Post Top Ad

17:35

Co może dać matce pobyt z dzieckiem w szpitalu?

Napisała , w
Szpital to nic przyjemnego ani dla dziecka ani dla będącego z nim tam rodzica. Jednak, mimo że nigdy nie jest łatwo, to nie każdy taki pobyt musi wyglądać tak i nie każdy personel jest taki jak tutaj. Mało tego, czas spędzony na oddziale szpitalnym, może matce dużo dać...


To były tylko dwie pełne doby i dwie noce poza domem. Tylko albo aż. Po bezsennej nocy sama podjęłam taką decyzję i jej nie żałuję. Nie tylko Julka została postawiona na nogi i gruntownie przebadana, ale i we mnie coś się zmieniło. I zmienia się w naszym życiu. To był czas przemyśleń i wyciągania wniosków.

Co mi dały te dwie doby na oddziale dziecięcym z moją zarotawirusowaną córką?

Przede wszystkim zyskałam spokój ducha, którego od dawna mi brakowało. Po kilkumiesięcznych brzuszkowych perypetiach, po makabrycznym braku apetytu i schudnięciu, po łapaniu wszystkich świństw, jakie krążą w powietrzu, domysłach, szukaniu przyczyn i przekopywaniu internetu w celu doszczętnego ulegnięcia panice, moje dziecko zostało gruntownie przebadane i postawione na nogi, a ja wiem, że ma dobre wyniki i nic poważnego jej nie dolega.Przy okazji wyniki badań Szymka pokazały to samo. My God! Dawno nie poczułam takiej ulgi...

...i nagle także wszystkie inne problemy przestały jawić się jako dramaty! Poczułam się tak, jakbym patrzyła na nie z odległości tysiąca kilometrów: zrobiły się malutkie, ale za to moja energia urosła! To nie jest frazes, że jak jest zdrowie, to wszystko inne jest do zrobienia!

Od dawna już nie spędziłam tyle czasu z Julką, a już na pewno nie tylko we dwie. Mimo ogromnej tęsknoty za Szymkiem, wyciągnęłam z tego czasu dużo dobrego. Miałyśmy mnóstwo czasu na rozmowy, czytanie, zabawę. Okazało się nawet, że mam w sobie trochę kreatywności - znalazłam sposób na domek bez laleczek - laleczki narysowałam i wycięłam z papieru. Radość Julki - bezcenna. Przecież w domu też tak można - można znaleźć więcej czasu, więcej chęci i wyobraźni - dla obojga! Nie chcę w sobie więcej tego zgnuśnienia siedzącej w domu matki, które czasem gdzieś tam mnie dopada! No way!

Ten czas przyniósł jeszcze jeden wniosek - dziecko mi dorasta! Nie! Dzieci mi dorastają! Julia, której jeszcze niedawno trzeba było zwracać uwagę w głupiej kolejce w sklepie i dla której nierealne  było usiedzenie pięciu minut bez trajkotania, biegania, ewentualnie narzekania, z rozbrykanego malucha, zaczęła się zmieniać w poważną dziewczynkę. O ile w pierwszym dniu była to może wina osłabienia, o tyle w kolejnym już wyraźnie widziałam, jak duże zmiany zachodzą w mojej córce. A Szymek? Pierwszy raz został na noc beze mnie. Strasznie się bałam, że będzie płakał, a on? Uważnie posłuchał najpierw mojego wyjaśnienia, a potem babci (że mama musiała jechać z chorą Julią do szpitala) i ... zrozumiał. Kiedy wróciliśmy widać było, że bardzo tęsknił, ale to jak był dzielny niesamowicie mnie zaskoczyło i przepełniło dumą! Takiej trzeba mi było perspektywy, żeby te zmiany w moich dzieciach wyraźnie dostrzec...

....a z drugiej strony zobaczyć, jak bardzo jestem im potrzebna i jak silna jest ich więź z tatą! Nie wyobrażam sobie, co czułaby Julka, gdybym nie została z nią w szpitalu. Sześć kroplówek, badania, zupełnie obce dla niej środowisko - początkowo była przerażona i wcale się jej nie dziwię! Ale mój spokój, moja bliskość, plus rozmowy z tatą plus przemiły personel i jeszcze uroczy kolega z sali pomogły jej to pokonać. Wieczorem, kiedy spędzałyśmy w szpitalu pierwszą noc, przytuliła się i wyszeptała: "Mama, cieszę się, że ze mną zostałaś i że ze mną śpisz...". Szymuś - ten mój dzielny trzylatek - nie płakał, ale to jak rzucił mi się w ramiona po powrocie, powiedziało wszystko... Potem całym sobą pokazywał radość aż do wieczora, a przed zaśnięciem powtarzał "Kocham cię mama" (na zmianę z "Kocham twoją nogę" i "Kocham twoją buzię") chyba sto razy! Mój duży - maleńki synek! No i w tym wszystkim tata, który nie mógł po prostu wsiąść w samochód i przyjechać, ale cały czas był przy nas - myślami i wirtualnie. Wiem, że się powtarzam, ale będę to powtarzać do znudzenia: nikt mi nie wmówi, że niemożliwe jest być razem mimo dzielącej odległości!

Przekonałam się, że mam na kogo liczyć! Cała rodzina wspierała mnie i martwiła się o zdrowie Julii, a Szymek miał opiekę w babci i cioci. Czułam, że nie jestem z tym wszystkim sama. To są właśnie te chwile, w których poznaje się prawdziwych przyjaciół...

Nie mogę zapomnieć o jeszcze jednym: teraz już z całą pewnością mogę stwierdzić, że oddział szpitalny może być przyjazny dzieciom i rodzicom, a lekarze i pielęgniarki mogą być życzliwi! Ten pobyt nie miał nic wspólnego z traumą, jaką przeszłam z Szymkiem 3 lata temu. Na oddziale królował uśmiech, troska i wyrozumiałość, a dzieci to czuły! Nie było wypraszania rodziców z obchodu, a o sposobie leczenia dokładnie informowano. Nie czułam się jak intruz ani przez moment!  Za to Julka obdarzyła sympatią chyba wszystkie panie pielęgniarki i lekarki! Rodzice mieli oddzielne pomieszczenie socjalne z łazienką, a za pobyt nie zapłaciłam ani centa! Można? Można!

Mam nadzieję, że oddział dziecięcy już więcej nas nie czeka, ale wiem, że decyzja o szpitalu była słuszna. Jak widzicie oprócz poprawy zdrowia Julki, udało mi się wyciągnąć z tej sytuacji jeszcze wiele innego dobra... Niech to dobro i ten spokój już z nami pozostaną.

[Zdjęcie: pixabay.com]
21:23

'Mały mistrz kuchni' - każde dziecko może nim zostać!

Napisała , w
Czy jest jakieś dziecko, które nie lubi pomagać w kuchni albo przynajmniej patrzeć i smakować to, co gotuje mama? Chyba nie ma! Wspólne przygotowywanie potraw może być świetną zabawą i wartościowym czasem spędzanym z dzieckiem. Wydawnictwo DEBIT wydało dwie książki z serii "Mały mistrz kuchni", które pozwolą każdemu dziecku przygotować pierwsze, proste, aczkolwiek smaczne potrawy!


"Mały mistrz kuchni. Proste przepisy" i "Mały mistrz kuchni. Udane przyjęcia" to pięknie wydane książki kucharskie dla najmłodszych! Książki są dużego formatu i mają twarde oprawy, a w środku znajdują się kolorowe fotografie obrazujące przygotowywanie potraw oraz efekty końcowe. Wszystko prezentują sympatyczne dzieciaki, których uśmiechnięte buzie również zachęcają do wypróbowania receptur!



Dania, które znajdziecie w książkach Wydawnictwa DEBIT są niezwykle proste, ale też niezwykle apetyczne! To nie tylko przepisy dla najmłodszych "kucharzy", ale też fajne, proste dania, która zasmakują całej rodzinie! Przekonałyśmy się o tym z Julką przygotowując pyszny deser czekoladowy z przepisu właśnie z książki "Mały mistrz kuchni"! Zabawa podczas wspólnego pichcenia była przednia, a oto efekt:



W planach mamy kolejne kulinarne przygody z tymi książeczkami. Julka zamarzyła o kruchych ciasteczkach z czekoladą :).

Książki kupicie TUTAJ i TUTAJ.

Polecamy wam serdecznie - niech wspólne gotowanie będzie jeszcze fajniejsze!



23:02

Jak nie oszaleć w domu z dwójką dzieci?

Napisała , w
Odwiedziła mnie wczoraj ciocia i oznajmiła, że dziwi się, iż jeszcze nie oszalałam od tego siedzenia z dziećmi w domu. Dziwi się tym bardziej, że od dwóch tygodni oboje na przemian lub równocześnie gorączkują, kasłają, kichają, prychają i marudzą, co oczywiście nie zdarza się po raz pierwszy.  A ja tak "siedzę w domu" od 7 lat. I to w domu na wsi. A od roku bez codziennej obecności małżonka. No więc jak to możliwe, że jeszcze nie zwariowałam?!


Obawiam się, że oszaleję średnio trzy razy dziennie. Na przykład, kiedy po raz trzeci pod rząd muszę wyjść z wanny, żeby po jogurciku i piciu, tym razem zrobić mleczko albo kiedy po raz ósmy tego samego dnia muszę odkurzać dywany, bo po jedzeniu chrupek, wycinaniu, zabawie ciastoliną i ostrzeniu kredek w pokoju, przyszła pora na skonsumowanie bułek - koniecznie gapiąc się w TVP ABC. Gdy chorują tak, jak teraz statystyki idą w górę. Która matka nie jest bliska szaleństwa, gdy po antybiotyku kaszel zostaje, nos jak ciekł tak cieknie i syropy niby antywirusowe też figę dają? No właśnie - nie jestem pod tym względem wyjątkiem. Czasem mam zamiar oszaleć z tęsknoty za Grzegorzem przykrywając się w nocy sama kołdrą, ale to już inna para kaloszy... Wydaje mi się... Nie - jestem pewna, że matczyne szaleństwo jest u mnie w normie. A to dziwne...

Od 7 lat przecież "siedzę w domu". Nie pracuję zawodowo znaczy się i wychowuję dzieci. [Nie pracuję przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo przez te 7 lat trochę grosza zarobiłam, ale o tym za chwilę. ] Po części z wyboru [tak było przynajmniej do 2 roku życia Julki], a po części z powodu różnych zbiegów okoliczności, czynników, warunków - jak zwał tak zwał. Ten mój dom stoi na wsi, raczej daleko od szosy. A nawet jak się do tej szosy dojdzie, to niewiele na niej i w jej pobliżu jest. Rozrywek nie ma w każdym razie, Biedronki nie ma [chyba, że taka tradycyjna - w kropki], kawiarni nie ma , kina ani nawet lumpeksu, koleżanek też nie ma.Prawo jazdy nadal w toku, a nawet jak już będzie, to oprócz bycia bardziej niezależną, to gdzie z dziećmi pojadę?! Na całonocną balangę do klubu, do którego zaglądało się X lat temu? Na kawkę do jakiejś dalekiej koleżanki? Czy może na "50 twarzy Greya" do kina? Kupić nawilżane chusteczki pojadę albo do przychodni, ewentualnie na plac zabaw, żeby dzieci miały jakąś odmianę, rozrywkę... A co ze mną? Jak ja żyję? Jak ja to wytrzymuję?! Tym bardziej od roku - z mężem na emigracji?!

