Post Top Ad

14:58

Poznaj tajemnicę chłopca - ptaka - 'Vango, uciekaj albo giń!'.

Napisała , w
Vango to chłopak o ponadprzeciętnych zdolnościach - wysokość nie ma dla niego prawie żadnego znaczenia. Wspina się i skacze niemalże fruwając jak ptak. Ten tajemniczy talent pomaga mu, kiedy jest zmuszony uciekać, a ucieczka pełna jest niezwykłych przygód.


Tajemnica Vanga kryje się w jego dzieciństwie. Pojawił się na wyspie wraz ze swoją nianią w niewyjaśnionych okolicznościach. Wiemy tylko, że stracił rodziców. Jego pojawienie się od początku wiązało się z niezwykłymi wydarzeniami: chłopiec był inny od rówieśników. Jego zamiłowanie do wysokości jednocześnie wzbudzało podziw i lęk, a niesamowicie silny  strach przed wodą skłaniał do zadawania pytania: dlaczego?...

Poznawszy zakonników żyjących w ukryciu na tajemniczej wyspie, Vango zapragnie zostać jednym z nich, jednak aby tak się stało będzie musiał odbyć podróż aż do Paryża. Tam przed Katedrą Notre-Dame ma zostać wyświęcony na księdza. Jednak uroczystość przerywa policyjny pościg. Vango wie, że jest niewinny, ale jednocześnie podświadomość podpowiada mu: uciekaj! Później podobną wiadomość znajduje na biurku zamordowanego księdza, który był jego opiekunem i powiernikiem. Vango, uciekaj albo giń!

Chłopak przemierza różne zakątki świata uciekając przed skorumpowanymi policjantami, szpiegami i handlarzami bronią. W tle ucieczki pojawia się tajemnicza dziewczyna, rodzinny sekret i druga wojna światowa. Piękne krajobrazy, wartka, trzymająca w napięciu akcja i tajemnica, której rozwiązanie coraz bardziej chcemy poznać - książka Timothee de Fombelle nikogo nie pozostawi obojętnym!

"Vango, uciekaj albo giń!" Timothee de Fombelle, Znak Emotikon, 2015.

Książkę kupicie TUTAJ,a TU zajrzycie do środka.

Macie także okazję wygrać ją w konkursie na fanpage'u mojego bloga: KLIK

WYNIKI KONKURSU:

Książkę wygrywa....

... EWA KĘDRA!

Gratuluję Kochana!
Zgłoś się do mnie na Priv lub maila: szymusiowa@gmail.com




20:13

Ty też nie chcesz, by twoje dziecko było nieudacznikiem?

Napisała , w
Pewnego dnia przeczytałam gdzieś w sieci, jak jedna mama strasznie nie chce, by jej dziecko było nieudacznikiem. A ono mamę zawiodło, bo po 3 latach fascynacji baletem, po kilku sukcesach w konkursach, po wielu morderczych treningach, przestało chcieć tańczyć. I tłumaczenia na nic się zdały. Matka załamana, że z dziecka wyrośnie człowiek bez ambicji. Ale czy ono rzeczywiście przegrało? A nawet jeśli, to czy nauczyć dziecko przegrywać nie jest sprawą równie ważną, co nauczyć je walczyć i wygrywać?



Życie to walka. Może nie nieustanna, ale w dążeniu do celu, urzeczywistnianiu marzeń, spełnianiu się na różnych niwach, element walki ciągle się pojawia.Czasem walka z przeciwnościami losu, czasem rywalizacja z innymi, ale przede wszystkim walka z samym sobą i swoimi słabościami. A my jako rodzice uczymy dzieci żyć. Budowanie w nich pewności siebie, wytrwałości, konsekwencji i cierpliwości jest niezwykle ważne. Łatwo jednak wpaść w pułapkę i zacząć swoje ambicje przenosić na dziecko, a każde niepowodzenie czy po prostu zmianę zdania i zainteresowań pociechy, postrzegać jako porażkę.

Julka na początku roku szkolnego poprosiła, bym zapisała ją na zajęcia taneczne. Oczywiście zrobiłam to i trzy-cztery razy w miesiącu przez godzinę uczyła się wraz z innymi dziećmi kroków i bawiła w przeróżne zabawy ruchowe. Nie oczekiwałam może, że zacznie jeździć na konkursy czy że będzie taneczną prymuską. Miałam jednak nadzieję, że takie zajęcia będą dobrym sposobem na spożytkowanie jej ogromnej energii i że spodobają jej się ze względu na jej żywiołowy temperament. Podobały się. Przez kilka miesięcy. Potem wracała z nich coraz bardziej znudzona i bez entuzjazmu. Kiedy spytałam ją, czy chce się wypisać z zajęć, zdziwiła się. Sądziła, że skoro koleżanki chodzą, ona też powinna. Z pewnością też mogła sobie inaczej wyobrażać zajęcia i swoje reakcję. Było fajnie, ale okazało się, że akurat dla niej to nie było to, co zainteresowałoby ją na dłużej. W końcu ma dopiero 7 lat! Dziecko w tym wieku poszukuje, poznaje, odkrywa. Nie można oczekiwać od niego, że wszystko, w co się zaangażuje, będzie już na dobre i stanie się jego hobby czy sposobem na życie! 
Na tańce już Julia nie chodzi, a ja jestem pewna, że wkrótce znajdzie coś innego, co zacznie ją pasjonować. Może już na dobre, a może na jakiś czas. Będę ją motywować i dopingować, ale zawsze też będę się starać odróżnić poddanie się od zmiany zdania. To ona będzie miała ostatnie słowo.

Zmiana zdania to jedno, ale porażka to drugie. Ta zdarza się nawet "najlepszym". Czy wychowujemy pokolenie, w którym na przegrane nie ma miejsca? Czy nasze dzieci muszą się uczyć wyłącznie wygrywać? Czasem odnoszę takie wrażenie, a przecież nauka przegrywania jest niemniej ważna i nieodłącznie wpisana w nasze życie. A dla dzieci chyba nawet trudniejsza niż nauka dążenia do celu i radość z wygrywania. Rodzic, który nie dopuszcza do siebie myśli, że jego dziecko może przegrać, nie będzie w stanie nauczyć go znosić tych porażek, które mu się w życiu niejednokrotnie przydarzą.  Dziecko takiego rodzica nastawione wyłącznie na wygrywanie w każdej dziedzinie, każdą, najmniejszą porażkę, będzie odbierać jak tragedię i będzie czuć, że zawiodło nie tylko siebie, ale i rodzica... To nie jest dobra droga!
Jako mama czuję, że moją rolą jest pokazać dzieciom, że porażki są nieodłączną częścią naszego życia, ale nie czynią nas przegranymi. One są po to, by podnieść się po nich silniejszym, ale czasem też po to, by dojść do wniosku, że trzeba jednak skręcić w inną ścieżkę... Jak nauczyć dziecko przegrywać? Począwszy od uczciwego grania z nim w warcaby i Piotrusia, przez naturalne reagowanie i wspólne omawianie III zamiast I miejsca w szkolnych konkursach, aż po wspieranie w tych całkiem "dużych" porażkach jak choćby egzamin na prawo jazdy. Tak, o sobie też tu piszę. Po wczorajszym, oblanym egzaminie, powitała mnie smutna buzia Julki:  "Mama, nie zdałaś, a obiecałaś, że zdasz!" (co prawda nie obiecywałam, ale dzieci inaczej odczytują pewne sygnały). I co mama na to? Ano wytłumaczyła dziecku, że tak w życiu bywa i że trzeba mieć nadzieję, iż następnym razem będzie lepiej. Julia uśmiechnęła się. Powiedziała, że będzie trzymać kciuki. Pobiegła się bawić.
Jasne, że są takie sytuacje, kiedy porażkę mocno się przeżywa, ale nawet wtedy można wyciągnąć z niej coś dobrego. Jeśli to tylko możliwe, a najczęściej jest, warto pokazywać dzieciom, że to nieodłączna i naturalna część naszego życia. Oczywiście łatwiej nam, kiedy i nasi rodzice nas tego nauczyli, a nie tylko naciskali na to, byśmy byli "number one" we wszystkim.

Reasumując moje rozważania: granica jest cienka, a znalezienie złotego środka konieczne. 
Nie chcę, by moje dziecko było nieudacznikiem. A może raczej nie chcę, by było osobą, która nie umie walczyć o swoje, bo nieudacznik to krzywdzące określenie. 
Jednak nie chcę także, aby czuło się w obowiązku spełniać moje ambicje, aby czuło, że rozczarowuje mnie, gdy coś mu się w życiu nie udaje, że jest wtedy do niczego. 
Nie chcę, by bało się otwarcie mówić, że ma swoje zdanie, że coś przestało mu się podobać, że na coś nie ma ochoty. 
Chcę za to, by miało własne ambicje i umiało walczyć o swoje marzenia, by wierzyło w siebie i mierzyło siły na zamiary. A czasem nawet wierzyło w coś, co innym wydaje się nierealne...
Chcę, by wiedziało też, że porażki są naturalną częścią życia i tak naprawdę tylko człowiek, który przeżył choć jedną, będzie umiał prawdziwie cieszyć się z sukcesu. 
Chcę, by rozumiało, że z każdej przegranej można wyciągnąć coś pozytywnego: podnieść się mocniejszym, wyćwiczyć wytrwałość, popracować nad słabymi stronami. A czasem stwierdzić, że to jednak nie tą drogą chce się podążać i odkryć coś zupełnie nowego.
A przede wszystkim chcę, by moje dzieci - zarówno Szymon jak i Julia - nie czuły z mojej strony presji, ale czuli wsparcie, szacunek. W każdej sytuacji.

17:34

A czy ty pozwalasz się bawić swojemu dziecku?

Napisała , w
Tytuł tego wpisu wydaje się banalny, prawda? Przecież KAŻDY rodzic pozwala swojemu dziecku się bawić! Najpierw grzechotką, potem klocuszkami, lalką, autkiem i jeszcze tymi interaktywnymi zabawkami z reklamy. Kupiliście mu je za spora sumkę, ale przecież to ma rozwijać jego kreatywność, więc warto było! Wasze dziecko bawi się, a jego bluzeczka pozostaje czysta jak łza, rączki nie mają prawa się kleić, a podłoga zmyta rano musi do wieczora pozostać bez skazy... Brzmi znajomo? Zatem coś wam powiem: NIE POZWALACIE SWOJEMU DZIECKU BAWIĆ SIĘ TAK NAPRAWDĘ!


Często słyszę i sama biorę udział w rozmowach rodziców, w których padają słowa: "My to się potrafiliśmy bawić, gdy byliśmy mali!" albo "Za naszych czasów to były zabawy!". Wspominamy  "gotowanie obiadów" z błota i trawy, "szukanie skarbów" w lasku nieopodal domu, czy turlanie się po trawie z ogromnego pagórka. Przychodziliśmy do domu czasami umorusani po łokcie w błocie, z zielonymi od trawy spodniami na kolanach, a co "odważniejsi" ciężsi o garść piasku posmakowaną w ferworze zabawy. Mama czasem troszkę popsioczyła, bo pranie we Frani i te spodnie jeszcze do szkoły były dobre, ale oczy jej się śmiały na widok naszych czerwonych ze zmęczenia i radości twarzy. 
A w domu, choć o własnym pokoju można było pomarzyć i 10 metrów dzieliło się z dwójką rodzeństwa, zabawy były niemniej kreatywne! Pokaz mody, w którym modelkami były "panie" wycinane ze starych czasopism, zabawa w chowanego na tych paru metrach kwadratowych, gdzie właziło się do szafy albo skrzyni łóżka czy wchodzenie w powłokę kołdry i robienie z niej wehikułu czasu - taka była nasza dziecięca codzienność. Czasem zrobiło się plamę na dywanie albo przypadkiem przecięło narzutę na łóżku wraz z papierem, ale nikt nigdy nie robił z tego dramatu. mało tego - umieliśmy po sobie posprzątać i to bez marudzenia!

Rodzice czytali nam bajki, szyli ubranka dla lalek kupowanych na odpuście i uczyli rysować. Nie mieli jednak presji na to, by codziennie wymyślać dla nas nowe, szumnie nazywane kreatywnymi zabawy. Nie chodzili też za nami krok w krok. Ufali nam. Oczywiście w granicach rozsądku. Nikomu nie przyszło nawet do głowy pobiec z podwórka na ulicę czy wejść tam, gdzie mama i tata nie pozwalali, bo to niebezpieczne. Nie mieliśmy interaktywnych miśków  czytaczy bajek ani garnuszków pełnych klocuszków. Bawiliśmy się lalkami Barbie bez pryszczy i rozstępów - jak naszła kogoś ochota, to sam dorysował lalce jakiś znak szczególny albo obciął włosy na zapałkę (oczywiście zwykle potem był wielki żal... ;)), zwyczajnymi, pluszowymi maskotkami, drewnianymi klockami przywiezionymi przez tatę jako "odrzut" ze stolarni i patykami. Nikt nie nazywał tych zabawek kreatywnymi. A czy my byliśmy mniej kreatywni niż dzisiejsze dzieci? Śmiem z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że bardziej! Bo to nie zabawki są kreatywne, tylko zabawy, a te bardzo często rodzą się z nudy albo po prostu z dziecięcej wyobraźni... Bo rodzice nie starali się rozwijać naszej kreatywności na siłę, ale po prostu pozwalali nam się bawić i realizować w tych zabawach często naprawdę szalone, dziecięce pomysły!

Wczoraj moje dzieci zrobiły coś, co ja bardzo często robiłam, gdy byłam dzieckiem: weszły w powłokę kołdry na pościelonym łóżku. W pierwszym odruchu oznajmiłam, że mają natychmiast wyjść! Przecież łóżko świeżo pościelone i kołdra się skotłuje! Przecież mogą bajkę w spokoju pooglądać albo pobawić się Furbym! Tak się zaperzyłam! I już, już miałam ich z tej powłoczki wyprosić, kiedy nagle ...przypomniało mi się, jak sama uwielbiałam tę zabawę w dzieciństwie. Stanęłam więc sobie z boku i patrzyłam, jak szaleją. Ile radości może dać zwykła kołdra i powłoczka! Ileż pomysłów mieli podczas tej zabawy! Byli w kosmosie, przenieśli się do czasów dinozaurów a na koniec zamienili się w duchy. Dziś znowu kołdra poszła w ruch, a "modne" zabawki stoją sobie na półkach...

To w ogromnej mierze od nas, rodziców,  zależy, czy nasze dzieci będą umiały bawić się podobnie jak my w dzieciństwie. Czy zamiast gier komputerowych i samoczytajacych się książek, będą wolały skakanie po kałużach i malowanie farbami za pomocą palców. 
Pewnie, że fajnie pobawić się razem z nimi i czasem podsunąć pomysł na nową, ciekawą zabawę! Jednak przede wszystkim warto po prostu POZWOLIĆ DZIECIOM BAWIĆ SIĘ NAPRAWDĘ - nie przeżywając każdej plamy na bluzeczce, piasku na rękach i nie biegając z odkurzaczem po każdej minucie używania przez dziecko nożyczek. Kiedy wrzucimy na luz i damy pole do popisu dziecięcej fantazji, bez wątpienia niejednokrotnie zaskoczy nas kreatywność naszych dzieci i fakt, że zaczynają bawić się podobnie, jak my w dzieciństwie...
10:06

Być matką w teorii i w praktyce.

Napisała , w
Siedziała na ławce w parku i czytała książkę. Jej umysł był wolny od problemów.  Ostatnie egzaminy w tym semestrze zdane, staż zapowiada się obiecująco, a wczoraj udało jej się upolować szpilki na wyprzedaży. Pełnia szczęścia. Nagle do jej uszu dobiegł płacz. Nie - to był ryk! Rozejrzała się dookoła i po lewej stronie alejki zobaczyła dziewczynę z wózkiem. "Przecież to Mirka z mojego roku!" - spostrzegła. - "Co ona wyprawia z tym dzieckiem? Gdybym to ja była matką..."


22:14

Gwiazda

Napisała , w
Wczoraj pokazałam Szymkowi gwiazdę. Zabłysła na szarzejącym niebie, tuż nad nami. Ot, gwiazda- maleńki, błyszczący punkcik gdzieś tam w górze. Zadarł główkę i poszukał jej wzrokiem. Znalazł. Jego buzię rozświetlił najszczerszy i najszerszy z uśmiechów. "Mama, gjaźda! Gjaźda, tam! Widzie ją! Jeśt piękna!" - wołał pokazując paluszkiem. A mi łzy napłynęły do oczu... 


Pokazałam mu ją ot tak sobie. Właściwie nie pomyślałam nawet: "Jaka piękna gwiazda! Musze ją pokazać Szymkowi!". Po prostu długo chodziliśmy po podwórku i już zaczęło robić się szaro - zauważyłam ją nad głową i machinalnie zawołałam: "Spójrz Szymon, gwiazda.". A on wpakował mi się na ręce, zadarł łepetynę do góry i nagle sprawił, że ten niepozorny punkcik stał się ósmym cudem świata...

W codziennym biegu wszystko wydaje nam się takie zwyczajne. Dzień podobny do dnia, godzina do godziny. Rutyna obowiązków.
Uczymy dzieci chodzić, mówić, siadać na nocnik i ubierać buciki. Żeby były samodzielne albo przypadkiem nie odstawały od rówieśników. Chcemy, żeby rosły i marzymy, jak to będzie błogo, gdy będą już na tyle duże, że my spokojnie będziemy mogli zająć się sobą... 

Mamy miliony problemów. Czasami zwyczajne zrobienie obiadu albo stłuczona szklanka urastają do rangi tragedii. Liczymy pieniądze, opłacamy rachunki, wysłuchujemy reprymend szefa w pracy.  Kłócimy się z partnerem, obgadujemy sąsiadki, marzymy, by mięć święty spokój... Biegniemy przed siebie niczym ślepcy. W tym wszystkim jesteśmy rodzicami. Chcemy być tymi najlepszymi na świecie, a przecież czasem....a przecież zbyt często odganiamy się od dziecka jak od natrętnej muchy... 

Czy ty też tak czasem masz, mamo, tato? A gdyby tak każdego dnia choć na jedną rzecz spojrzeć jego oczami, oczami dziecka? Gdyby pokazując mu świat poczuć ten sam zachwyt, co ono? Gdyby tak puknąć się czasami w głowę i uświadomić sobie, ze przecież, do cholery, żadna chwila się już nie powtórzy? 

Dla mnie pieprznięciem w głowę była ta gwiazda. Ostatnio miałam wrażenie, że nie nadążam za życiem. Kurs na prawo jazdy, dziesiątki spraw urzędowych, wydatki, obowiązki domowe i to, że jestem tutaj z tym wszystkim sama - to wszystko mnie przytłaczało. Wieczorami w głowie szumiało mi od nadmiaru myśli. Jednym uchem słuchałam tego, co mówią dzieci, jednym okiem patrzyłam na to, co chcą mi pokazać. Chciałam tylko, aby jak najszybciej było jutro i żeby te wszystkie kłopoty jakoś same się rozwiązały. "Mamo, poczytaj mi!" albo piąte w ciągu godziny: "Pić!" odbierałam jak kolejny problem...

I nagle ta gwiazda. I jego radość. I bieganie do okna po powrocie do domu, żeby znów ją zobaczyć. I dystans do tych moich problemów taki jak stąd do tej gwiazdy. 
Kiedy znowu zapomnę, co jest najważniejsze w życiu, spojrzę w niebo, a potem w oczy moich dzieci...

08:49

Wielki powrót Wielkiego Czerwonego Psa. (+ KONKURS)

Napisała , w
[ARTYKUŁ SPONSOROWANY]

Znacie Clifforda? Jeśli jeszcze nie, koniecznie musicie to nadrobić! Ten przesympatyczny psiak i jego mała właścicielka Emily Elisabeth zabiorą was do świata pełnego małych i tych całkiem dużych przygód. Z nimi nie tylko będziecie się świetnie bawić, ale też nauczycie się, jak być przyjacielskim, lojalnym, uczciwym i jak fajnie jest pomagać innym! Nowe przygody Clifforda już na DVD!

Clifford był kiedyś zupełnie zwyczajnym, malutkim pieskiem. No może poza kolorem sierści, bo ten zawsze był ogniście czerwony, co jest, przyznacie, dość niespotykane u psów ;). Jednak coś sprawiło, że ... urósł do niezwykłych rozmiarów! Co? Posłuchajcie słów piosenki z czołówki bajki:

"Clifford lubił Emily, więc do siebie wzięła go! Z jej miłości urósł wielki, więc Howardowie opuścili dom!"

No i już wszystko jasne! Życie psiaka o tak wielkich rozmiarach musi być fascynujące i pełne niecodziennych wydarzeń, zgodzicie się ze mną? Każdy odcinek serii o Wielkim Czerwonym Psie zaskakuje nowymi przygodami, ale też niesie ze sobą mądre przesłanie dla oglądających go milusińskich! Bajki o Cliffordzie to jedne z tych, które bez obaw można pozwalać oglądać dzieciom!

Niedawno ukazały się nowe odcinki przygód Clifforda na DVD: "Wszyscy kochają Clifforda" oraz "List z daleka". Odkąd zagościły w naszym domu, Julka i Szymek obejrzeli je już po kilka razy i wciąż im się nie nudzą!  

Jeśli chcecie zdobyć płytę "Wszyscy kochają Clifforda" dla swoich pociech lub też otrzymać jeden z dwóch kodów uprawniających do oglądania bajek na stronie www.strefabajek.pl , na której znajdziecie świetne bajki bez przemocy, weźcie udział w zabawie!

KONKURS!

1. Polub strefabajek.pl oraz Wokół dzieci na Facebooku.
2. Polub i udostępnij plakat konkursowy.
3. W komentarzu wklej zdjęcie swojego dziecka ze zwierzątkiem :).

Proste, prawda :)?

Wybiorę 3 najfajniejsze fotki i nagrodzę!

Wyniki do 25.03.2015.

Na konkurs zapraszam wraz ze sponsorem: strefabajek.pl

WYNIKI KONKURSU:

DVD "Wszyscy kochają Clifforda" wędruje do...

Iwony Kusber Mazur!

Kody na 100 punktów do strefabajek.pl powędrują do...

Karoliny Tomczak
Kamili Szymańskiej
Małgorzaty Szymańskiej

Zgłoście się do mnie na maila: szymusiowa@gmail.com :).

GRATULACJE!



17:49

Kto powinien pracować na oddziale dziecięcym?

Napisała , w
Chyba każdej matce na widok takiego "obrazka" łzy cisną się do oczu i nóż otwiera się w kieszeni równocześnie: trzynastomiesięczna Zosia siedzi w pieluszce, ubrudzona kupą. Przebywa w szpitalu w Łukowie. Pielęgniarki z oddziału dziecięcego nie tylko wtedy nie miały czasu jej przebrać, ale też według relacji rodziców innych dzieci przebywających na oddziale, zaniedbywały ją rzez cały jej okres przebywania w szpitalu Zajmowały się nią mamy innych małych pacjentów. Pomiędzy pragnieniem przytulenia tej dziewczynki, a niedowierzaniem i gniewem na personel, który doprowadził do takiej sytuacji, nasuwa mi się pytanie: kto powinien pracować na oddziałach dziecięcych? Odpowiedź jest prosta: ludzie. A ja mam wrażenie, że ktoś tu zapomniał być człowiekiem...


Oddziały dziecięce w szpitalach. Miejsca dramatów małych ludzi, gdzie ból boli bardziej, a małe serduszko bardziej potrzebuje innego, życzliwego serca. Dziecko inaczej niż dorosły przeżywa swoją chorobę. Nie potrafi  często zrozumieć, dlaczego musi cierpieć i dlaczego nie może przebywać w domu. Białe fartuchy często budzą nieufność, a obco wyglądające ściany potęgują poczucie zagubienia. Oddziały dziecięce powinny być miejscami wyjątkowymi: niekoniecznie dzięki kolorowym ścianom i puzzlom w świetlicy, ale przede wszystkim dzięki pracującym na nich ludziom! 

Zawód lekarza czy pielęgniarki jest profesją wyjątkową. Ratowanie ludziom życia i pielęgnowanie ich podczas choroby wymaga bowiem nie tylko ogromnych umiejętności, ale też empatii, życzliwości, poświęcenia... Pracując w tym zawodzie na oddziale dziecięcym tego wszystkiego potrzeba jeszcze dziesięć razy tyle! Owszem, z dziećmi w szpitalach często są rodzice, ale to nie oznacza, że mają oni przejmować obowiązki personelu ani też nie zwalnia personelu z okazywania ludzkich odruchów.. A wystarczyło mi raz być z dzieckiem w szpitalu, by odnieść wrażenie, że rodzice przebywający na oddziale z dziećmi, mają zastąpić personel... Szkoda tylko, że "w zamian" zapewnia się im spanie na podłodze lub leżaku ogrodowym płatne 10 zł za dobę...
A co jeśli rodzice w szpitalu pozostać nie mogą albo dziecko po prostu ich nie ma?...

