Post Top Ad

Ty też możesz być dzieciakiem wygnanym przez przyjezdnych znad jeziora...

Spotkała mnie dziś niemiła sytuacja. Wybrałam się z rodziną na spacer nad pobliskie jezioro, a tam turnus harcerzy - jak co roku od wielu, wielu lat. Chcieliśmy spędzić sympatycznie to gorące, niedzielne popołudnie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przyszedł pan zastępowy (?) tudzież ratownik (?) i powiedział do mojego synka: "Musisz stąd iść, bo tu zaraz będą się kąpać inne dzieci". Jeszcze większy był zawód Szymka, Julki i trójki ich kuzynów, którzy wesoło pluskali się w wodzie... 




Jak wytłumaczyć dzieciom taką sytuację? Przyjeżdżają dzieci na obóz i automatycznie wy - dzieci miejscowe - nie możecie chodzić nad jezioro i się w nim kąpać. Biorąc pod uwagę fakt, że harcerze są nad tym jeziorem praktycznie przez całe lato, nasze najbliższe jezioro jest dla nas zamknięte. Tak przynajmniej wynikałoby ze słów owego pana, który twierdził, że na czas turnusów, harcerze (ale kto - cały zastęp a może ich rodzice?!) DZIERŻAWIĄ jezioro od nadleśnictwa. WTF!?

 Stwierdziłam, że żadnej tabliczki o zakazie kąpieli dla mieszkańców tu nie widzę, a pan i na to, że jeszcze nie zdążył postawić, bo dopiero przyjechał... Przez jakieś 20 lat odkąd harcerstwo nad to jezioro przyjeżdża też nikt takowej nie postawił... No więc pan dalej pokazuje na co go stać i stwierdza, że możemy sobie pójść nad inne jezioro. Powiem wam, co mu odpowiedziałam, ale te słowa skieruję do wszystkich, którzy kiedykolwiek byli turystami, a był nimi KAŻDY: "WY TEŻ MOŻECIE SOBIE JECHAĆ GDZIE INDZIEJ!"

SERIO! Rzadko jest tak, że ktoś cię w dane miejsce jako turystę zaprasza. A turystą jest też harcerz, który przyjeżdża z jakiegoś tam miasta na obóz na wieś. Jak więc jadąc gdziekolwiek, zamiast cieszyć się z gościnności miejsca, szanować otoczenie i mieszkańców, których tam zastaniesz, a kto wie - może nawet wykorzystać sytuację spotkania oko w oko, by dowiedzieć się czegoś więcej o okolicy, możesz z automatu traktować to miejsce JAK SWOJE? Nie rozumiem! A sama turystką bywam dość często!

To nie jest pierwsza taka sytuacja. Kilka tygodni temu szwagier, który za sporą kasę wykupił zezwolenie na łowienie ryb, dostał opieprz od innej osoby z tego obozu za to, że hałasuje łowiąc rano ryby...  Wcześniej też zdarzało się wypraszanie miejscowych. Bo harcerze mają akurat porę kąpieli. Bo hałas i spać nie mogą (o 8 rano na obozie przetrwania). Bo nasze dzieci gorsze od tamtych! ... Nie wspomnę już o tym, że rok w rok po obozie zostaje jeden, wielki syf w lesie... 

Napisałam na Facebooku kilka słów zaraz po tej sytuacji i podniosła się fala oburzenia, bo stwierdziłam, że harcerze z Warszawy... No i nagle krzyk, że ja wszystkich warszawiaków o brak kultury oskarżam i wszystkich z miasta na pewno~! Ludzie - NIE! 

NIE nr 1: Nie uważam, żeby wszyscy z miasta byli chamami. Tak samo jak nie wszyscy ze wsi. Nie zmienia to faktu, że na wioskowych mówi się burak, głupek, cham, wiochmen i jakoś nie wzbudza to takiej furii jak złe słowo o miastowych...

NIE nr 2: Nie mam nic do Warszawy. Byłam tam nawet kilka razy i to całkiem ładne miasto. A że harcerze nad naszym jeziorem to warszawiacy tak mówi się u nas od lat i informacja ta pewnie wzięła się częściowo z informacji od leśniczego, częściowo od samych obozowiczów, a częściowo z rejestracji samochodów ;). Nie legitymowałam wszystkich po kolei, więc przyznaję, że mogą być z Warszawy i okolic, aczkolwiek w Internetach znajdziesz wszystko, np. to: "Nad jeziorem w sezonie letnim znajduje się stałe obozowisko harcerzy z drużyny 296 z Warszawy." źródło

NIE nr 3: Nie wkurzyłam się dlatego, że to obozowicze z Warszawy (i okolic). Jakby byli z Krakowa, Poznania czy z jakiegoś wygwizdowa też bym się wkurwiła! Chodzi o zachowanie, a nie o pochodzenie!


Każdy może być turystą... Każdy może być w sytuacji tubylca wywalonego znad jeziora, nad które chodzi od dzieciaka...


W tym tkwi sedno mojego nerwu i tego oto wpisu! 

Kocham podróżować, zwiedzać, poznawać nowe miejsca i ludzi. Razem z Grzegorzem zarażamy tą pasją nasze dzieci. Nie wyobrażam sobie wpajać im takiego przekonania, że gdy jadą w jakieś miejsce, to mogą sobie tam robić, co im się żywnie podoba i czuć się panami. Szacunek! Ludzie, szacunek! Podstawa wszystkich relacji międzyludzkich - powinna obowiązywać także w relacji turysta - miejscowy! I w momencie, kiedy moje dziecko mówi ze łzami w oczach: "Mama, przecież mogliśmy się zaprzyjaźnić z tymi dziećmi!", bo jest cholernie towarzyską osobą, a pan z okolic Warszawy czy Krakowa, który przyjechał tu jakby nie patrzeć w gościnę, mówi, że mamy sobie iść to mój wkurw sięga zenitu!

Mieszkamy w pięknej okolicy: skraj Borów Tucholskich, Wdecki Park Krajobrazowy [tabliczka parę kroków od domu], jeziora, lasy... Przyjeżdża tu wielu turystów. Zachowują się różnie. Często można naprawdę fajnie pogadać, poznać kogoś sympatycznego, a my - miejscowi - z dumą chwalimy się naszą piękną okolicą, wskazujemy miejsca na grzyby i jagody. Niestety bywa i tak, że jesteśmy traktowani jak element krajobrazu - niepotrzebna gałąź, która zawadza przy rozkładaniu namiotu... Przykre to jest i żenujące.

Nawet gdyby harcerze z drużyny 296 z Warszawy mieli wykupione jezioro na własność tudzież wydzierżawiony jego fragment [w co wątpię], to czy nie istnieje już coś takiego, jak zwyczajna ludzka życzliwość i wzajemny szacunek? Szczególnie, że mówimy o HARCERZACH! Czy nie można korzystać sobie z dobrodziejstw przyrody wspólnie? Dać sobie wzajemnie coś wartościowego w postaci rozmów, poszerzenie horyzontów? Otóż jak widać NIE MOŻNA. 

Mam nadzieję, że nikogo z miasta nie spotka sytuacja, w której dzieci ze wsi będące na koloniach w Warszawie czy innym mieście zakażą wam wstępu do galerii handlowej albo parku.... Brzmi niebywale? Dla mnie to jest to samo, jak to, co spotkało mnie wczoraj nad jeziorem, nad które chodzę od dziecka...

Nie wrzucam wszystkich do jednego wora, ale to nie jest odosobniona sytuacja i chciałabym głośno wyrazić swoją złość. Bo mam prawo by zła. Bo ja i moje dzieci mamy takie same prawa do korzystania z uroków naszej okolicy jak przyjezdni. Bo to wspólne dobro. Bo ja uczę moje dzieci szacunku do odwiedzanych miejsc i innych ludzi. 

Bo ty też możesz być turystą i też możesz być dzieciakiem wygnanym przez przyjezdnych znad jeziora... Pomyśl o tym proszę!

15 komentarzy:

  1. Kamila Greszczeszyn31 lipca 2017 17:34

    Ola, dobrze napisane. Mało tego nie umieją korzystać z toalety, którą mają przygotowaną. Swoje potrzeby fizjologiczne zostawiają w lesie i trzeba bardzo uważać, żeby podczas zbierania grzybów w coś nie wdepnąć. Wszędzie nawilżanie chusteczki i papier.

    OdpowiedzUsuń
  2. Doskonale wiem o czym piszesz! U mnie też kiedyś był wpis odnośnie zachowań turystów i też uważam, ze nie można generalizować, ale to, co niektórzy odstawiają, to po prostu cyrk, a mieszkając w jednej z najpopularniejszych miejscowości turystycznych w kraju, musimy to znosić przez większą część roku. U nas zimą jest jeszcze gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mądry artykul

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy nie wiadomo na jaki element się trafi. Niestety nie znamy dnia ani godziny w której będziemy mieli do czynienia po prostu z burakami. Moja recepta to olewanie. Denerwowanie się przez kogoś to znęcanie się na swoim zdrowiu

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale bym się zdenerwowała. Masz rację że tak zareagowałaś, takie postępowanie jest niedopuszczalne, to harcerze na obozie powinni się dostosować.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeśli nie ma tabliczki, to poprosiłabym o stosowne papiery. A jak ich nie ma, to bym piękną skargę do Wielkiej Góry Harcerstwa (Wielki Brat Drużynowy?) wysłała, oj wysłała!!! Teren prywatny czy dzierżawiony musi być oznaczony. U nas właśnie jest i... w środku lasu mamy parking płatny nad jeziorem!

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdyby trafił na mnie to bym nie byla grzeczna. Jak ja nie znoszę takich ludzi. Przjeżdżają na nie swoje tereny w gości i się panoszą!

    OdpowiedzUsuń
  8. Smutne, ale gorzkie żale tu nie pomogą zaocznie, działać trzeba na miejscu, wtedy ma to sens

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja Zwykła Matkaa1 sierpnia 2017 19:27

    Trochę nieładnie ze strony pana drużynowego, słabe jego zachowanie. Mógł wytłumaczyć w bardziej cywilizowany sposób. Nie lubię chamstwa.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bożena Jędral2 sierpnia 2017 10:32

    Powinnaś wylegitymować wyrzucającego was harcerza (?) i zgłosić zachowanie do jego zwierzchników. Tak być nie powinno, że przyjeżdża zgraja obozowiczów, którzy uczeni są szacunku do innych, pomocy oraz służenia krajowi i zachowują się, jak ostatnie złamasy. Nie do takiego harcerstwa należałam. Liczę, że nie do takiego należy moja córka.

    OdpowiedzUsuń
  11. To był dorosły mężczyzna. Ratownik? Jakiś starszy stopniem?? Nie mam pojęcia, ale nie chciałam fundować dzieciom dalszych tego typu "rozrywek" i wolałam skończyć temat...

    Jak dla mnie totalna porażka jeśli chodzi o harcerzy, a jedna znajoma pisała o podobnych przypadkach harcerstwa na Mazurach...

    OdpowiedzUsuń
  12. Trochę? Jak dla mnie bardzo nie w porządku...

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam nadzieję - pewnie naiwnie - że po przeczytaniu tego wpisu niektórym po prostu zrobi się głupio albo przemyślą sobie parę spraw...

    OdpowiedzUsuń
  14. O tym właśnie panu mówiłam. Twierdził, że dopiero przyjechał i tabliczki postawić nie zdążył - co dziwne - od jakichś 20 lat nikt jej tam nie zdążył postawić... No cóż...

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziękuję. Mam nadzieję, że trafi do odpowiednich osób!

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram