Post Top Ad

14:07

Zdrowy sen dziecka - dlaczego jest tak ważny i jak o niego zadbać?

Napisała , w


Moja babcia zawsze mówiła, że "jak dziecko śpi, to rośnie" i coś w tym jest! Odpowiednio długi, zdrowy sen jest niezwykle ważny w rozwoju każdego dziecka! Sen to czas regeneracji organizmu, a wypoczęty organizm ma siły, by rozwijać się, rosnąć, bawić się i pracować. Dlatego bardzo ważne jest to, by zadbać o odpowiednio długi i zdrowy sen naszych pociech. 


Ile powinno spać dziecko? Jakie warunki należy mu zapewnić? W co ubrać malucha do spania? Odpowiedzi znajdziesz w tym tekście!




1. ILE POWINNO SPAĆ DZIECKO?

Zależy to oczywiście od wieku dziecka. 
- maluszek w wieku 4-12 miesięcy powinien przesypiać 12-16 godzin, 
- dziecko w wieku 1-2 latka powinno spać 11-14 godzin,
- 3-5-latek powinien spać 10-13 godzin,
- uczeń w wieku 6-12 lat powinien przesypiać 9-12 godzin,
- nastolatek 13-18-letni powinien spać nadal dłużej niz dorosły, bo 8-10 godzin.
[źródło: parenting.pl]

Zapytajmy siebie teraz, czy nasze pociechy mieszczą się w tych normach? Oczywiście nie chodzi tu o bardzo restrykcyjne przestrzeganie tych zaleceń co do minuty, ale przynajmniej mniej więcej. Ja przyznaję się bez bicia, że sporo nam brakuje do prawidłowej ilości snu u Julki i Szymona... Najczęściej śpią tylko ok. 8 godzin i widać, że im tego snu brakuje... Moje dzieci to niestety nocne Marki i bardzo trudno jest je zagonić wieczorem do łóżek. Po przeprowadzce, kiedy maja oddzielne pokoje, postanowiliśmy nad tym mocno popracować i powoli widać postępy...


2. JAKIE WARUNKI DO ZDROWEGO SNU POWINNIŚMY ZAPEWNIĆ DZIECIOM?


Przede wszystkim przewietrzone pokoje, nie za suche i nie za wilgotne powietrze, oddychająca pościel. Warto zadbać o wygodne łóżka czy materace. Najlepsze jest przyciemnione światło a idealna zupełna ciemność, ale wiadomo, że są dzieci, które nie zasną zupełnie po ciemku i wtedy dobrym rozwiązaniem jest lampka nocna z delikatnym światełkiem. 

Oprócz warunków, jakie powinny panować w pokoju, gdzie śpią milusińscy, niemniej ważne jest to, jakie będą miały przed snem samopoczucie. Kluczowe tu jest wyciszenie malucha i unikanie głośnych kreskówek, a już Broń Boże gier komputerowych krótko przed spaniem. Warto też pamiętać o tym, by zapełnić brzuszek kolacją na ok. 3 godziny przed snem.

****

Muszę przyznać, że kwestia wyciszenia dziecka przed snem nie zawsze jest dla mnie prosta. Przeszkadzaczami bywają szczególnie bajki. Te współczesne niestety są coraz bardziej pobudzające, agresywne, z nadmiarem bodźców, więc nawet tradycyjna dobranocka przed snem może przynieść odwrotny skutek niż powinna...
Temat bajek to jednak temat rzeka. Wkrótce poruszę go w osobnym wpisie na blogu.

****




3. JAKIE RYTUAŁY POMOGĄ DZIECKU ZASNĄĆ?

Każda mama ma swoje sposoby. Niemowlę lubi być kołysane czy przytulić się do piersi, niezastąpiona jest też cieplutka kąpiel albo relaksujący masaż,  ale starsze dzieci też lubią mieć swoje rytuały przed snem. U nas tradycją jest czytanie bajek. Dzieciaki same wybierają z biblioteczki, ktorą książeczkę przeczytamy i zwykle nie kończy się na jednej. Ostatnio na topie są u nas nowości Wydawnictwa Wilga - nowe wydania klasycznych baśni Andersena, o których wkrótce napiszę więcej na blogu. 

***

A jakie wy macie rytuały na dobry sen? Pamiętacie o wyciszeniu dziecka?

***


4. W CO UBRAĆ DZIECKO DO SNU?

Ubranie do snu powinno być przede wszystkim wygodne i nie krępujące ruchów oraz przewiewne. Doskonale sprawdza się tutaj bawełna, ale naszym ostatnim odkryciem jest naturalna wełna merino. Okazuje się, że dzięki swojej wyjątkowej delikatności i właściwościom świetnie nadaje się na koszulki nocne czy piżamki.

Co takiego szczególnego jest w wełnie z merynosów? 

Przede wszystkim jako tkanina w 100% naturalna! Jest wyjątkowo mięciutka i delikatna, nie gryzie, nie drapie, nie powoduje podrażnień. 
Ponadto posiada właściwości termoregulacyjne, więc jeśli jest ciepło, ochładza ciało, a jeśli jest zimno,doskonale je ogrzewa. 
Kolejna jej właściwość to niesamowite wchłanianie wilgoci. Absorbuje pot, nie pozwlając by zostawał na ciele i wychładzał organizm.
I jeszcze jedna bardzo ważna właściwość - szczególnie dla mam małych alergików i dzieci z wrażliwą skórą - wełna merino nie gromadzi bakterii i alergenów.

***

GREEN ROSE - wełna merino prosto z Litwy

GREEN ROSE to litewska marka, która w swojej ofercie ma produkty z naturalnej wełny merynosów począwszy od pieluszek wielorazowych, poprzez wyprawkę dla maluszka po ubranka dla starszych dzieci i dorosłych. Ubranka są szyte ręcznie i projektowane z ogromna starannością. Powstają nie tylko z wełny merino, ale też z bambusa, konopii, bawełny organicznej i weluru. Więcej informacji znajdziecie na stronie internetowej: GREEN ROSE

***

JULIA I SZYMON NOSZĄ WEŁNĘ MERINO


W nasze ręce, a właściwie do Julii i Szymona trafiły koszulka nocna oraz piżamka z wełny merino.  Nie lubię wełny! Drapie, podrażnia i powoduje u mnie kichanie... Szczerze mówiąc obawiałam się, ż z ubrankami GREEN ROSE też tak będzie i nie pomyślałam, że wełna merino będzie bardzo podobna do tej zwyczajnej wełny. Tymczasem jest ona mięciusieńka i baaaaardzo miła w dotyku.! Szalenie mnie to zaskoczyło! Fajne, proste, wygodne fasony są w sam raz dla dzieci, które - nieukrywajmy - bywa, że nawet wieczorami kipią jeszcze energią. Julka i Szymon naprawdę chętnie noszą swoje "merynoskie" piżamki, a dla mnie też jest istotne to, że są one bezpieczne dla moich małych alergików.

Koszulka nocna Julki ---> KLIK
Piżama Szymona ----> KLIK






Wpis powstał we współpracy z marką GREEN ROSE.


12:49

"Niczemu winne" Anny Krzyczkowskiej - książka, której nie mogę odzyskać...

Napisała , w

Nie będę nikogo oszukiwać: Ankę Krzyczkowską znam nie od dziś :). Niestety tylko wirtualnie, ale przegadałyśmy na Facebooku niejedną godzinę. I to na każdy temat. Nasza znajomość zaczęła się przypadkiem od pewnego portalu modowego i szybko okzało się, że nadajemy na tych samych falach [Myślę, Aniu, że mogę tak napisać?] 

Ania to przede wszystkim miłość do zwierząt wszelakich, ale najbardziej do bokserów, cudowne podejście do dzieci, nieprzeciętna wyobraźnia w parze z cudownie ciętym językiem, a do tego wszystkiego niebanalna historia życiowa! Przyznam jednak, że szczęka opadła mi do podłogi, kiedy dostałam maila z Wydawnictwa Szara Godzina z propozycją recenzji książki jej autorstwa... Pierwsze, co robiłam, to napisałam na messengerze: "Osz ty paskudo, jak mogłaś mi nic nie powiedzieć!?"... :)


Nie powiedziała! Za to musiała odpowiedzieć na kilka moich bardzo wsibskich pytań!


Zapraszam na krótki wywiad z Anną Krzyczkowską, której książka "Niczemu winne" szybko stała się bestsellerem i nie schodzi z list najlepiej sprzedających się książek w księgarniach oraz z ust recenzentów!

JA: Jak mogłaś nie powiedzieć mi, że napisałaś książkę? No jak ?
Anna Krzyczkowska: Nie wiedziałam co to „dziecko” nawywija, więc wolałam się za szybko nie chwalić

JA:Sama nie masz jeszcze dzieci, a poruszasz trudny temat związany z macierzyństwem. Mało tego - w twojej historii czuć prawdziwe emocje. Dlaczego taki temat? I jak udało ci się tak wiarygodnie odtworzyć emocje bohaterek?

A.K.: Jak to nie mam? Mam i to sporą gromadę! Tylko (póki co) moje „maluchy” mają łapy i ogony. :)) 
Od zawsze najwięcej emocji wyzwalały we mnie dzieci i zwierzęta, więc oczywiste było, że w mojej historii muszą się one pojawić. Planowałam coś zupełnie innego, ale podczas pisania zaczęło powstawać to, co miałaś okazję przeczytać. Nie pytaj dlaczego, bo nie mam pojęcia. Być może otworzyły się szufladki, do których poupychałam zbierane przez lata obserwacje, uczucia, przeżycia. Niestety takie tragedie dotykają ogromnej ilości osób, więc miałam na co patrzeć, co przemyśleć. Ta historia co prawda jest jedynie fikcją, ale opisane w niej problemy są aż zbyt prawdziwe. Za „wiarygodność” bardzo ci dziękuję. To ogromny komplement.


JA:Wiem, że to dziadek bardzo chciał, abyś wydała książkę. Opowiesz mi troszkę o twojej rodzinie i o tym, jak wspierała cię w trakcie pisania książki?

A.K.: Faktycznie jako dziecko usłyszałam listę rzeczy, które powinnam zrobić w życiu i między innymi było na niej napisanie książki. Odhaczyłam prawie wszystkie pozycje, więc i na własną opowieść przyszedł czas. Dziadziu ewidentnie nade mną czuwał, bo nie dość, że Wydawnictwo ma siedzibę w jego rodzinnym mieście, to jeszcze w nazwie widnieje słowo „godzina” co jest znamienne biorąc pod uwagę fakt, że mój „Anioł stróż” był zegarmistrzem. 
Moi bliscy we mnie wierzą i na swój sposób mi kibicują. Szczególnie Mama, która od zawsze dbała o to, żebym rozwijała skrzydła i nie bała się latać tam, gdzie akurat mam ochotę, nawet jeśli wybieram „dziwny teren”. Była przy mnie i podczas tej przygody – czytała, płakała i komentowała. Mój brat z kolei dbał o to, żebym mogła świętować każdy etap jej powstawania.
Na etapie wydawania bardzo wspierała mnie także literacka rodzina. Rodzina z wyboru - Magdalena Witkiewicz, Anna Sakowicz, Aleksander Rogoziński, za co jestem im bardzo wdzięczna. Podobnie zresztą, jak Madzi Molasy, która – jak oni – wysłuchiwała mojego potoku słów wywołanego redakcją lub okładką i starała się nie śmiać ze mnie, tylko ze mną.


JA: Już wiemy, że "Niczemu winne" odniosły ogromny sukces. Czujesz się sławna?

A.K: A odniosły? :)) Nie rozpatruję tego w tych kategoriach. Czuję się jak matka, która puszcza swoje „dziecko” w świat, trzyma za nie kciuki i cieszy się, gdy ktoś je chwali. Oczywiście to wszystko dostarcza ogromnych emocji, a równocześnie wydaje mi się całkiem naturalne. To wynika chyba z mojego charakteru. Stawiam sobie cel, a kiedy go osiągnę, przechodzę do porządku dziennego i znajduję kolejny. A w zasadzie kolejne.



JA: Koniecznie powiedz o swoich planach na kolejną książkę! Tym razem przynajmniej będę wiedziała .

A.K.: Planów mam mnóstwo, bo w mojej głowie zwykle kłębią się przeróżne myśli szukające ujścia. Na pewno, jak w tym przypadku, będę chciała dotknąć czegoś trudnego dla mnie samej. Dookoła niestety mam mnóstwo inspiracji, bo świat słynie z ciężkich sytuacji i niełatwych wyborów. Pewnie będą dzieci i oczywiście znajdą się zwierzęta, ale… całkiem niedawno też miałam niby jasny plan, a okazało się, że światełko zapaliło się w innych zakamarkach mózgu – i tak powstało „Niczemu winne”. Obawiam się, że znów mnie (gdzieś) poniesie.

Nie może też zabraknąć mojej krótkiej recenzji książki Ani. Najważniejsze, co chcę powiedzieć to: JA NIE MOGĘ TEJ KSIĄŻKI ODZYSKAĆ!


Dlaczego? Dlatego, że po prostu przechodzi z rąk do rąk i czaruje kolejne, znajome mole książkowe! Ja "połknęłam ją" w jeden wieczór! A musicie wiedzieć, że "janko Muzykant" to nie jest i ma 320 stron. Potem pożyczyłam mamie, która pochłonęła ją w kolejny wieczór. Następnie trafiła w ręce sąsiadki i jej mamy - również zapalonych czytelniczek. A teraz ma ją moja przyjaciółka. Następne osoby już czekają w kolejce ... :).

Początek książki nie jest łatwy. Trzeba się porządnie skoncentrować, by przejść do dalszej części i zacząć rozumieć, co przeszła główna bohaterka Laura. Im dalej w las, tym jednak historia staje się coraz bardziej ciekawa i wyrazista, a i bohaterowie są dosłownie z krwi i kości! Łatwy zresztą nie jest i sam temat, jaki podjęła Anna, ale to w jaki sposób to zrobiła sprawia, że od książki trudno się oderwać!

Właściwie każdego z nich: zarówno Laurę, jej siostrę Karolinę i mężą Laury można chwilami rozumieć, a chwilami totalnie nie, myśleć, że się nienawidzi [tej okropnej Karoliny], by za chwilę jej współczuć, wyzywać [Maćka] od najgorszych, aby za chwilę zupełnie inaczej spojrzeć na jego motywy i sytuację. Sama opowieść nie pozostawi obojętnej żadnej kobiety, bo dotyka bardzo czułych strun naszej duszy: macierzyństwa i straty, miłości i zdrady. 

Historia, którą stworzyła Ania po prostu budzi emocje, a dla mnie to jest najważniejsze w dobrej literaturze!


Autorka książki "Niczemu winne" Anna Krzyczkowska i jeden z jej czworonożnych pupili.


Książkę "Niczemu winne" Anny Krzyczkowskiej wydało Wydawnictwo Szara Godzina, a kupić możecie ją np. w Empiku.

Zachęcam was do przeczytania, a Ani dziękuję za wywiad!
13:38

Kamil chłopak z naszej wsi i jego nierówny przeciwnik: rak. Każdy może pomóc!

Napisała , w

Kamil ma 25 lat i od 4 lat wie, że ma raka. Dramat, jaki niesie ze soba ciężka choroba zawsze porusza, ale sytuacja Kamila poruszyła mnie szczególnie. Dlaczego? Dlatego, że Kamila znam osobiście, pochodzimy z tej samej wsi, a Kamil jest w wieku mojej siostry, która chodziła z nim do podstawówki. To już nie jest anonimowy Kowalski [choć jego los też porusza serce], ale chłopak z krwi i kości, nie z drugiego końca Polski, tylko mieszkający tuz obok mnie. 

I czuję całym sercem, że muszę mu pomóc! Musimy, bo was też o pomoc dla Kamila chcę prosić! Pomóżmy razem, bo tak naprawdę każdego z nas na to stać!


Kamil - chłopak z naszej wsi i rak


Kamil to chłopak, którego widywałam na co dzień odkąd pamiętam. Młodszy ode mnie o pięć lat, chodził do jednej klasy z moją siostrą Sylwią. Kilka lat temu przeprowadził się do swojej dziewczyny, ale nadal mieszka niedaleko nas. Chlopak stąd... Młody, pelen pomysłów i mający plany na przyszłość... Pasjonuje się motorami. Chciałby mieć zwyczajne problemy i zwyczajne życie... Jak można przejść obojętnie wiedząc, że ktoś tuż obok, toczy walkę o życie? ... Nie można!

Jakiś czas temu dowiedziałam się, że Kamil choruje na nowotwór... Nie znałam jednak dokładnie jego sytuacji. Kiedy za pośrednictwem artykułu p. Magdaleny potulskiej w lokalnej gazecie "Czas Świecia" dowiedziałam się, że Kamil potrzebuje pomocy innych, aby dalej toczyć swoją nierówną walkę z rakiem, od razu wiedziałam, że muszę pomóc! Umówiłam się na rozmowę z moimi sasiadkami p. Janiną Talaśką i jej córką, a bratową Kamila Ksymeną i po tej trudnej rozmowie moja determinacja, by poruszyć serca dla Kamila sięgnęła zenitu! 

Nie możemy być obojętni - zarówno my, ludzie z jednej wsi i z okolic, jak i ci, którzy są od Kamila daleko, ale mają możliwość pomóc! A możliwość ma tak naprawdę każdy!

Neuroblastoma - nierówny przeciwnik...

U Kamila chorobę zdiagnozowano cztery lata temu.Na USG wykryto guza umiejscowionego w jamie brzusznej po stronie lewej z zajęciem moczowodu nerki lewej. Po pobraniu wycinka okazało się, że jest to Neuroblastoma (nerwiak obwodowy).  Przypadek Kamila jest ewenementem, gdyż w chwili diagnozy chłopak miał 21 lat, a neuroblastoma to nowotwór dziecięcy rozwijający się z reguły najpóźniej do 17 roku życia...  Jednocześnie im młodsze dziecko, tym większe szanse na całkowite wyleczenie  u najmłodszych dzieci wynoszą one nawet 80 %, podczas gdy już o 8-letnich tylko 30...

Rozpoczęto chemioterapię w Centrum Onkologicznym w Warszawie. Niestety w momencie jej rozpoczęcia wykryto juz przerzuty do węzłów wnęki okołopłucnej oraz kręgosłupa. N skutek rozrostu guza w kręgosłupie doszło  do paraliżu nóg i konieczna była operacja. Po operacji Kamil musiał chodzić w gorsecie ortopeycznym i poruszać się o kulach, gdyż nastąpił częściowy paraliż nóg. Jednoczesnie chłopak orzymywał dalszą chemioterapię. Kamil był dowożony do Warszawy  przez rodzinę i bliskich, często z pomocą obcych ludzi dobrego serca. W związku z wysokimi kosztami dojazdów Kamil przeniósł jednak leczenie do Grudziądza.

Na chwilę obecną Kamil odebrał 40 wlewów chemii, a wmiędzyczasie zastosowano u niego radioterapię na kręgosłup. Niestety efekty dotychczasowego leczenia nie są zadowalające i następuje dalsza progresja choroby. Rodzina, bliscy i sam Kamil zdecydowali się spróbować leczenie olejem konopnym.


Do tej pory rodzina i bliscy Kamila dawali jakoś radę...

Choroba Kamila wiąże się z wieloma problemami i wydatkami. Niestety - takie są realia. Oprócz tego, że sam Kamil musi mierzyć się z bólem i wszystkimi trudami, jakie niesie ze sobą nowotwór, to  też niestety ogromny wysiłek związany z organizacją życia i pokryciem kosztów leczenia. Wyjazdy do szpitali - najpierw do Warszawy, a teraz do Grudziądza i Bydgoszczy, leki, zastrzyki przeciwzakrzepowe, odpowiednie żywienie to wszystko są ogromne koszty, a Kamil przez swoją chorobę nie jest w stanie podjąć pracy. Otrzymuje jedynie 724 zł renty socjalnej miesięcznie....

Kamil ma liczną rodzinę i wspaniałych bliskich, którzy do tej pory dzielnie go wspierają i pomagają w walce, ale niestety koszt leczenia olejem konopnym w połączeniu z pozostałymi wydatkami zaczął ich przerastać...

* leczenie olejem konopnym to koszt 3300 zł / miesięcznie
* zastrzyki przeciwzakrzepowe to koszt 116 zł  / mies.
*leki na wątrobę 50 zł/mies.
* Nutri Drinki 150 zł/mies.

A przecież  trzeba jeszcze jeść, ubrać się i mieć na dojazdy...

Każdy może pomóc Kamilowi! Nie musisz być milionerem, by wesprzeć go w walce!

Nie mam dużo pieniędzy i wiem, że nie każdy ma możliwości finansowe, by znacząco wesprzeć Kamila finansowo i wiem, że nie każdy z nas je ma, ale mamy inne rzeczy! Ja mam blog, który ma jakiś zasięg i koleżanki blogerki, które - mam ogromną nadzieję - przyłączą się do akcji pomocy Kamilowi, mam też pasję, jaką jest scrapbooking i dlatego wraz z moją siostrą Sylwią, mamą,  z p. Janiną Talaśką i Ksymeną wymyśliłysmy świateczny kiermasz, na który ja przekażę ręcznie robione kartki świąteczne a ty możesz przekazać, co chcesz! 

Pieczesz ciasta, ciasteczka? Robisz ozdoby choinkowe? Szydełkujesz, robisz na drutach? Rysujesz, malujesz? A może masz w domu inne przedmioty, które mogłyby zostać przeznaczone na kiermasz lub aukcję dla Kamila? Na pewno na przynajmniej jedno pytanie odpowiedziałeś: TAK! A to znaczy, że MOŻESZ POMÓC! Kiermasz planujemy na połowę grudnia, ale będziemy jeszcze informować o jego dokładnej dacie!

Już dziś Ksymena wraz z mamą rozwiozą specjalne skarbonki, do których zbierane będą datki na leczenie Kamila. Staną one m.in. w szkołach i zakładach pracy, które wyraziły zgodę. Wsparcie zaoferowali Wójt Gminy Jeżewo p. Rakowicz oraz p. sołtys Czerska Świeckiego p. Ewa Ziuziakowska. Wspaniale angażuje się także szkoła w Jeżewie oraz szkoły w Świeciu, do których chodził Kamil. Pomaga Koło Gospodyń Wiejskich i Ochotnicza Straż Pożarna.

Kolejna inicjatywa to makijażę sylwestrowe, które moja siostra wykona chętnym paniom z Czerska Świeckiego i okolic, a cały dochód z nich zostanie przeznaczony na leczenie Kamila! Tutaj także jesteśmy w trakcie ustalania szczegółów, o których będziemy informować mieszkanki naszej wioski i okolicznych miejsocwości. Mamy nadzieję, że chętnych nie zabraknie!

Kolejne pomysły ciągle się rodzą, więc jeśli i ty masz jakiś koniecznie daj znać! P. Janina oraz Ksymena czekają pod numerami telefonów:

691 625 913 oraz 665 814 955


Ksymena utworzyła również zbiórkę dla Kamila na stronie pomagam.pl:

https://pomagam.pl/kamilneuroblastoma

Wkrótce też zacznie funkcjonować subkonto Kamila przy Fundacji Serce dla Maluszka. Będziemy o tym informować!

Jak widzicie możliwości, aby pomóc Kamilowi jest wiele! Nie wahajcie się i włączcie się do naszej wspólnej akcji
KRĘCIMY DLA KAMILA!

Więcej informacji znajdziecie też na profilu na Facebooku:




17:33

10 powodów, dla których nie powinnam być blogerką.

Napisała , w

Blogosfera to specyficzne środowisko. Taki kociołek, w którym z jednej strony można znaleźć niesamowitą różnorodność, a z drugiej monotematyczność, kopiowanie i od cholery pozorów.  Można tutaj spotkać naprawdę fantastycznych ludzi, ale można się też nieźle nadziać... Zanim sama założyłam bloga, niewiele czytałam innych, ale teraz siłą rzeczy obracam się w blogosferze, czytam, patrzę...i często dochodzę do wniosku, że ja tak właściwie nie powinnam być blogerką... 





10 niezaprzeczalnych argumentów przemawiających za tym, że nie powinnam być blogerką:

1. Piszę o grzybie, wszach, depresji, emigracji zarobkowej, braku kasy i innych przyziemnych problemach. 
Bo jestem człowiekiem i nic co ludzkie nie jest mi obce! Jeśli kogoś takie problemy nie dotyczą, to miodzio, ale mój blog jest dla ludzi normalnego sortu :D

2. Nie mogę modnie się odchudzać, bo nie mam z czego. Poza tym nie biegam, nie stosuję zdrowej diety i nie uprawiam jogi.
Za to jestem kawopijcą, raczej nie jadam śniadań, kocham słodycze i gazowane napoje. Powinnam się wstydzić. Wiem.

3. Mieszkam na zadupiu i zamiast wystawy sztuki współczesnej albo relacji z pobytu a zamiast tego pokazuję wam sarny stojące za oknem.
Niektórzy z was nawet się tym zachwycają ;).

4. Nie robię zdjęć na białym tle, nie układam napisów z płatków kwiatów i nie przebieram dzieci do zdjęć w markowe ciuchy, a siebie na zdjęciach w ogóle nie znoszę.
Teraz i tak będę miała lepsze tło do zdjęć niż miałam w starym mieszkaniu :).

5. Nie mam pięknego domu na kredyt, a jedynie mieszkanie u rodziców na strychu - też na kredyt... 
I dobrze mi z tym.

6. Nie ubolewam nad tym, że piję zimna kawę i nie wychwalam pod niebiosa karmienia piersią.
W ogóle staram się nie popadać w skrajności i tak samo jak nie lubię lukrowania macierzyństwa, tak wku*%^ają mnie Matki Polki Męczennice...

7. Nie jestem ekspertką w dziedzinie wychowania dzieci [ani w sumie w żadnej innej].
Jestem taką samą nieidealną matką jak każda z was i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej.

8. Nie mam parcia na szkło ani na żadną inną formę sławy.
To by mnie na pewno przerosło. Wolę nie ryzykować. 😂

9. Nie traktuję bloga jak pracy zawodowej i nie zarabiam na nim kroci.
Co nie znaczy, ze nie traktuję tego miejsca poważnie tak jak i każdej współpracy, jaką podejmuję, bo takowe się zdarzają! Określenie praca oznacza dla mnie jednak coś więcej niż to, co robię na blogu.

10. Zapraszają mnie do "Pytania na śniadanie", a ja nie jadę 😲
Już drugi raz... Ale może do trzech razy sztuka ;) ?

Jak widzicie argumentów przemawiających przeciw mojemu blogowaniu nie brakuje. Gdybym się postarała, na pewno wymyśliłabym jeszcze więcej! Generalnie jestem totalnie niedopasowana i w życiu realnym i w wirtualnym i ... dopasować się nie mam zamiaru!

Ten blog nie jest dla każdego. I wcale nie chcę, żeby był! Kocham was moje drogie czytelniczki bardzo - nawet wtedy, gdy nie we wszystkim się ze mną zgadzacie albo nie podoba wam się wystrój mojego mieszkania ;). Dajecie mi mnóstwo motywacji, wsparcia, 

Jednak jeśli szukacie modnego dizajnu w moich wnętrzach, metek na ciuchach, które noszę, nieskazitelnie czystych podłóg, sensacyjnych i modnych tematów, o których będę pisać, bo aurat wszyscy w blogosferze piszą, to tego tu nie znajdziecie! 

Nie będę się silić na robienie koktajli z kiwi i pietruszki, żeby pokazać robot jakiejś tm firmy, bo, kurna, wolę colę! 
Nie będę pisać o diecie według kogoś tam, żeby promować zdrowy styl życia, bo niestety nie mam konsekwencji do żadnych diet, nawet do takiej polegajacej na tuczeniu się pączkami.
Nie będę kłaść białej kartki pod zdjęcie szarlotki kupionej w cukierni i pisać: "Have a nice afternoon!" [choociaż dziś miałam chęć pochwalić się murzyniem upieczonym przez moją mamę :P].
Nie będę przebierać moich dzieci do każdej fotki, jaką wrzucam na Fejsa i na bloga.
Nie będę wam dawać złotych rad i prawić morałów, bo sama jestem rodzicem z krwi i kości, a nie z okładki czasopisma.
Nie będę celowo wzbudzać sensacji praniem rodzinnych brudów ani opowiadaniem o wszystkich traumach, jakie przeżyłam w życiu, a byłoby o czym napisać, naprawdę, ale to nie w moim stylu!
Nie będę się nikomu tłumaczyć, czy i za ile wspólpracuję z firmami, bo to miejsce, które sama tworzę - moje podwórko.
Nie będę się na siłę lansować, bo mi to do niczego niepotrzebne.
Nie będę udawać na blogu kogoś, kim nie jestem.

Może i nie pasuję do blogosfery, ale ...kurde, mam to gdzieś 😎!

Piszecie, że jestem autentyczna, naturalna, niezmanierowana... I że zaglądacie tutaj właśnie dlatego. A ja wam powiem, że nie wyobrażam sobie, żebym mogła być inna! No ni hu hu!

Lubicie film "Bridget Jones"? Ja kocham! Akurat dwa dni temu oglądałam przygody szalonej Bridget po raz milionowy i po raz kolejny tak samo poruszył mnie moment, kiedy Marc [Collin Firth I loe you!] powiedział: "Lubię cię taką, jaka jesteś!" 

Jestem zdania, że tylko otaczanie się takimi ludźmi ma sens, więc jeśli i wy lubicie mnie taką, jaka jestem, to wpadajcie tutaj ta często, ja tylo macie ochotę, a jeśli nie to ... cóż ... nie liczcie na to, że się zmienię 😁.
09:53

Przeprowadzka pokazała mi, o co chodzi w życiu...

Napisała , w

Trzeci raz zabieram się za napisanie tego wpisu. Myślę sobie: "Czas ujawnić moim czytelniczkom choć część mich wrażeń z przeprowadzki". Ale okazuje się, że to trudniejsze niż myślałam...

W haśle"PRZEPROWADZKA" kryje się tak wiele emocji, że trudno ubrać je w słowa... To nie była takie zwyczajna zmiana miejsca zamieszkania jak to czasem bywa. To coś znacznie więcej...



Okej, napisałam wstęp i ... dalej siedzę i dumam nad resztą tego wpisu... Gapię się w okno, za którym jest teraz zupełnie inny widok niż przez minione dziewięć lat. Słucham odgłosów dobiegających z dołu: ludzi, o których wiem na pewno, że są mi życzliwi. Rozglądam się po tym mieszkaniu, w którym wszystko zrobiliśmy własnymi rękami. Wdycham zapach drewna, lakieru i farby. Idę coś tam jeszcze wyjąć z kartonu i ułożyć, coś poprawić, przestawić... Zupełnie tak, jak przestawiłam swoje życie... Do góry nogami!

Musiałabym wam napisać bardzo, bardzo, ale to bardzo grubą książkę, żeby wyjaśnić wszystko jak, po co i dlaczego... Bo tego nie da się wyjaśnić  jednym wpisie na blogu ani nawet w dziesięciu. Zresztą jestem przekonana, że w pewne rzeczy i fakty byście mi nie uwierzyli...

"To jednak się nie budujecie?" - posypały się pytania. Co zabawne zwykle pytają ci, którym budowa domu jawi się niczym bułka z masłem, a sami mieszkają u rodziców albo wynajmują... No cóż... Też myślałam, że to całkiem proste. Idziesz do banku i dostajesz 250 tysięcy albo lepiej: dostajesz 100 tysi i starcza ci na wybudowanie chaty i jeszcze jej umeblowanie. Normalnie bajka! Kto by nie chciał! Życie jednak nie jest takie różowe. 

Nie dostaliśmy kredytu na budowę. Z jedną pensją daleką od średniej krajowej nie było opcji. I znaleźli się następni mądrzy: "Dawno mogłaś pracować!".Mówią zwykle ci, którzy mają przedszkole pod nosem albo babcię na emeryturze. Obecnie mam już CV w kilkunastu miejscach. Wcześniej nie miałam szans zgrać opieki nad dziećmi z pracą moją i Grześka. Zresztą o sytuacji na rynku pracy wiejskich matek napisałam kiedyś dość poczytny tekst: Czy wiejskie matki nie chodzą do pracy z lenistwa?


Ale wiecie, co wam powiem? Cieszę się! Cieszę się, że nam nie dali tego kredytu i znaleźliśmy inne rozwiązanie. Widząc, ile wydaliśmy na zrobienie mieszkania na poddaszu i ile wyrzeczeń kosztuje nas spłacanie tego kredytu, który mamy, autentycznie współczuję ludziom z hipoteką na pół życia. To jest cholernie ciężkie życie z takim pętem na szyi. Rozumiem was, bo gdybym dostała tak duży kredyt, to już bym go spłacała teraz, ale jednocześnie bardzo wam współczuję!


Tam, gdzie mieszkaliśmy, nie mogliśmy zostać. Z wielu powodów. Jednym z nich były ogólne warunki: mieszkanie zrobione w budynku gospodarczym było w coraz gorszym stanie. Wymagało ono gruntownego remontu, a nie było warto nam go robić chociażby dlatego, że nie było ono naszą własnością. Walczyliśmy bezskutecznie z wchodzącą do budynku wilgocią. Brakowało nam i miejsca i poczucia stabilizacji. Brakowało perspektyw. Brakowało pomysłu, jak ruszyć z martwego punktu, w jakim się znajdowaliśmy. Od paru lat tłukliśmy się z tym dylematem.  Grzegorza wyjazd do Niemiec też był spowodowany pragnieniem, a właściwie potrzebą posiadania własnego kąta. Bo to nie było marzenie, żeby mieszkanie w bloku zamienić na dom z ogródkiem, tylko potrzeba posiadania jakiegokolwiek własnego miejsca: suchego, czystego, bez obawy, że wiatr zerwie nam dach albo belka pęknie do końca i spadnie nam na głowy...

Aż pewnego letniego dnia ktoś z nas palnął w rozmowie u moich rodziców: "A może strych? Przecież stoi pusty!". Jak się okazało te najprostsze pomysły często przychodzą do głowy najpóźniej, a jednocześnie są najlepsze. Tak było i tym razem.


Już kiedyś przymierzaliśmy się do zagospodarowania tego poddasza, ale pomysł jakoś upadł, a my kolejne lata się męczyliśmy i biliśmy z myślami, co zrobić. Dwa lata rozłąki nie przyniosły efektu, bo weszło prawo mówiące o tym, że kredyt można wziąć tylko w walucie, w jakiej się zarabia, więc na hipotekę w złotówkach nie mogliśmy liczyć, a odłożyć z "super-hiper" zagranicznej pensji też się nie dało aż tyle...  Nasza frustracja rosła... Nawet poprawa zarobków po powrocie do Polski nie pomogła... Był już wybrany projekt, były załatwione papiery do budowy w urzędach, była działka zapisana na nas... I dalej: czarna dupa. 

Więc chyba pierwszy raz w swoim życiu podjęliśmy decyzję niemal spontaniczną: postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Zweryfikowaliśmy swoje marzenia i plany sprowadzając je do tego, co rzeczywiście realne i co dla nas dobre. Nie musimy mieć nowego domu wybudowanego na kredyt, żeby poczuć się u siebie i być szczęśliwi!

Od decyzji do działania upłynął miesiąc, a od rozpoczęcia remontu do zmaieszkania cztery. Zaczęliśmy w czerwu, a pamiętnego 11 listopada przewoziliśmy rzeczy. Właściwie wszystko od ścian, okien podłóg, przez centralne ogrzewanie, instalację wodno - kanalizacyjną po malowanie zrobiliśmy sami. Z małą pomocą najbliższych, ale głównie włąsnymi rękami. Stwierdziliśmy, że wóz albo przewóz: robimy i co wyjdzie to wyjdzie. Grunt, że będziemy u siebie, w suchym, bezpiecznym mieszkaniu i w otoczeniu życzliwych ludzi. Tu pisałam o naszych początkach: Adaptacja poddasza na mieszkanie Teraz nie mamy jeszcze drzwi, parapetów, listew przypodłogowych, a meble to stare graty, ale szczerze mówiąc mam to w dupie. Liczy się coś zupełnie innego!


To, co zrobiliśmy własnymi siłami, ta zmiana priorytetów, to bycie bardzo razem, wspieranie się nawzajem - to wszystko jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło i pokazało, że jak się jest naprawdę RAZEM można zrobić bardzo wiele, a dom jest tam, gdzie jesteśmy razem...

I jeszcze jedno: w życiu chodzi o to, by nie bać się i umieć zaczynać od nowa. Warto!


P.S. Wiem, że czekacie na więcej zdjęć, ale pozwólcie, że jeszcze troszke się ogarnę zanim pokażę wam nasze poddasze w całej okazałości! W kolejnym wpisie - obiecuję!
09:12

Przygodnik 2017/2018 - notatnik, który umili rok szkolny. + KONKURS

Napisała , w

Co prawda początek roku szkolnego już dawno za nami, ale po fajny notatnik można sięgnąć zawsze! Jeśli twoja pociecha jeszcze takiego notatnika nie ma, to polecam ci "Przygodnik 2017/2018. 365 dni dookoła świata z Nelą". Nie tylko nie pozwoli zapomnieć o zadnym ważnym sprawdzianie, ale też będzie bawił i edukował  - tak jak to Nela Mała Reporterka robi w swoich programach i ksiażkach  :).




Jest jeszcze jakieś dziecko, która nie zna Neli Małej Reporterki? Nie sądzę! Moje dzieciaki bardzo lubią oglądać reportaże tej rezolutnej dziewczynki. Zresztą ja sama je lubię! Są one nie tylko dużą dawką przystępnie zaprezentowanej wiedzy o swiecie, ale też dowodem na to, że każdy może odkryć w sobie pasję i czerpać z niej mnóstwo radości!

Nela oprócz nagrywania programów, wydaje też książki i kalendarze - notatniki. Taki właśnie kalendarz pt. "Przygodnik 2017/2018. 365 dni dookoła świata z Nelą." trafił we wrześniu w ręce Julki. Jest to ksiażkowy kalendarzyk na rok szkolny, w którym znajduje się zarówno miejsce na notatki na każdy dzień, jak i całe mnóstwo ciekawostek, informacji i zabaw. Julka zachwycona!







KONKURS!

Co prawda mamy już prawie połowę listopada, ale mam nadzieję, że znajdą się chętni na egzemplarz "Przygodnika" :) ? Mam dla was aż trzy! Lećcie na Facebooka, bo tam można się dopisać do konkursu:

Książki Neli wydaje Wydawnictwo Burda: 
08:33

Czy mleko rzezywiście jest zdrowe? Dietetyk odpowiada na pytania. + rozwiązanie konkursu

Napisała , w

Mój blog jest jednym z kilku, które patronują Kampanii "Bądź świaodmy - kupuj polskie", której orgaizatorzy tym razem przekonują nas, jak ważny w diecie jest nabiał - i to koniecznie nasz, rodzimy! Dzięki udziałowi w kampanii, miałam niepowtarzalną okazję zadać pytania o nabiał pani dietetyk Monice Hajduk. Przeczytajcie i dowiedzcie się, co dietetyk mówi o znaczeniu mleka w naszej diecie, a na końcu wpisu czekają na was wyniki konkursu!




1. Dlaczego nabiał jest niezbędny w zbilansowanej diecie? Dlaczego warto go spożywać?

Mleko i produkty mleczne zawierają wiele cennych dla zdrowia składników odżywczych. To bogate źródło białka, wapnia, witaminy A czy potasu. Warto o tym pamiętać przede wszystkim u dzieci, bo według badań co drugie dziecko w Polsce w wieku czterech lat nie realizuje normy na wapń, a wśród uczniów od 80-90% ma niedobory tego pierwiastka w diecie. To sporo, zwłaszcza z tego powodu, że niedobór wapnia w diecie zwiększa ryzyko wielu chorób dietozależnych takich jak osteoporoza, nadciśnienie tętnicze czy cukrzyca typu II.

2. Jakie produkty nabiałowe poleca pani dla dzieci?

Codzienny jadłospis dzieci warto wzbogacać w mleko, jogurty czy sery. Polecam nabiał w wersji naturalnej, niesłodzonej, do której maluchom można dorzucać chrupiąca domową granolę i świeże owoce. Wszyscy dobrze wiemy, że sery żółte mają większą kaloryczność, bo ich główny składnik to tłuszcz. Ale u dzieci warto czasami wplatać je do diety, ponieważ mały plasterek sera żółtego o wadze 30 g ma prawie tyle samo wapnia co pełna szklanka mleka.

3. Od czego zacząć rozszerzanie diety o produkty mleczne z mleka krowiego i w jakim wieku można już bezpiecznie je dziecku podawać? 

Ukończone 4 miesiące (lub 17 tygodni) to wiek w którym najwcześniej można zacząć rozszerzanie diety niemowlaka. Eksperci zgadzają się, że 17 tygodni to minimum które jest potrzebne organizmowi dziecka, aby dojrzeć na tyle, żeby jedzenie  inne niż mleko mamy nie było zagrożeniem dla zdrowia malucha. Najczęściej dzieci są gotowe na wprowadzanie pierwszych posiłków uzupełniających około 6 miesiąca życia. Mniej więcej w tym momencie układ pokarmowy i immunologiczny dojrzewają do tego, żeby te nowości bezpiecznie przetrawić i wykorzystać. Wtedy można pomału można wprowadzać do diety dziecka warzywa, owoce, mięso, ryby, jaja, nasiona strączkowe, produkty zbożowe i w kolejnej kolejności nabiał. Najlepiej rozpocząć od naturalnego twarożku czy jogurtu.  Mleko krowie też może być używane przed pierwszymi urodzinami, ale nie powinno zastąpić mleka mamy lub mleka modyfikowanego. Lepiej żeby było stosowane jako mały dodatek do dania, a nie było to jeszcze mleko do picia. W późniejszych okresach życia jego udział w diecie powinien się zwiększać.

4. Jak pani odnosi się do opinii odnośnie szkodliwości mleka i jego przetworów? Coraz więcej się o tym czyta... Czy rzeczywiście mleko nie jest tak zdrowe jak się sądziło kiedyś i powinno się z niego zrezygnować?

Jeśli nie ma przeciwwskazań zdrowotnych do spożywania mleka nie należy z niego rezygnować. Problem alergii na mleko krowie owszem istnieje, ale dotyczy najczęściej dzieci - statystycznie około  2 – 7,5% ich populacji. Z alergii na mleko zazwyczaj się jednak wyrasta, dlatego odsetek osób dorosłych z alergią jest już dużo mniejszy.
Częściej dokucza nam nietolerancja laktozy, czyli cukru mlecznego. Z wiekiem wytwarzamy po prostu coraz mniej laktazy – enzymu, który trawi laktozę. Stąd wynikają po ich konsumpcji nasilające się z wiekiem objawy typu zdęcia, biegunki czy przelewania w brzuchu. Na szczęście łagodna nietolerancja laktozy nie oznacza konieczności rezygnacji ze wszystkich produktów mlecznych. W tym przypadku najmniej korzystne będzie spożywanie mleka surowego, ale mleko poddane fermentacji mlekowej (np. jogurt, kefir) jest już często lepiej tolerowane. Na szczęście rynek oferuje nam dzisiaj ogromną gamę produktów o obniżonej zawartości laktozy – mleko, jogurty, sery, twarożki, czy masło, które często niwelują te objawy całkowicie.

5. Co z alergią tak częstą występującą współcześnie u dzieci? Czym można zastąpić nabiał w diecie?

Jeśli problem dotyka niemowląt i najmłodszych dzieci, a dziecko korzysta jeszcze z mieszanek mlekozastępczych, to trzeba pamiętać, że na rynku obecnych jest wiele preparatów będących hydrolizatami mleka krowiego, które są bezpieczne w przypadku alergii na mleko krowie. Przykładem takich hydrolizatów są preparaty Nutramigen, Pregestimil czy Bebilon Pepti. Jeżeli lekarz potwierdzi alergię na białka mleka krowiego u dziecka, wymaga to konieczności eliminacji z diety niemowlęcia mleka krowiego i produktów zawierających białka tego mleka.
W przypadku karmienia przez mamę piersią - po konsultacji z lekarzem - także mama musi przejść na dietę eliminacyjną i zrezygnować z mleka i jego przetworów w swojej diecie. Podstawową metodą leczenia alergii pokarmowej u dziecka jest zawsze dieta eliminacyjna. 
U starszych dzieci mleko krowie można zamieniać na niesłodzone napoje roślinne np. napój owsiany, migdałowy, kokosowy, czy sojowy – najlepiej wzbogacone w wapń, przy jednoczesnym zadbaniu w diecie o pozanabiałowe źródła wapnia np. migdały, mak, sezam, suszone figi, morele i daktyle, fasola Jaś, komosa ryżowa, jarmuż i inne zielone warzywa.

6. Dlaczego warto kupować właśnie polski nabiał? W czym nasze produkty są lepsze od innych?

Polskie produkty nabiałowe są najwyższej jakości. Polscy producenci nabiału przestrzegają wszelkich norm, a ich produkcję cechuje profesjonalizm i dbałość o ekologię. Warto wybierać polskie produkty – przyczyniamy się wtedy do rozwoju polskiej gospodarki, wzrostu płac i PKB. Polski nabiał wyróżnia się także ceną oraz różnorodnością. Producenci mleka wychodzą naprzeciw oczekiwaniom osób na diecie, z nietolerancją laktozy czy z cukrzycą. [komentarz organizatora]


WYNIKI KONKURSU


Na koniec tego - mama nadzieję bogatego w cenne informacje wywiadu - mam dla was wyniki konkursu organizowanego wspólnie z inicjatorami kampanii! Wpis z konkursem znajdziecie tutaj:Kreatywny konkurs pod hasłem "Kołysanka dla Mlekosława" a odpowiedzi udzielane były na Facebooku: 

Spośród wszystkich zgłoszeń i wszystkich pięknych kołysanek wybraliśmy trzy naszym zdaniem najpiękniejsze i do ich autorów trafią nagrody: szumiące ptaszki lub komplety pościeli do wyboru z linku: https://i-posciel.pl/pl/c/Posciel-Dziecieca/93

OTO NASI ZWYCIĘZCY:

Paweł Dudek
Marlena Pietkiewicz
Anna Wojciechowska

Zapraszam z adresami i wyborem nagrody na maila: wokoldzieciblog@gmail.com

Przekażę wasze dane sponsorowi i to on zajmie się wysyłką nagród.

Pozostałym uczestnikom bardzo dziękujemy za wspólną zabawę i zapraszam do udziału w trwającym kokursie z Ma-made, gdzie do wygrania cudny brelok ze zdjęciem!





Kampania “Bądź świadomy – kupuj polskie” jest organizowana przez Polską Izbę Mleka i sfinansowana z Funduszu Promocji Mleka.


15:20

Doktorze, panu już podziękujemy!

Napisała , w

Ja się bardzo cieszę, że medycyna idzie do przodu, naprawdę. I psychologia. I Internet dotarł już nawet na moją wiochę jakiś czas temu. Cywilizacja to fajna sprawa. Trzeba jednak umieć z niej korzystać z głową, a nawet mając ją niby na karku, ławo wpaść w pułapkę. 


Jedną z takich pułapek jest Google. Zdziwieni? Brzmi głupio? Otóż jeśli dodać przed nazwą wyszukiwarki określenie: "doktor", nabiera to zupełnie innego sensu. Doktor Google stał się w zastraszająco szybkim tempie najpopularniejszym "lekarzem" na świecie. Przebił nawet dr House'a...




Kiedyś pierwsze, co przychodziło do głowy, kiedy maluszkowi wyskoczyła wysypka albo zaczynał kasłać, to: zapytać własną mamę, co to może być i jak sobie z tym poradzić? Przecież ma doświadczenie i sama wychowała gromadkę dzieci. Najczęściej bylo tak, że mama [czyli babcia] wiedziała, a jej rady okazywały się skuteczne. 
Tym sposobem moja mama zaczęła prać moje ciuszki w płatkach mydlanych, kiedy wysypywało mnie po każdym proszku, a z pokolenia na pokolenie przechodzi przepis na obrzydliwy syrop z cebuli niezawodny w kaszlu. Na "sikanie" moczyło się pyty w gorącej wodzie i piło żurawinę, a na problemy z laktacją liście kapusty.
Druga myśl, to był lekarz. Taki normalny. Wiecie, co to w gabinecie siedzi. Co weźmie prawdziwy stetoskop i zbada. Kiedyś byli tacy, co to nie przepisywali od razu tony antybiotyków, nie straszyli najgorszymi diagnozami, nie robili z igły wideł. 

A co się robi teraz? Leci się do komputera i primo: "pyta się Doktora Google", secudno: wrzuca się zdjęcie dolegliwości albo szeroki opis na jakąś mądrą grupę dla mam. W obydwu przypadkach szuka się diagnozy i ... się ją znajduje: najczęściej jest to albo "NIC TAKIEGO" albo "GUZ MÓZGU". Jedna i druga tak samo niebezpieczna. Dlaczego? Bo ani jedna ani druga "diagnoza" nie wnosi nic mądrego.

Tak powiedziała mi kiedyś pewna bardzo fajna pani psychoterapeutka, która ma doświadczenie w pracy z ludźmi omamionymi przez Dr Google [ - tak! Niestety dochodzi to czasem aż do takiego stopnia!]: " Od jakiegokolwiek objawu by się nie zaczynało, jak się "dobrze" poszuka, to w Internecie i tak dojdzie się do guza mózgu". Podobno to dyżurne hasło wśród psychoterapeutów...

Tylko wczoraj widziałam co najmniej cztery wpisy z kategorii: "Co mi może być?" na grupach facebookowych. Jeden z wysypką u ciężarnej, drugi z siniakami na nogach, trzeci z ropniem w buzi u dziecka, a czwartego już nie pamiętam. Może to i lepiej... Pod każdym znalazłam "diagnozy" jednego i drugiego typu: "To objaw białączki", "Ja też tak mam i nic mi nie jest" albo "To cholestaza. Twoje dziecko jest zagrożone" albo "To nic takiego. Pewnie jakieś uczulenie". Puenta jest jedna: jak byłaś głupia w kwestii tego, co cię martwi, tak głupią zostajesz, a może i gorzej: nakręcasz się na coś, co jest prawdą w minimalnym procencie i masz drugi problem - ze swoja psychiką.

Mogę być prawie na 100% pewna, że te osoby, które przeczytały wczoraj te fejsbukowe diagnozy, zaraz zaczęły googlować... I Doktor Google potwierdza obie "diagnozy", więc zdołowały się jeszcze bardziej... A jeśli maja wrażliwą psychikę to niewiele trzeba, by wpaść w pułapkę... I googlować, googlować, googlować... I przy okazji wysypki znajda też coś na temat wypadających włosów, podpuchniętych oczu, bezsenności albo porannego kaszlu... I z jednej choroby zrobi się pięć...

Szczególnie "wdzięcznym" tematem dla Doktora Google są dzieci i straszenie rodziców, że tak naprawdę to WSZYSTKO może oznaczać chorobę: począwszy od tego, że dziecko jest zbyt [w odczuciu Wujka Google] spokojne albo zbyt pobudzone, przez to, że nie patrzy w oczy i źle trzym kredkę  aż po fakt, że żyłoby tylko naleśnikami i mlekiem. Zakładam się, że w opisach autyzmu, i ADHD każdy z nas znalazłby coś, co niepokojąco przypominałoby mu jego dziecko... Gdybyśmy się oczywiście nastawili na to, żeby to znaleźć...

Dlaczego ci to wszystko piszę Droga Zmartwiona Mamo?


Bo mam w tym doświadczenie. A wolałabym go nie mieć.


Wujek Google nie jest zły, o ile dobrze się korzysta z jego zasobów, a niestety często trudno o rozwagę w tej kwestii. 
Przede wszystkim dlatego, że niestety coraz więcej jest bodźców, które nas przewrażliwiają, coraz częściej atakowani z mediów dosuzkujemy się dziury w całym a jak już szukamy w necie, to niestety kompetentne źródła stanowią nikły procent całej masy pseudospecjalistycznych tekstów osób nie mających pojęcia o temacie i jeszcz większej ilości bzdur pisanych na forach i w grupach. A tak w ogóle to możecie się ze mną zgadzać lub nie, ale uważam, że doszukiwanie się chorób jest w obecnych czasach po prostu modne... Wystarczy spojrzeć na ofertę aptek: leki na zgagę, zatrzymywanie wody w organizmie, sen, odporność, apetyt na słodycze, nadkwasotę, kaca, nerwy, potencję, ból wszystkiego, co możliwe, kupa suplementów, witamin [niektóre nawet naturalne - taaaaak, w tabletkach...]. Każdy lepszy od konkurencyjnego. Koncerny farmaceutyczne zarabiają miliony na naszych "chorobach", których często tak naprawdę nie ma... Podobnie jest z Doktorem Google - cholernie łatwo dać się omamić i przestać podchodzić racjonalnie do przeczytanych informacji...


Mam jeden przypadek w swoim zyciu, w którym Doktor Google podpowiedział mi trafną diagnozę. Reszta  to kogel mogel przypadków, z których na upartego - jak powiedziała moja znajoma psychoterapeutka - każdy mógł skończyć się guzem mózgu.

Moja rada: lepiej sięgnij po fachową literaturę, w której znajdziesz zwięzły i faktyczny opis dolegliwości, z którą się borykasz a nie znajdziesz forumowo - facebookowo - googlowych rewelacji, a najlepiej znajdź zaufanego lekarza i przestań ufać Doktorowi Google.


Post Top Ad

Instagram