Post Top Ad

13:36

Karkówka z warzywami.

Napisała , w
Wypróbowałam, nieco zmodyfikowałam i z ręką na sercu mogę polecić! Niezwykle prosty przepis na smaczną karkówkę z warzywami - doskonała propozycja zarówno na obiad jak i na ciepłą kolację! Pierwowzór przepisu znalazłam w gazetce "Przyślij przepis", ale jak to ja - nieco go zmodyfikowałam.

SKŁADNIKI:
* karkówka (ja miałam ok. 60 dag, ale dla naszej czwórki to było zdecydowaie za mało)

*przyprawy: do karkówki, do wieprzowiny, czosnek granulowany (lub zgniecione ząbki świeżego); w przepisie był jeszcze majeranek, ale ja nie użyłam,

*keczup pikantny, majonez, przecier pomidorowy

*2 cebule

*1 papryka czerwona

*3 spore ogórki kiszone

*w oryginalnym przepisie są pieczarki - myślę, że też fajna opcja; można zastapić też grzybami leśnymi,

* odrobina startego, żółtego sera,
* olej do smażenia

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Karkówkę kroimy na plastry i marynujemy w przyprawach. Zostawiamy na około godzinę w lodówce. Potem obsmażamy na patelni, na oleju.

Usmażone plastry karkówki wkłądamy do naczynia żaroodpornego i smarujemy przygotowaną wcześniej mieszanką majonezu i keczupu. Ja dodałam także przecier pomidorowy. Mięso pieczemy w piekarniku w 180 stopniach około godzinę.

W międzyczasie kroimy w piórka cebulę, paprykę w paseczki a ogórka w plasterki. Kiedy karkówka jest upieczona, wyjmujemy ją z piekarnika i układamy przygotowane warzywa. Posypujemy odrobiną startego, żółtego sera. Jeśli nie przepadacie za serem, nie jest on konieczny.Wszystko razem zapiekamy jeszcze 20 minut, aby warzywa stały się miękkie.

Karkówka jest krucha i miękka, a warzywa świetnie pasują do mięsa. My zjedliśmy ją na kolację do pieczywa, ale na pewno świetnie smakowałaby też z ziemniakami jako danie obiadowe.

SMACZNEGO!

[Podstawowy przepis pochodzi z gazetki "Przyślij przepis" 2/2014]

23:42

5 rzeczy, których nikt mi nie powiedział o byciu blogerką.

Napisała , w
Gdybym 15 lat temu posiadała jakikolwiek komputer (inny niż Amiga) i dostęp do internetu, być może już wtedy zaczęłabym blogować... Chociaż może nie, bo wtedy pisałam w wielkiej tajemnicy. Kilka brulionów zawierających nastoletnie emocje i tajemnice mam wciąż na dnie szafy. Mój pierwszy blog powstał jakieś 5 lat temu na portalu społecznościowym, ale dopiero zakładając WOKÓŁ DZIECI dowiedziałam się kilku zadziwiających rzeczy o byciu blogerką...




1. Blogerka woli napisać post niż godzinę dłużej pospać. A jeśli ta blogerka jest prawdziwym śpiochem, to już NAPRAWDĘ o czymś świadczy! Zakładając bloga myślałam sobie - a popiszę sobie od czasu do czasu. Nie miałam żadnego ciśnienia na regularność, a na popularność już w ogóle...Zresztą na popularność nadal nie mam - w dosłownym tego słowa znaczeniu - ale na regularność już tak... Jeśli zdarzy się tak, że przez dłużej niż 3-4 dni niczego nie napiszę, zaczynam za tym zwyczajnie tęsknić... Potrafię nie przespać połowy nocy po to, żeby móc w spokoju zatracić się w tym moim małym, wirtualnym świecie słów i emocji...


2. Blogerka potrafi się popłakać pisząc post. Nie jestem typem osoby, która łatwo się wzrusza. Za to rozbawić mnie doyć łatwo. Tymczasem blogowanie sprawiło, że zaczęłam z większą łatwością okazywać wszystkie emocje. Niektóre teksty są jak katharsis dla mojej duszy, dla duszy kogoś, kto ma tendencje do ukrywania i tłamszenia w sobie wzruszeń, smutku czy złości... Okazuje się, że o wiele łatwiej wyrazić emocje pisząc, niż mówiąc... Dlatego tak często na moim blogu pojawiają się teksty pisane właśnie emocjami...

3. Blogerka ma czasem ochotę rzucić blogowanie. Szczególnie jeśli jest strasznym wrażliwcem... Potrafię kilka dni przeżywać bardzo emocjonalny post, który opublikowałam albo hejt, który ktoś pod nim zamieścił... Jasne, że nie powinnam tego pisać, bo przecież może to czytać jakiś hejter vel. troll, który zechce to wykorzystać, ale ... nie cieszcie się hejterzy! Takie negatywne myśli zawsze mijają, bo trudno żyć bez czegoś, co się po prostu pokochało...

4. Blogerka wiele się uczy dzięki blogowaniu. I nie mam na myśli tylko zasad poprawnej pisowni, powiększania zasobu słownictwa czy praw marketingu... Uczę się także oceiać intencje ludzi i czasami po prostu nie zawracać sobie głowy tymi, którzy próbują mnie zarażać negatywnymi emocjami. Uczę się przyjmować konstruktywną krytykę, a tą niekonstruktywną się nie przejmować. Uczę się być asertywna i odważnie wyrażać swoje zdanie. Uczę się budować relacje z ludźmi i być bardziej otwarta.

5. Blogerka może mieć ... wspaniałych czytelników. Mówiłam sobie, że będzie pisać dla siebie. Tak było na początku. Jednak szybko okazało się, że to, co piszę ktoś NAPRAWDĘ chce czytać! Mało tego - są osoby, które po kilku miesiącach odwiedzania mnie tutaj i na Facebooku stały mi się po prostu bliskie...Rozmawiamy, doradzamy sobie, nadajemy na tych samych falach... Zarówno w was, moich czytelniczkach jak i w koleżankach blogerkach, odnajduję bratnie dusze, dzięki którym jeszcze bardziej chce się pisać, być tutaj i wspólnie z wami tworzyć to miejsce!


[Tekst powstał jako część WYZWANIA BLOGOWEGO zorganizowanego przez Ulę, autorkę bloga senmai.pl]

Foto: pixabay.com
19:10

Bajeczki z naklejkami - do czytania i zabawy.

Napisała , w
"Bajeczki z naklejkami" Wydawnictwa MD Monika Duda to seria książeczek zawierających znane i mniej znane bajki dla dzieci. "Luki" w tekście dziecko wypełnia naklejkami znajdującymi się w środku każdej książki. Ciekawe historyjki z morałem i dobra zabawa gwarantowana!


Książki są wydane w formacie A4, w miękkich oprawach zdobionych brokatem. Zarówno na okładce jak i wewnątrz znajdziecie piękne, kolorowe ilustracje. 
Każdy tekst bajeczki zawiera "luki" w postaci obrazków, które trzeba wypełnić zamieszczonymi w środku ksiażeczki naklejkami. Naklejki są rozmieszczone na wkładce w przypadkowej kolejności, dzięki czemu maluch musi się troszkę natrudzić i mocno skoncentrować, by odnaleźć tę właściwą! Szukanie naklejek i wypełnianie nimi tekstu to także bardzo dobra metoda na poszerzanie słownictwa. W każdej książeczce wyróżniono w ten sposób około 50 słówek!
Książeczki z naklejkami to świetny trening dla małego umysłu i jednocześnie rozwijająca, wesoła zabawa!





W serii ukazały się m.in. "Przebiegły lis i pstrokata kurka", "Złotowłosa i trzy misie", "Złota gęś", "Trzy małe świnki" czy "Jaś i Małgosia". Moim dzieciaczkom najbardziej przypadła do gustu historyjka o diabełku: "Koziołek Spryciołek".

Książeczki kupicie (dosłownie za kilka złotych) na stronie wydawnictwa http://www.wydawnictwomd.pl/.


23:12

Praktyczne sposoby (dla mam) na znalezienie chwili tylko dla siebie.

Napisała , w
Ile razy w ciągu dnia myślisz: "Ach, jak bym chciała mieć wreszcie chociaż chwilę tylko dla siebie!". Bywa, że pomiędzy karmieniem, sprzątaniem, zabawą i usypianiem, nie masz czasu nawet spokojnie pomyśeć, a co dopiero mówić o obejrzeniu ulubionego serialu czy pomalowaniu paznokci. [Oczywiście kochasz swoje brzdące nad życie, ale na Boga, czemu tak trudno im wytłumaczyć, że chociaż w kibelku mama chce pobyć kilka minut sama?!] Będę z tobą szczera - jeśli sama nie opracujesz kilku praktycznych sposobów, które pozwolą ci znaleźć chwilę tylko dla siebie, nikt tego za ciebie nie zrobi! Mam dla ciebie kilka podpowiedzi!


Poleżałby człowiek czasem na zielonej łące, popachniał, pobyczył się do góry brzuchem. Oczy zamknął, w uszach usłyszał piszczącą ciszę. Poleniłby się człowiek. Pobył sam ze sobą. Nie myślał o niczym. Szczególnie jeśli ten człowiek jest matką, która dawno zapomniała jak to jest! Niestety -  jeśli ten człowiek jest matką - ciężka z tym sprawa!  Łąkę więc zostawmy sobie na za jakiś czas, a skoncentrujmy się na ...powiedzmy wypiciu raz kiedyś gorącej kawy albo obejrzeniu odcinka serialu, ewentualnie przeczytaniu rozdziału książki czy ... skrobnięciu tekstu na blogu! Jak znaleźć chwilę dla siebie, jeśli twoje chwile mają ochotę w 100% wypełniać twoje - jakże kochane przecież - dzieci :)?

Daj dziecku farby i papier. Kredki są oklepane. Kredki są bezpieczne. Kredki nie załatwią sprawy. Ale farby... Farby to już co innego! Farby jak sama nazwa wskazuje farbują, a więc można nimi pięknie wybrudzić łapska, ubranka i stół. Papier to tylko dodatek! Fajna jest też woda, w której mama każe moczyć pędzelek. Idealnie nadaje się do mycia tych ufarbowanych rączek. Wkładasz rękę do dna kubeczka i wyjmujesz. Wkładasz do dna i wyjmujesz. A woda tak zabawnie rozlewa się po stole. Buzię też można pomalować. Jest się wtedy bardzo zajętym, a mama taka szczęśliwa, że może w ciszy pooglądać telewizję...

Daj dziecku wodę, dużo wody. Które dziecko nie lubi wody? No które? I nie mam tu wcale na myśli kąpieli! Wiaderko wody daje przecież tyle możliwości! Można w nim mieszać łyżką albo przelewać wodę w kubeczki. Można kąpać lalkę albo udawać, ze autko to statek podwodny. Można moczyć rękawy, rozlewać na podłogę albo zrobić mamusi niepsodziankę i wyczyścić kanapę... Woda daje niezmierzone możliwości! Ona zajmie każde dziecko! Gwarantuję ci, że wystarczy wiaderko wody, a będziesz miała przynajmniej 15 minut na pomalowanie paznokci (zanim powódź dopłynie do pokoju, w którym się akurat relaksujesz).

Daj dziecku chrupki i włącz bajkę w TV. Przecież telewizja jest dla ludzi! Niech sobie poogląda "Świnkę Peppę" albo "Boba Budowniczego", pochrupie chrupki (kukrydziane, zdrowe, żeby nie było!) i... da matce chwile wytchnienia! Niech się nawet zapatrzy z otwartą buzią i rączką w połowie drogi do buzi. Chociaż 20 minut! A ty w tym czaie przeczytasz ten ostatni rozdział romansu albo nawet ambitnej powieści! Przecież raz na jakiś czas telewizja dziecku nie zaszkodzi! Pójdziesz do drugiego pokoju, żeby się nie rozpraszało twoją obecnością. Dopiero jak usłyszysz: "Mamusiu, chjupki się śkońciły!" przylecisz zaskoczona. "No jak to, przecież dałam mu całą miseczkę, a minęły dopiero 3 minutki!". No tak, ale to dywan zjadł przegryzkę twojego dziecka (musiało mu rzecz jasna zrobić chrupkową papkę, bo dywan nie ma ząbków...) i Śwince Peppie też się trochę dostało. przecież sama kazałaś się dziekcu dzielić...

Daj dziecku pokrywki i łyżeczki. No przecież to najlepsze zabawki dla każdego malucha! Nie jakieś tam interaktywne pierdoły! Babcia mówiła: "Pokrywki i łyżki mu daj! Dzieci to uwielbiają!". Pobębni, pogra, pobrzdęka, ale co tam hałas - jakś przepękasz - byle tylko tę kawę ciepłą wypić, może czekoladę po cichaczu wszamać. Uciekasz do drugiego pokoju rozemocjonowana tym nieprzyzwoitym łasuchowaniem. Zamykasz ocz, upajasz się chwilą tylko dla siebie. Aż nagle z drugiego pokoju dochodzi grzmotnięcie inne niż dotychczasowe. "Mama, cisinica!" (autentyczne słowo z repertuaru mojego syna). Lecisz, patrzysz, a tam ziemia z twojego największego kwiatka na panelach - łyżki były takie duże, lepsze niż łopatka nawet - a pokrywki zostawiały takie fajne, okrągłe ślady... Zabawa była przednia. Może nawet zdążyłaś wypić tę kawę...

Zostaw dziecko z tatą. I przestań co pięć minut do nich zaglądać! Naprawdę nic się nie stanie, jeśli on założy mu pampersa odwrotnie! Nie, dziekco nie zgłodnieje przez te 20 minut, kiedy będziesz brać kąpiel! A .. jeśli pod opieką taty będzie kilkulatek, to już w ogóle nie masz czym się martwić! Najprawdopodobniej w ruch pójdą praktyczne sposoby, które zaproponowałam ci powyżej! Tatusiowe wiedzą, co najlepiej zajmuje milusińskich! Także pełen sukces!

Cóż... Bądźmy szczere: efekty moich metod nie zawszes są do końca ... przewidywalne. Czasami twoja chwila dla siebie może kończyć się sporym bałaganem, ewentualnie niewielką szkodą dla domowego wystroju czy też plamą nie do sprania, ale ...czy to istotne, skoro rzeczywiście uda ci się spędzić te kilkanaście błogich minut w towarzystwie kawy, serialu, książki albo innej przyjemności? Zastosowawszy niejednokrotnie każdy z przedstawionych tu sposobów oznajmiam: WARTO :).

[Wpis powstał w związku z wyzwaniem blogowym organizowanym na blogu senmai.pl. Ciekawa jestem, czy moja interpretacja tematu wam się podoba :)?].




20:10

10 najpiękniejszych chwil w moim życiu.

Napisała , w
Za kilka dni 30 czerwca. Po raz kolejny obudzę się o rok starsza. 28 -  fajna liczba, szczególnie patrząc na to, że może oznaczać liczbę róż w bukiecie, który mam zamiar tego dnia otrzymać! Z pewnością bez problemu znalazłabym w tych 28 latach minimum 28 najpiękniejszych chwil w moim życiu, ale ograniczę się do 10. Taka przedurodzinowa, pozytywna refleksja dobrze mi zrobi! Jesteście ciekawi? Zapraszam was w podróż sentymentalną...

[A kto nie chce czytać, temu z tego miejsca paluszkiem grożę, o tak - oj, oj! :) ]










1. Miałam ochotę wpisać: MOJE NARODZINY! Bo czyż to nie była piękna chwila :)? Mama opowiadała, jakie miałam długie rzęsy i jaka byłam grzeczna, a tata do dziś wspomina mój malutki nosek.A listy, które pisali na chusteczkach do nosa i rzucali sobie przez okno szpitala (tak, tak, kto słyszał 28 lat temu o porodach rodzinnych..) nadal są zachowane w moim domu rodzinnym, jako cenna pamiątka! Poza tym, gdyby nie ta chwila, innych najpiękniejszych przecież by nie było... No ale nie będę się wygłupiać :). Zacznijmy więc jeszcze raz - od tego, co już pamiętam...

1. Gotowanie błotnych zup. Ech, dzieciństwo na wsi! Nie potrzeba było dziesiątek baterii i wyjazdów do lunaparku. Mi wystarczyło kilka pudełek po margarynie wycyganionych od babci, parę zwiniętych mamie słoików, jakieś stare garnki znalezione na strychu, do tego piasek, którego wszędzie było pod dostatkiem, woda i trawa. Układałam to wszystko pieczołowicie w opróżnionym na lato budziaku na drewno i gotowałam! Gdy zabrakło piasku "chodziłam na zakupy", a starszy brat przychodził degustować moje potrawy! A kiedy młodsza siostra umiała się już do nas przyłączyć, zupy potrzeba było jeszcze więcej ;). Beztroska - jedno z najpiękniejszych uczuć...

2. Babcine baki. Mieszkałam z babcią i dziadkiem na jednym podwórku, więc ... oni byli zawsze! Uielbiałam patrzeć, jak babcia robi zakwas na chleb, a przed wstawieniem do pieca każdy bochenek naznacza znakiem krzyża. A potem było najlepsze! Z resztek ciasta drożdżowego smażyła na kaflowej placie małe, okrągłe placuszki. Biegłam informować starszego brata i czekaliśmy razem aż stanie na schodach i zawoła: "Dzieci, chodźta po baki!" (oj, tak moja babcia była prawdziwą Kociewianką :)). Pałaszowaliśmy te placki jak największy rarytas, mimo że nie były słodkie i smakowały jak taki twardy chlebek. Chciałabym znów poczuć ten smak...

3. Wyjazdy na ryby z tatą. Wstać o 2 w nocy z własnej, nieprzymuszonej woli? Mając lat 11-12 tylko po to, by jechać z tatą na ryby! Jedliśmy razem śniadanie, robiliśmy kanapki i zbożówkę na wyjazd, a ja dodatkowo pakowałam do plecaka brulion i ołówek. Potem jechaliśmy wśród nocnego powietrza nad jezioro a czasem też nad rzekę i to najczęściej na motorze! Spędzaliśmy tak 2-3 godziny wpatrując się w spławiki, trochę rozmawiając i obserwując budzącą się przyrodę... W brulionie powstawały rysunki i pamiętnkowe wpisy... (Już wtedy miałam zadatki na blogerkę hihi ;).)

4. Przyjacielskie wygłupy z mamą. Moja mama to wyjątkowa kobieta! Tak wyjątkowa, że nie tylko była przy mnie zawsze, kiedy było mi źle, ale też tylko z nią mogłam śmiać się tak, że brzuch bolał mnie przez kolejny tydzień! Szczególnie, kiedy byłam nastolatką, miałyśmy często takie "przeżycia". Z byle czego: z piosenki, z przejęzyczenia, z jakiejś na pozór niefajnej, ale po naszym głębszym zastanowieniu cholernie zabawnej sytuacji... Jedząc akurat czekoladki rozsypywałyśmy je ze śmiechu po całym pokoju i same turlałyśmy się po podłodze :). Och, gdybyście nas wtedy widzieli... Dwie mega pozytywne wariatki!

5. Szkolna przyjaźń.  Była moją pierwszą, prawdziwą przyjaciółką. Wiecie, taką, której mówi się naprawdę wszystko! Mama pozwalała mi jeździć do niej rowerem po szkole, a musicie wiedzieć, że mieszkała w sąsiedniej wsi oddalonej o jakieś 3 km, położonej niemal w środku lasu. Chodziłyśmy na stary cmentarz poniemiecki i pielęgowałyśmy groby a w runinach domu zrywałyśmy fiołki. Kąpałyśmy się w jeziorze na dzikiej plaży i nocowałyśmy na sianie, na strychu. To były piękne chwile!

6. Poddanie się...miłości. Pisałam o tym niedawno (TU), ale przecież nie mogłam nie wspomnieć przy okazji takiego wpisu! Powiedzenie: nigdy nie mów nigdy sprawdziło się w moim przypadku w 100%. Miłość przeuroczo zrobiła mi na złość i połączyła z ...przyjacielem (po okresie długiej wrogości). 6 lipca 2003 roku zostałam jego dziewczyną, a 29 lipca 2006 roku żoną. A ile tych najpiękniejszych chwil mieści ta "chwila" nie zliczę...

7. Narodziny Julii. To, co piękne rodzi się często w bólach - ktoś kiedyś powiedział - i niekoniecznie jest to metafora. Mój pierwszy poród wspominam jako potworny ból i niesamowite szczęście... To, co się wydarzyło 20 lutego 2008 roku totalnie odbiegało od moich wyobrażeń na temat porodu, ale też ta mała istotka, którą położono na moim brzuchu była o wiele cudowniejsza niż śmiałam kiedykolwiek pomyśleć! Gdyby nie obecność Grzesia ta chwila zdecydowanie byłaby pozbawiona części swojego piękna... To on trzymał mnie za rękę, to on przeciął pępowinę i on jednym palcem pogłaskał naszą Julcię po policzku w momencie, gdy pierwszy raz otworzyła oczka...

8. Narodziny Szymona. Ponad 4 lata po narodzinach Julii, przeżyłąm swój "drugi raz" - 24 kwietnia 2012.  I z tego porodu bólu prawie nie pamiętam. Pamiętam tylko, że bałam się, że nie zdążymy do szpitala i faktycznie dojechaliśmy koło 2, a o 2:55 Szymek był na świecie. Śmiałam się, że idealnie wybrał moment, bo o 4 tata byłby już w pracy. Dokładnie pamiętam małe usteczka, które miały kształt serduszka, kiedy położna położyła mi Szymka na brzuchu no i Grześka spoglądającego na zagarek i sprawdzającego, o której to na świecie pojawił się jego synek i o której ja zostałam podwójną mamą.

9. Uzyskanie prawa jazdy. Jeszcze pół roku temu nie odważyłabym się pomyśleć, że kiedyś będę kierowcą. Kolejny fakt w moim życiu, który udowadnia - nigdy nie mów nigdy! Zapisałam się, uczyłam, walczyłam do końca! Nie spodziewałąm się, że będzie aż tak ciężko i że mam w sobie aż taką wolę walki! To nie była tylko nauka prowadzenia samochodu, to było pokonywanie własnych słabości i lęków! 18 maja 2015 - POZYTYWNY! Zapamiętam do końca życia! Pora na kolejny cel... :).

10. Kolejne - tylko z nimi! Początkowo bałam się, że aż 10 najpiękniejszych momentów w życiu, to ja nie dam rady wymyślić! I co się okazało? Że z łatwością dopisałabym przynajmniej drugie tyle, a wspominanie tego, co mnie spotkało i co osiągnęłam przez te (za 8 dni) 28 lat wywołało szeroki uśmiech na mojej twarzy i łezkę wzruszenia w oku... 
Wiecie, co łączy wszystkie te chwile? Jedno magiczne słowo: RODZINA. Gdyby nie oni większości tych chwil by nie było. Wsparcie, zrozumienie, zaufanie, miłość. To wszystko zawarte jest w tych chwilach i to wszystko ciągle mnie otacza. Dlatego wierzę, że przede mną jeszcze wiele tych najpiękniejszych momentów - tylko z NIMI!


[Tekst powstał w związku z udziałem w WYZWANIU BLOGOWYM zorganizowanym na blogu senmai.pl. Jak tylko zobaczyłam ten temat, wiedziałam, że muszę wziąć w nim udział! Już wiem, że było warto :).]

http://www.senmai.pl/2015/06/wyzwanie-blogowe-czerwiec-5-dni-do-lepszego-bloga/

23:21

Łatwiej wychowywać dziewczynkę czy chłopca?

Napisała , w
Nigdy nie miałam specjalnych marzeń dotyczących płci dzieci. Nie wychodziłam z założenia, że do szczęścia potrzebna mi "parka". Los chciał, że zostałam mamą dziewczynki i chłopca. Wychowanie dziewczynki wydawalo mi się czymś naturalnym - więź między mamą i córką czymś oczywistym. Także rola taty córeczki wydawała mi się jakby prostsza niż taty synka. Czy rzeczywiście jest tak łatwo?... Z kolei dowiadując się, że zostanę mamą synka, przestraszyłam się. Wychowanie chłopca wydawało mi się o wiele większym wyzwaniem, niż wychowanie dziewczynki... I to nie tylko dla mnie, ale też dla taty. Czy naprawdę było czego się obawiać? Jak wychowuje się dziewczynkę, a jak chłopca? Po kilku latach doświadczeń spróbuję odpowiedzieć na to pytanie...


Kochać mocniej? Wychowywać łatwiej?

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że to frazes, iż da się kochać każde dziecko tak samo mocno. I z tym się zgodzić nie mogę. Bo ja za obojgiem poszłabym w ogień i moglibyście mnie łamać kołem, a nie zdecydowałabym, które kocham mniej, a które bardziej. Trudno. Kto chce, może sobie uważać, że to nieprawda. Moje serce wie swoje. Jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że identycznie podchodzi się do wychowywania dziewczynki i chłopca.

Wychowawcze sterotypy...

Tak naprawdę nie wiem z czego to wynika - zapewne w dużej mierze ze stereotypu przedstawiającego małą dziewczynkę jako wiecznie pogodną i grzeczną istotkę - ale wielu ludziom wydaje się, że dziewczynkę łątwiej wychować. Ja sama przez długi czas tak myślałam. Dziewczynki rzadziej są krnąbrne, są bardziej poukładane, interesują się książkami, nie wyrażają tak dosadnie własnego zdania i pozwlaają się stroić w falbaneczki i róż. To oczywiście nieprawda. Teraz to wiem.
Z kolei chłopcy - idąc tropem stereotypów - sprawiają więcej kopotów wychowawczych: łobuzują, gorzej radzą sobie w szkole no i bardziej się buntują. Oczywiście jak to ze stereotypami bywa - kolejna nieprawda.

...i obawy.

Jednak to nie wszystko, czego się obawiałam. Bałam się, że nie będę umiała nawiązać więzi z synkiem. Sądziłam, że chłopcy są bardziej zamknięci w sobie i mniej chętnie okazują uczucia. Ba, wiedziona stereotypami i "dobrymi radami" gdzieś tam w głębi duszy zastanawiałam się, czy synkowi powinno się okazywać tak samo dużo czułości jak córeczce? Bo przecież chłopak to powinien być twardziel - wiecie, od małego. Są "mędrcy", którzy tak twierdzą... Córeczka to taka krucha istotka, którą w oczywisty sposób trzeba otaczać troską, którą można publicznie tulić i nazywać słodką. Łatwiej być mamie wzorem dla córki niż wychować syna na wartościowego mężczyznę. Łatwiej tacie być opiekunem  dla córki, niż męskim wzrocem dla syna. Tak to sobie myślałam, kiedy Julka była malutka i kiedy miał urodzić się Szymek...

Rzeczywistość i doświadczenia rodziców córki i synka.