Wtedy sytuacja chorego dziecka może wyglądać właśnie tak jak sytuacja Zosi przebywającej w szpitalu w Łukowie: pielęgniarki NIE MAJĄ CZASU jej przewinąć, NIE MAJĄ CZASU przy niej na chwilę usiąść i pogłaskać po główce, NIE MAJĄ CZASU przebrać jej pościeli a nawet podać jej posiłku! Pielęgniarki nie mogą przecież ciągle zajmować się jednym dzieckiem! 

To ja wam powiem, na co mają czas NIEKTÓRE pielęgniarki! Na oddziale patologii noworodka, na którym przebywa 8 maluszków, w tym 6 z mamami, pielęgniarki mają czas malować paznokcie! Mają czas oglądać szpilki na allegro i plotkować o wakacjach w Turcji. Mają czas pić kawkę i obgadywać swoich mężów. Mają też czas prowadzić prywatne rozmowy przez telefon i czytać gazety. A żeby ten czas mieć mogą na przykład płaczącemu maluszkowi zawiązać pod bródką pieluszkę tetrową, żeby "podtrzymała" smoczek - uspokajacz. Mogą nie podchodzić do płaczącego maluszka przez 20 minut, a chcącej go uspokoić innej mamie zabronić tego, bo takie są procedury... Mogą "zapomnieć" podać antybiotyk, jeśli mama małego pacjenta sama im o tym nie przypomni, a opatrunki mogą kazać mamie zmieniać samej. Spytacie skąd to wiem - ano z mojego pobytu z Szymonem na patologii noworodka. To są autentyczne przykłady.

Ja wiem, ja rozumiem, że pielęgniarki naprawdę nie mają łatwej pracy. Jestem świadoma tego, że nie mają "szałowych" pensji. Wierzę w to, że zdarza się, iż naprawdę zajmują się akurat innym dzieckiem, kiedy drugie płacze czy zrobi kupę i wymaga przewinięcia. Jest też wiele pielęgniarek z powołania, które swoją pracę traktują nie na zasadzie - przyjść, odpękać i iść do domu - ale na zasadzie: robię to, co kocham i wiem, jak ważna jest moja praca i moje podejście dla pacjentów. Jednak nikt mi nie wmówi, że takie sytuacje, jak sytuacja małej Zosi albo takie przykłady jak te, które przytoczyłam powyżej są normalne w pracy pielęgniarki! A tym bardziej na oddziale dziecięcym...

Oczywiście: dom dziecka również zawinił. Brak jakiegokolwiek zainteresowania podopieczną, która przebywa w szpitalu jest karygodne. To jednak nie zwalnia personelu oddziału z obowiązku pielęgnowania 13-miesięcznego dziecka...  A temat domu dziecka, to temat na inny wpis - o tym, jak przestarzały i nieprzyjazny dzieciom jest w naszym kraju system opieki nad sierotami i dziećmi, którymi z jakichś powodów nie mogą zajmować się rodzice...

Kto więc powinien pracować na oddziale dziecięcym? Na pewno nie osoby, które tłumaczą nienakarmienie dziecka i pozostawianie go przez dłuższy czas we własnych odchodach brakiem czasu. Na pewno nie osoby "chorujące" na znieczulicę. Na pewno nie osoby bez powołania. Na pewno nie takie, które po założeniu białego fartucha przestają odczuwać współczucie, empatię i życzliwość i zapominają, czym jest człowieczeństwo...

Mam nadzieję, że zacznie się wreszcie wyciągać konsekwencje wobec personelu medycznego zaniedbującego swoje obowiązki, wprowadzającego w błąd rodziców dzieci, nie udzielającego im informacji. Wobec lekarzy wypraszających rodziców z obchodu i pielęgniarek obarczających ich swoimi własnymi obowiązkami. A może przyjdzie kiedyś czas, kiedy na studiach pielęgniarskich zacznie się uczyć współodczuwania, życzliwości, poważnego i ciepłego  podejścia do pacjenta nawet, jeśli ma on tylko kilkanaście miesięcy...
Dziś będąc świadkiem tego, co widziałam na patologii noworodka czy gdybym była na jakimkolwiek innym oddziale, zrobiłabym to samo, co te matki: wzięła do ręki telefon i wszystko nagrała.

Poczytajcie TUTAJ i TUTAJ.
18:28

Co powiem mojej córce o byciu kobietą...

Napisała , w
Każda epoka miała swój ideał kobiety. Teraz też się go szuka i lansuje na przemian hołdując kształtom XXL i XXS. W Internecie pod zdjęciami jednych i drugich aż się roi od jadowitych komentarzy.Podobno kobieta kojarzy się z pełnym biustem, czerwoną szminką i szpilkami. Słyszałam też, że jak zostaje matką to dres pozbawia ją kobiecości. Wiele różnych rzeczy słyszałam o kobietach i mało która mnie dotyczy, a przecież...jestem kobietą!


Lubię nosić trampki i dżinsy, a szpilki najchętniej noszę po domu - mniej ryzykuję złamaniem nogi i wzbudzeniem salw śmiechu. Włosy najczęściej wiążę w koński ogon, a makijaż robię tylko, gdy gdzieś wychodzę. Kiedyś umalowałam usta czerwoną szminką - poczułam się jak clown. Jestem kobietą.

Moja skóra po ciąży jest rozciągnięta jak guma do żucia a biust jest w takiej formie, że mogłabym go zaopatrywać w sklepach dla nastolatek (tych bardzo młodych nastolatek...). Tu i ówdzie lśnią rozstępy, a rozmiar z normalnego S zmniejszył się po karmieniu piersią na XS. Mówią, że jestem wieszakiem. A ja jestem kobietą.

Moją bluzkę czasem zdobią plamy po czekoladzie i jogurcie, a spodnie ślady po małych bucikach. Na ogół mam pod oczami wory wielkości tych od ziemniaków. Wstając o szóstej w nosie mam make-up i modelowanie włosów. Cieszę się, jak zmobilizuję się, by zjeść porządne śniadanie. Rąbię drewno i nawet to lubię. Jestem kobietą.

Moje dłonie są przynajmniej o 10 lat starsze ode mnie, a stopy noszą ślady odmrożeń. Nie cierpię malować paznokci i nie umiem tego robić. A jak już mi się uda, to i tak lakier schodzi po umyciu  trzech partii garów Moja cera ma chyba wszystkie problemy świata i w życiu nie byłam u kosmetyczki. Czasem nie reguluję brwi tygodniami. I jestem kobietą.

Lubię posłuchać dobrego rocka i kręcą mnie tatuaże. Nie za bardzo umiem tańczyć. Mam dziwne poczucie humoru i słabość do motocykli. W domu mam jeden kwiat doniczkowy, który nie wymaga regularnego podlewania i nie rajcują mnie ani nowe firany, ani setna para butów. A jednak jestem,  do diabła, kobietą!

***

Moja córka ma 7 lat. Widzę jak bawi się różowymi kucykami i lalkami Barbie, a za chwilę biegnie z kuzynem wspinać się na drzewa. I to jest piękne. 
Będę powtarzać jej każdego dnia, aby nie dała się zamknąć w sztywnych ramach stereotypów i konwenansów, Tak samo jak ja nie mam zamiaru dać się im ograniczać. 
Będę jej powtarzać, że nie ma jednego ideału kobiety - każda z nas może nim być dla siebie. Żaden kolor szminki, krągłości ani ich brak, żadne trzepoczące rzęsy nie definiują naszej kobiecości a już na pewno nie sprawią, że poczujemy się kobiece, jeśli nie odnajdziemy tego poczucia we własnym wnętrzu...
Powiem jej, że bycie kobietą to ciepło i siła, to wrażliwość i wytrwałość, radość i smutek, to miłość i złość. To wszystkie emocje, które w sobie odnajdzie. Kobiecość to bycie szczęśliwą z samą sobą, nawet jeśli czasem życie przynosi trudne chwile i łzy.
Powiem jej, że nie musi nosić szpilek i czerwonych sukienek. Nie musi nawet lubić kwiatów. Bo najszczęśliwszą kobietą będzie, będąc po prostu sobą...
21:39

Tata na odległość

Napisała , w
W życiu moich dzieci tata od samego początku był bardzo ważny. Tak samo ważny jak mama. Opiekował się nimi na równi ze mną i budował mocną więź pomiędzy sobą a maluchami. Życie jednak pisze różne scenariusze i prawie 10 miesięcy temu stał się tatą na odległość. O tym,jak przeżywają to dzieci, jak ja, a jak on sam  i czy rzeczywiście jest tak, że wyjazd zabiera dzieciom ojca...


Czytając albo słuchając o tym, jak to tatusiowe nic nie robią przy dzieciach albo jak mamusie im to uniemożliwiają, zwykle uśmiechałam się do swoich myśli. U nas nigdy nie było podziału na lepszą i mądrzejszą mamę i tatę, który na pewno nic nie wie o pielęgnacji i wychowaniu dzieci. Tata od samego początku angażował się w opiekę nad Julką i Szymkiem i wychowanie ich - począwszy od obecności przy porodach, przez kąpanie i przewijanie aż po wspólne zabawy i rozmowy o tym, co jest dla nas ważne w wychowaniu dzieci. To on niejednokrotnie "wiedział lepiej", co czasem strasznie mnie irytowało - a jakże! Jednak mimo to radość z takiego stanu rzeczy była większa niż irytacja. I mimo wyjazdu właściwie niewiele się zmieniło...

Decyzja o wyjeździe była dla nas trudna przede wszystkim ze względu na dzieci. Oczywiście łatwo mówić: trzeba było się nie decydować na wyjazd. Są tacy, którzy tak mówią i mają rację. Można było się nie decydować, tylko że niestety czasami trzeba wybierać pomiędzy złem i mniejszym złem albo pomiędzy stagnacją i frustracją, a ryzykiem i działaniem. Jak zwał tak zwał. Ojcowie wyjeżdżają do pracy nie od dziś. Ten, kto nie ma z tymi wyjazdami do czynienia, pewnie nie zwrócił uwagi na fakt, że jakoś nigdy nie dyskutowało się tak głośno o wyjazdach ojców marynarzy, żołnierzy, biznesmenów, handlowców do pracy daleko od domu, a za to odkąd jest możliwość wyjazdów zwykłych szarych ludzi dyskutuje się o tym zajadle i raczej brak zrozumienia takiego jak dla pracy mężczyzn, która od zawsze wiąże się z opuszczaniem domu na dłużej... No ale idąc do meritum: decyzja została podjęta. Tata wyjechał a dzieci zostały ze mną i z tęsknotą, z którą trzeba sobie radzić. Tata stał się tatą na odległość, który wcale nie musi być tatą nieobecnym i dalekim.

Jasne - to nie to samo, co być tu na miejscu każdego dnia. Nie widzą się, słyszą tylko przez telefon, nie mogą się przytulić najczęściej przez prawie 2 tygodnie. Jednak to nie musi oznaczać, że oddalą się od siebie i ich więź się osłabi. Gdyby tylko wszyscy tatusiowie będący na miejscu tak dbali o swoje relacje z dziećmi, jak ci na odległość... Czy taki tata, który pracuje na dwa etaty w kraju i wraca do domu wykończony tylko po to, by się wyspać ma mocniejszą więź z dziećmi? Sami sobie odpowiedzcie...

Dzieci tęsknią. To nie ulega wątpliwości. Tata tęskni za nimi i to bardzo. On ma o tyle trudniej, że jest tam sam w obcym środowisku. My zawsze mamy siebie i te katy, które znamy. Nie ma jednak płaczu za każdym razem jak tata jedzie. Nie ma buntu ani trzaskania drzwiami. Nie ma obwiniania taty czy mamy. Nie ma mniejszej miłości. Czekają na każdy przyjazd taty z niecierpliwością (mamy specjalny kalendarz, w którym skreślamy dni), a on zaraz po przyjeździe w środku nocy idzie zajrzeć do ich łóżeczek. Nasze codzienne, długie rozmowy w 3/4 dotyczą dzieci. Staram się, by wiedział o nich wszystko na bieżąco, a jeśli czegoś zapomnę, to on sam się o tę wiedzę upomina. Wspólny weekend, tak wyczekiwany jest dla nas wszystkich świętem, ale świętem pełnym normalności. Nie tworzymy sztucznej atmosfery. Tata pozostaje tatą: są zabawy, wygłupy, rozmowy, ale jak trzeba to też zwrócenie uwagi czy poważna dyskusja o problemach. Czasem mam wrażenie, że w ten weekend co dwa tygodnie spędza z dziećmi więcej wartościowego czasu niż niektórzy ojcowie będący w domach na co dzień spędzają ze swoimi przez cały tydzień...

Od początku szczerze rozmawialiśmy z dziećmi o wyjeździe. Szymek miał 2 latka, a Julka 6, ale my uważaliśmy, że nie są za mali na to, by im to po prostu wyjaśnić. Wiedzą, że nasza sytuacja w Polsce była trudna i że chcemy zapewnić sobie i im własny kąt. Wiedzą też, że ta rozłąka potrwa tylko tyle, ile będzie konieczne. Nie obawiam się, że apetyt będzie rósł w miarę jedzenia. Mamy jasny i konkretny cel. Lękaliśmy się bardzo reakcji dzieci, ale okazało się, że one są w stanie zrozumieć więcej niż nam się wydaje. Ja jestem pewna, że choć na pewno tęsknią i nie jest im łatwo bez codziennej obecności taty, rozumieją...

Robimy wszystko, żeby ta rozłąka mogła trwać jak najkrócej. Nie chcemy luksusu ani kokosów. Chcemy być razem tak samo jak każda, kochająca się rodzina. Nie planujemy jednak zamieszkać na stałe za granicą - tu jest nasz dom, nasi bliscy, nasze wspomnienia - dlatego nie rozważamy wyjazdu do taty. To nie jest nasz sposób na życie. To po prostu praca, by zapewnić nam lepszą przyszłość.

Nie będę kłamała, że nie mam wątpliwości i że nie jest mi czasami zwyczajnie przykro i ciężko. On nie musi nic mówić - wiem, że niejednokrotnie czuje to samo. Niestety życie nie jest czarno - białe i przynosi nam różne sytuacje, których wcześniej nie potrafiliśmy sobie nawet wyobrazić. Gdyby było tak, że nasze decyzje nie są obarczone żadnymi poświęceniami, dorosłe życie byłoby idealne. A nie jest. Wierzę jednak, że więź, jaka łączy rodzinę potrafi przetrwać niejedną burzę i niejedną rozłąkę. Potrafi nawet ją wzmocnić.

Decyzję o wyjeździe podjęliśmy wspólnie, a ja jako mama, która została tutaj z dziećmi staram się postępować tak, aby pomóc w budowaniu relacji tata - dzieci, mimo tej odległości. Często rozmawiamy o tacie, nie ignoruję żadnych pytań dzieciaków,wspólnie planujemy weekendy. Zachęcam też maluchy do rozmawiania z tatą przez telefon. Razem robimy laurki i piszemy listy, które potem tata dostaje w dniu przyjazdu do domu. Wiem, że one potrzebują teraz znacznie więcej mojej uwagi i czułości, co same okazują. A gdy przyjeżdża tata... Cóż, często po prostu pozwalam im cieszyć się sobą, a my dyskutujemy po dwóch tygodniach rozłąki zarywając noce...

Wiem, że czyta mnie wiele dziewczyn, które znalazły się w podobnej sytuacji, a setki nieznajomych przeżywa w tej chwili to samo, co my. Rzeczywistość w jakiej żyjemy sprawia, że coraz więcej jest ojców na odległość. Obserwując moje dzieci i ich relacje z tatą przez 10 miesięcy rozłąki wiem, że można być dobrym tatą na odległość, można nadal budować mocną relację i być obecnym w życiu dzieci. Jestem pewna, że moje dzieci czują dokładnie to samo. 

A jak tata wróci do domu na dobre, to nie mam wątpliwości, że  ta więź będzie i będzie mógł dalej spokojnie umacniać ją będąc z dziećmi na co dzień.

P.S. Julka widzi, że piszę o tacie. "Mama ja w tacie widzę miłość!" - oznajmia...
21:28

Czego NIE CHCĘ nauczyć swoich dzieci?

Napisała , w
Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że uczymy dzieci życia, a one chłoną nasze zachowania i nawyki, niczym gąbki. Chcielibyśmy przekazać swoim pociechom wszystko, co najlepsze, ale... nie oszukujmy się - nie jesteśmy ideałami... Każdy z nas ma "za uszami" takie rzeczy, których nie chciałby nauczyć swoich dzieci... Oto moja lista...

Palenie papierosów... Grzegorz jest palaczem nałogowym, ja tylko okazjonalnym, ale nie chciałabym, by moje dzieci były ani jednym ani drugim. Oczywiście łatwo jest mówić o rzucaniu tym, którzy problemu nie mają... Ja jednak pisząc ten tekst uroczyście sobie przysięgam nie szukać okazji do puszczania dymka! 

Zamiłowanie do gazowanych napojów ... No uwielbiam! Podobno dwutlenek węgla uzależnia i coś w tym jest! Pośród kilku moich "brzydkich" nawyków ten zdecydowanie przoduje... Mogłabym wypić 1,5 litra coli prawie na poczekaniu... Oczywiście staram się to ukrywać przed dziećmi (pamiętacie, jak się ucieszyłam, gdy Szymek stwierdził, że mój gazowany napój pomarańczowy to olej i on nie może go pić ;)?), ale nie zawsze mi się to udaje...

Ignorowanie śniadań... Paskudny nawyk, którego trudno się pozbyć.Rano mój apetyt jest prawie na poziomie zero, a skutecznie zabija go duża kawa przed posiłkiem. Staram się bardzo jednak jeść te poranne posiłki razem z dziećmi, ale różnie mi to wychodzi.. 

Zamykanie się w sobie... Niestety to mój duży problem. Dorzuciłabym do niego kłopoty z asertywnością i przemilczanie większości denerwujących mnie czy bolesnych spraw. Pomijam fakt, że to niezdrowe dla serca i całej reszty organizmu, ale odbija się niestety też na codziennym życiu: emocje trzymane bez przerwy na wodzy, tłumienie trudnych spraw w sobie, trudności z otwartym wyłożeniem swoich racji oko w oko; to wszystko sprawia, że łatwo wpaść w przygnębienie i niemoc. Z tym też walczę - między innymi poprzez blog :).