Cóż, możliwości jest kilka. Być może, jeśli nie zna się innego życia, to nie czuje się różnicy. Mieszkam tu od urodzenia [z dwuletnią przerwą na większą wieś], taką zapaloną balangowiczką i duszą towarzystwa nie byłam nigdy, nigdy też nie pracowałam [w tradycyjnym tego słowa znaczeniu i wyłączając epizod w stolarni, na czarno]. No więc żyję jak żyłam. Z tą różnicą, że mam dwa małe pyszczki obok siebie. Uwierzcie, że z nimi imprezy bywają lepsze niż ze znajomymi X lat temu - przynajmniej człowiek nie ma kaca na drugi dzień!
Być może jestem tym typem kobiety, która spełnia się w byciu mamą na cały etat. Podobno tak też można. I można być szczęśliwą. A kto powiedział, że matka musi robić karierę zawodową? Kto powiedział, że w ogóle musi cokolwiek innego, poza byciem matką robić... No dobra, zapędziłam się! Marzę o pracy, o studiach, o prawie jazdy. Zaczynam póki co od końca tej listy, a reszta musi poczekać. A ja, jeśli chcę tej reszty, oszaleć nie mogę, więc zamiast szaleństwa, pielęgnuję w sobie radość z tego "siedzenia w domu" i z tych lat moich dzieciaków, które mogę spędzać z nimi non stop.
Trzecia opcja jest taka, że z takiego "siedzenia w domu" można wyciągnąć wiele dobrego! Nie mam nadmiernej liczby znajomych, więc nie mam fałszywych przyjaciół. Nie wychodzę codziennie do Lidla czy innej Biedry, więc kasa z portfela jakoś tak słabiej jednak ucieka. Nie muszę rano gnać do pracy, więc zdarza mi się pieprznąć jeszcze do łóżka, jak wyprawię Julkę o 7:00 do szkoły. I kawę w łóżku wypić. Nie muszę codziennie nakładać na twarz tapety, więc teoretycznie powinnam dłużej młodo wyglądać [po włosach nie znających lakieru i innych pierdół widzę, że może jest na to szansa]. Nie wspomnę już o tym, że godzina przy lekcjach popołudniu z córką nie jest dla mnie dramatem [naczynia umyłam przecież rano], a dialogi ulubionych bohaterów Szymka znam na pamięć. Biorąc pod uwagę nieobecność męża spełniam się też w rąbaniu drewna na opał, malowaniu ścian czy przykręcaniu śrubek. Z kolei dopóki był w Polsce, "siedząc w domu" nigdy nie narzekałam wieczorami na senność ...[ Ups, zapomniałam, że od zawsze byłam śpiochem! ;)]

Przejdźmy więc do opcji czwartej. Przez lat 6 w tym domu był też codziennie mój małżonek. A to może być dla żony najlepszy przyjaciel, uwierzycie ;)? Jak się mu pozwoli i czasem taktownie pomoże, opieka nad dziećmi wspólnie z żoną nie sprawi mu najmniejszego problemu. Ba, będzie lepszy w kąpaniu niemowlaka, karmieniu dwulatka łyżeczką i przekonywaniu do siadania na kibelek. Nie wspomnę już o zabawach z pociechami i jeszcze o rozmowach popełnianych ze zmęczoną niekiedy życiem żoną nocami. Teraz jest daleko, ale nie znaczy to, że jest nieobecny. No i wróci przecież! Przez te 7 lat jestem córką mojej mamy, siostrą mojej siostry i brata, synową, szwagierką, ciocią. Hej! Ja mam ludzi wokół siebie! Moje cztery ściany nie są zamknięte na klucz! Czasem nawet wychodzę - na podwórko, do sklepu, na przystanek, na kawę, na pogaduchy. Dopóki był w domu, dzieciaków pilnował Grzegorz, teraz jak trzeba zostanie z nimi babcia. Nie są to może kilkudniowe wyjazdy do SPA, a raczej załatwianie spraw, ewentualnie jakaś kawka u siostry, ale jak raz pojechałam do Warszawy na dwa dni to tak się to skończyło, więc jakoś mi nie brakuje... Matka siedząca z dziećmi w domu nie zaczyna mówić "gugu-gaga" - naprawdę! No dobra, bywa, że brakuje mi towarzystwa, ale czy poczucie samotności nie dopada niekiedy każdego człowieka? Nie jest przecież domeną wyłącznie "siedzących w domu" matek! Zresztą, może trzeba się bardziej otworzyć na ludzi? Odważyć się? Zaufać?... Przez te 7 lat parałam się też różnymi zajęciami - tak, można znaleźć pracę będąc w domu - może nie da ona kokosów, ale na waciki i na gimnastykę mózgownicy wystarczy [w moim przypadku był to marketing online, pisanie artykułów na portale internetowe, moderowanie forum itp.]. Pomaga mi czytanie, muzyka i ta piękna przyroda, którą mam tuż pod nosem. Może brzmi jak frazes, ale jest faktem. Zaczęłam pisać też bloga - jednego, drugiego, trzeciego - wreszcie tego, którego teraz czytacie! Czy to pomaga, jak się siedzi z dziećmi w chałupie, na wsi, z mężem na emigracji? Oceńcie sami, czytając ten tekst!

I co dalej? - spytacie. Ile lat tak jeszcze? Mam nadzieję, że nie kolejne 7... Cenię sobie ten czas spędzony z Julką i Szymkiem, jednak nie ulega wątpliwości, że jest on tylko po części wyborem, po części zaś koniecznością. Wierzę, że warunki stopniowo będą się zmieniać i zapracuję na to, by... pójść do pracy. Może nawet czasem do restauracji czy na jakąś wystawę [inną, niż te oglądane w internecie].  Wszystko płynie, wszystko się zmienia. 

Póki co oszaleć nie zamierzam. Chyba, że z miłości do tej mojej dwójki [do trzeciego, tego na emigracji też - niech mu będzie!]. Ewentualnie wtedy, jeśli jutro znowu będę musiała sprzątać jogurt z dywanu albo - o zgrozo -któreś dostanie gorączki!...

[P.S. Nie wspomniałam o tym, że "siedzenie w domu" to nie jest zbijanie bąków, ale o tym już tyle napisano, że chyba nie trzeba się powtarzać, prawda? ]
22:28

Jesteśmy rodzicami

Napisała , w
Siedzimy z Grześkiem przy stole w kuchni i patrzymy to na tę dwójkę rozrabiaków, to na siebie. Z uśmiechem, ze wzruszeniem, z dumą, z niedowierzaniem. Jedno przez drugie prześcigają się w osiągnięciach, opowiadają, pytają o świat i życie, bawią się, pobiją, a potem przeproszą, okazują sobie czułość w tak niesamowicie rozczulający sposób. Nasze dzieci. Jak wariaci nadal otwieramy oczy ze zdumienia, że one naprawdę są: że nasz dom rozbrzmiewa ich śmiechem, nasze szyje obejmowane są ich małymi rączkami, nasze serca tak przepełnione miłością...



Kiedy urodziła się Julka, pierwsze słowa, które w euforii powiedziałam do Grzegorza brzmiały: "Jejku, zobacz, jaka ona piękna!". Trzymałam ją w ramionach i po prostu na nią patrzyłam, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę jest. Taka wymarzona, wyczekana, oczyma wyobraźni widziana od miesięcy. Była. Od tamtej chwili już na zawsze nasza. Nasza miłość, nasze spełnione marzenie, nasza odpowiedzialność. Nie mogliśmy się nadziwić, że ma takie małe uszka (chociaż my mamy odstające), taką ciężką główkę i nieproporcjonalnie duże stópki. Przez pierwsze kilka dni w domu, na przemian czatowaliśmy przy łóżeczku nasłuchując jej oddechu albo po prostu gapiąc się na nią z niedowierzaniem.To było ponad 7 lat temu. Już nie dziwimy się na każdym kroku, że jest, ale wciąż są chwile, kiedy to uczucie powraca i myślę, że będzie zawsze...

Szymuś za kilka dni skończy 3 lata. A przecież jakbym wczoraj jechała na porodówkę, jakby Grzesiek wczoraj patrzył na zegarek stwierdzając: "2:55" - godzina narodzin naszego syna. Zawsze chcieliśmy mieć przynajmniej dwoje dzieci i choć długo czekaliśmy z decyzją, to kiedy już zapadła, wszystko wydarzyło się tak szybko, że ani się obejrzeliśmy a już było nas czworo. I znów to uczucie: niedowierzanie, że ten mały człowieczek słodko śpiący w łóżeczku naprawdę jest, że będzie już zawsze. Zaskoczenie pierwszym ząbkiem w 4 miesiącu życia, pierwszym przeczołganiem się po zabawkę w wieku 7, pierwszym krokiem i słowem. Niezwykłe ciepło ogarniające rodzicielskie serca na widok przytulającej się dwójki i irytacja ustępująca miejsca rozczuleniu, gdy się kłócą (bo to przecież takie normalne, takie właściwe rodzeństwu, takie w gruncie rzeczy pełne miłości). 

W lipcu minie 9 lat odkąd powiedzieliśmy sobie: tak. A ja mam wrażenie, że jeszcze niedawno mówiłam zawzięcie: "Nigdy w życiu!" Tymczasem teraz patrzymy na NASZE DZIECI. Powtarzamy sobie w myślach, że jesteśmy rodzicami tej dwójki, że są tak bardzo od nas zależni, tak ważni, najważniejsi... 
Czas biegnie nieubłaganie. Często, kiedy było nam ciężko, kiedy na rodzicielskiej drodze pojawiały się wyboje, marzyliśmy o tym, by te chwile jak najszybciej minęły. Niech już urosną - myśleliśmy. Jeszcze czasami tak myślimy. Bo bycie rodzicem to nie jest tylko zapach oliwki, uśmiech i kolorowe baloniki. To także trudy, chwile bezsilności i łzy. 

Jednak znacznie częściej chcielibyśmy ten czas zatrzymać. Móc zawsze patrzeć na ich beztroskie buźki podczas snu, na ich szalone gonitwy po pokoju, na nieporadne rysunki i szczerby po mlecznych zębach. Czas jednak nie zatrzymuje się - nawet dla rodziców. Podobno po dzieciach jego upływ widać najbardziej, więc to tak, jakby dla mamy i taty płynął szybciej niż dla innych...

To takie oczywiste, a jednak w codziennej gonitwie tak łatwo o tym zapominamy: jesteśmy rodzicami - ten czas dany jest nam po to, by kochać... 
22:39

Tylko z tatą

Napisała , w
Prawdopodobnie tata może równie dobrze jak mama przyrządzić kaszkę, "dubbingować" Barbie w zabawie w dom czy wspólnie z dzieckiem piec ciasteczka. W każdym razie słyszałam o takich przypadkach ;). Jednak nawet jeśli nie dorównuje w tych i innych czynnościach mamie, to posiada szeroki wachlarz takich rzeczy, spraw i zabaw, które najwspanialej robi tylko on i które najwspanialej robi się tylko z nim! 


Z uśmiechem na ustach i rozrzewnieniem wspominam wstawanie o 3 w nocy po to, by spakować do plecaczka pamiętnik i ołówki, kanapki i termos z herbatą i pojechać na ryby - z tatą. Nie było powiek na zapałki! Człowiek budził się jak skowronek podekscytowany nadchodzącą przygodą. Jechaliśmy - najczęściej na motorze - nad jezioro albo nad rzekę i spędzaliśmy tak kilka godzinek w swoim towarzystwie. Tata łowił, a ja upajałam się pięknem i spokojem budzącej się po nocnym odpoczynku przyrody, czyniłam zapiski w pamiętniczku i rysowałam krajobrazy. Oczywiście sama też chwytałam za wędkę! Nie zapomnę mojej pierwszej rybki: płoteczki wielkości może 6 cm, którą tak namiętnie wyciągałam z wody, że wylądowała na gałęzi rosnącego za moimi plecami drzewa. Z moim tatą słuchałam też muzyki i to jego gust muzyczny przejęłam. Tylko z tatą mogłam godzinami słuchać Zeppelinów albo Pink Floydów i dyskutować o brzmieniu gitar, zachrypniętych głosów i związanych z każdym utworem historiach. Łzy w oczach przy "Stairway to heaven" albo ciary przy "Smoke on the water" - czuliśmy to razem. I tak zostało do dziś! Fajnie było mieć coś, co robiło się tylko z tatą. Fajnie to teraz wspominać i szukać okazji, by wracać do tych wspólnych zajęć.

