Post Top Ad

22:05

Sośnico, tęsknimy!!!

Napisała , w

Kiedy za oknem szaro - buro a po 16:00 zapadają egipskie ciemności, siadamy często całą rodzinką na kanapie, bierzemy albumy i wspominamy nasze najpiękniejsze wakacje - pobyt w Zakopanem i w hotelu Sośnica. Od razu robi się cieplej w sercu! I nieuchronnie pojawia się pytanie - a może by tak zimą wybrać się do Sośnicy ;)?



Na zdjęciu widok z okna naszego pokoju.

Jak już jechać pierwszy raz w życiu w góry to od razu w najlepsze miejsce! Czyli do Sośnicy - położonego w centrum Zakopanego, a jednocześnie z dala od zgiełku, urokliwego hotelu, w którym znajduje się wszystko, co potrzebne do rodzinnego wypoczynku, a pracujący w nim ludzie traktują gości niemal jak rodzinę.
Od pierwszego dnia pobytu, o którym pisałam już we wpisie Wakacje z dziećmi w Zakopanem - tylko w hotelu Sośnica!, byliśmy zauroczeni tym miejscem, a przede wszystkim panującą w nim pełną ciepła i uśmiechu atmosferą. Tam naprawdę nie było nikogo, ale to NIKOGO, kto byłby w złym humorze! I dzięki tym otaczającym nas na każdym kroku uśmiechom, miłym słowom, życzliwości człowiek czuł, że ODPOCZYWA od samego wejście w progi Sośnicy. Naprawdę! Mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nigdy w życiu nie wypoczęłam tak, jak w Sośnicy! 
Oczywiście oprócz wspaniałej atmosfery, o moim - matczynym - odpoczynku zadecydowały też inne czynniki:
- po pierwsze przez 7 dni nie musiałam przygotowywać nic do jedzenia, tylko schodziliśmy sobie do jadalni na pyszny szwedzki stół na śniadanie i czterodaniowy obiad,
- po drugie przez cały tydzień nie odkurzałam, nie zmywałam, nie prałam gór ciuchów...
- po trzecie nie musiałam usypiać mojej dwójki rozrabiaków, bo po górskich wrażeniach padali jak kawki,
- wreszcie po czwarte bawialnia, basen i warsztaty w ramach pakietu Familia, Wakacje, Przygoda po prostu wypełniały dzieciakom czas w przerwach pomiędzy wędrówkami!

Sośnica i jej gościnne progi sprawią, że wypocznie cała rodzina - MAMUSIE TEŻ :).










Na samej górze - nasze okno - pokój 324.

Jakże znów przydałby mi się taki relaks, cudowna beztroska, spokój wewnętrzny, jaki tam, tuż u podnóża Giewontu czułam! 
A i kochane góry chciałabym znów zobaczyć, poczuć to rześkie powietrze i przyjemny ból w łydkach po górskiej wędrówce! 
Musimy tam wrócić! Do Zakopanego! W Tatry! Do Sośnicy!

Może zimą? Giewont obsypany śniegiem, grzaniec na Krupówkach i zimowe pakiety atrakcji w Sośnicy! W pakiecie FERIE + EXTRA  kurs Małego Ratownika, warsztaty mini inżynierii LEGO, wyprawa skuterami śnieżnymi i zabawa z psami husky - a to tylko niektóre atrakcje! W opcji SKI 6-dniowy kurs narciarski dla dziecka! A może opcja FERIE + ŻYRAFA? Sami sprawdźcie, co się kryje pod tą intrygującą nazwą :) No i jest jeszcze zaproszenie na Święta: RODZINNE ŚWIĘTA w Sośnicy. Pyszne jedzenie, upominki i czas tylko dla najbliższych - bez pośpiechu, bieganiny w kuchni i sprzątania po kolacji :). Prawda, że brzmi kusząco? 

Nam niestety już w tym roku nie uda się zimą zawitać do Zakopca i Sośnicy, ale na pewno przyjdzie taka zima - zima z Sośnicą w roli głównej :). Nie możemy się doczekać!
12:30

Niedoczynność lub nadczynność tarczycy - ten problem może dotyczyć też ciebie!

Napisała , w

Ciągłe zmęczenie, nerwowość, kołatanie serca, drżenie rąk, problemy skórne - to tylko niektóre objawy, które mogą wskazywać na problemy z tarczycą. Choroby tarczycy dotykają coraz większej liczby kobiet, a sprzyja im postęp cywilizacyjny i stres. Niedoczynność tarczycy zdiagnozowano u mnie prawie rok temu, a co ważne, wcale nie miałam typowych dla niego objawów. Odkąd zaczęłam się leczyć, odetchnęłam. Dziś mam dla ciebie krótki poradnik, jak rozpoznać problemy z tarczycą i co oznacza dla ciebie diagnoza?


Z objawami chorej tarczycy chodziłam długo. Za długo. Objawy zrzucałam na karb przemęczenia albo stresu. Te oczywiście również miały swoje miejsce, ale z drugiej strony znalazłam się w błędnym kole: stres wzmagał problemy z tarczycą, a tarczyca wzmagała stres, nerwowość i  uczucie wiecznego zmęczenia. Byłam wiecznie zmęczona, a mimo to w nocy nie mogłam spać, miałam lęki, serce kołatało mi jakby chciało wyskoczyć z piersi, pociłam się niemiłosiernie, trzęsły mi się ręce, wkurzało mnie byle co, miałam problemy z apetytem. Moje TSH było na górnej granicy normy i lekarz rodzinny odsyłał mnie z kwitkiem, tymczasem ogólnie przyjęte normy wcale nie są właściwe dla każdego, a oprócz TSH trzeba wykonać szereg innych badań, by z całą pewnością wykluczyć lub potwierdzić kłopoty z tarczycą. Wreszcie sama postanowiłam skonsultować się z endokrynologiem. I okazało się, że TSH 4,18 wcale nie jest prawidłowe w moim wieku, a przy tym pozostałe badania też pozostawiały wiele do życzenia. U mnie po szeregu badań i USG stwierdzono niedoczynność tarczycy, a co zabawne miałam wiele objawów typowych dla nadczynności i nie tyłam. Endokrynolog na pytanie o to, jak to możliwe, tylko się uśmiechnął i stwierdził, że przy niedoczynności wcale nie trzeba tyć (9% chorych nie tyje, a wręcz chudnie). 

Jak wiadomo tarczyca to gruczoł odpowiedzialny za wydzielanie hormonów (tyroksyny i trójjodotyroniny) , a hormony  - choć ważne w ogóle dla funkcjonowania organizmu - dla organizmu kobiety mają znaczenie szczególne. I to głównie kobiety na choroby tarczycy chorują. 
Podłoże tych problemów jest różne: od predyspozycji genetycznych (jeśli twoja mama choruje, jest duże prawdopodobieństwo, że i ty będziesz miała problemy z tarczycą) przez ciążę, leki, po wiek. Ryzyko zachorowania na choroby tarczycy rośnie z wiekiem.
W przypadku niedoczynności tarczycy wytwarza ona za mało hormonów, natomiast w przypadku nadczynności jest ich za dużo. Są to choroby autoimmunologiczne. 

Objawy niedoczynności tarczycy:

- tycie (ale niekoniecznie!)
- sucha skóra
- obfite, przedłużające się miesiączki
- zwiększony apetyt,
- problemy z płodnością
- problemy z utrzymaniem ciąży
- ciągłe zmęczenie
- senność
- przygnębienie, a nawet depresja
- wypadanie włosów
- łamliwość paznokci
- osłabienie
- bóle mięśni i stawów
- zaparcia



Objawy nadczynności tarczycy:
- chudnięcie, niemożność przytycia (często, ale nie zawsze)
- kołatanie serca
- wzmożona potliwość
- napady wilczego głodu - szczególnie wieczorami
- skąpe, rzadkie krwawienia, a nawet zanik okresu
- ryzyko niedonoszenia ciąży
- uczucie gorąca
- bezsenność
- lęki, niepokój
- bóle mięśni i stawów
- biegunki

Oprócz tych dwóch podstawowych problemów z tarczycą, mamy do czynienia także z chorobą Hashimoto czy zespołem Gravesa - Basedowa. Innym problemem są guzki tarczycy, które lekarz może wybadać za pomocą USG. Pamiętaj, że guzek nie oznacza od razu nowotworu, ale konieczna jest dalsza diagnostyka, aby określić jego charakter (m.in. biopsja).

Tak naprawdę objawy są bardzo różnorodne i nie próbuj diagnozować się na samej tylko podstawie zmęczenia, wypadających włosów czy kołatania serca. Jeśli czujesz, że problem może dotyczyć tarczycy zrób najpierw podstawowe badania: TSH, fT3 i fT4, a potem wybierz się do endokrynologa, który je oceni, zrobi USG i zleci w razie potrzeby dalsze badania (np. na przeciwciała antyTPO i antTG).
Przy nadczynności i niedoczynności tarczycy zwykle wystarczy po prostu brać leki regulujące równowagę hormonalną (Letrox, Euthyrocs), a efekty są często odczuwalne już po kilku - kilkunastu dniach. Oczywiście leczenie trzeba dopasować, bo są kobiety, które po danym leku czują się kiepsko i trzeba go zmienić, podobnie z dawką. Dobry endokrynolog wie, jak to zrobić. Dlatego ja chodzę prywatnie... Po pół roku poziom TSH spadł mi o 3. Odkąd biorę leki bardzo rzadko odczuwam kołatanie serca, jestem mniej drażliwa, udaje mi się skuteczniej odganiać ponure myśli, nie mam już problemów z cerą. Żałuję, że wcześnie nie zrobiłam z tarczycą porządku, bo jest duże prawdopodobieństwo, że przyczyniła się ona niestety do utraty ciąży rok temu.

Nie rób tego błędu, który ja zrobiłam i nie czekaj, aż tarczyca tak utrudni ci funkcjonowanie, że niemal biegiem polecisz do endokrynologa! 
Dbaj o swoją tarczycę, bo jeśli zachoruje, objawy będzie odczuwać cały twój organizm, a niestety choroby tarczycy często powodują inne schorzenia i niestety zostają z nami na całe życie.

[źródła: poradnikzdrowie.pl, polki.pl, portal.abczdrowie.pl, ale przede wszystkim własne doświadczenia]
15:57

'Stłuc świnkę', czyli opowiastka o tym, jak potrafią kochać tylko dzieci.

Napisała , w

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że tylko dziecko potrafi wbić patyk w ziemię, nadać mu imię i pokochać. I podobną historię opisuje Etgar Keret w książce dla dzieci "Stłuc świnkę". To historia o wyjątkowej przyjaźni, przywiązaniu, odruchu serca, który potrafi zaistnieć tylko u dzieci. Wzruszająca i pouczająca książeczka.




Mały chłopiec marzy o figurce Barta Simpsona. Tata jednak chcąc nauczyć go oszczędzania i odpowiedzialności, zamiast kupować mu zabawkę, daje mu porcelanową świnkę skarbonkę, do której chłopiec ma odkładać pieniądze. Początkowo tak też traktuje świnkę - jak skarbonkę. Cieszy się za każdym razem wkładając do niej pieniążki i będąc bliżej wymarzonej figurki. Jednak jego stosunek do porcelanowej figurki z czasem ulega zmianie. Nadaje śwince imię - Pesahson i zaczyna zauważać jej zimny nosek i uśmiech. Pewnego dnia mówi: "Kocham cię, Pesahson" i nie wyobraża sobie stłuczenia przyjaciela młotkiem, który przynosi mu tata... A przecież właśnie to jest według taty "wychowawcze". Dużo bardziej niż przyjaźń z porcelanową skarbonką... Uczucia chłopca są jednak silniejsze. Pewnej nocy wynosi świnkę na pole i tam zostawia, "ratując" przed stłuczeniem. Jego przyjaciel jest dla niego ważniejszy niż pieniądze i nowa figurka.

Ta krótka historia uświadamia nam, dorosłym, jak wyjątkowy jest świat emocji dziecka. Czasem tak dla nas niezrozumiały. Kochać i przywiązywać się tak mocno i bezwarunkowo potrafią tylko dzieci. Warto o tym pamiętać i szanować ich uczucia!

Etgar Keret jest cenionym izraelskim autorem, a ilustracje Davida Polonsky'ego tworzą wyjątkowy klimat książki. 





Książkę mieliśmy okazję zrecenzować dzięki Wydawnictwu Wilga. Więcej przeczytacie o niej na stronie Grupy Wydawniczej Foksal: Stłuc świnkę.
10:32

Jaką szkołę wybrać dla dziecka?

Napisała , w

Wybór szkoły dla dziecka nie jest prostą sprawą. Szkoła z właściwego obwodu nie zawsze jest najlepszą opcją. Wydawać by się mogło, że na wsi sprawa jest oczywista i wybiera się szkołę, która jest najbliżej (a często i tak jest to kilka kilometrów). My jednak wybraliśmy szkołę w innej wsi, bardziej oddaloną i jestem zadowolona z tego wyboru. Dlaczego dokonaliśmy niestandardowego wyboru? Czym się kierowaliśmy przy wyborze szkoły? Sprawdź, a być może ułatwi to podjęcie decyzji i tobie!


Z waszych wiadomości i komentarzy zostawianych na Facebooku wiem, że już się zastanawiacie nad wyborem szkoły dla dziecka i szukacie podpowiedzi, jaką szkołę wybrać: czy tę bliższą czy bardziej oddaloną? Z obwody czy spoza niego? Czym się kierować? W wielu szkołach, szczególnie tych wiejskich, zapisy do szkoły są w kwietniu poprzedzającym wrzesień, w którym dziecko ma pójść do szkoły, aczkolwiek są i takie placówki, do których zapisy odbywają się dużo wcześniej.
Jako, że Julka poszła do szkoły spoza obwodu, mogę co nieco napisać wam na ten temat. Skąd taka decyzja? Co na nią wpłynęło? Jaka szkoła będzie dla dziecka najlepsza?


Czym się kierować wybierając szkołę dla dziecka?


Szkoła podstawowa w obwodzie, do którego należymy mieści się w naszej wsi - około 2 km od naszego domu. Zdecydowaliśmy jednak, że Julkę poślemy do innej placówki oddalonej o 4 km.  Co wpłynęło na naszą decyzję?

1. Logistyka. Właściwie to był pierwszy powód, który nami pokierował. W stronę szkoły, do której Julia powinna chodzić, właściwie nie ciągnie nas nic. Praca jest w przeciwnym kierunku  i dzięki temu tata może często odbierać Julkę po lekcjach. Również ja w niedalekiej przyszłości będę szukać pracy w tamtym kierunku, gdyż jest tutaj dużo firm i większe szanse na zatrudnienie. Po wtóre do tej szkoły chodził już Julki kuzyn (z tego samego podwórka), więc jest możliwość wożenia dzieci na zmianę. Krótko mówiąc do tej szkoły było nam bardziej po drodze.

2. Liczba klas. W wiejskich szkołach niestety niekoniecznie musi być ich 6 (według nowej reformy wkrótce 8). W najbliższej nam podstawówce decyzją odgórną pozostały tylko 3 i oddział przedszkolny. Powodem była zbyt mała liczba dzieci. Reszta, czyli klasy IV - VI zostały przeniesione 6 m stąd do zespołu szkół w miejscowości gminnej, gdzie razem funkcjonuje podstawówka i gimnazjum. Zatem Julka i tak od klasy IV musiałaby dojeżdżać autobusem do bardziej oddalonej szkoły.
W szkołach miejskich swoją rolę odgrywa też wielkość oddziałów. U nas na wsi nie ma problemu ze zbyt licznymi oddziałami i zbyt małymi klasami, natomiast w dużych miastach z pewnością wato brać to pod uwagę. Z korzyścią dla dziecka są mniej liczne klasy, w których nauczyciel może poświęcić dzieciom więcej uwagi i choć w niedużym stopniu podejść do każdego dziecka w sposób indywidualny.

3. Sposób kształcenia. Można to pojęcie rozumieć szeroko. U nas na wsi kryje się pod nim np. łączenie klas. Praktyka częsta w wiejskich szkołach, gdzie jest mało dzieci. W podstawówce z naszego obwodu oddział przedszkolny ma zajęcia razem z klasą I, zatem na chwilę obecną w jednej klasie uczą się dzieci od lat 4 do 7 ... Niestety nie jest to dobre dla dzieci, a Julka jest dzieckiem, które potrzebuje dużej uwagi nauczyciela. W związku z tym normalny podział na klasy odegrał dużą rolę w wyborze placówki.
Warto także zorientować się w kwestii zajęć dodatkowych, które oferuje szkoła. W wielu wiejskich szkołach ta oferta jest niestety nikła, a rodzice nie zawsze mają możliwość regularnie jeździć z dzieckiem na basen czy zapisać je na naukę tańca do Domu Kultury oddalonego o kilka kilometrów. Dlatego dobrze jest zadbać o to, by szkoła dawała dziecku takie możliwości.

4. Potrzeby dziecka a możliwości szkoły. I wcale nie chodzi tu tylko o wielkość budynku, chociaż w przypadku szkół miejskich i to ma swoje znaczenie. Istotne jest też wyposażenie szkoły: czy to w komputery, czy w sprzęt sportowy, czy biblioteki szkolnej w książki i pomoce naukowe, boisko czy plac zabaw. Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że dziecko jeśli tylko chce tak samo może uczyć się w każdej szkole. Możliwości, jakie szkoła mu oferuje mogą do tej nauki zachęcać lub zniechęcać, rozwijać zainteresowania i wyobraźnię lub je tłamsić. Na przykład o wiele chętniej uprawia się sport mając do dyspozycji duże boisko tzw. orlik, aniżeli tylko malutkie boisko przyszkolne, a zabawa na placu zabaw wyposażonym w ładne huśtawki, zjeżdżalnie i drabinki jest ciekawsza dla najmłodszych dzieci niż tylko maleńka piaskownica przy boisku.

5. Ludzie. Nie wiem, czy nie jest to najważniejsza kwestia, choć z drugiej strony też najtrudniejsza do zweryfikowania - szczególnie w szkołach miejskich, gdzie nie sposób znać każdego nauczyciela czy inne dzieci uczęszczające do szkoły. W przypadku szkół wiejskich jest to łatwiejsze. Możemy dowiedzieć się od znajomych, jakie są ich odczucia w tej kwestii, pojechać do szkoły i porozmawiać, a często jest tak, że nasze dzieci uczą nauczyciele, którzy uczyli i nas. Tak jest w przypadku Julki, której wychowawczynią jest pani ucząca mnie w końcowych klasach szkoły podstawowej. Dobrze też, kiedy dziecko idąc do szkoły, spotyka w niej znajome dzieci. Łatwiej wtedy się zaaklimatyzować i nawiązać kontakty.


Procedura przyjęcia do szkoły dziecka spoza obwodu

Tylko dziecko zapisywane do szkoły w swoim obwodzie jest do niej przyjmowane z urzędu. W przypadku dzieci spoza rejonu sprawa nie jest już tak oczywista. Decyzję o tym, czy przyjąć dziecko do szkoły czy nie, podejmuje dyrektor placówki. Pod uwagę bierze się szereg kryteriów, które są odpowiednio punktowane i decydują o "klasyfikacji" dziecka na liście rekrutów. Należy wypełnić specjalny wniosek. Nie bez znaczenia jest także liczba uczniów z obwodu, czyli to, czy dana placówka ma jeszcze miejsca dla innych dzieci, tych spoza rejonu. W szkołach wiejskich tak naprawdę najczęściej jest to formalność, gdyż zazwyczaj o przyjęcie do nich ubiega się niewiele dzieci spoza obwodu, a i liczba uczniów rzadko jest na tyle duża, by przeszkodą w przyjęciu dziecka mógł być brak miejsca. 

My nie żałujemy swojej decyzji. Zawsze są plusy i minusy oraz wątpliwości, które pojawiają się już w trakcie nauki dziecka w szkole. Idealnych rozwiązań nie ma, jednak trzeba wybrać takie, w którym plusy przeważają, a ocenianie i wybór szkoły wyłącznie przez wzgląd na odległość od domu to za mało. 

Podzielcie się swoimi doświadczeniami i napiszcie, czym kierowaliście się wybierając szkołę dla dziecka?  Niech nasza wspólna lista powodów pomoże innym rodzicom!

Grafika: pixabay.com 

20:46

3-poziomowy garaż od Wadera - gratka nie tylko dla czterolatka! [+ KONKURS]

Napisała , w

Zabawki Wader znają chyba wszyscy! Rodzice cenią je za wyjątkową solidność i bezpieczeństwo, a dzieci kochają za różnorodność, oryginalny i przyjazny dizajn, funkcjonalność i bajeczne kolory. Mogę śmiało powiedzieć, że dla mojego czterolatka zabawki Wader są numerem 1! Jesienią w ofercie Wadera pojawiło się kilka świetnych nowości - jedną z nich jest 3-poziomowy garaż z windą. Zobaczcie, jak się sprawdza w zabawie czterolatka!



3-poziomowy garaż z windą to kolejna zabawka z serii Garage.   Zestaw składa się z elementów dróg o długości 2,3 metra, windy, poszczególnych poziomów parkingu, dwóch drzew, dwóch autek, elementów ogrodzenia. Wszystko zapakowane w kolorowy karton. 
Zabawkę trzeba samodzielnie złożyć, ale na szczęście nie jest to bardzo trudne. Do zestawu dołączono także arkusze z naklejkami do ozdobienia garażu. 

Podobnie jak inne zabawki z tej serii, a także z serii Kid Cars 3D, mimo swojej prostoty daje wiele możliwości kreatywnej zabawy. Można jeździć autkami po krętych trasach prowadzących na poszczególne piętra parkingu albo przemieszczać je windą, urządzać wyścigi albo zaangażować parking do bardziej rozbudowanej zabawy np. z innymi zestawami Wadera, z którymi jest kompatybilny (cała seria Kid Cars 3D, Kids Cars Series i Garage oprócz jednego zestawu). Szymkowi wcale nie trzeba było możliwości łączenia z innymi zestawami pokazywać - sam na to wpadł szybciej od mamy :).

Szymkowi od razu garaż przypadł do gustu. Lubi ten rodzaj zabawy autami polegający na przejeżdżaniu nimi z miejsca na miejsce i ustawiania ich. Mamy już pokaźną kolekcję małych autek Wadera, więc zaraz dołączył je do dwóch samochodzików z zestawu i bawił się na całego. Jak już wspomniałam, tworzy też prawdziwe miasta i długie trasy łącząc garaż z innymi zestawami Wader (nawet tym niby niekompatybilnym ;)). 


To ten typ zabawki, która właściwie nigdy się nie nudzi, a co ważne jest tak solidna, że posłuży jeszcze młodszemu rodzeństwu czy kuzynom. I za to właśnie kochamy Wadera :).

Więcej o garażu przeczytacie tutaj: http://www.wader-zabawki.pl/garaz-z-winda-3-poziomy.html







Razem z firmą WADER mamy dla was konkurs z fantastyczną nagrodą!

WYNIKI KONKURSU!

Garaż od Wadera pojedzie do...

Kubusia i Dominiki
oraz Moniki Zemły!

Gratuluję!

Czekam na adres: wokoldzieciblog@gmail.com

3-poziomowy garaż z windą może trafić do waszej pociechy!
To idealny prezent na Mikołaja albo na Gwiazdkę, prawda?

A więc weźcie udział w zabawie!

REGULAMIN:

1. Konkurs przeznaczony jest dla fanów Wokół Dzieci oraz Wader - Fabryka Zabawek. (przez fanów rozumie się osoby, które lubią oba profile na Facebooku).
2. Zadanie konkursowe polega na zamieszczeniu w komentarzach na Facebooku zdjęcia pokazującego jak twoje dziecko cieszy się na nadchodzące Święta :). Kreatywność w cenie ;).
Ważne: dopisz imię i wiek dziecka.
3. Każdy uczestnik może zamieścić tylko jeden komentarz.
4. Praca konkursowa musi być autorska i nie może brać udziału w innych konkursach.
5. Zamieszczając zdjęcie zgadzasz się na warunki konkursu.
6. Konkurs trwa w dniach 17 - 24.11.2016, a wyniki ogłoszę do 3 po jego zakończeniu.
7. Nagrodą jest 3-poziomowy garaż Wader dla 1 osoby wybranej przeze mnie.
8. Wysyłka nagrody po stronie sponsora. Tylko na terenie Polski.
9. Facebook nie ma nic wspólnego z organizacją tego konkursu.

MIŁEJ ZABAWY!


Wpis powstał we współpracy z marką WADER.


PAMIĘTAJCIE, ŻE ORYGINALNE ZABAWKI WADER KUPICIE TYLKO Z ŻÓŁTO - NIEBIESKIM LOGO!
Na rynku pojawiły się podróbki z kolorowym logo imitującym logo WADERA, a zabawki okazują się być nietrwała, a nawet niebezpieczne!
Firma WADER informowała o tym na swoim profilu na Facebooku: link do posta.
09:10

Czy nasze dzieci powinny się bawić wyłącznie w edukacyjne zabawy?

Napisała , w

Edukacja przez zabawę to jest coś fajnego. Lubię, kiedy moje dzieci bawiąc się jednocześnie uczą się literek, liczenia, zdobywają wiadomości o przyrodzie. Z irytacją jednak czytam i obserwuję, jak rodzice "skreślają" z listy zabaw swoich dzieci takie, które jakoby nie przyniosą im żadnego pożytku i klasyfikują te "odpowiednie" jako wyłącznie te, które dziecko czegoś konkretnego nauczą. Dochodzimy do momentu, w którym słowo ZABAWA zyskuje zupełnie inne znaczenie, niż powinno. Kiedy dziecko zwyczajnie dobrze się bawi, śmieje, relaksuje bawiąc się lalkami czy skacząc na podwórku w klasy, to - według części rodziców - marnuje czas, bo niczego się przy tym nie uczy...





Nauka przez zabawę - tak, ale...

Czasy się zmieniają. Zmienia się też sposób wychowywania dzieci. Zaczynamy dostrzegać coraz więcej potrzeb naszych pociech, szukać przyczyn ich zachowań i emocji, coraz więcej myśleć o ich wszechstronnym rozwoju i wspierać go. Nowości w wychowaniu dzieci przejawiają się też w zabawie. Jako rodzice coraz bardziej się w nią angażujemy i dbamy o to, by poprzez zabawę nasze pociechy mogły się też uczyć. Nauka przez zabawę to już nie tylko wymienianie kolorów podczas jeżdżenia autkami po dywanie czy nazywanie roślin i zwierząt na spacerach. Już dwulatki uczymy czytać metodą globalną, przedszkolakom proponujemy klocki z literkami i karty matematyczne, kupujemy gry poszerzające wiedzę z zakresu przyrody, języka polskiego czy języków obcych. Rynek puchnie od zabawek edukacyjnych. Bajki też koniecznie muszą pełnić funkcję dydaktyczną, inaczej są be. I wszystko fajnie, bo nauka przez zabawę doskonale się sprawdza! Sama pokazuję na blogu zabawki edukacyjne (choćby Wydawnictwa Epidexis: klocki Edu, puzzle edukacyjne, gra Literowe Zagadki). Jednak mam nieodparte wrażenie, że zaczynamy popadać w skrajności...

Nieedukacyjne zabawy...

Obserwuję, jak zabawy, które według rodziców nie mają funkcji edukacyjnej, są skreślane z listy dziecięcych zabaw jako bezwartościowe, głupie i nazywane stratą czasu. Zabawa w dom? Przeżytek! Chyba, że dziecko literuje podczas niej nazwy mebelków... Skakanie w gumę? Po co to dziecku? Chyba, że liczy każdy skok i w ten sposób uczy się cyferek... Budowanie szałasu? Bzdura! Chyba, że robi to z podręcznikiem małego skauta i przyswaja specjalistyczną wiedzę z zakresu sztuki przetrwania... A jeśli już tworzyć coś plastycznie to koniecznie kre-a-tyw-nie! Zwyczajne bazgranie kredkami po kartce raczej nie wchodzi w grę... Do tego oczywiście dziesiątki zajęć dodatkowych - często takich, które wybierają rodzice - ze względu na ich funkcję edukacyjną.

A co z zabawkami?

Oceniając zabawki również opieramy się głównie na ich walorach edukacyjnych. Widać to bardzo wyraźnie na blogach. Sama się na tym łapię. A przecież klocki - nawet jeśli nie można ułożyć z nich imienia, a po prostu zbudować wieżę - to fajna zabawka! Zwyczajna piłka przynosi milusińskim mnóstwo radości i pozwala dbać o kondycję fizyczną, a nieestetyczna według rodzica lalka (bo teraz to liczy się di-zajn!) może być po prostu ukochaną zabawką, której się szepcze do uszka sekrety. Tak naprawdę w niemal każdej zabawie (nie mówimy tu o takich, które propagują agresję) dziecko czegoś się uczy. Nauka bowiem to nie tylko przyswajanie wiedzy, która potem przyda się na lekcjach w szkole, ale też tej zupełnie życiowej dotyczącej emocji, zachowań w życiu codziennym, wartości. A nawet jeśli jest to rzucanie się poduszkami i chichranie do bólu brzucha to dziecko uczy się po prostu ... śmiać! I to jest prawo dzieciństwa!

Dziecko nie może zwyczajnie się pośmiać?...


Ten temat chodził mi po głowie już od dłuższego czasu, jednak szala pewnej goryczy przelała się, kiedy recenzowałam bajkę "Bociany" (tu recenzja). Gdy czytałam opinie innych widzów, uderzyły mnie stwierdzenia typu: "Dziecko niczego się z tej bajki nie nauczy". I wtedy pomyślałam sobie: "Kurde, a czy my, dorośli uczymy się czegoś z każdego obejrzanego filmu? Z każdej przeczytanej książki? Z każdego zajęcia w wolnym czasie? A co na przykład z komediami, które oglądamy po prostu po to, by się pośmiać do rozpuku, odprężyć, zapomnieć o kłopotach?". Jasne, że w przypadku dzieci wygląda to trochę inaczej, bo przecież maluchy są na etapie intensywnego rozwoju i wszechstronna edukacja jest dla nich bardzo ważna, jednak czy nauka w dzieciństwie to tylko przyswajanie sobie wiedzy o literach, liczbach, zwierzętach czy roślinach. Moim zdaniem to także uczenie się  odpoczywania, relaksu, rozwijanie wyobraźni, czy poczucia humoru! To jest nie mniej ważne! I dla szczęśliwego dzieciństwa i później dla fajnej dorosłości. Coraz częściej o tym zapominamy...


Czasami, śledząc poczynania innych rodziców, myślę sobie, że za mało bawię się z moimi dziećmi edukacyjnie. Zamiast tego pozwalam im biegać po podwórku z kijem od miotły w roli konika albo brodzić po kałużach. Jednak mimo, że w zabawy z przekazem dydaktycznym się bawimy i że one mogą być naprawdę fajne, to jednak jestem pewna, że to właśnie to beztroskie bieganie po podwórku, zabawy w szałas z koca i poduszek czy wspólne zrywanie boków na jakiejś przezabawnej bajce , dzieci zapamiętają z dzieciństwa najlepiej. I dlatego uważam, że trzeba mieć umiar i szukać złotego środka i tutaj tak jak we wszystkim. Nauka poprzez zabawę? Tak! Ale też zabawa dla samej zabawy - dla śmiechu, radości, beztroski, korzystania ze wszystkich uroków dzieciństwa! 



A ty co sądzisz o nauce przez zabawę? Napisz mi o tym w komentarzu!
08:40

Sałatka z kabanosem i ziemniakami.

Napisała , w

Do Master Chefa mi tak daleko jak stąd do Australii, ale lubię gotować dla mojej rodzinki i eksperymentować w kuchni. Jedną z naszych ulubionych potraw są różnego rodzaju sałatki. Niedawno miałam właśnie nastrój na jakąś ciekawą sałatkę i pytałam was na Facebooku o inspirację. Jak to ja połączyłam wszystkie pomysły w jeden dorzucając swoją inwencję twórczą i tak powstała sałatka z kabanosem i ziemniakami. Nam bardzo smakowała! Poznajcie przepis!



SKŁADNIKI:

3-4 kabanosy
4 spore ziemniaki
puszka groszku
2-3 ogórki kiszone
kawałek zielonej części pora
4 jajka
majonez, musztarda
pieprz, sól
natka pietruszki

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Ziemniaki ugotować w łupinach. Wystudzić, obrać, pokroić w dużą kostkę. 
Jajka ugotować i również pokroić w większe kawałki.
W mniejszą kostkę pokroić ogórki.
Odcedzić groszek i dosypać do pozostałych składników.
Drobno pokroić zieloną część pora.
Kabanosy pokroić w cienkie plasterki.
Wszystkie składniki umieścić w misce, dodać kilka łyżek majonezu i 2 łyżeczki musztardy sarepskiej.
Doprawić solą i pieprzem.
Udekorować natką pietruszki.

Sałatka dzięki kabanosom ma fajny, wyrazisty smak. Doskonała na pożywną, ale i zdrową kolację podawana ze świeżym pieczywem.