Trudności z nawiązywaniem przyjaźni... Przyjaźni - nie znajomości, bo znajomości nawiązuję łatwo. Niestety po kilku przykrych sytuacjach, stałam się bardzo nieufna i zawsze zostawiam pewien dystans pomiędzy sobą a poznawanymi ludźmi. No i nie mam takiej przyjaciółki, z którą można pójść na zakupy, zarwać noc na gadaniu czy wyrwać się na kawę podrzucając dzieci babci... Chciałabym, aby moje dzieci miały przyjaciół. Takich prawdziwych.

Brak wiary w siebie... Oooooj mam z tym problem odkąd pamiętam. Motywowana przez najbliższych ja zawsze wiem swoje - "na pewno się nie uda". O dziwo wielokrotnie się właśnie udaje: zdać maturę, egzamin na technika, poradzić sobie z dwójką dzieci, gdy mąż wyjeżdża do pracy, a nawet szybko urodzić ;). Mimo to moja wiara we własne siły wciąż jest na zbyt niskim poziomie... Wciąż uczę się ją budować, bo ... to trzeba odnaleźć w sobie. Czasem nawet wsparcie innych niewiele pomaga. Dziś zrobiłam kolejny mały krok (zdałam egzamin, który jawił mi się jako niemożliwy do zdania za pierwszym razem)  i mam nadzieję, że wkrótce będą kolejne...

Każdy z nas, rodziców, ma swoje słabości, wady i problemy. Niektóre możemy oczywiście potraktować z przymrużeniem oka, ale nad innymi warto pracować. Dzieci są najlepszym "napędem", który motywuje do walki z nimi - bo przecież chcemy, by te małe istoty nauczyły się od nas tylko tego, co pozytywne! Zatem walczę - dla nich i dla siebie.
16:19

Tobi - mały człowieczek, który uczy, jak żyć. [+KONKURS]

Napisała , w
Tobi to dwunastoletni chłopiec, którego szczęśliwe życie przewraca się pewnego dnia do góry nogami. Musi ratować najbliższych i walczyć o przetrwanie swojego ukochanego miejsca na ziemi - tym miejscem jest drzewo, a Tobi ma półtora milimetra wzrostu... Pełna magii książka, która uczy, jak żyć, by nie zniszczyć tego, co mamy najcenniejsze.


Książki Timothee de Fombelle są przeznaczone dla starszych dzieci i młodzieży. W takim razie ja nigdy nie dorosłam i nie chcę dorastać!

Francuski autor zabiera nas do niezwykłego świata, w którym żyją liliputy, a domem dla nich jest drzewo. Maleńcy ludkowie żyją w dziuplach, szczelinach i drążą swoje domy w gałęziach drzewa, jeżdżą na oswojonych mrówkach, a największym zagrożeniem są dla nich ptaki i...Jo Mitch. Drzewny "przedsiębiorca" postanowił zbić fortunę na sokach płynących wewnątrz drzewa nie bacząc na to, że przez swoją chciwość niszczy lilipuci świat... Ojciec Tobiego - Sim Lolness jest naukowcem, który odkrył, jaka moc mają soki drzewa i próbuje nie dopuścić do tego, aby zostały wykorzystane w niecnych celach a drzewo zniszczone. Jo Mitch zrobi wszystko, by posiąść wiedzę Sima, a Tobi, by uratować rodziców przed tym bezlitosnym i zachłannym człowiekiem. Tobi pozna także siłę przyjaźni i lojalności, niszczącą moc pieniądza i po raz pierwszy się zakocha...

W drugiej części powieści "Tobi. oczy Eliszy"Tobi wraca do krainy Drzewa, aby ratować rodziców i swoją przyjaciółkę Eliszę. Rzeczywistość, jaką zastaje, przeraża go: drzewo usycha, banda Jo Mitcha rządzi do spółki z Leo Blue - dawnym przyjacielem Tobiego, który teraz ściga go wraz z bandą Mitcha. Tobi jednak nie poddaje się - musi odnaleźć porwaną przez Leo Blue Eliszę i więzionych przez Jo Mitcha rodziców. Czy mu się uda? Czy ma jeszcze prawdziwych przyjaciół? Czy uratuje Drzewo i swoich najbliższych? Dowiecie się czytając obie części książki!


Wartka akcja, niesamowicie przemawiający do wyobraźni opis Drzewa i wyraziści bohaterowie - to niewątpliwe zalety tej książki. Jednak niemniej ważne jest przesłanie, jakie za sobą niesie - brak szacunku do natury i zachłanne jej wykorzystywanie może mieć opłakane skutki...
Ekologiczne przesłanie, jakie ma dla nas Tobi to jednak nie wszystko, co przekazuje nam ten mały bohater: uczy nas także jak zgubna bywa władza i gonitwa za pieniędzmi, a jak ważna jest w życiu rodzina, przyjaźń i miłość. 

Książki polecam zarówno dla starszych dzieci, do wspólnego czytania z tymi młodszymi, jak i jako wieczorną lekturę dla dorosłych! Ja nie mogłam się oderwać!

Z niecierpliwością oczekuję na ekranizację przygód Tobiego - prawa do niej wykupiła już wytwórnia Amber Entertainment.
Książka została przetłumaczona już na 29 języków i nagrodzona prestiżową nagrodą Prix Saint - Exupery w 2006 roku dla najlepszej powieści dla młodych czytelników.

Timothee de Fombelle "Tobi", "Tobi, Oczy Eliszy", Znak Emotikon. Książki kupicie TUTAJ i TUTAJ.






















KONKURS!
Możecie wygrać pierwszą część przygód Tobiego! 

Wystarczy, że polubicie facebookowy profil bloga Wokół dzieci oraz profil Znak Emotikon, polubicie i udostępnicie plakat konkursowy oraz odpowiecie na pytanie:
"Jakie mogą być plusy bycia tak maleńkim jak Tobi?"

Odpowiedź, która najbardziej mnie rozbawi albo zaskoczy, zostanie nagrodzona książką!

Bawimy się do 7.03.2015 do północy. 
Wyniki w ciągu 3 dni.

[Facebook nie ma nic wspólnego z organizacją tego konkursu.]

WYNIKI:

Książkę wygrywa Honia Krzyżańska.

Zgłoś się do mnie podając adres do wysyłki w ciągu 7 dni: szymusiowa@gmail.com.

Post Top Ad

INSTAGRAM @ola_greszcz