Dziś mając siedmioletnią córkę i trzyletniego synka mogę powiedzieć: jest inaczej, ale nie łatwiej ani trudniej! Nie da się tego porównać w ten sposób!
Podobno chłopcy są bardziej "marudni" jako niemowlęta, częściej mają kolki i gorzej znoszą ząbkowanie. Cóż... Faktycznie...O Julce mówiono u nas w rodzinie, że "to dziecko chyba nie potrafi płakać"...A o tym, że wyszły jej dwa zęby na raz dowiedziałam się karmiąc ją metalową łyżeczką i słysząc brzdękanie... Szymek miał problem z brzuszkiem, a o tym, że wychodzą mu zęby wiedziała zapewne cała wieś (oczywiście za sprawą jego "koncertów")...(choć trudno mi było w to uwierzyć, bo miał wtedy niecałe 4 miesiące).
Julia jako maleństwo nie  bardzo lubiła przytulanie i czułości. Wyrywała się z naszych ramion do świata. A i my niedoświadczeni, nieco przerażeni tym rodzicielskim debiutem, pewnie nie dmo końca umieliśmy ją okazywać. Towarzyszył nam stres, że robimy coś źle. Z wielkim napięciem czekaliśmy na pierwsze słowa i kroki. Z czasem uczyliśmy się tego i siebie nawzajem budując więż rodzice - córka. Teraz naturalne jest, ze mówimy sobie "kocham" czy przytulamy się. Kiedy urodził się Szymek obawy o trudności w naiązywaniu więzi szybko odeszły w niepamięć. Nie od razu. Bo rzeczywiście po czterech latach wychowywania córeczki, pojawienie się w naszym życiu synka było czymś nowym, budziło niepewność. Jednak raz dwa okazało się, że okazywanie rodzicielskiej miłości synkowi jest tak samo naturalne jak okazywanie jej córeczce.  Szymek okazał się typem małej przylepki i dziś słowa "kocham cię" ja i Grzesiek słyszymy od niego kilka razy dziennie.
Charaktery? Spokojna córeczka i rezolutny synek? U nas jest dokładnie odwrotnie. Julka to wulkan energii, który zawsze ma swoje zdanie, a Szymek to spokojny (no dobra, do czasu...:P) indywidualista. Chociaż fakt, że wychowując chłopca jesteśmy nieco zaskoczeni, że konfliktowe sytuacje szybciej próbuje rozwiązywać rękoczynami niż piskiem i płaczem... Oczywiście obie opcje są oznaką uczenia się radzenia sobie z emocjami, ale jednak każda inna.  Poza tym dość mocno zdziwiło nas też zamiłowanie Szymona do książek, a Julii do skakania, biegania i różnorako rozumianego ... psocenia :P (o czym pisałam już TUTAJ).
Tatę oboje ubóstwiają tak samo. A on jak robi "samolocik" to najpierw biega z córąna rękach, potem z synkiem, jak oglądają bajki to raz "Dzwoneczka", raz "Wielką szóstkę", a jak zasypiają, to całą trójką wtuleni. I tak samo chętnie robi mebelki dla lalek, co reperuje połamane autka. I tak samo potrafi poważnie pogadać z Julą i z Szymonem i tak samo zwrócić uwagę, gdy trzeba.

A słyszałam też opinie, że to chłopców wychowuje się łatwiej, bo są mniej kapryśni, mniej wrażliwi i jako nastolatkowie nie przeżywają tak intensywnie miłosnych zawodów. Ktoś mi ostatnio powiedział, że te współczense dziewczyny to są okropne... Więc jak to właściwie jest?...

Wychowawcze prognozy. Pytania i odpowiedzi.

Co nas czeka za kilka lat? Które będzie się bardziej buntowało? Czy stereotypy się sprawdzą? Czy będziemy się gubić w humorach i nieodwzajemnionych miłościach Julki a z szymkowego pokoju słyszeć rockowe ryki? Czy Szymek będzie nam spędzał sen z powiek poprawkami z angielskiego, a Julka zechce zdawać na studia medyczne? A może zupełnie odwrotnie? A może w ogóle inaczej?...

Dziś patrząc na naszą dwójkę wiem, że pomimo, iż bycie rodzicami córki i syna nie jest identyczne, to nie istnieje coś takiego, jak wzorzec wychowania dziewczynki i chłopca ani też nie można stwierdzić, że jedno wychowuje się łatwiej, a drugie trudniej. Jeśli kiedykolwiek przyszło wam to do głowy, zapomnijcie o tym natychmiast! Stereotypy i uprzedzenia przynoszą negatywne efekty zawsze.
Każde dziecko jest inne, a bycie rodzicem czy to córeczki czy synka jest wyzwaniem i wielką odpowiedzialnością.Czasem przynosi frustrację, złość, bezradność. Ale jest też przygodą życia. I prawdziwym cudem. Tak. Tak właśnie myślę patrząc na słodko śpiącą córeczkę i tak samo słodko śpiącego synka, których kocham ponad wszystko.

21:34

Kochać...

Napisała , w
Gdybyście jeszcze 12 lat temu powiedzieli mi, że to będzie właśnie ON, że to właśnie z NIM ta prawdziwa miłość, tak na całe życie, że dzieci, że wspólny dom... kazałabym wam stuknąć się w głowę. Nie było takiej opcji. Z nim to co najwyżej poszaleć na imprezie, po kryjomu zapalić papierosa albo pojeździć na skuterze. Ale zakochać się? Co to to nie! Pogadać na każdy temat, w rękaw się wypłakać, wykąpać się w jeziorze w ciuchach,  pozwolić mu rozczesywać moje mokre włosy, kiedy po pierwszym w życiu piwie i zawodzie miłosnym nie byłam w stanie kiwnąć palcem... To tak. Ale nie miłość. Ona miała być jak grom z jasnego nieba przecież. I była. Uderzyła tam, gdzie nigdy bym się nie spodziewała...


Życie płynie w zaleńczym tempie. Czas jest nie do ogarnięcia: raz chcę go za wszelką cenę zatrzymać, innym razem popchnąć do przodu, by już minął..
Tyle wspomnień kryje się na dnie serca. Tyle obrazów przesuwa przed oczami, kiedy myślę o nas. Tyle chwil, które już się nie powtórzą, a tworzą NASZĄ HISTORIĘ...

Przybyło zmarszczek i siwych włosów. Każdy kamień na wspólnej drodze zostawił po sobie mały ślad. On ręce ma bardziej spracowane i czoło wyższe. Czasem trzeba było wspinać się na strome szczyty, czasem spaść i zawsze się podnosić - razem. Bo miłość to nie tylko motyle w brzuchu i bukiety róż. To "chleb powszedni", to "gniew i krzywda, i przebaczenie"... Ale przede wszystkim to siła, która sprawia, że ciągle chcemy patrzeć w tym samym kierunku...

Minęło prawie 12 lat, a my wciąż potrafimy się zdziwić, że siebie mamy. Że to się jednak stało. Lipcowy wieczór był gorący i cichy. To w naszych sercach grała orkiestra. 
Ta miłość. Figlarka i despotka, która zawsze stawia na swoim. Ona musiala mieć z nas niezły ubaw: "popatrzcie, znowu pokazałam tym głupiutkim ludziom, że to ja wiem najlepiej, że to ja znajduję drogę i ja ...nadaję życiu sens... " Tak musiała sobie myśleć, kiedy fruwała gdzieś tam nad nami jak bajkowa wróżka. Udało jej się pokonać hardość i brak pokory, wygórowane ambicje, "nigdy" powtarzane z uporem. Powaliła nas na kolana. Uczyniła bezbronnymi. Ale po to, by dać nam siłę, której nic nie pokona...

Niemal 9 lat temu to też był lipiec. I też upalnie. A my drżeliśmy mimo to zakłądając sobie nawzajem obrączki. Miałąm wtedy 19 lat. Ot, smarkula. I nie żałowałam ani przez minutę od tamtego dnia, mimo że przecież wtedy nie miałam pojęcia, jak to nasze wspólne życie będzie wyglądać. Że czasem brak zrozumienia, że płacz w poduszkę, że niemoc, zamknięcie się w sobie i samotność we dwoje. By potem znowu wracać do siebie. By potem zawsze wyciągać do siebie ręce...   

Te dwie małe istotki, na które patrzymy z czułością. Tyle w nich nas. Upór, roztrzepanie, poczucie humoru, gadulstwo i radość życia. Zawsze twierdziłam, że to będzie mieszanka wybuchowa. I jest. Ten obrazek, kiedy ona maleńka pierwszy raz patrzy na nas dwoje, a on szorstkim palcem głaszcze ją po policzku jest ze mna zawsze. A potem jak z dumą sprawdza na zegarku, o której urodził się Szymon. Owoce naszej miłości.  Tyle strachu i nerwów co one nie dał nikt. Ani tyle dumy i radości. 

Od roku smak tęsknoty. Małe igiełki wbijające się w serce z każdą myślą o nim. I pękająca tama, kiedy znów mogę go zobaczyć. Fala czułości i ukojenia w jego ramionach. A on, jak to facet, nie wypowie, nie przyzna się. Ale ja go przecież znam i widzę wszystko w jego spojrzeniu. Więcej nie trzeba. Osobno, a jednak razem. Na przekór tym, co myślą, że to nierealne. 

Siadamy czasem naprzeciwko siebie i sięgamy myślami wstecz. "Pamiętasz, jak szliśmy nad jezioro a ty miałaś tę sukienkę w kratkę? " "A jak narwałam dla ciebie polnych kwiatów? Pamiętasz?" "A tamten spacer po lesie? Komary cięły niemiłosiernie, a my staliśmy na środku leśnej drogi i całowaliśmy się jak wariaci". I uśmiechamy się. Bo przecież jeszcze "niedawno" nigdy byśmy nie pomyśleli, że pójdziemy razem przez życie...
A dziś tyle lat już za nami i tyle miłości ciągle w nas...

Ze srebrnymi wlosami, twarzami naznaczonymi siatką zmarszczek, drżącymi dłońmi nadal będziemy wspominać z rozczuleniem i uśmiechem.  Nadal będziemy się kochać...  Mocno w to wierzę.










***
Zdjęcia z 29 lipca 2006 roku.

[Cytat z wiersza K.I. Gałczyńskiego]
21:56

Przygody Fenka bawią i uczą! (+KONKURS).

Napisała , w
Fenek to pustynne zwierzątko z okazałymi uszkami i przesympatycznym pyszczkiem.  Ten futrzak stał się także bohaterem edukacyjnych książeczek przeznaczonych dla dzieci w wieku przedszkolnym. Pierwszą serię "Przygód Fenka" stanowią cztery książeczki "Pory roku", a na stronie poświęconej Fenkowi można poczytać także "Pamiętniki  Fenka" i pobrać ciekawe materiały dodatkowe. Barwne ilustracje, dostosowana do wieku dzieci treść i mądry przekaz sprawiają, że książeczki o Fenku stanowią wartościową lekturę dla najmłodszych czytelników.


Fenek ma trzy latka i pod opieką swoich rodziców poznaje świat. W pierwszej serii książeczek "Pory roku" wyjeżdża po raz pierwszy nad morze, zjeżdża na saneczkach, uczy się pielęgnować ogród i poznaje skarby jesieni. A wraz z nim tajemnice pór roku poznają mali czytelnicy. 

Prosta treść pozwala kilkulatkom zrozumieć fabułę i skoncentrować się na niej, a na każdej stronie umieszczone jest pytanie dotyczące tekstu, które pozwala sprawdzić, na ile maluch zrozumiał tekst. Pytania skonstruowane są tak, aby utrwalać poznawaną dzięki ksiażeczce wiedzę (np. dotyczącą kolorów, wielkości czy liczb), rozwijać zdolność logicznego myślenia i koncentracji.




Na końcu każdej książeczki znajdują się ciekawe WYPOWIEDZI EKSPERTÓW oraz pomysły na kreatywne spędzanie czasu z dziećmi.  
W treści każdej z historyejk wyróżnione są wyrazy do globalnego czytania - a plansze z ich zapisem można bezpłatnie pobrać ze strony, z zakładki: MATERIAŁY DO POBRANIA. Znaleźć tam można również inne ciekawe pomoce: scenariusze zajęć dla nauczycieli i rodziców, kolorowanki i karty pracy. Są one świetnym uzupełnieniem książeczek!

Muszę przyznać, że Szymuś zainteresował się kolorowymi ilustracjami - w szczególności z książeczki o zimie, gdyż dopytuje wciąż o śnieg :). Słucha też już krótkich fragmentów przygód Fenka i próbuje odpowiadać na pytania.
 Julka, mimo że przedszkolakiem już nie jest, też polubiła sympatycznego Fenka. Prosi o czytanie książeczek po kilka razy i sama czyta fragmenty. Duże litery to fajne ułatwienie dla dzieci zaczynających przygodę z samodzielnym czytaniem.

Książki można kupić na stronie https://fenek.pl/, a polubienie profilu Fenka na Facebooku sprawi, że nie przeoczycie kolejnych części, które ukażą się już w wakacje: Przygody Fenka.
Książeczki ukazały się nakłądem Wydawnictwa SOBIK.


[Obrazek STĄD]

Na fanpejdżu bloga macie możliwość zdobycia jednego z pięciu zestawów książeczek z serii "Pory roku" - zapraszam do zabawy - KLIK.

12:34

A gdyby to twoja córka została nastoletnią mamą?

Napisała , w
13-letnia Ola jest najmłodszą mamą w Polsce. Moja córka 13 lat skończy za lat 6. Czas płynie nieubłaganie. Ani się nie obejrzę jak będę miała w domu nastolatkę. Dlatego nie chcę osądzać ani Oli ani jej rodziców. Wolę przygotować się na to, co mnie czeka za te kilka lat. Zadaję sobie dwa pytania: jak sprawić, żeby moja córka weszła w nastoletnie a potem dorosłe życie świadomie i odpowiedzialnie i ... co bym zrobiła, gdyby jednak moja córka została nastoletnią mamą? 


Kiedy miałam 13 lat nie bawiłam się już lalkami. [ No dobrze - czasami się to zdarzało, ale to wyłącznie przez młodszą o 5 lat siostrę! ;) ]Zawsze jednak byłam dosyć dojrzała psychicznie jak na swój wiek. Ten wiek to były pierwsze, nastoletnie zauroczenia, które dziś wspominam z uśmiechem i kilka zrobionych głupot, które na szczęście nie miały poważnych konsekwencji (jak na przykład przejażdżka do miasta na wagary zamiast do szkoły...). Jednak o seksie nie myślałam. No dobra, może przechodziły mi takie myśli przez głowę, wszak był to czas dojrzewania, jednak ciąża była jedną z głównych kwestii, jakie mi się wtedy z seksem kojarzyły... I choć właściwie zawsze myślałam o tym, że kiedyś będę mieć dzieci, to na pewno nie chciałam ich mieć mając lat 13... Doświadczałam życia, poznawałam je, nieuchronnie wyrastałam z wieku dziecięcego, jednak miałam wyraźne granice, których nie miałam zamiaru przekraczać. To był taki wiek, kiedy granica pomiędzy dzieciństwem a byciem nastolatką nie była jeszcze wyraźna, ale zaczynała się dopiero zaznaczać.

Temat seksu nie był w mojej rodzinie nigdy tematem tabu. Wiedziałam, że zawsze mogę pójść do mamy i porozmawiać. I to nie tylko o kwestiach czysto fizjologicznych, ale też o emocjach, które temu towarzyszą. O miłości, szacunku do siebie  i drugiej osoby, o wierności swoim ideałom. Wyniosłam z domu mocny fundament. I dziś nie muszę niczego żałować. Mamą zostałam w pełni świadomie, jako dorosła osoba.  (choć i 21 lat to dla niektórych "komentatorów" było za wcześnie, ale to już inna para kaloszy...) W szkole - owszem - było WDŻ, które kompletnie nic nie wniosło do mojej seksualnej edukacji i mojego poglądu na związki i współżycie. A szkoda - bo odpowiednio poprowadzone mogłoby naprawdę dużo dawać młodym ludziom...

Spytałam was na na Facebooku: co byście zrobiły będąc mamami tak młodej mamy? Dyskusja jest pełna emocji: piszecie, że traagedia, dramat, wstyd dla rodziców dziewczyny, że nie wyobrażacie sobie siebie w takiej sytuacji. Radzicie, że trzeba rozmawiać i pilnować dziecka, bo w końcu 13-latka to jeszcze dziecko... Na szczęście piszecie też, że trzeba teraz wspierać młodziutką mamę, pomóc jej, dodać sił i .. nauczyć kochać dziecko. Mimo, że sama nim jeszcze jest, to została matką i będzie nią już zawsze... Jednak nikt - absolutnie nikt - nie wspomnaił o 17-letnim ojcu dziecka. A przecież to musiała być ich wspólna decyzja! A przecież on także ma rodziców i on także powinien być świadomy konsekwencji seksu... Może nawet bardziej, jeśli mielibyśmy kierować się wiekiem.
Może rodzice nie umieli z nimi rozmawiać o seksie i jego konsekwencjach? A może rozmawiali, a oni i tak podjęli taką, a nie inną decyzję? Może lekcje WDŻ w ich szkole były prowadzone tak samo nieudolnie jak w mojej i nic nie wniosły w ich poglądy?  Z pewnością coś zawiodło, a może raczej ktoś. Może zawiedli wszyscy. 13 lat to nie jest wiek na rodzenie dzieci, a 17 na zostanie ojcem. Teraz będąc rodzicami to wiemy, ale przecież dzieci i nastolatki mają zupełnie inny punkt widzenia niż my... 

Dzisiaj już 13, 14-latkowie czują się dorośli! I musimy być tego świadomi! Odsuwanie od siebie teatu seksualności, wmawianie sobie, że to jeszcze za wcześnie na takie rozmowy albo co gorsza wstyd i strach przed taką rozmową mogą mieć poważne konsekwencje... Mam nadzieję, że ja nie zawiodę. Nie siebie - swojej córki, a za kilka lat i syna. Już teraz przygotowuję się do tych rozmów i - całe szczęście - mogę brać przykład z mojej mamy. Kwestii płciowości nie przemilczam także już teraz, jeśli z ust któregoś z dzieci padają wtym temacie pytania albo jeśli sama uznam, że trzeba taki temat poruszyć. Nie opowiadam bajek o bocianach i kapuście. Nie każę zamykać oczom, kiedy para w telewizji albo na ulicy sie całuje. Nie mówię, że siusiak i kurka są fuj, ale odpowiadam na pytania zaciekawionego Szymka: a dlaczego tak wygląda? a do czego jest potrzebny? co ma mama a co tata? Staram się, by płciowość była odbierana przez moje dzieci jako coś intymnego, ale też naturalnego, bo przecież to nieodłączna część naszego życia. 
Za jakiś czas przyjdzie pora na bardziej szczegółowe rozmowy o seksie, antykoncepcji, ciąży. Być może moje dziecko przyjdzie do mnie i spyta: czy to odpowiedni czas? jak rozpoczęcie życia seksualnego wyglądało u mnie? jak należy zabezpieczyć się przed ciążą? Może pójdzie z takimi pytaniami też do taty. Mam nadzieję. Będę szczęśliwa, jeśli do żadnego z nas nie będzie się obawiało podejść z takimi rozterkami. Nie chcę, by dowiadywało się o rzeczach tak ważnych z "Bravo" albo myślało po fakcie...
A lekcje wychowania seksualnego (czy też WDŻ) w szkołach uważam za potrzebne! Z powodzeniem można by było też włączyć taką edukację do lekcji biologii, bo czy to nie istotniejsze aniżeli budowa pantofelka i nauka o procesie fotosyntezy? Kompletnie nie rozumiem protestów rodziców przeciwko takim zajęciom w szkołach. Kwestia tkwi tylko w odpowiednim podejściu do takiej edukacji: to nie ma być nieudolne i toporne tłumaczenie budowy narządów płciowych na schemacie z encyklopedii! To powinny być dyskusje z kompetentną osobą otwartą na młodzież i jej problemy! Oprócz kwestii typowo fizjologicznych czy "praktycznych" jak sposoby zapobiegania ciąży, prowadzący takie zajęcia powinien mówić też o życiowych wartościach i o emocjach. I jeszcze jedno - po takich zajęciach dziecko powinno móc przedyskutować wszystko z rodzicami - bo one nie zwalniają nas z żadnej odpowiedzialności, a jedynie są dodatkiem, furtką, kolejną okazją do podejmowania tego tematu w domu...
Nie zgadzam się też z tym, że wszystkiemu winne jest gimnazjum. Przy niemal każdej tego typu sprawie, podobnie zresztą jak w temacie agresji, nałogów u młodzieży, słyszę, że winne jest gimnzjum i uważam, drodzy rodzice, że takie myślenie, to pójście na łatwiznę... Sama kończyłam ten typ szkoły i zarówno ja jak i większość moich rówieśników jesteśmy normalnymi, młodymi ludźmi. To naprawdę nie system jest winny. On jest tylko jendym z elementów układanki, w której pierwsze skrzypce grają zawsze rodzice i najbliżsi...

A .. .gdyby jednak zdarzyło się tak, że moja córka zostałaby nastoletnią mamą? Nie miałabym pretensji do niej, tylko do siebie. Z pewnością czułabym, że zawiodłam, ale przecież często mimo najlepszych chęci i starań, popełniamy błędy... Niektóre mają poważne konsekwencje nie tylko dla nas. Niestety nie ma szkoły, w której uczą jak być dobrym rodzicem i nie ma gwarancji, że nasze starania przyniosą takie efekty, jakich oczekujemy... A czasu cofnąć się nie da. Zamiast koncentrować się na żalu, rozczarowaniu i załamywać ręce, zrobiłabym najlepsze, co mogłabym  takiej sytuacji zrobić: ze wszystkich sił pomogła dziecku i ... jego dziecku. Życie pokazuje, że przy pradziwym wsparciu najbliższych wiele nastoletnich mam potrafi nie tylko podołać trudnej sytuacji, ale i ułożyć sobie życie i być szczęśliwymi... A przecież to jest najważniejsze. Zresztą, gdyby to mój syn został nastoletnim ojcem, zrobiłabym to samo. Pomogłabym na tyle, na ile byłoby to możliwe jemu, mamie dziecka i samemu dziecku. Choć oczywiście każdy z nas wolałby, aby to się nigdy nie wydarzyło, nie możemy odsuwać od siebie tej ewentualności...

Mam nadzieję, że coraz więcej rodziców będzie umiało pomóc dzieciom wejść w świat dorosłości i tematy tabu przestaną istnieć wśród kochających się osób, lecz jeśli mimo wszystkospotka nas taka sytuacja jak rodziców Oli staniemy na wysokości zadania... Bo zawiedlibyśmy o wiele bardziej, zostawiając własne dziecko w takiej sytuacji samo, niż dopuszczając do jej zaistnienia... 

Dlatego nie osądzajmy, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas czeka za lat kilka - kilkanaście. Niech takie syuacje dziejące się dookoła nas nie będą okazją do wieszania psów i szyderstw, a raczej do wyciągania wniosków i bodźcem do tego, aby rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać z własnymi dziećmi, aby budować zaufanie i słowo TABU wyrzucić ze słownika...
21:34

Sztuczki magiczne? To dziecinnie proste!

Napisała , w

Twoje dziecko z wypiekami na twarzy ogląda sztuczki w wykonaniu iluzjonistów albo taty, który umie sprawić, że moneta znika? Prosi o różdżkę z błyszczącą gwiazdą na czubku i na bal przebierańców chce przebrać się za wróżkę albo magika? W takim razie ta książka jest dla niego: "Sztuczki magiczneMagik Mike prezentuje. "!


Książka "Sztuczki magiczne. Magik Mike prezentuje" ukazała się nakładem Wydawnictwa DEBIT. Duży format pełen kolorowych ilustracji - obrazujących sposób wykoywania sztuczek -sprawia, że książka jest przyjemna dla oka małego i dużeo czytelnika. Ilustracje są zabawne, a instrukcje jak krok po kroku wykonać dany trik napisane prostym językiem. Magik Mike zdradza tajemnice znikających monet, odgadywanych kart i wielu innych trików i iluzji, które fascynują zarówno dzieci jak i dorosłych!



Ta książka to świetny pomysł na wspólne spędzenie czasu z dzieckiem.Zamiast tradycyjnego czytania, można sięgnąć po papier i monety i ...wspaniale się bawić! Kto pierwszy opanuje sztuczkę: rodzice czy dzieci? Kto zbierze największe brawa? Kto okaże się najlepszym magikiem i iluzjonistą :)? 
Gwarantuję wam, że ta książka da zarówno waszym dzieciom jak i wam wiele uśmiechu! Ale nie tylko - nauka sztuczek magicznych to bowiem także świetne ćwiczenie dla umysłu! Podczas takiej wspólnej zabawy, dziecko będzie rozwijać koncentrację, logiczne myślenie jak również zdolności manualne!


Przypominam wam pozostałe recenzje książek Wydawnictw DEBIT, które ukazały się na blogu:

Zapraszam na stronę Wydawnictwa DEBIT:  wydawnictwo-debit oraz na profil na Facebooku: Wydawnictwo Debit, gdzie znajdziecie tę i mnóstwo innych, fantastycznych książek dla dzieci!




16:36

Czasami czuję się kiepską matką...

Napisała , w
Tak bardzo chcemy czuć się dobrymi matkami. Nie idealnymi, a jedynie wystarczająco dobrymi. I czujemy się - czasem. A czasem czujemy, że kompletnie nie radzimy sobie w tej roli, choć staramy się najlepiej jak potrafimy. Tak niewiele potrzeba, a tak wiele dookoła nas zdaje się nam mówić: ej, ty, jesteś kiepską matką! Czasem są to tylko szepty słyszane gdzieś z tyłu głowy, a czasem cały świat zdaje się krzyczeć nam prosto w twarz...


Czuję się kiepską matką, kiedy Szymek kładzie się w sklepie na podłogę albo krzyczy w banku na całe gardło, a ja nie umiem go uspokoić. A ludzie patrzą. Z oburzeniem. Bo co to za matka, co nie potrafi dziecka ogarnąć.

Czuję się kiepską matką, kiedy mimo kilku serii głębokich wdechów i policzeniu do dziesięciu, nie wytrzymam i nakrzyczę. Bo wiem, że nie powinnam i nie chcę tego robić...

Czuję się kiepską matką, kiedy mimo, że chucham i dmucham, któreś z dzieci przerwóci się i zedrze kolano. Mimo, że to nonsens, czuję się wtedy cholernie kiepską matką...

Czuję się kiepską matką, kiedy moje dzieci zachorują. One takie kruche i bezradne w gorączce, a przecież ja zawsze szukam winy  w sobie...

Czuję się kiepską matką, kiedy dzieci tęsknią za tatą, który pracuje za granicą. Bo ktoś potrafi powiedzieć: "Jak mogłaś na to pozwolić? Trzeba było jeść chleb ze smalcem.". A przecież podejmując takie decyzje nigdy nie jest się ich pewnym i one zawsze bolą... 

Czuję się kiepską matką, kiedy znowu mówię: "Zaraz" albo "Nie mam czasu" i dzieci zdążą zasnąć zanim się pobawimy, zanim im poczytam, zanim mi opowiedzą, co chciały... A ja pluje sobie w brodę, że przecież wszystko mogło poczekać, a z nowu stało się jak zwykle.

Czuję się kiepską matką, kiedy inna mama stwierdza z przekąsem: "On ma trzy lata i jeszcze mu się zdarza wpadka? Mój już od roczku sam siadał na nocniczku!". Bo przecież ona umiała nauczyć tak wcześnie i tak skutecznie, a ja nie...

Kiepską matką czuję się przez spojrzenia, przez słowa obcych i mniej obcych ludzi, przez matkę z serialu, która zawsze taka elegancka. Przez patrzenie na innych i porównywanie się do nich, a raczej do takiego ich obrazu, jaki chcą, abym widziała. Przez wszystkowiedzących i najmądrzejszych. Przez poradniki i prasę kobiecą. Przez ludzi, którzy lubią podnosić poczucie własnej wartości kosztem innych. Przez własne, zgubne dążenie do ideału. Przez niewiedzę albo brak doświadczenia.

Pewność siebie to dobra i ważna cecha, o ile nie cierpi się na jej przerost. Ale u matek jest chyba najbardziej krucha ze wszystkich cech charakteru. Tak łatwo ją stłuc jak porcelanową filiżankę... 

Bo wszystko, co robimy dotyczy nie tylko nas, ale przede wszystkim naszych dzieci. Tych bezbronnych, małych istot, które są od nas zależne i w nas pokładają zaufanie i nadzieję. Czasami tak trudno być pewnym, że postępuje się dobrze dla siebie, a cóż dopiero pewność, że postepuje się tak, aby uczynić dzieci wartościowymi i szczęśliwymi teraz i w przyszłości...

Na szczęście są chwile, kiedy małe rączki oplatają moją szyję i po całym, niekiedy ciężkim dniu przychodzi wytchnienie.  Czasami we troje, a czasami we czworo. Piękne chwile. 
Są też takie, kiedy siadamy z Grześkiem i rozmawiamy o dzieciach. I choć bywa, że mamy odmienne zdanie, to jednak zawsze jedno drugiemu powtarza: najważniejsze, że chcesz dla nich jak najlepiej, że się starasz, że kochasz... Jest wsparcie, zrozumienie, zaangażowanie.
I jeszcze takie, kiedy ta pewność, że postępuje się słusznie przychodzi. W momencie, kiedy tłumaczenia pomogą i następne zakupy są już spokojne.
Ta pewność przychodzi w beztroskim śmiechu Julki i Szymka i w "Kocham cię, mamo"... 

***
CZASAMI czujesz się naprawdę kiepską matką, choć starasz się być jak najlepszą.

CZASAMI naprawdę coś wyjdzie ci nie tak, ale to nie znaczy, że jesteś kiepską matką...

I chyba każda z tych chwil jest nieodłączną częścią bycia mamą. Bo przecież to uczucie bycia niewystarczająco dobrą bierze się z miłości... 
Staramy się dla naszych dzieci, bo je kochamy. Boli nas, kiedy coś wyjdzie nie tak, kiedy wydaje nam się, że mogłyśmy zrobić coś lepiej albo gdy inni budują w nas przekonanie, że jesteśmy kiepskimi mamami... bo kochamy! I to jest najważniejsza pewność, którą możemy mieć...



22:22

Książkom obrazkowym mówimy TAK!

Napisała , w
Który chłopiec nie lubi autek, motocykli czy traktorów? Zresztą pojazdy fascynują też niejedną dziewczynkę! Wydawnictwo Babaryba ma dla najmłodszych fanów nie lada gratkę - pełne szczegółów i kolorów  książki wydane w dużym formacie: "Auta" oraz "Auto - Moto".Wcześniej ukazała się także książka "Na budowie". U nas wszystkie stały się prawdziwymi hitami!



Każda z tych książek, to wielkoformatowa książka obrazkowa ukazująca najróżniejsze pojazdy w mieście, na wyścigu, na budowie. Wszędzie przecież można spotkać ciężarówki, traktory, autobusy, koparki, motocykle czy auta osobowe! Jeżdżą, trąbią, wykonują różnorodne prace, wożą ludzi, a nawet ich ratują! Jakiego dziecka nie zafascynuje ten wyjątkowo ciekawy, motoryzacyjny świat pełen przygód? Mojego trzyletniego Szymka zafascynował i to bardzo... :)




"Auta" Stephena Lompa zabiorą was w podróż po Sprężynie Zdroju, gdzie poznacie profesora Śmigiełko, ratowników Czupa i Czupsa, jeżyka Jurcia, listonosza Panadalekiego i wielu innych mieszkańców. Mają auta, traktory, kombajny i motocykle, a miasteczko tętni życiem! Każda ilustracja pełna jest szczegółów, które pobudzają wyobraźnię malucha i sprawiają, że może sam opowiadać dziejące się na nich historie.

Książka dostała wyróżnienie w kategorii Kultura w konkursie Świat Przyjazny Dziecku zorganizowanym przez Komitet Ochrony Praw Dziecka w 2014 roku oraz została laureatem plebiscytu czytelników miesięcznika "Dziecko" (AGORA) - NAJLEPSZY PRODUKT ROKU 2013 -w kategorii "Najlepsza książka dla dzieci".

Lomp jest także autorem wcześniejszej książki "Na budowie", w której po raz pierwszy zabiera małego czytelnika w podróż do Sprężyny Zdroju. A tam praca wre: powstają nowe budynki, chodniki i basen, a koparki, walce, spychacze i ciężarówki świetnie wywiązują się ze swoich zadań!

Książka dostała wyróżnienie w kategorii Kultura w konkursie Świat Przyjazny Dziecku zorganizowanym przez Komitet Ochrony Praw Dziecka w 2014 roku.

"Auto Moto" Stefana Seidela to także picture book - każda tekturowa strona to barwna, bogata w szczegły ilustracja przedstawiająca pojazdy i ludzi w różnych sytuacjach:  śmieciarka jeździ po mieście zbierając śmieci, koparka wsypuje piasek na wywrotkę, karetka ratuje rannego w wypadku, a traktor nawozi pole. Wszystko to na tle kolorowych budynków i w otoczeniu  mnóstwa ludzi. 





Szukanie konkretnych pojazdów i bohaterów, interpretowanie widzianych na obrazkach sytuacji, naśladowanie dźwięków. rozpoznawanie pojazdów i samodzielne wymyślanie historii widzianych na ilustracjach - te książki dają naprawdę całe mnóstwo możliwości i moc wspaniałej zabawy!

Mój trzylatek jest zachwycony i każdego dnia wymyśla nowe sposoby na zabawę "Autami, "Ato Moto" i "Na budowie"- a to wymienia kolory aut, a to obstawia, który bolid wygra wyścig, a to bierze swoje resoraki i jeździ nimi po książkowych drogach. Często do zabawy dołączają też małe figurki dinozaurów, które w szczególności chętnie "spotykają się" ze szkieletem dinozaura w książce "Na budowie".  

Nie tylko czytanie książek jest rozwijające, ale także ich oglądanie, wymyślanie i opowiadanie... Książkom obrazakowym mówimy TAK i polecamy gorąco!

Książki wydawło Wydawnictwo Babaryba: 


17:59

Idealnie

Napisała , w
Siedzę sobie przed laptopem, a tuż za moimi plecami pochrapują dzieci. Zasnęły dosłownie przed chwilą i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że poszły spać w niecodziennych okolicznościach. Niecodziennych dla mnie. Przeczytałam im bajeczkę, pocałowałam oboje w czółka, poprawiłam każdemu kołderkę, a one po prostu ... zamknęły oczęta i słodko odpłynęły w krainę snów. Nie było protestów, płaczu ani przenoszenia z łóżka do łóżka. Czuję się jak w jakimś idealistycznym filmie familijnym! Serio!


Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby życie można było sobie tak reżyserować jak jakiś film? W szczególności rodzicielstwo. Gdyby było takie, jak na tych amerykańskich filmach familijnych? Czyli IDEALNE!  Do mnie właśnie dzisiaj przyszła taka refleksja...

Puśćmy więc wodze fantazji... Dzieci od rana do wieczora szeroko uśmiechnięte, z grzecznie uładzonymi włoskami i w nieskazitelnie czystych ubrankach (głównie dżinsowych spodniach, które u nas oznaczają jedno - sztywno, ciasno i niewygodnie i jasnych bluzeczkach). Wstają radośnie w kolorowych piżamkach i biegną pałaszować płatki śniadaniowe albo kanapki z szynką i żółtym serem. Oczywiście zawsze z wielkim apetytem! I zawsze popijają świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym! Potem raźno wskakują do lśniącego, rodzinnego auta, którym tata odwozi je do szkoły, a potem sam jedzie do pracy - oczywiście nie fizycznej. Mama najczęściej sprzedaje wtedy pojemniki Tupperware albo na dużą skalę kosmetyki z Avonu, ale biorąc pod uwagę polskie realia powiedzmy, że też poszłaby do pracy: uśmiechnięta od ucha do ucha, z gracją krocząca w szpilkach i wąskiej spódnicy. Popołudniu wszyscy wracają do domu - mama oczywiście wcześniej, by przygotować obiad z dwóch dań z deserem. Wszystko zdrowe i ekologiczne, rzecz jasna. Ciasto zawsze bez zakalca. Mama z pomalowanymi paznokciami, ale gary też zawsze zmyte. Co wieczór wspólne oglądanie filmów, granie w gry planszowe albo czytanie bajeczek. Gaszenie światełka i pochrapywanie dzieci o godzinie 20:00. A potem mama i tata mają czas dla siebie. Całą noc - bez nocnych migracji dziecięco - rodzicielskich z łóżka do łóżka. Bez bezsenności i roztrząsania codziennych problemów. Bez partnerskich nieporozumień.

Jest tak lukrowo i różowo, że ubranka Barbie to przy tym pikuś! Nikt nie podnosi głosu, nikt nie płacze, nikt nie marudzi .Nie ma żadnych problemów. Dzieci siadają na nocniczku odkąd skończyły roczek. Nie robią na dywanie plam z soku marchewkowego. Nie ciągną się nawzajem za włosy i nie powtarzają zasłyszanej "łaciny" [zresztą nikt łaciny nie używa w tym życiu]. Nie mają problemów w szkole i w czasie podróży nie pytają po sto razy, czy jeszcze daleko.  Na koncie zawsze są pieniądze i tata nie musi wyjeżdżać za granicę, żeby zarobić na dom, bo ten dom mają od samego początku. Bóg jeden wie skąd i jakim cudem. Rodzice się nie kłócą. Są idealnie dopasowani pod każdym względem.  Na wakacje też wyjeżdżają co roku i to zagraniczne. I na wszystkich zdjęciach wyglądają jak żywcem wycięci z żurnala. Sielanka od rana do wieczora, 24 godziny na dobę, przez okrągły rok! Idealny scenariusz. Idealna rodzina. Idealne życie. 

Chcielibyście tak? Przyznajcie się, że nie raz o tym marzyliście! Po kolejnej zarwanej nocce. Po piątej w miesiącu wizycie z dzieckiem u lekarza. Po kłótni z partnerem. Po osiemnastej parze rajstopek zasikanej jednego dnia. Po pyskówce z ust nastolatka. Po zakończeniu kolejnego miesiąca na minusie. Po podjęciu cholernie trudnej decyzji o rozstaniu albo o wyjeździe za granicę. Po łzach chowanych w poduszkę, bo to nie tak miało przecież wyglądać...

A POTEM... Potem wstawaliście rano z oczami na zapałki i patrzyliście na tego małego "potworka", który pół nocy przepłakał diabeł wie czemu. I mysleliście sobie: "Cholera, jak ja go kocham!". Robiliście kawę i z uśmiechem patrzyliście, jak się budzi. Potem mimochodem łapaliście się za ręce przy stole i parzyliście jedno drugiemu najlepszą kawę pod słońcem - niech już się nie gniewa. Patrzyliście sobie w oczy i nie mogliście powstrzymać się od uśmiechu. Już dobrze. Przecież się kochacie. Potem godzinami gadaliście na skypie i wisieliście na telefonach snując plany na przyszłość. Mimo, że było tak strasznie trudno, wiara w to, że wam się uda spełnić marzenia i poczucie, że wzięliście los we własne ręce dawała wam siłę na kolejne dni. Odliczaliście, robiliście wszystko by jak najszybciej znów być razem. Na pewno się uda. Potem ocieraliście łzy i rozglądaliście się dookoła pytając siebie: "Po co mi ten ideał? Przecież mam wszystko".

Czasami jest tak cholernie pod górkę. Nie taki scenariusz chcielibyście napisać dla siebie i swojej rodziny. Nie jest idealnie. Ale jest miłość. I to wystarczy. I to JEST idealne. 

[Zdjęcie: pixabay.com]
23:21

Wyniki konkursu 'Dziecko i wiosenny krajobraz' część III.

Napisała , w
Zapraszam na trzecią i ostatnią już porcję zwycięskich zdjęć z naszego wiosennego konkursu!

Jednak zanim pokażę wam, które zdjęcia wybrałam, chciałabym serdecznie podziękować naszym wspaniałym sponsorom, bez których nie odbyłby się ten konkurs:

Misool, Mamine Skarby, Schwytane Chwile, Cukromania, Lala Laura, Born Shop, Szydełkowe Fantazje, She Mother, Josephine, Decoretta.pl, maxizabawa.pl Zabawki Drewniane, Zabawki niebanalne www.elefuntea.pl, Elemele, super-czapki.pl, Mama o..., Ania Warmbier Art, Dziecińtwo Panny M, Wydawnictwo babaryba, Wydawnictwo MD Monika Duda, Pillow-art, Kamaszkowo, Agnieszka Kolesińska - Fotografia, Kal-Marowa Kuchnia, Bajkowy Świat, Usłane kolorami - handmade, Primabalerinka, Czary mary Eriksonek, Biżuartteria Petronella oraz czytelniczki Ania i Marlena.

WIELKIE, WIELKIE PODZIĘKOWANIA DLA WSZYSTKICH!

Dziękuję również wszystkim uczestnikom - wasze zdjęcia to sama radość! 

A teraz już wyniki:

Piękna poduszka od Pillow - art powędruje do...


...Kasi Borkowskiej i jej synka Daniela. Za przepiękne kwiaty (chciałąbym tam być!) i urocze ujęcie z mleczem <3 .="" p="">

Piórnik w gwiazdki również od Pillow - art otrzymuje...


...Kasia (zgłoszona przez Kamilę Furę). To zdjęcie przypomina mi obraz jakiegoś impresjonisty! Pięknie!


Podusię i kocyk do wózka od Pillow-art podarujemy...


...Amelce i Sylwii Arcab. Zdjęcie jest pełne miłości, uroku i ciepła, a kolorowe, roześmiane dziewczyny pięknie komponują się z wiosenną zielenią i bielą kwiatków.


Pierwszy zestaw biżuterii od Ani: naszyjnik i kolczyki plus niespodzianka wędruje do...


...Sylwii Maciaś za piękne zdjęcia Olka na tle wiosennych krajobrazów i za balonik <3 p="">

Zgłoś się do mnie: szymusiowa@gmail.com


Drugi zesta biżuterii od Ani - również naszyjnik z kolczykami plus niespodzianka wędruje do...


...Pauliny Rogoż - za śliczne zdjęcie z Marysią. Jest zieleń, jest uśmiech, są dmuchawce - dla mnie pięknie!

Paulina zgłoś się do mnie: szymusiowa@gmail.com


Zestaw trzeci, czyli 3 pary kolczyków plus niespodzianka ucieszy...


...Anetę Okulską - za urocze, pełne lekkości zdjęcie dziewczynek w dmuchawcach.

Anetko zgłoś się do mnie: szymusiowa@gmail.com


Ręcznie robiona karteczka na dowolną okazję od Marleny powędruje do...


... Anny Stroman. To zdjęcie wyróżniało się na tle innych - główną rolę gra krajobraz, a nie dzieci, ale te małe "mróweczki" na tle rozległego pola wyglądają super! 

Aniu, zgłoś się do mnie: szymusiowa@gmail.com



Sesja fotograficzna w Bydgoszczy (12 zdjęć bez wydruku) u Agnieszka Kolesińska - Fotografia została przyznana werdyktem jednoosobowego jury...


...Marcelince i Magdalenie Gosienieckiej. Ja się po prostu zakochałam w tym zdjęciu! Pierwsze kroki pośró wiosennych kwiatów - no cudnie!


NAGRODY DODATKOWE:

Sukieneczka od Misool (92 cm) powędruje do...


...Milenka (córeczka Niny Sitek - Szywała). Taka poważna minka małej damy podczas wiosennego spacerku no i widoki - rozbrajające :) (Mam nadzieję, że dobrze dopasowałam rozmiar 92 cm).



Bluzeczkę od Misool (116 cm) otrzymuje...


...Lenka (zgłoszona przez Agatę Karnicką). Za wiosnę widzianą oczmai dziecka :).


Nagroda niespodzianka od Usłane Kolorami - handmade ucieszy...


...Martynkę (zgłoszoną przez Grażynę Szubert). Niczym Calineczka w tych długaśnych łodygach mleczy - bajkowo :).


Kolejną niespodziankę przygotowała Josephine. A otrzyma ją...


...Lilianna (córeczka Judyty Ziędalskiej). Taki pięknye kwiatuszek pośró innych kwiatków, ot co :)




Kolejną nagrodę - książkową - przekaże Dzieciństwo Panny M. Powędruje ona do...


... Basia (zgłoszona przez Kasię Grzybowską). Kiedy patrzy się na ten kolaż po prostu chce się tam być! idać, że Basia uwielbia wycieczki i kocha przyrodę!


Bransoletki dla mamy i córki od Biżuartteria Petronella polecą do...


...Kasi Markiewicz i Wiktorii. Piękna dziewczynka - piękne bzy i urocza , wiosenna zieleń. Efekt jest fantastyczny!


Nagroda od Primabalerinki: notes, pomadka i książeczka ucieszą z kolei...


...Basię Lubiecką i jej pociechy. Zdjęcia są tak pełne uroku i dziecięcej beztroski, tak cudne są te twoje pociechy na tle wiosennej zieleni, że nie mogłam was nie nagrodzić :). Buzia sama się śmieje na widok tych całusków :).



Projekt kalendarza dla dziewczynki od Czary Mary Eriksonek otrzymają...


Anna Kowal - Gąska i urocza Kasia pozująca na tle cudnych maków



oraz Ania Stachuła i Oliwka - za śliczne ujęcie z przydomowymi kwiatuszkami.


Projekty kalendarzy dla chłopców od Czary Mary Eriksonek wędrują do...


Kamili Bauer i Filipka za to, że jako jedyni pokazali uroki wiosennego deszczu


 ...Eryczek i Aneta Poniatowska. Za piękny, wiosenny, górski krajobraz i rodzinną fotkę!


Post Top Ad

INSTAGRAM @ola_greszcz