Post Top Ad

Przeprowadzka pokazała mi, o co chodzi w życiu...

Trzeci raz zabieram się za napisanie tego wpisu. Myślę sobie: "Czas ujawnić moim czytelniczkom choć część mich wrażeń z przeprowadzki". Ale okazuje się, że to trudniejsze niż myślałam...

W haśle"PRZEPROWADZKA" kryje się tak wiele emocji, że trudno ubrać je w słowa... To nie była takie zwyczajna zmiana miejsca zamieszkania jak to czasem bywa. To coś znacznie więcej...



Okej, napisałam wstęp i ... dalej siedzę i dumam nad resztą tego wpisu... Gapię się w okno, za którym jest teraz zupełnie inny widok niż przez minione dziewięć lat. Słucham odgłosów dobiegających z dołu: ludzi, o których wiem na pewno, że są mi życzliwi. Rozglądam się po tym mieszkaniu, w którym wszystko zrobiliśmy własnymi rękami. Wdycham zapach drewna, lakieru i farby. Idę coś tam jeszcze wyjąć z kartonu i ułożyć, coś poprawić, przestawić... Zupełnie tak, jak przestawiłam swoje życie... Do góry nogami!

Musiałabym wam napisać bardzo, bardzo, ale to bardzo grubą książkę, żeby wyjaśnić wszystko jak, po co i dlaczego... Bo tego nie da się wyjaśnić  jednym wpisie na blogu ani nawet w dziesięciu. Zresztą jestem przekonana, że w pewne rzeczy i fakty byście mi nie uwierzyli...

"To jednak się nie budujecie?" - posypały się pytania. Co zabawne zwykle pytają ci, którym budowa domu jawi się niczym bułka z masłem, a sami mieszkają u rodziców albo wynajmują... No cóż... Też myślałam, że to całkiem proste. Idziesz do banku i dostajesz 250 tysięcy albo lepiej: dostajesz 100 tysi i starcza ci na wybudowanie chaty i jeszcze jej umeblowanie. Normalnie bajka! Kto by nie chciał! Życie jednak nie jest takie różowe. 

Nie dostaliśmy kredytu na budowę. Z jedną pensją daleką od średniej krajowej nie było opcji. I znaleźli się następni mądrzy: "Dawno mogłaś pracować!".Mówią zwykle ci, którzy mają przedszkole pod nosem albo babcię na emeryturze. Obecnie mam już CV w kilkunastu miejscach. Wcześniej nie miałam szans zgrać opieki nad dziećmi z pracą moją i Grześka. Zresztą o sytuacji na rynku pracy wiejskich matek napisałam kiedyś dość poczytny tekst: Czy wiejskie matki nie chodzą do pracy z lenistwa?


Ale wiecie, co wam powiem? Cieszę się! Cieszę się, że nam nie dali tego kredytu i znaleźliśmy inne rozwiązanie. Widząc, ile wydaliśmy na zrobienie mieszkania na poddaszu i ile wyrzeczeń kosztuje nas spłacanie tego kredytu, który mamy, autentycznie współczuję ludziom z hipoteką na pół życia. To jest cholernie ciężkie życie z takim pętem na szyi. Rozumiem was, bo gdybym dostała tak duży kredyt, to już bym go spłacała teraz, ale jednocześnie bardzo wam współczuję!


Tam, gdzie mieszkaliśmy, nie mogliśmy zostać. Z wielu powodów. Jednym z nich były ogólne warunki: mieszkanie zrobione w budynku gospodarczym było w coraz gorszym stanie. Wymagało ono gruntownego remontu, a nie było warto nam go robić chociażby dlatego, że nie było ono naszą własnością. Walczyliśmy bezskutecznie z wchodzącą do budynku wilgocią. Brakowało nam i miejsca i poczucia stabilizacji. Brakowało perspektyw. Brakowało pomysłu, jak ruszyć z martwego punktu, w jakim się znajdowaliśmy. Od paru lat tłukliśmy się z tym dylematem.  Grzegorza wyjazd do Niemiec też był spowodowany pragnieniem, a właściwie potrzebą posiadania własnego kąta. Bo to nie było marzenie, żeby mieszkanie w bloku zamienić na dom z ogródkiem, tylko potrzeba posiadania jakiegokolwiek własnego miejsca: suchego, czystego, bez obawy, że wiatr zerwie nam dach albo belka pęknie do końca i spadnie nam na głowy...

Aż pewnego letniego dnia ktoś z nas palnął w rozmowie u moich rodziców: "A może strych? Przecież stoi pusty!". Jak się okazało te najprostsze pomysły często przychodzą do głowy najpóźniej, a jednocześnie są najlepsze. Tak było i tym razem.


Już kiedyś przymierzaliśmy się do zagospodarowania tego poddasza, ale pomysł jakoś upadł, a my kolejne lata się męczyliśmy i biliśmy z myślami, co zrobić. Dwa lata rozłąki nie przyniosły efektu, bo weszło prawo mówiące o tym, że kredyt można wziąć tylko w walucie, w jakiej się zarabia, więc na hipotekę w złotówkach nie mogliśmy liczyć, a odłożyć z "super-hiper" zagranicznej pensji też się nie dało aż tyle...  Nasza frustracja rosła... Nawet poprawa zarobków po powrocie do Polski nie pomogła... Był już wybrany projekt, były załatwione papiery do budowy w urzędach, była działka zapisana na nas... I dalej: czarna dupa. 

Więc chyba pierwszy raz w swoim życiu podjęliśmy decyzję niemal spontaniczną: postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Zweryfikowaliśmy swoje marzenia i plany sprowadzając je do tego, co rzeczywiście realne i co dla nas dobre. Nie musimy mieć nowego domu wybudowanego na kredyt, żeby poczuć się u siebie i być szczęśliwi!

Od decyzji do działania upłynął miesiąc, a od rozpoczęcia remontu do zmaieszkania cztery. Zaczęliśmy w czerwu, a pamiętnego 11 listopada przewoziliśmy rzeczy. Właściwie wszystko od ścian, okien podłóg, przez centralne ogrzewanie, instalację wodno - kanalizacyjną po malowanie zrobiliśmy sami. Z małą pomocą najbliższych, ale głównie włąsnymi rękami. Stwierdziliśmy, że wóz albo przewóz: robimy i co wyjdzie to wyjdzie. Grunt, że będziemy u siebie, w suchym, bezpiecznym mieszkaniu i w otoczeniu życzliwych ludzi. Tu pisałam o naszych początkach: Adaptacja poddasza na mieszkanie Teraz nie mamy jeszcze drzwi, parapetów, listew przypodłogowych, a meble to stare graty, ale szczerze mówiąc mam to w dupie. Liczy się coś zupełnie innego!


To, co zrobiliśmy własnymi siłami, ta zmiana priorytetów, to bycie bardzo razem, wspieranie się nawzajem - to wszystko jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło i pokazało, że jak się jest naprawdę RAZEM można zrobić bardzo wiele, a dom jest tam, gdzie jesteśmy razem...

I jeszcze jedno: w życiu chodzi o to, by nie bać się i umieć zaczynać od nowa. Warto!


P.S. Wiem, że czekacie na więcej zdjęć, ale pozwólcie, że jeszcze troszke się ogarnę zanim pokażę wam nasze poddasze w całej okazałości! W kolejnym wpisie - obiecuję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram