzie, zjeżdżał na sankach i kąpał się w morzu. Kolejna seria nosi tytuł "Bezpieczeństwo" i porusza bardzo ważne kwestie takie jak zachowanie na drodze czy znajomość numeru alarmowego. Obowiązkowe pozycje w biblioteczce każdego przedszkolaka!


Fenka i jego kolegę Maksa poznaliśmy z Julią i Szymkiem kilka miesięcy temu, kiedy to dotarła do nas pierwsza seria jego przygód: "Pory roku". Przesympatyczni bohaterowie, proste, kolorowe ilustracje i tekst dopasowany do poziomu kilkulatka od razu przypadły nam do gustu. Niedawno ukazała się nowa seria przygód Fenka zatytułowana "Bezpieczeństwo", a w jej ramach cztery książeczki: "Numer alarmowy", "Trujące rośliny", "Ruch drogowy" oraz "Znam swój adres". 
Ukazując ciekawą, z życia wziętą historyjkę, każda książeczka o Fenku uczy czegoś ważnego o otaczającym świecie, rozwija zdolność logicznego myślenia, wspomaga naukę kolorów, liczb oraz czytania. Książeczki są opracowane przez specjalistów, a na końcu każdej z nich znajdują się wypowiedzi specjalistów z różnych dziedzin, propozycje zabaw, wyszczególnione umiejętności, jakie dzięki książeczce nabędzie dziecko a także wytłuszczone w całym tekście wyrazy do czytania globalnego.


W najnowszej serii Fenek dowiaduje się wielu ważnych i ciekawych rzeczy. Uczy się numeru alarmowego podczas zabawy w lekarza, o mało nie wpadając pod samochód poznaje zasady ruchu drogowego, a także dowiaduje się, jakich roślin nie wolno jeść przypłacając to bólem brzuszka, a także zapamiętuje swój adres. Wszystkie te umiejętności i wiadomości powinien przyswoić sobie każdy kilkulatek, a z Fenkiem, Maksem i resztą kolorowych bohaterów to całkiem proste! Jeszcze prostsze i radośniejsze dzięki temu, że teraz każdy maluch może prócz książeczek i bohaterów na ilustracjach, mieć też własnego Fenka czy Maksa w wersji pluszowej! Przyznacie, że z takim towarzyszem czytanie i poznawanie otaczającego świata daje jeszcze więcej frajdy? :)


Zapraszam was na stronę Fenka: http://www.fenek.pl/, gdzie zajdziecie wszystkie książeczki, ręcznie robione maskotki bohaterów oraz o wiele więcej atrakcji: materiały edukacyjne, karty pracy, kolorowanki, scenariusze zajęć.

Jestem przekonana, że polubicie Fenka tak jak Szymek i Julka!


12:17

Szczepienia przeciwko pneumokokom - ekspert odpowiada na wasze pytania.

Napisała , w
Długo zastanawiałam się, czy przyjąć propozycję organizatorów i zostać blogiem partnerskim kampanii "Pneumokokom mówimy  szczepimy!!!". Temat szczepień wzbudza wiele kontrowersji, a zagorzałych przeciwników jest coraz więcej. Jednak nie jest tak, że rodzice szczepiący - a jestem jednym z nich - nie mają w związku ze szczepieniami żadnych wątpliwości i wahań. A wątpliwości i wahania biorą się przede wszystkim ze zbyt małej wiedzy na temat szczepień! Nie jest moim zamiarem przekonywanie kogoś na siłę do szczepienia dzieci. Postanowiłam dołączyć do grona blogów wspierających akcję - aby zwiększyć swoją i waszą  świadomość w tej kwestii poprzez rzetelne informacje pochodzące od lekarzy i innych specjalistów związanych z tematem szczepień. 

Grafika: stocksnap.io

Jakiś czas temu na Facebooku poprosiłam was o zadanie pytań dotyczących szczepienia przeciwko pneumokokom i nie tylko. Przesłałam je do ekspertów dołączając również kilka pytań, które mnie nurtują wspierających kampanię i otrzymałam odpowiedzi. Myślę, że tym sposobem udało mi się stworzyć dla was ciekawy tekst w ramach mojego udziału w akcji "Pneumokokom mówimy - szczepimy!!!". Przeczytajcie koniecznie!

Patryk był szczepiony i bardzo mi chorował Zuzki nie szczepiłam i mało w przedszkolu choruje nie jest tak przypadkiem że to naciągane rodziców? [pytanie czytelniczki Emanueli]

Sprawa jest wbrew pozorom bardzo prosta - 90% infekcji w wieku szkolnym i przedszkolnym to infekcje wirusowe, na które nie ma żadnych szczepionek, a szczepionki chronią tylko przed chorobami poważnymi, niekiedy śmiertelnymi, a nie przed zwykłymi katarami. Z tego nie można wyciągać wniosku, że szczepienia są do niczego niepotrzebne i nieskuteczne. To czy ktoś jest bardziej lub mniej podatny na infekcje bardziej leży w jego genach i osobniczych predyspozycjach. Wśród nieszczepionych byli i są często i prawie wcale nie chorujący. Tak naprawdę to właśnie Ci częściej chorujący powinni się szczepić, gdyż najprawdopodobniej ich siły obronne są z natury słabsze i ciężkiej infekcji np. bakteryjnej (pneumokoki, meningokoki itp.) bez szczepienia mogą nie podołać.

dr hab. med. Piotr Albrecht


Więcej powikłań jest po szczepieniach "zwykłych" czy tych skojarzonych? To pytanie bardzo mnie nurtuje odkąd kazano mi wybierać którymi będę szczepić. [pytanie czytelniczki Joasi]

Szczepienia skojarzone nie tylko zmniejszyły liczbę wkłuć ale także, głównie dzięki zmniejszonej liczbie antygenów krztuścowych (z ok. 1000 do 3-4) liczbę i natężenie powikłań poszczepiennych. Nie dotyczy to np. szczepionki poczwórnej (odra, świnka, różyczka, ospa wietrzna) po której odczyny poszczepienne są bardziej nasilone, choć ogólnie nie groźniejsze.

dr hab. med. Piotr Albrecht

A ja mam pytanie na temat szkodliwości rtęci użytej w szczepionkach? Nurtuje mnie to bardzo. [pytanie czytelniczki Kasi]

W zależności od preparatu substancje konserwujące to fosforan glinu, fenol, chlorek i fosforany sodu. Substancje te nie są niebezpieczne dla dzieci, o ile maluch nie ma nie uczulenia. Zazwyczaj niepokoje rodziców budzi ewentualna domieszka rtęci w preparatach szczepionkowych. Jednak żadna z dostępnych szczepionek przeciw pneumokokom nie zawiera w sobie rtęci. 

Dr Anna Wolnik



Czy opłaca się zaszczepić starsze dziecko na Pneumokoki przed pójściem do przedszkola lub w jego trakcie? Czy ta szczepionka rzeczywiście tak bardzo pomaga na odporność, jak pani ordynator oddziału dziecięcego mnie zapewniała? [pytanie czytelniczki Agnieszki]

Najlepiej zaszczepić dziecko w pierwszym roku życia, a jeszcze lepiej zacząć w pierwszym półroczu. Wówczas układ immunologiczny Malucha jest najsłabszy i najbardziej narażony na inwazyjna chorobę pneumokokową - ryzyko ciężkiej infekcji pneumokokowej jest największe właśnie w 1 roku życia. Mitem jest iż dziecko należy zaszczepić wyłącznie wtedy kiedy idzie do przedszkola/żłobka, gdyż poza dziećmi przedszkolnymi (nosicielstwo bliskie 60%) nosicielami (czasowymi lub stałymi) pneumokoków są także i zdrowi dorośli. Jednak gdy dziecko nie zostało zaszczepione wcześniej należy to uczynić niezwłocznie przed jego pójściem do przedszkola. Dane dotyczące odporności dostępne są na stronie: http://szczepimy.com.pl/pneumokoki/statystyki/

dr hab. med. Piotr Albrecht


Spotkałam się ze stwierdzeniem, że na pneumokoki podobnie jak na rotawirusy nie warto szczepić, gdyż szczepienie chroni tylko przed ich kilkoma rodzajami. Jak Państwo się do tego odniosą?

Szczepionki przeciwpneumokokowe nie zabezpieczają przed infekcją pneumokokową w ogóle tylko przed zachorowaniami wywoływanymi przez serotypy pneumokoka (a jest ich ponad 90) najbardziej zjadliwe i o najmniejszej wrażliwości na antybiotyki. Dostępne na rynku szczepionki chronią odpowiednio przed 10, 13 albo 23 serotypami. Pokrycie szczepionkowe u dzieci poniżej 2. roku życia wyniosło w latach 2009-2013 81,6% dla szczepionki trzynastowalentnej (PCV13) oraz 63,1% dla szczepionki dzisięciowalentnej (PCV10). U dzieci do 5. r.ż. odpowiednio 83,1% oraz 67,3%. Warto jednak pamiętać, że choć zaszczepieni mogą zachorować na chorobę pneumokokową, to jednak u nich zakażenie jest zwykle łagodniejsze a możliwości antybiotykoterapii znacznie szersze niż u nieszczepionych. 

dr hab. med. Piotr Albrecht



Spotkałam się ze stwierdzeniem, że dziecko powinno samo budować odporność, a ta dzięki szczepionkom jest sztuczna i tylko osłabia możliwości organizmu. Jak to właściwie jest z tą odpornością?


Odporność jest rzeczywiście bardzo złożonym i skomplikowanym procesem (wciąż nie do końca zbadanym), a na dodatek nie wszystkie szczepionki działają zupełnie na tej samej zasadzie i tak samo u każdego z nas, a i odporność może mieć różne wymiary. Oprócz odporności nabytej (po szczepieniach, przechorowaniu) mamy tez odporność wrodzoną (każdy nieco różną), która pozwala w niektórych okolicznościach nie zachorować lub zachorować lekko mimo braku przeciwciał poszczepiennych. Wysokie miano przeciwciał przeciwpneumokokowych nie gwarantuje w 100% zdrowia, gdyż szczepimy tylko przeciwko maksimum trzynastu serotypom, a jest ich ponad 90, może się też zdarzyć, że pomimo szczepienia indywidualne miano przeciwciał przeciw konkretnemu serotypowi będzie bardzo niskie lub odporność u danej osoby się nie wytworzy. W meningokokach sprawa jest jeszcze trudniejsza, gdyż do obrony przez zakażeniem nie wystarcza tzw.

pamięć odpornościowa, czyli zdolność wytworzenia przeciwciał po kolejnym kontakcie z bakterią, gdyż szybkość rozwijania się infekcji meningokokowej jest tak zastraszająca (czasem od początku do śmierci to 24 godziny), że pamięć odpornościowa nie wystarcza i trzeba mieć stale we krwi pewien poziom przeciwciał, stąd szczepienia meningokokowe, jak pokazał czas trzeba powtarzać, podczas gdy pneumokokowych, wykonanych szczepionkami skoniugowanymi, na dzień dzisiejszy wydaje się, że nie. W tych wolniej rozwijających się zakażeniach pamięć odpornościowa jest wystarczająca dla obrony, podobnie jak to ma miejsce np. ze szczepieniem przeciwko wzw typu B. To co powiedziałem to są tylko powierzchowne niuanse i różnice, gdyż w istocie są one głębsze. Tak czy siak skuteczność większości szczepionek sięga 90 lub ponad 90%, co nie znaczy, że nigdy nic nam się przydarzyć nie może, niemniej prawdopodobieństwo zdarzenia jest znikome. 

dr hab. med. Piotr Albrecht

Zakażenia wywołane przez pneumokoki są drugą przyczyną śmierci ludzi na świecie, wywoływanych przez czynniki infekcyjne. Ludzie do ukończenia 2 roku życia są całkowicie bezbronni, a dopiero po 5 roku życia uruchamiają w pełni sprawny system obrony organizmu przy tym zakażeniu. W normalnym funkcjonowaniu codziennie spotykamy się, a wiec zakażamy się, co najmniej kilkoma czynnikami infekcyjnymi i organizm musi uruchomić system naszej naturalnej obrony. Podanie więc kilku antygenów w szczepionce najczęściej nieżywych, a więc niezdolnych do namnażania się w organizmie, nie jest szczególnym obciążeniem.

Dr Marian Patrzałek



Czy możemy się spodziewać, że wkrótce szczepionka przeciwko pneumokokom będzie darmowa? Dla wielu rodziców niestety pieniądze są dużą przeszkodą...


Obecnie szczepionki są bezpłatne dla dzieci z grup ryzyka http://szczepimy.com.pl/pneumokoki/grupy-ryzyka/ oraz w ramach prowadzonych akcji samorządowych http://szczepimy.com.pl/dla-rodzicow/akcje-bezplatnych-szczepien/

Zgodnie z obecnym stanem prawnym szczepionki przeciwko pneumokokom mają być refundowane od 2017 r. http://szczepimy.com.pl/sejm-przyjal-ustawe-dot-finansowania-szczepien-przez-nfz/



Czy na pneumokoki można zaszczepić dziecko w każdej przychodni? Czy trzeba wcześniej skonsultować taki zamiar z lekarzem?

Polecamy nasz artykuł dotyczący tego jak zaszczepić i jak wygląda kwalifikacja na szczepienie – artykuł przygotowany przed dra Piotra Albrechta: http://szczepimy.com.pl/dla-rodzicow/jak-zaszczepic/



Czy szczepiąc dziecko przeciwko pneumokokom powinnam być spokojniejsza o jego zdrowie? Co z NOP-ami?

Do szczepień jak do wszystkiego innego należy podejść zdroworozsądkowo. Niestety pojawią się różne mody mniej lub bardziej słuszne - jedną z nich jest nieszczepienie. Zgodnie z tym trendem wkrótce może się pojawić ruch antyparacetamolowców. Każdy lek, szczepionka, zabieg medyczny jest obciążony ryzykiem. Nawet wit. C może zaszkodzić gdy akurat jedna osoba na milion będzie miała ku temu "predyspozycje". Niestety efekty uboczne wszystkiego były, są i będą - jednak właśnie nie należy ich wyolbrzymiać. Do szczepienia należy się odpowiednio przygotować - sprawdzić przeciwwskazania, dopilnować, aby lekarz dokładne zbadał dziecko. NOP-y to najczęściej skutek specyficznej kombinacji genetyki z podaniem szczepionki. Te najgroźniejsze występują bardzo rzadko i niestety często jest tak, że to efekt zaniedbań rodziców i/lub lekarzy, gdyż kwalifikacja była nieodpowiednia. Często to niestety okropne zbiegi okoliczności - jak w całym naszym życiu. A co do mniejszych NOP-ów takich jak gorączka czy obrzęk to normalne reakcje naszego organizmu. Podsumowując na pewno warto szczepić - żeby potem nie żałować, że się mogło czemuś zapobiec. Warto natomiast odpowiednio się do szczepień przygotować. Podamy banalny przykład - codziennie zdarza się ogrom wypadków samochodowych a i tak ludzie dalej z nich korzystają. Proszę być dobrej myśli, konsultować kwestie zdrowia dziecka ze specjalistami, którzy wzbudzają Pani zaufanie, są poleceni przez znajomych. 

dr hab. med. Piotr Albrecht

Więcej o akcji przeczytacie na stronie www: http://szczepimy.com.pl/ a także na profilu facebookowym: Szczepimy
Jeśli macie więcej pytań dotyczących szczepień, w szczególności przeciwko pneumokokom, możecie je zadawać tutaj >>> Zapytaj eksperta.



Czekam na wasze komentarze: szczepicie czy nie? Jeśli tak, to szczepionkami obowiązkowymi czy nie tylko? Jak reagują wasze pociechy? 

O mojej postawie wobec szczepień opowiedziałam organizatorom kampanii w wywiadzie, który znajdziecie tutaj >>> WYWIAD

21:22

Jak pielęgnować związek na odległość?

Napisała , w
Z Grześkiem przez niemal 8 lat małżeństwa nie rozstawaliśmy się na dłużej niż 1-2 dni, a i to w wyjątkowych sytuacjach, które mogłabym policzyć na palcach. Związek na odległość wydawał mi się czymś kompletnie niemożliwym, a rozłąka czymś, czego na dłuższą metę przetrwać nie można... 

Pewnie, że reguły nie ma. Są związki, które nie przetrwają próby odległości, ale przecież próba czasu to dla niektórych też za wiele... Z drugiej strony są związki, którym i bycie non stop ze sobą nie pomaga i rozpadają się. Po półtora roku bycia "słomianą wdową" - nie lubię tego określenia - wolę opisowo raczej żoną męża pracującego daleko od domu, zmieniłam zdanie sprzed kilku lat o 180 stopni. Nie zgadzam się więc z twierdzeniem, że wyjazd jednego z partnerów, rozłąka, tęsknota są czymś co niszczy każdy związek. Wiele zależy od tego, czy będziemy od początku nastawieni pt. "To nie może się udać!", czy też będziemy szukać sposobów na to, by się jednak udało...


    Grafika: pixabay.com

1. Rozmawiajcie! Banalne? A jednak w wielu związkach wcale nie tak oczywiste. Umiejętność szczerej rozmowy, bez tematów tabu, z chęcią zrozumienia drugiej osoby to jest moim zdaniem największy problem współczesnych związków. I to nie tylko tych na odległość. 
Podczas rozłąki regularne rozmowy to podstawa: o wszystkim, co się dzieje pod nieobecność drugiej osoby, o codziennych wydarzeniach, o planach, ale też o uczuciach, również tych trudnych. Nie zamykajmy się przed sobą. Nie udawajmy, że nie tęsknimy, że nie jest nam ciężko. Niech te szczere rozmowy są zawsze: i kiedy jesteśmy daleko i kiedy się spotykamy na przykład na weekendy.

2. Regularnie się kontaktujcie. Wiesz, że jest godzina 18:00 i on zadzwoni. Zawsze starasz się mieć "wygospodarowany" czas o tej porze. Albo on wie, że ty odezwiesz się na skype wieczorem, kiedy już dzieci będą wykąpane i będziesz mogła spokojnie pogadać. U nas zazwyczaj jest szybka pogawędka zaraz po pracy Grześka, czyli koło 13-14, a potem dłuższa wieczorem. Ta regularność daje poczucie bezpieczeństwa i sprawia, że każdego dnia czeka się na ten moment.

3. Nie twórzcie wyidealizowanej rzeczywistości. Wiecie o co chodzi? O to, że jak on przyjeżdża na weekend, to zawsze jest prawie jak Boże Narodzenie: tylko siedzicie i patrzycie sobie w oczy, nie poruszacie żadnych problematycznych tematów, on nie wykonuje żadnych domowych prac... To jest prosta droga do tego, żeby w domu czuł się nie jak domownik, ale jak ... gość. U nas oczywiście spotkanie po 2 tygodniach jest świętem, ale wyrażamy to jednak inaczej niż tworząc sztuczną rzeczywistość... Dzięki temu wciąż czujemy się częścią tego swojego "normalnego" życia, a nie jakiejś idealnej wizji. 

4. Zostawcie dla siebie miejsce. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że pod nieobecność partnera i taty, mama z dziećmi wyrabiają sobie własny rytm dnia i przyzwyczajenia. Pewnie trudno tego całkowicie uniknąć, bo przecież życie się zmienia i musimy się do niego dostosować. Ja jednak staram się nie "rozpędzać" w tych przyzwyczajeniach i pamiętać też o tych naszych wspólnych sprzed wyjazdu. Myślę, że to jest bardzo ważne, żeby przez cały czas mieć dla siebie miejsce w codzienności. Po półtora roku widywania się co dwa tygodnie nie mam poczucia, że Grzegorz "przeszkadza" mi w moich przyzwyczajeniach ani u niego takowych nie zauważyłam - nie licząc bycia bardzo rannym ptaszkiem, które jednak miał zawsze i które w sumie ma dużo plusów (np. czekająca rano gorąca kawka).

5. Nie licytujcie się, kto ma gorzej. Czy on, bo jest tam sam, daleko od rodziny i ciężko pracuje? Czy ty, bo jesteś bez niego i sama musisz radzić sobie z dziećmi i domem? Wiem z doświadczenia, że takie licytacje się pojawiają i ... nie prowadzą do niczego dobrego. Skoro razem decydujemy się na wyjazd partnera (umówmy się, że w 90% jest to on) powinniśmy liczyć się z jego plusami i minusami dla każdej ze stron. Nie będę wam wmawiać, że to wszystko jest takie różowe i proste - bywa ciężko i nam tutaj i jemu tam, dlatego ważne jest obustronne wsparcie a nie przekrzykiwanie się, kto jest w trudniejszej sytuacji...

6. Okazujcie sobie miłość. Nawet na odległość się da! Kolejny banał - pomyślicie. Tymczasem te pozornie banalne rzeczy okazują się cholernie ważne! Łatwo jest się zapomnieć i w trakcie rozmów poruszać tylko codzienne problemy zapominając o prostym "Tęsknię" czy "Kocham". A zapominać nie można. Może to nawet ważniejsze, niż kiedy widzicie się codziennie. Wtedy możecie sobie bowiem okazać uczucie inaczej: gestem, dotykiem... A w trakcie rozłąki to słowa są największą siłą i najważniejszą bronią przeciwko poczuciu samotności! Trzeb czuć ich moc... Poza tym rozłąka daje niezłe pole do popisu romantyzmowi ;) - tradycyjny liścik wysłany w tajemnicy, miłosny SMS, kolacja przy świecach czekająca w domu, a może zaskakujący upominek wysłany pocztą (jak koszulka z liścikiem na Dzień Chłopaka, którą dostał niedawno Grzesiek - ale był zaskoczony!).

7. Miejcie wspólny cel. Wyjazd musi być przemyślany przez obie strony i cel, do którego dążycie musi być wspólny. Myślicie, ze nie spotkałam się z zarzutami typu: "Dlaczego wysłałaś męża za granicę?". (Mój mąż to nie paczka ani list do jasnej Anielki!) Z drugiej strony spotykam się też z tym, że w związkach dochodzi do tego typu zarzutów: "To ty kazałaś mi jechać!". To jest prosta droga do problemów, dużych problemów... Wyrzuty sumienia, obwinianie siebie nawzajem tworzą toksyczną atmosferę. Dlatego decyzja o wyjeździe musi być wspólna i wspólny musi być cel, który daje siłę do przetrwania tęsknoty i rozłąki. Inaczej to nie wyjdzie. U nas temat wspólnych planów pojawia się praktycznie w każdej naszej rozmowie telefonicznej czy przez skype i ciągle mamy ten wspólny cel przed oczami, w wyobraźni i w sercach. To daje nam siłę i poczucie, że walczymy ramię w ramię.

Teraz, kiedy dzieli nas prawie 900 km szczególne znaczenie mają dla mnie słowa Antoine de Saint - Exupery'ego: "Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, ale patrzeć razem w tym samym kierunku". Nawet nie mogąc codziennie spojrzeć sobie w oczy, można iść przez życie razem.

W naszym przypadku jednak ważne jest jeszcze jedno - rozmawiamy o powrocie. Nie chcielibyśmy tak żyć na dłuższą metę. To dla nas sytuacja przejściowa,  której nie mamy zamiaru dać się złamać, ale chcemy wyciągnąć z niej jak najwięcej dobrego dla naszego związku. Wierzę - nie ja czuję i wiem, że taka rozłąka może związek wzmocnić, ale nie mogę się doczekać aż Grzesiek wróci i będziemy znów mogli każdego dnia kłócić się o to, że znowu przełożyłam gdzieś jego śrubokręt i mówić sobie "Kocham" znowu prosto w oczy a nie przez telefon.


21:32

'Joga - mój sposób na życie' - historia Marty.

Napisała , w
Joga - da mnie brzmi to magicznie! Kiedy widzę te wszystkie figury, to, jak giętkie ciało mają osoby ćwiczące i jeszcze to, jak wielką radość im to daje, to ... tez bym chciała! Może to właśnie w jodze odnalazłabym swój sposób na ukojenie nerwów i odnalezienie wewnętrznej harmonii? Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam historię Marty, da której joga jest nie tyko pasją, ale i sposobem na życie. Przeczytajcie i wy - może dzięki Marcie też odważycie się rozpocząć swoją przygodę z jogą?


   Foto: własność Marty Grygiel - bohaterki historii.
"Jak to się zaczęło…
Dawno temu była sobie pewna książka ;)
Moja przygoda z jogą zaczęła się bardzo niewinnie. Gdy byłam studentką dostałam w prezencie książkę o jodze, z różnymi pozycjami, ich opisami oraz zdjęciami. To był dość trudny dla mnie okres i osoba, która mi książkę podarowała, przyczyniła się do tego, iż zaczęłam interesować się jogą na poważnie, zajęłam czymś swoje myśli by z czasem odkryć, że joga stała się czymś więcej, moją pasją. Zakupiłam pierwszą matę, niezbyt profesjonalną. Byłam studentką, więc liczył się dosłownie każdy grosz. Zadbałam o nastrój. Zawsze ćwiczyłam przy świecach, zapalałam kadzidełka. Oczywiście łatwo nie było. Miałam wiele dni zwątpienia i wtedy mata stawała się moim wrogiem, ale zawsze do niej powracałam. Złość nigdy nie trwała zbyt długo. Minęło parę lat praktykowania w domu, ciągle korzystałam z podarowanej książki, ale wzbogaciłam swoje ćwiczenia o filmiki z Internetu. Na zajęcia jeszcze wtedy nie uczęszczałam. Brakowało funduszy ale wiele pozycji wykonywałam już bez problemu ;) Zainteresowałam się też odrobinkę filozofią, ale nie zagłębiałam się w nią tak bardzo, studia i praca pochłaniały mnie wystarczająco.
Dopiero w roku 2010 gdy miałam 28 lat postanowiłam pójść na pierwsze zajęcia pod okiem nauczyciela. Towarzyszyła mi koleżanka, ale z czasem zostałam sama. Nie zniechęciłam się. Dwa razy w tygodniu uczęszczałam do Szkoły Marii Stróżyk w Poznaniu. Tu poznałam pierwszą nauczycielkę, przesympatyczną ale bardzo wymagającą. Tu zakupiłam również swoją pierwszą profesjonalną matę, na której ćwiczę po dzień dzisiejszy ;) Niestety na jakiś czas musiałam zrezygnować z zajęć, to był gorący i bardzo smutny okres w moim życiu. Wszystko co było stałe, runęło jak domek z kart. Wyprowadziłam się z mojego rodzinnego miasta. W nowym miejscu nie było prawdziwej szkoły, ale przyjeżdżała nauczycielka i pod jej okiem przez rok praktykowałam dalej.
W 2012 ponownie powróciłam do szkoły. Tym razem studio Yam w Poznaniu, gdzie ćwiczę po dzień dzisiejszy.
Ale moja przygoda z jogą to nie tylko ćwiczenia i medytacja.
Od grudnia 2014 r. prowadzę bloga o jodze. Nawiązałam współpracę ze studiem Joga Wita, dla którego piszę różne artykuły. Wcześniej ukazał się mój artykuł „Joga twoja szansa na lepsze życie” w kwartalniku Zmiana, na FB prowadzę grupę Jogini i Miłośnicy Jogi. Pasjonatów przybywa, poznajemy się w realnym świecie na różnego rodzaju wydarzeniach poświęconych jodze, spotykamy się, wymieniamy się ciekawymi linkami, spostrzeżeniami, doświadczeniami ;)

Tak więc niewinna książka zapoczątkowała coś wspaniałego. Joga stała się moją pasją, sposobem na życie, dzięki niej poznałam wielu fantastycznych joginów. Joga to również warsztaty i wyjazdy, joga daje mi moc i radość. A teraz, dzięki Oli mogłam podzielić się z Wami swoją historią. Może ktoś z Was również w jodze odkryje swoją pasję?"

Marta - dziękuję, że zechciałaś opowiedzieć mi swoją historię! Mam nadzieję, że będzie inspiracją dla wielu moich czytelniczek! 

Nadal czekam na historie o waszych pasjach, miłościach, doświadczeniach macierzyńskich, problemach... Dajcie się poznać, zainspirujcie innych! Piszcie na: szymusiowa@gmail.com.

Kolejny "Dzień z czytelniczką" i kolejna historia którejś z was już za 2 tygodnie!


16:34

Puzzle inne niż wszystkie - poznajcie Puzzlove!

Napisała , w
Kiedy zobaczyłam te puzzle na stronie sklepu, pomyślałam: "Tak właściwie to puzzle czy naklejki?". Otóż to niezwykle oryginalne połączenie jednego i drugiego! Dla tak niecierpliwej osoby jak ja, ułożenie i przyklejenie puzzli - naklejek na ścianie było nie lada wyzwaniem, ale okazało się też być fajnym relaksem a jaki dało efekt! Zobaczcie sami!


Hasło przewodnie Puzzlove brzmi: "Zabawa do kwadratu!". Spójrzcie na powyższe zdjęcie, a dowiecie się dlaczego! Otóż te wyjątkowe dekoracje do naklejania na ściany jak też różne inne powierzchnie (np. meble) mają postać kwadracików, które naklejane według załączonego wzoru tworzą określony obrazek. 
Kwadraciki wykonane są z dwustronnej, bezpiecznej dla dzieci folii. Nie zostawiają śladów nawet mimo przyklejania i odklejania, a trzymają się praktycznie na każdej powierzchni. U nas zostały przyklejone na ścianie typu "kornik" i w ogóle się nie odklejają, co w przypadku zwykłych naklejek naściennych wcale nie było tak oczywiste.



Puzzlove to niebanalna zabawa dla małych i dużych, która rozwija zdolności manualne, pomaga ćwiczyć precyzję i cierpliwość oraz twórcze myślenie. Kwadraciki można odklejać i przyklejać ponownie, jeżeli za pierwszym razem coś nie wyjdzie, a ponadto w każdym zestawie znajduje się zapas kwadracików, który przyda się w razie, gdyby jednak któryś z elementów układanki się zniszczył. Dodatkowe kwadraciki mogą też posłużyć jako kolejne elementy wzoru - Julka na przykład zrobiła swojemu kociakowi miseczkę z mlekiem :).


U nas zagościł Spiderman, którego możecie kupić TUTAJ oraz kociak dostępny TUTAJ. Obie puzzlo - naklejki zostały przyklejone na honorowych miejscach, czyli nad łóżkami Julki i Szymka.

Odwiedźcie koniecznie stronę puzzlove.pl gdzie znajdziecie ogromny wybór naklejek - puzzli oraz facebookowy profil PUZZLOVE


10:13

Dobrze wychowane dzieci

Napisała , w
Każdy rodzic chce dobrze wychować swoje dziecko. Wielu z nas szuka rad, metod i wytycznych, jak sobie z tym dobrym wychowaniem dziecka poradzić. Większość przynajmniej raz pomyślała, że może jednak niedobrze wychowuje swoje pociechy albo - co gorsza - usłyszała od jakiejś pani w sklepowej kolejce czy nadopiekuńczej cioci, że ma źle wychowane dzieci. Ja wcale nie jestem wyjątkiem od reguły. Jednak, kiedy przychodzą takie myśli, zatrzymuję się, patrzę na moje dzieci uważnie, słucham ich i dostrzegam to, co naprawdę ważne!


Czasem krzyczą tak, że pękają uszy. 
Jedno zwinie drugiemu zabawkę , a drugie da za to pierwszemu kuksańca.
Nie ustawiają się zawsze w rządku, kiedy wołam, że czas z podwórka do domu.
Oj, bywa, że muszę ich ganiać dookoła piaskownicy! Bywa!
Płacz mają często na końcu nosa i o wszystko, a cierpliwość to póki co dla nich słowo jakby z obcego języka.
Skaczą po łóżku i rzucają się poduszkami zamiast spać zaraz po dobranocce.
W sklepie jedno uparcie włazi między wieszaki, a drugie musi koniecznie wszystkiego dotknąć i obejrzeć.
Julka ma problemy z koncentracją i jest straszną gadułą, co "wychodzi" szczególnie w szkole.
Szymek to mały uparciuch, który uwielbia stawiać na swoim, a kiedy jest mocno zmęczony, potrafi mnie wykończyć swoim "brojeniem".

Powtarzam, tłumaczę, daję dobry przykład. No dobra, przynajmniej staram się tym przykładem świecić, bo akurat w kwestii kłopotów ze skoncentrowaniem się na jednym i w kwestii gadulstwa, Julka jest moją nieodrodną córeńką!
Tata tłumaczy, rozmawia, upomina i też przykładem być się stara. Chociaż z tym uporem, to Szymuś wrodził się w niego w 100%...
W każdym razie oboje czujemy na sobie tę ogromną odpowiedzialność wynikającą z przygotowania do życia dwóch małych istotek. Czujemy ją bardzo mocno.
Godzinami dyskutujemy o tym, jak postępować, by nasze pociechy był "dobrze wychowane". Bierzemy pod uwagę dobre rady, czytamy, co mówią psychologowie (głównie ja), oglądamy mądre programy, ale przede wszystkim staramy się trzymać wspólny front i łączyć to, co mówi rozum z miłością. 

Pewnie nie jest idealnie. Nie raz słyszałam, że Julka jest niewychowana, bo za dużo gada albo nie słucha, kiedy ma przyjść na obiad, bo chce się jeszcze pohuśtać na huśtawce. A Szymek też ma "braki w wychowaniu", bo mając zły dzień potrafi położyć się w sklepie na podłodze i ją "froterować"... I patrzą panie, głównie te starsze, ewentualnie młode - bezdzietne i wzrokiem mnie zabijają...
No nie jest idealnie, choć może ktoś ma dzieci, które są na tyle "dobrze wychowane", że nigdy nie protestują, kiedy pora na obiad albo do łóżek, zawsze siedzą cicho jak myszki pod miotłą, nigdy nie przelazły przez płot uciekając na łąkę za domem i nie zrobiły naburmuszonej miny. Możliwe, choć mało prawdopodobne.
Bez wątpienia niektóre kwestie wymagają po prostu ciągłej pracy, inne są w pewnym sensie domeną dzieciństwa, a niekoniecznie "złym wychowaniem". Wychowanie to przecież nieustający proces.... Ważne, by jako rodzice ani nie osiadać na laurach, ani nie być totalni bezkrytycznymi. Z drugiej jednak strony warto dostrzegać to, co jest naprawdę najistotniejsze: jakie wartości chcemy dzieciom przekazać? czy rzeczywiście to, że dziecko jest bardzo śmiałe świadczy o złym wychowaniu, mimo, że jest wrażliwe, szanuje innych, jest opiekuńcze? czy dobre wychowanie to bycie bezwzględnie posłusznym rodzicowi, czy też jednak zupełnie coś innego? co w tym dobrym wychowaniu jest najważniejsze? Czyż nie to, co sprawi, że nasze dzieci rozwijają się jako dobrzy, szczęśliwi ludzie?

Moim dzieciom do ideałów daleko, ale...

...kiedy patrzę, jak moja siedmiolatka płacze, widząc zdechłego ptaszka nad drogą,
kiedy słyszę, jak mój trzylatek pyta z przejęciem, czy wujek czuje się lepiej, bo on się o niego martwi,
kiedy piję tę zimną, nieporadnie, ale z wielką czułością zrobioną herbatę i słyszę: "Napij się herbatki, bo jesteś zmęczona, mamo',
kiedy przytulają się do siebie podczas wieczornego oglądania bajki,
kiedy widząc czyjąś krzywdę czy to w bajce czy w rzeczywistości reagują współczuciem i chcą pomóc,
kiedy przyjeżdża starsza ciocia, a Julka pierwsza leci, żeby pomóc jej wejść po schodach,
kiedy podbiega do obcego dziecka, które przewróciło się na placu zabaw i pociesza,
kiedy słysząc, jak dziecko nieładnie odnosi się do mamy, mówią, że brzydko jest tak mówić,
kiedy opowiadają o przyrodzie, podziwiają jej piękno, cieszą się nią i podnoszą leżące na trawie papierki,
kiedy po pierwszym momencie krzyku i płaczu, sami się spokojnie dogadują i "dają sobie na zgodę",
kiedy mądrze się wypowiadają na różne tematy i potrafią przedstawić swoje zdanie,
kiedy wreszcie przytulają się do mnie i taty ze słowami: "Jesteśmy rodziną i się kochamy!"...

...wtedy wiem, że jesteśmy na dobrej drodze w tym "dobrym wychowaniu"...

[A jak jest u was :)?]
15:35

Mała książeczka o kształtach.

Napisała , w
Wasze pociechy umieją już rozróżniać kształty? Nie? Mam zatem dla was i da nich recenzję niewielkiej, aczkolwiek bardzo wdzięcznej książeczki, która pomoże im się kształtów nauczyć! Jeśli zaś umieją już odróżnić koło od kwadratu, to ta sama książeczka pomoże im tę wiedzę utrwalić i doskonalić zdolności manualne oraz wspomoże naukę liczenia i kolorów.  Książeczka "Uczę się kształtów" wydana nakładem Wydawnictwa AWM  to świetna propozycja dla najmłodszych - zobaczcie sami!


O wyjątkowości tej niepozornej książeczki stanowią przede wszystkim zmywalne kartki, które sprawiają, że można z niej korzystać wielokrotnie. Wystarczą flamastry i chusteczki! Dziecko może łączyć przerywane linie tworząc określone kształty tyle razy, ile ma ochotę a dzięki temu książeczka posłuży długo do świetnej zabawy połączonej z nauką!

Książeczka jest bajecznie kolorowa i zawiera wszystkie podstawowe figury geometryczne plus kształty często spotykane w życiu codziennym jak np. serce czy kwiat. Każda figura to przykłady przedmiotów, zwierząt i roślin o podobnym kształcie, rysunki z przerywanymi liniami do łączenia i kolorowania oraz zadania wymagające policzenia. 

Szymek z dużym zainteresowaniem oglądał książeczkę i próbował rozwiązywać zadania. Nie możemy się jeszcze pochwalić idealnym chwytem ołówka i wielkimi sukcesami plastycznymi, ale ta książeczka jest świetnym treningiem i doskonale nadaje się właśnie dla trzy, czterolatków, które dopiero rozwijają zdolności manualne i plastyczne!

Książeczkę możecie kupić na stronie Wydawnictwa AWM za jedyne 7,99 zł! 





Dziękujemy za książeczkę:


A was zapraszam na facebookowy profil Wydawnictwa: AWM na Facebooku
oraz na stronę www: http://www.awm.waw.pl/.

Post Top Ad

INSTAGRAM @ola_greszcz