Odkąd wraz z Grzegorzem zostaliśmy rodzicami, obserwuję, co tylko z tatą uwielbiają robić nasze dzieci. Urządzanie wyścigów na rowerach - tylko z dopingiem tudzież pomocą taty! Puszczanie latawca albo samolotów na wietrze - tata jest w tym specjalistą! Budowanie z klocków - mama nie ma cierpliwości, ale tata może godzinami tworzyć konstrukcje nawet z tych najmniejszych klocuszków! Oglądanie bajek - tylko z tatą można się tym tak ekscytować! Zabawa na placu zabaw też najlepsza jest w towarzystwie taty, bo on bez oporów wdrapuje się na zjeżdżalnie i podziela dziecięcą beztroskę o wiele lepiej niż mama! No i jeszcze udawanie samolotu albo pterodaktyla na taty rękach! Tata ma zdecydowanie większą wyobraźnię i więcej dziecka w sobie niż mama! Tata ma zdolności techniczne i dużo siły! Tata jest cierpliwy i emanuje wewnętrznym spokojem. I te jego cechy wyraźnie widać w sposobie spędzania czasu z pociechami!

 Julka i Szymon uwielbiają te wspólne chwile tylko z tatą. Jeszcze rok temu było całe mnóstwo, teraz od wyjazdu stały się prawdziwym świętem, jednak nawet podczas jednego dnia w domu, tata zawsze znajduje czas na samoloty, rowerki i klocki! Już widzę, jak za kilka lat te zabawy zmieniają się we wspólne majsterkowanie przy motocyklu czy słuchanie muzyki! To, jak będą razem spędzać czas, będzie ulegać zmianom, ale nigdy nie zmieni się fakt, że są takie rzeczy, które najlepiej potrafi tata i które dzieciaki uwielbiają robić właśnie z nim! I to jest fantastyczne! 

Ktoś mnie kiedyś spytał, czy nie jestem zazdrosna o to, że maluchy tak lubią spędzać czas z tatą i niekoniecznie chcą, bym zawsze angażowała się w ich zabawy? Otóż nie! Uważam, że tak samo cenny i fantastyczny jest czas spędzany całą rodziną, jak ten, który każde z rodziców spędza z dziećmi na swój własny sposób! Każda taka chwila jest budowaniem więzi, okazywaniem miłości i okazją do przekazywania dzieciom wartości. I wspaniale jest, kiedy i mama i tata mają na ten czas z dziećmi zarówno wspólne jak i całkiem odmienne sposoby!


A co w waszych domach najfajniejsze jest tylko z tatą?
22:44

Naklejaj i dekoruj z Tenstickers.pl!

Napisała , w
[ARTYKUŁ SPONSOROWANY]


Dzieci je uwielbiają, a i dorośli coraz bardziej doceniają to, jak szybko i pomysłowo można dzięki nim zmienić wnętrze! O czym mowa? Oczywiście o naklejkach! Jeśli szukacie takich, które nie tylko są świetnej jakości, ale też zachwycą różnorodnością wzorów i możliwością dopasowywania ich do indywidualnych potrzeb i wyobrażeń, to naklejki firmy Tenstickers spełnią te oczekiwania!



Tenstickers to hiszpańska firma zajmująca się produkcją i internetową sprzedażą naklejek dekoracyjnych. Na stronie www.tenstickers.pl znajdziecie mnóstwo kolorowych i oryginalnych naklejek zarówno do pokoików dziecięcych, jak i sypialni, kuchni czy łazienek, na ściany i na meble. Są też naklejki na samochód oraz do firm i sklepów. Słowem - naklejki dla każdego!

Jednak gotowe naklejki to nie wszystko - Tenstickers oferuje także możliwość przekształcenia własnego zdjęcia w naklejkę. Służy do tego narzędzie: Stwórz własny projekt dostępne na stronie. Chcesz mieć własny tekst na naklejce? Nic prostszego! Klikasz w narzędzie Twój tekst na naklejce i tworzysz...
A może potrzebujesz porady projektanta, który podsunie ci pomysł, jak zmienić konkretne miejsce w mieszkaniu dzięki naklejkom dekoracyjnym? Tenstickers daje możliwość konsultacji z projektantem - po prostu kliknij w opcję Projektant do dyspozycji i skontaktuj się!
Wybierając naklejkę z oferty Tenstickers zawsze masz możliwość wyboru rozmiaru, orientacji i kolorystyki!

W pokoju Julki i Szymka zagościły dwie wyjątkowe naklejki od Tenstickers - każde z nich samo wybrało spośród bogatej oferty e-sklepu coś w swoim stylu :).


Julia wybrała wieloryba pełniącego funkcję tablicy kredowej. Muszę przyznać, że nie potrafiliśmy sobie wyobrazić cieniutkiej naklejki, na której da się pisać i rysować kredą. A jednak! Wieloryb sprawdza się doskonale!


Szymek od pierwszego wejrzenia zakochał się w postaci swojego ulubionego superbohatera Hulka. Zielony zarys tego komiksowego bohatera został umieszczony nad łóżkiem Szymka - inaczej być nie mogło!  :). 


Naklejki Tenstickers są wyjątkowe, bo...
* łatwo i szybko się je aplikuje, a jednocześnie sposób aplikacji sprawia, że powierzchnia naklejki po naklejeniu jest gładka i dobrze przywiera,
*są wykonane ze specjalnego tworzywa charakteryzującego się dużą żywotnością kolorów i wytrzymałością,
* są wykonane z ogromną dbałością o szczegóły i bez białych miejsc - są to naklejki z obrysowanymi brzegami, które doskonale będą pasować do każdego koloru ścian.


Chcecie zobaczyć, jakie jeszcze naklejki kupicie na tenstickers.pl?

Oto kilka moich propozycji, które i u nas chętnie bym zobaczyła...


- do pokoju dzieciaków.


- też do pokoju milusińskich :)


Zachwycająca naklejka ramka - drzewo genealogiczne 
- marzę o takiej w nowym salonie :).


Albo taka ramka rodzinna 
- do sypialni...


I jeszcze urocza naklejka - napis 
-do kuchni.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony http://www.tenstickers.pl/ - tam też znajdziecie całe mnóstwo innych, nietuzinkowych wzorów naklejek, którymi nadacie charakteru waszym wnętrzom!


20:10

'Matko, czy możesz mieć wszystko?' - recenzja audiobooka.

Napisała , w
Zadawałyście sobie kiedyś to pytanie: czy jako matki możemy mieć wszystko? Czy możemy idealnie połączyć karierę zawodową, wychowanie dzieci i celebrowanie swojej kobiecości? Czy możemy mieć książkowe ciąże, idealne ciała, "wzorowe" dzieci i uśmiechy przyklejone bezustannie do twarzy? Odpowiedź na nie znajdziecie w 17 felietonach z serwisu FOCH! wydanych w formie audiobooka. Te teksty sprawią, że poczujecie się idealnie z tym, że nie jesteście ... idealne...


“Macierzyństwo stało się jakiś czas temu modnym tematem. I bardzo dobrze, bo udało się wiele cukierkowych mitów na jego temat odczarować, przemycić do rozmowy trochę gorzkiej prawdy, obśmiać niejeden idiotyzm. To było nam wszystkim potrzebne. Ale wciąż nie powiedzieliśmy sobie całej prawdy. A mianowicie takiej, że nie ma jednej prawdy, bo nie ma jednego macierzyństwa. Każda z nas przeżywa swoje bycie matką inaczej (...)" - pisze Kasia Nowakowska, redaktor naczelna Foch.pl.
I ma rację. Bo ciągle twierdzi się, że wszystkie matki powinny karmić piersią i wszystkie powinny rodzić naturalnie. Wszystkie powinny też rodzić przed 30.stką i łączyć karierę zawodową z wychowaniem dzieci. A jak przedszkole, to tylko prywatne, a jak żłobek to jesteś złą matką! Koniecznie też trzeba stosować się do wszystkich mądrych i mniej mądrych poradników, wszystkich zaleceń WHO i wszystkich rad forumowych i fejsbukowych mamuś! Krótko mówiąc: społeczeństwo daje ci jeden przepis na bycie DOBRĄ matką Spróbuj zmienić jakiś jego składnik, a już ono cię osądzi...
Wszem i wobec, z dumą pawia prezentującego swój ogon, ogłasza się, że macierzyństwo zostało nareszcie odarte z lukru. Taaaaak? To spróbuj publicznie powiedzieć, że ciężko wnieść ci dziecko i wózek po schodach, że nie ma przewijaka w restauracji, że bolą cię piersi od karmienia albo głowa od nocnego wstawania. No spróbuj! Spojrzenia pełne wyrzutu, okraszone przeciągłym: "Ty narzekasz? Twoja mama i babcia prały na tarze, a ty "wyposażona" w pampersy i nawilżane chusteczki śmiesz narzekać?'. Oczywiście uwagi na temat tego, że a) przecież sama tego chciałaś b) przecież dziecko to SAMA radość c) przecież poświęcać dziecku KAŻDĄ chwilę to twój matczyny obowiązek! też są na porządku dziennym.
Tymczasem być mamą i kochać swoje dzieci można na różne sposoby! Można kupować  plastikowe badziewka dla chwili świętego spokoju i nie wtłaczać dziecka na siłę w ramy swojego wygórowanego gustu jak pisze Kasia Nowakowska. Można być pozytywną egoistką będąc jednocześnie dobrą matką i uczyć swoje dzieci tego, że ten zdrowy egoizm jest potrzebny - nawet matce - jak dowodzi w kolejnym felietonie. Można też nie kazać dzieciom być grzecznymi, jak Anka Rączkowska. Można nawet wymyślić biznes z udziałem swoich dzieci - Dominika Węcławek coś wam o tym powie...
Zawarte na tym audiobooku felietony są i zabawne, i poważne, z dystansem i uśmiechem, z łezką w oku a czasem z dawką wściekłości. Autorki nie boją się wypowiedzieć (głosem Marii Seweryn) tego, co niejedna matka ukrywa gdzieś głęboko w głowie tudzież w sercu i nie boją się mieć innych poglądów na macierzyństwo niż "ogół matek" i niematek też ... Bo będąc matką nie można mieć wszystkiego, ale ... wszystko wcale nie jest potrzebne do szczęścia matki i szczęścia dziecka.

POLECAM!

Audiobooka posłuchacie TUTAJ

www.audioteka.pl

Koniecznie zaglądajcie też na stronę foch.pl po kolejną dawkę krzepiącej, mądrej i życiowej, kobiecej lektury!
11:41

Drugie imię matki

Napisała , w

Mówi się "kobieto, puchu marny". Mówi się, że kobiety, to słaba płeć.  Że są kruche, wiotkie i wrażliwe. Tak, jakby siła wynikała wyłącznie z wielkości mięśni.  Tak, jakby zapominało się o tym, że wiele kobiet jest matkami. A bycie matką wymaga nieprzebranych pokładów siły - zarówno fizycznej jak i psychicznej. Czasem nie wiadomo już, skąd ją czerpać. A jednak ciągle się ją w sobie znajduje...



Najpierw 9 miesięcy ciąży. Rosnące pod sercem nowe życie. Wielka odpowiedzialność. Ciążący coraz bardziej wielki brzuch. Mdłości, zasłabnięcia w miejscach publicznych, picie glukozy. A często do pracy chodzić trzeba, a w kolejkach i komunikacji miejskiej to już prawie zawsze. Bo ciąża to przecież nie choroba. Więc po cholerę ciężarnej jakieś tam przywileje czy zwyczajna ludzka życzliwość? I wszyscy chcą głaskać tę piłeczkę, ale nikt nie pomyśli, że nagle z 48 kg masz 65 i że sama się sobie dziwisz, jak utrzymujesz równowagę. Czasem nie utrzymujesz. Masz pokopane żebra a w łydki włażą w nocy takie skurcze, że masz ochotę wyć z bólu. Nie wspomnę już o tym, że są takie ciaże, które trzeba przeleżeć albo takie, o które trzeba walczyć. Ale kochasz ten brzuch i znajdujesz w sobie siłę, by go nosić, dbać o niego i walczyć, jeśli trzeba.

Potem jest poród. Mówcie sobie faceci, co chcecie - żaden z was, by tego nie wytrzymał! Nawet takiego "lekkiego" jak mój - jedyne cztery i pół godziny. Bez znieczulenia rzecz jasna, bo kto tam siedem lat temu o znieczuleniach mówił. Zresztą, w "naszym" szpitalu nie dają go do dziś dnia. Moje, bardzo osobiste odczucie było takie, jakby ktoś włożył mi w brzuch granat, ale czytałam też, że wysiłek podczas porodu porównywalny jest z przebiegnięciem maratonu a ból z łamaniem kilkunastu kości na raz. Coś w tym jest. A kobieta, ten marny puch, rodzi. Czasem nawet później drugi raz i trzeci. I nawet jak patrzą na nią z politowaniem i kładą pod KTG, bo "taka chudzina i w dodatku pierworódka, to poleży", to ona czasem robi "na złość" i uwija się w te cztery godziny. I daje radę. A oni jej mówią:" Nie zrobiła pani nic nadzwyczajnego - miliony kobiet rodzi i rodzić będzie. " Bo po co ma się poczuć zbyt silna. W końcu jest kobietą.

A potem to już jest bycie mamą. Na zawsze. Bez urlopu i możliwości zmiany zdania. Wstawanie nocami nawet z anginą i bólami menstruacyjnymi i pobudki o  świcie, mimo że powieki bolą od stawiania ich na zapałki. Dźwiganie 15 kilogramowego bobasa pod jedną pachą, a siatek z zakupami i wózka pod drugą. Baby Blues, bolące brodawki, pobyt z dzieckiem w szpitalu. Dawanie mu swojej siły, kiedy koleżanka powiedziała, że już nie lubi, kiedy w szkole nie wyszło i to słońce ciągle wychodzi tak krzywo. Ćwiczenie siły charakteru: by nie pęknąć, nie krzyknąć, nie powiedzieć czasem "Mam to gdzieś", nie trzasnąć drzwiami, nie nakryć głowy poduszką i nie pójść spać. A bycie mamą to przecież też rozpalenie w piecu o szóstej rano i narąbanie drewna, żeby dzieci miały ciepło jak wstaną. To przytaszczenie worka ziemniaków ze sklepu. To naprawienie rowerka i ciągnięcie dwójki na raz na sankach (i: "Mama szybciej!").  To czasem wspólne pokonywanie tęsknoty za tatą. To ciężka praca nad sobą, nad wychowaniem i w domu przez długie lata.  (A teraz jeszcze przez rok niektórym "matkom-darmozjadom" będą za to płacić - no popatrzcie co za niesprawiedliwość...:P Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.) To palpitacje serca w czasie matury własnego dziecka a potem w czasie, gdy to twoja córka rodzi (wiem z opowieści mojej mamy). To miliony małych i dużych problemów, codziennych sytuacji, rozmów, wielkich walk i niedużych bitew, które będziesz przeżywać ze swoim dzieckiem już zawsze. I będziesz silna.

Ten post miał być o tym, skąd brać siłę na bycie mamą, kiedy wydaje się, że jej pokłady się kończą. Sama tak właśnie przez moment się poczułam. Jednak zaczęłam pisać i słowa same popłynęły spod palców. Uświadomiłam sobie, że siła na bycie mamą tak jak matczyna miłość nigdy się nie kończy. Bo siłą matki jest jej miłość. O tak niewyczerpanym źródle mocy i energii jakim jest matka filozofom i uczonym się nie śniło, o! Jestem matką. Siła to moje drugie imię. Ty też sobie to powtarzaj.
09:36

Czytamy bez mamy - seria dla najmłodszych od Wydawnictwa DEBIT. [+ KONKURS]

Napisała , w

'Czytamy bez mamy' to seria książeczek Wydawnictwa DEBIT skierowana do dzieci, które rozpoczynają przygodę z samodzielnym czytaniem. Duże litery, proste słownictwo, kolorowe, zachęcające ilustracje oraz fascynujące historie sprawią, że maluch z zainteresowaniem będzie podejmował próby czytania, a z czasem książeczki z tej serii staną się pierwszymi, które będzie czytał całkiem samodzielnie!


Seria 'Czytamy bez mamy; jest podzielona na trzy poziomy w zależności od czytelniczego zaawansowania malucha:









I Pierwsze kroki - dla dzieci, które zaczynają czytać

II Krok po kroku - dla dzieci, które już samodzielnie czytają

III Wielkie kroki - dla pożeraczy książek









W naszych rękach są dwie z kilkunastu części serii: "Nadchodzi słoniątko" (poziom I) oraz "Kaczka w berecie i inne historie" (poziom II). Inne książeczki z serii m.in. "Braciszek? Tylko nie to!" Julia wypożycza ze szkolnej biblioteki! Tak jej się ta seria spodobała :).





"Nachodzi słoniątko" (autorstwa Magdaleny Zarębskiej)  to pełna miłości i ciepła historyjka o małym słoniku, który poznaje świat z perspektywy brzuszka mamy. Dźwięki, dotyk bliskich, oddech i bicie serca mamy - to wszystko jest częścią życia słoniątka wewnątrz brzuszka. Oczywiście na końcu opowiastki słoniowy maluch przychodzi na świat! Julka jest zafascynowana tą historią i czytamy ją wspólnie - troszkę ona, troszkę ja.


Książkę kupicie TUTAJ. (stąd też okładka)











"Kaczka w berecie i inne historie" (autorstwa Agnieszki Frączek) to trzy zabawne, pełne przygód opowiastki z zaskakującymi finałami. Co zrobić z myszką, która zamieszkała w worku na żagle?  Czy Kaczka Dziwaczka była jedyną dziwną kaczką? I co papuga robi w górskiej chacie? Odpowiedzi na te pytania poznacie, sięgając po tę ksiażeczkę! Julka jest zafascynowana!

Ksiażkę kupicie TUTAJ (stąd też okładka).














KONKURS!

Na Facebooku trwa zabawa, w której możecie wygrać egzemplarz "Nadchodzi słoniątko"!

Zapraszam: KLIK

POWTÓRNE WYNIKI KONKURSU:
Nie zgłosiły się dwie wybrane wcześniej laureatki.
Wybieram trzecią i tym razem oprócz odpowiedzi konkursowej, kieruję się też tym,
czy osoba czyta bloga, a tym samym zajrzy tu po wyniki i odbierze nagrodę...

Wygrywa...

JUSTYNA JADZIŃSKA!

Zgłoś się do mnie na szymusiowa@gmail.com lub na PRIV na Facebooku
w ciągu 5 dni (czyli do 5.05. włącznie!).



Agnieszko zgłoś się do mnie na priv albo maila w ciągu 5 dni!


Wydawnictwo DEBIT

22:49

Na prezent i na pamiątkę - fotoksiążka PRINTU.

Napisała , w
[ARTYKUŁ SPONSOROWANY]

Jestem bardzo sentymentalną osobą. Wspomnienia są dla mnie bezcenne i staram się na różne sposoby je kolekcjonować. Mam tysiące zdjęć - na dysku komputera i w tradycyjnych albumach. Dzięki PRINTU mam też coś zupełnie wyjątkowego - fotoksiażkę, w której zaczarowane zostały najpiękniejsze "migawki"z ostatnich ośmiu lat życia mojej małej rodzinki...


"PRINTU - drukujemy emocje!" - to hasło mówi wszystko! 

Na stronie printu.pl możecie stworzyć swój własny album pełen uczuć i wspomnień. To od was zależy, jak będzie on wyglądał, a możliwości jest naprawdę wiele! PRINTU wydrukuje wasz projekt z dbałością o każdy szczegół i przyśle wam go prosto do domu! 

Projektowanie krok po kroku

Na projektowanie własnej fotoksiążki możecie poświęcić kilka godzin, ale też kilka tygodni - nic nie stoi na przeszkodzie, abyście wracali do projektu, zmieniali go i poprawiali. Printu.pl to elastyczność, czas i szeroki zakres opcji!

Jak zaprojektować własną fotoksiążkę krok po kroku?

1. Wchodzicie na stronę printu.pl i rejestrujecie się.
2. Po zalogowaniu klikacie w hasło: KONTO w prawym górnym rogu, a następnie w niebieską belkę z napisem: STWÓRZ FOTOKSIĄŻKĘ.
3. Wybieracie format.
4. Wybieracie okładkę (miękka, twarda, płótno).
5. Wybieracie papier (matowy lub błyszczący).
-> Od tego momentu przenosicie się do EDYTORA.
EDYTOR umożliwia stworzenie fotoksiążki automatycznie, bądź też krok po kroku zaprojektowanie jej samodzielnie. Program "udziela" podpowiedzi, które ułatwią wam projektowanie!

Projektowanie w EDYTORZE

1. Ustalacie, jaki ma być układ zdjęć na każdej ze stron fotoksiążki klikając UKŁAD u dołu każdej ze stron. Niektóre opcje umożliwiają także wprowadzanie tekstu.
2. Wybieracie tło dla każdej ze stron poprzez kliknięcie w TŁO u dołu każdej ze stron fotoksiążki.
3. Klikając w IKONĘ APARATU u dołu strony dodajecie zdjęcia, która następnie przenosicie na karty fotoksiążki.
4. Klikając dwa razy w dodane zdjęcie, możecie użyć różnych funkcji poprawiających jego wygląd i dodających dodatkowe efekty.
5. Klikając DODAJ u dołu fotoksiążki, możecie dodawać kolejne strony, a klikając w ikonkę KOSZA u góry fotoksiażki usuwać te, które wam się nie podobają.
6. Ikonki u góry strony pozwalają na zapisanie projektu, a na koniec na jego zamknięcie oraz zamówienie gotowej fotoksiążki. 
7.Zanim dokonacie zamówienia, macie możliwość podglądu fotoksiążki.

Po złożeniu zamówienia otrzymujecie potwierdzenie na maila, a w nim wszelkie informacje dotyczące płatności i dostawy. 
Proste, prawda :)?

Moja fotoksiążka od PRINTU

Mogę wam powiedzieć z doświadczenia, że emocji towarzyszących przeglądaniu takiej fotoksiążki nie da się opisać: wzruszenie, rozczulenie, radość, rozbawienie...  

Moją fotoksiążkę stworzyłam wybierając najciekawsze momenty z ostatnich ośmiu lat życia mojej rodzinki - od dnia ślubu, aż po dzisiaj. Zaprojektowanie jej nie było zadaniem prostym, bo musiałam wybrać takie zdjęcia, które obrazowałyby te kilka niezwykłych lat... Myślę jednak, że mi się to udało! Zobaczcie sami:









Fotoksiążka PRINTU to wspaniała pamiątka lub pomysł na prezent dla bliskiej osoby: świetnej jakości papier, twarda oprawa i staranne wykonanie gwarantuje jej trwałość i efektowny wygląd. Taka książka jest w pełni spersonalizowana, a dzięki temu bardzo oryginalna! 

Wchodźcie na www.printu.pl oraz na profil PRINTU na facebooku: KLIK.


Post Top Ad

INSTAGRAM @ola_greszcz