SMACZNEGO :)
14:28

'Słoń w autobusie?', czyli o zwierzętach na wesoło. [+ KONKURS]

Napisała , w
Zwierzęta są niezwykle wdzięcznymi bohaterami literackimi. Wzbudzają ciekawość i emocje u małych czytelników, czy to w książkach typowo przyrodniczych czy też w takich, w których nadawane są im cechy ludzkie. "Słoń w autobusie?" to kolejna (nawet nie wiem już która) książka w biblioteczce Julki i Szymka, której bohaterami są właśnie zwierzaki. Autorka ukazuje je jednak w sytuacjach tak nietypowych, że przez to wprost przezabawnych! Wasze pociechy będą śmiać się przy tej książce do rozpuku!


"Słoń w autobusie?" - już w tytule autorka Patricia Cleveland - Peck pyta dzieci: "Czy to jest możliwe?". Chciałoby się odpowiedzieć: nie, ale przecież w książkach możliwe jest wszystko! A w tych dla najmłodszych szczególnie! W tej książce jest więc słoń, który próbuje podróżować autobusem, stonoga na wrotkach, wieloryb na rowerze i świnka na deskorolce i o wiele więcej! 

Zabawne, krótkie wierszyki czytają się szybko i przyjemnie. Przypominają nieco słynne "Zoo" Jana Brzechwy. Łatwo wpadają w ucho i są świetne do ćwiczenia pamięci, gdyż nawet kilkulatek raz dwa nauczy się ich na pamięć. Opatrzono je dużymi, kolorowymi i równie śmiesznymi jak same wierszyki ilustracjami autorstwa Davida Tazzyman'a. 

Nie jest to książka z typu tych, które mają koniecznie uczyć maluchy. Przynajmniej nie w znaczeniu danych na temat zwierząt. Chyba, że mamy na myśli rozwijanie wyobraźni i naukę beztroskiego śmiechu! A przecież to też jest dzieciom potrzebne! A abstrakcyjne sytuacje przedstawione w książce są świetną okazją do rozmów z dziećmi na temat zwierzęcych zwyczajów, ich wyglądu i środowiska życia. A i nauka czytania dzięki tak krótkim i prostym formom może z tą książką przebiegać znakomicie!

Więcej o książce na stronie Wydawnictwa Prószyński i S-ka, któremu dziękuję za możliwość zrecenzowania jej: Słoń w autobusie?






Razem z Wydawnictwem Prószyński i S-ka mamy dla was konkurs!
Do zdobycia jest jedna z 3 nowości książkowych, a więc wygrywają 3 osoby!

Klikajcie, by wziąć udział w konkursie na Facebooku ----> KONKURS


17:32

Nie taką mamą miałam być...

Napisała , w
Zanim zostałam mamą, miałam wyobrażenia o tym, jaką mamą kiedyś będę. Może nie idealną, ale na pewno taką, która zawsze ma czas, uśmiech i chęci do wszystkiego. Nie będę podnosić głosu, uciekać zawstydzona ze sklepu i czekać jak na zbawienie aż wreszcie moje dzieci raczą zasnąć. Bo będę dosłownie w każdym momencie kipieć szczęściem, które będzie mi dawać macierzyństwo. Innej opcji przecież nie ma. Okazało się, że jest. W macierzyństwie jest milion opcji...



Zaczęło się od baby bluesa. Nigdy nie przypuszczałam, że mnie on dotknie. Tym bardziej, że poród przebiegł szybko i bez jakiejś wielkiej traumy, Julka zdrowa i cudowna w każdym calu, w mężu wsparcie. A jednak po paru dniach zaczęłam ryczeć bez wyraźnego powodu i czułam się bezsilna wobec płaczu córki. Szczególnie pamiętam jedną z pierwszych nocy, kiedy miałam dosłownie moment załamania. To Grzegorz zajął się Julką, a ja nic tylko wyłam i wyłam. Oczywiście przeszło mi bardzo szybko, a potem miałam jakiegoś moralnego kaca... No bo jak to? Przecież tak chciałam dziecka, tak czekałam, taka byłam szczęśliwa, a tu nagle łzy, bezradność i wątpliwości? A jednak...

Potem niemal na każdym kroku spotykały mnie sytuacje, których się nie spodziewałam i czułam coś, czego - moim zdaniem z czasu, zanim zostałam mamą - czuć nie powinnam. Miałam być oazą cierpliwości, spokoju i uśmiechu. Nie zawsze byłam i nie zawsze jestem. Pamiętam pierwszą poważną frustrację podczas karmienia piersią. Ileż to można wisieć na cycu? Nie mam żadnego życia przez to karmienie! Czego to dziecko ciągle chce?! Tak, miewałam takie myśli...

Bywa tak, że łamię prawie wszystkie zasady dotyczące tego, jak nie wolno zwracać się do dziecka. Mówię "nie, bo nie", bo brakuje mi już argumentów, dlaczego nie kupię dziecku kolejnej gazetki z jakąś pierdołą, którą i tak za chwilę rzuci w kąt a jak już naprawdę jestem u kresu wytrzymałości, to grożę: "Przestań, bo .... przyjdzie daniel i zaryczy za oknem!" (taki zamiennik słynnego dziada :))) Kłamię, że nie ma nic słodkiego, a potem po kryjomu zżeram całą tabliczkę czekolady. I wcale nie mam wyrzutów sumienia!

Czasami już rano wstaję z nosem na kwintę. Znowu to samo: pobudka o 6:00, budzenie Julki, śniadanko, sprawdzanie czy aby na pewno w tornistrze jest wszystko co trzeba. W międzyczasie budzi się Szymek i woła co minutę: "Mama, picie!","Mama, włącz mi bajki!", "Mama, chodź się bawić!". I znów trzeba poganiać Julkę z myciem zębów, chociaż tym razem obudziłam ją wcześniej.  Mam minę męczennicy, klnę pod nosem i ogólnie atmosfera jest napięta. Bywam okropną mamą o poranku! I wieczorami też bywam paskudna. Kiedy dochodzi 23:00 a dziecię, które akurat zdrzemnęło się w aucie o 18:00 ani myśli o spaniu. Mnie zamykają się gały a na dodatek mam okres i bolący brzuch a ono ma ochotę na zabawę i skacze po mnie jak po materacu. I podgłaśnia telewizor. I przynosi swoje drewniane tory z pokoju. I rozsypuje je na łóżku i na mnie. Oj tak, wtedy ciskam z oczu piorunami i wkurzam się na ten konkretny aspekt macierzyństwa!

Zdarza się, że nie mam czasu i w dodatku właśnie tak mówię do dzieci: "Teraz nie mam czasu!", "Później!", "Za chwilę!". Tosz to brzmi strasznie, prawda? Tak, jasne, jak się tylko "siedzi w domu" to nie można nie mieć czasu! A już w ogóle jak się jest matką! Też tak kiedyś myślałam... Dzieci jednak maja to do siebie, że kiedy ty z ochotą siadasz z nimi do układania puzzli albo pełna werwy proponujesz zabawę w dom, to one akurat nie chcą albo wolą bawić się same. Z kolei kiedy ty akurat stoisz przy garach i mieszasz grochówkę albo siedzisz na kiblu to musisz iść się bawić teraz, już, natychmiast!

Marzyłam o tym, by usłyszeć słowo "mama" i byłam tak samo rozczulona jak chyba każda mamusia, gdy padło z ust moich dzieci. Dziś też często budzi we mnie wzruszenie i uśmiech, bo kocham moje pociechy ponad wszystko, ale ... No właśnie - ALE, kiedy słyszę "mamoooooo!" po raz milionowy tego dnia i to słowo znowu oznacza tyle co 'daj, przynieś, znajdź" ewentualnie "teraz będę marudzić" to bywa, że trafia mnie szlag! Nigdy bym się tego nie spodziewała, zanim zostałam mamą...

Chyba nic w życiu nie dało mi poczuć takiej palety emocji jak bycie mamą. Wielu z nich w ogóle się nie spodziewałam. Dziś wiem, że to naiwne, ale naprawdę wyobrażałam sobie, że każdego dnia, przez 24 godziny na dobę będzie kipiała ze mnie miłość, optymizm i szczęście. Tymczasem to, że zostajemy mamami nie czyni z nas automatycznie ideałów, anielic, robotów, które nic nie czują poza tym, co - niby - powinny. Pozostajemy sobą - ze wszystkimi zaletami i wadami sprzed bycia mamą! Owszem, macierzyństwo uczy cierpliwości, opanowania, asertywności.przymykania oczu na pewne sprawy (i otwierania ich na inne - ważniejsze), organizacji i wielu, wielu innych rzeczy, ale nie jest tak, że rodząc dziecko nagle to wszystko dostajesz!
 Nie jest też tak, że miłość, którą obdarzasz swoje dzieci wyklucza uczucie zmęczenia, sfrustrowania, smutku, złości, bezsilności i sprawia, że nie popełniasz błędów!

Nie taką mamą miałam być... Miałam emanować miłością w każdej sekundzie, uśmiechać się anielsko, znać sposób na kolki i na tabliczkę mnożenia, która nie chce wejść do głowy, w razie utraty cierpliwości liczyć do 10 zamiast rzucić soczyste "kurwa", codziennie bawić się w kreatywne (koniecznie!) i edukacyjne (inne być nie mogą!) zabawy zamiast pozwalać dziecku godzinami bawić się w błocie, nie płakać, nie złościć się, nie męczyć. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna niż przypuszczałam, a moje macierzyństwo zupełnie inne niż to, które sobie wyobrażałam. Bo jestem sobą. Jestem tylko człowiekiem i nawet to, że zostałam mamą nie zmieniło tego faktu :). 

Bywam zła, wkurzona, znużona i smutna. Robię rzeczy, których robić nie powinnam albo mamie nie wypada. Popełniam błędy. Ale, kurczę, w tym wszystkim cały czas tę moją dwójkę kocham tak mocno, że oddałbym za nich życie! I trudne chwile przeplatają się z tymi pełnymi radości, dumy, czułości, po prostu pięknymi. Bawimy się, śpiewamy piosenki, oglądamy całą rodziną bajki, uwielbiamy wieczorne czytanie książek, robimy razem sałatki i ciasteczka, śmiejemy się do rozpuku, tulimy się z samego rana, cieszymy się zwyczajną codziennością. Jak to w życiu. tak w macierzyństwie są wszystkie kolory tęczy. I każdy z nich jest potrzebny, by razem tworzyły coś wyjątkowego.

Wszystko to, czego doświadczam jako mama, każda emocja - złość, znużenie i smutek także - sprawiają, że jestem w macierzyństwie prawdziwa. Nie ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy jak w reklamie syropku dla dzieci, nie z aureolką nad głową niczym anielica, nie w czystym jak łza domu (najlepiej jeszcze w szpilkach na tym dywanie shaggy z Ikei). Tylko raz śmiejąca się do rozpuku podczas wygłupów z moimi dzieciakami, a innym razem z marsową miną, bo znów wpakowały się do domu w zabłoconych kaloszach. Raz umiejąca policzyć nawet do stu, żeby cierpliwość wróciła na swoje miejsce, a innym razem trzaskająca drzwiami od łazienki i zamykająca się w niej choćby na 10 minut w obawie przed rychłym wybuchem. I przeważnie, mimo że dywan odkurzam trzykrotnie i tak zobaczysz na nim okruchy, jak wpadniesz do nas z wizytą. Zaś mnie ujrzysz w spranych dżinsach i koszulce, czasem w skarpetach nie do pary (bo może akurat trafisz na ten poranek, kiedy mam oczy na zapałki i w pośpiechu włożyłam byle jakie). Takie jest moje macierzyństwo. Po prostu MOJE. Normalne, nie idealne. Ale kiedy Julka i Szymek tulą się i mówią: "Jesteś najlepszą mamą na świecie", wiem, że tak właściwie całkiem fajna ze mnie mama!


A ty jaką jesteś mamą? 
11:57

SnapBook - wspomnienia wywołane w kilka minut! [+KONKURS!]

Napisała , w
Czy są tutaj osoby tak samo sentymentalne jak ja? Takie, które uwielbiają "kolekcjonować" wspomnienia? Czy szukacie niebanalnych sposobów, by najpiękniejsze chwile zawsze były z wami? SnapBook to zatem coś dla was! Tutaj w kilka chwil wywołacie swoje zdjęcia prosto ze smartfona, facebooka czy Instagrama i to w wyjątkowej formie!


Żyjemy w czasach mobilności. Bez telefonu, a teraz już raczej smartfona pod ręką trudno nam wyobrazić sobie życie. Jednak nie tylko dlatego, że dzwonienie i pisanie SMS-ów weszło nam w krew i znacznie ułatwiło życie, ale też dlatego, że uwielbiamy uwieczniać chwile i dzielić się nimi w mediach społecznościowych. Coraz lepsze aparaty w smartfonach pozwalają nam robić naprawdę dobrej jakości zdjęcia! Osobiście decydując się na nowy smartfon zwracałam dużą uwagę na parametry i możliwości aparatu, bo fotki pstrykam niemal bez przerwy. A to dzieciaki tak słodko się razem bawią, a to zrobią coś zabawnego, a to kot wlazł w but i w nim zasnął, a to piękny zachód słońca nam się przydarzył. Nie wspomnę już o tym, że na różnego rodzaju wyjazdach i wycieczkach! Każda okazja jest warta tego, by ją uwiecznić i zapisać nie tylko w pamięci, ale i w formie zdjęcia, a potem oczywiście WYWOŁAĆ!

SnapBook to aplikacja, która umożliwia wywołanie zdjęć prosto ze smartfona, facebooka czy Instagrama. Wystarczy kilka kliknięć, by stworzyć niepowtarzalny album, magnesy, naklejki czy oprawić zdjęcie w ramkę. Dzięki niepowtarzalnej oprawie graficznej pamiątki w takiej postaci będą podwójnie wyjątkowe!

Zamawiając na snapbook.pl chciałam spróbować wszystkiego z szerokiego asortymentu. Zamówiłam więc: SnapBook Grande, SnapBook Insta, zdjęcie w ramce, magnesy, naklejki, zdjęcia klasyczne oraz wizytówki. Moje zamówienie zostało zrealizowane błyskawicznie - dwa dni od złożenia - a zawartość paczki mnie zachwyciła! Fantastyczna jakość produktów i ich zaskakująca, zabawna oprawa sprawiły, że najpiękniejsze chwile mam zachowane na lata i to w niebanalny sposób. Część zamówienia stanie się prezentami dla najbliższych. Babcia i dziadek już otrzymali magnesy z wnukami, a naklejki i kolejne magnesy czekają już w kopercie na wysyłkę do cioci i wujka, którzy ugościli nas w tegoroczne wakacje. Zbliżające się Święta to również doskonały moment na podarowanie bliskim tak wyjątkowych prezentów!


Zobaczcie sami, jaką cudowną oprawę nadaje wspomnieniom SnapBook...

SnapBook Grande - duża fotoksiążka w miękkiej oprawie; 50 lub 100 zdjęć; każde zdjęcie rozciągnięte na całą stronę.






SnapBook Insta - urocza, malutka książeczka ze zdjęciami prosto z Instagrama; 25 zdjęć; kolor okładki zawsze pozostaje niespodzianką :).




Zdjęcia klasyczne - do wyboru 20 lub 40 zdjęć w formacie 10 na 15 cm; bardzo dobra jakość papieru; zamknięte w kartonowym pudełeczku.


Kolorowe magnesy - 10 ulubionych zdjęć, które możesz powiesić na lodówce; kolorowa pianka pomiędzy magnesami dodaje im uroku, a pudełeczko w kształcie loda to istny majstersztyk :).


Naklejki - nietuzinkowy pomysł na zdjęcia; 20 zdjęć w formie kwadratowych naklejek zamkniętych  w kartonowym pudełeczku; naklej je gdzie chcesz!


Zdjęcie w ramce - oprawione w grubą, białą ramkę zdjęcie idealnie nadaje się do postawienia na półce, a także do powieszenia!


Wizytówki - w niebanalnej formie - kwadratowe, dwustronne, instagramowe wizytówki, które będą świetnym znakiem rozpoznawczym każdej marki i blogera!


Po więcej informacji o produktach, a także po to, by poznać cały asortyment SnapBook i wszystkie możliwości, jakie oferuje, zaglądajcie na stronę www.snapbook.pl

Na Facebooku czeka na was konkurs, w którym do zdobycia jest SnapBook Grande! Dziecinnie proste warunki, a nagroda genialna! Zapraszam!

KONKURS


Wpis powstał we współpracy ze SnapBook.
12:14

Opowiem wam o tych, których już z nami nie ma...

Napisała , w
Zabieram dzieci na cmentarz. Nie tylko w dzień Wszystkich Świętych, ale przez cały rok, kiedy odwiedzam groby moich bliskich. Chcę, żeby dzięki temu pamiętały o tych bliskich, których już z nami nie ma i poznały tych, których poznać nie zdążyły. Bo rodzina to nie tylko ci, którzy wciąż są z nami, ale także ci, którzy już odeszli i żyją w naszych sercach...



Wielu moich bliskich mogę odwiedzać już tylko na cmentarzu. Obie babcie, obu dziadków, ciocie, wujków, kuzynów, kuzynki, kilku przyjaciół i znajomych. Niektórych z nich sama nie znałam w ogóle albo pamiętam jak przez mgłę, ale mimo to zapalając światełko na ich grobach, czuję, że są mi bliscy. Dzięki moim rodzicom, którzy sprawili, że ich poznałam poprzez opowieści, zdjęcia, ich wspomnienia. Z innymi - babciami, dziadkiem czy przyjacielem Mariuszem - byłam bardzo zżyta i nie zapomnę o nich nigdy. Dzisiaj to ja opowiadam o nim moim dzieciom. 

Tak naprawdę jedyną osobą, którą odwiedzamy na cmentarzu, a którą pamięta Julka jest mój dziadek, a jej pradziadek. Zmarł, kiedy miała trzy latka. Była jego oczkiem w głowie. Dziadek pod koniec życia był osoba leżącą, ale nie przeszkadzało to Julce siadać koło niego na łóżku i dyskutować z nim po dziecięcemu. Ba! Zabawy z przyciskami podnoszącymi i opuszczającymi łóżko też były! I wyjadanie dziadkowi cukierków z miseczki stojącej na stoliczku obok łóżka. "Ta mała", jak mówił o Julce dziadek, zawsze poprawiała mu humor swoim śmiechem, wygłupami i samą obecnością, a Julka sama prosiła często, by dziadzia odwiedzić. Nie widziałam powodu, by "izolować" ją od choroby, cierpienia i starości. Wbrew pozorom dzieci potrafią przyjmować takie rzeczy o wiele bardziej naturalnie niż dorośli. Podobno dziecko z początkowych lat życia niewiele pamięta, a jednak wspomnienie pradziadka jest w pamięci Julki wciąż żywe. I mnie to bardzo cieszy. Mam nadzieję, że opowie o nim także swoim dzieciom.

Na cmentarz chodzimy z dziećmi często. I choć wiem, że to miejsce budzi w nich różne uczucia - także trudności w zrozumieniu, że tak wielu ludzi nie ma już wśród nas, czasem smutek, obawy - to wizyty tam są też okazją do uśmiechu, do mówienia o miłości, przyjaźni, wspaniałych wspomnieniach związanych z tymi, którzy odeszli. Często więc chodzimy między pomnikami i ... buzie nam się nie zamykają. "Mamo, a jaki był ten wujek?", "Mamo, a jakie bajki opowiadała ci babcia?", "Mamo, a co bawiłaś się z dziadkiem?", "Mamo, a pamiętasz tę ciocię?". Dziecięca ciekawość nie ma granic. I tak sobie rozmawiamy. I myślę, że więcej jest w nas dobrych emocji, niż jakiegoś smutku czy lęku... 
Dzieci nie wiedzą, jak należy się zachować w tak wyjątkowym miejscu jak cmentarz. Chyba, że ... im to wytłumaczymy! Oczywiście nie zrozumie tego roczniak, ale czteroletni Szymon naprawdę od razu pojął, dlaczego nie można wchodzić na pomniki czy dotykać gorących zniczy. I choć zdarzy mu się jeszcze zamiast przy grobie pradziadków, stać i przyglądać się z ciekawością innemu grobowi, uważam, że to nic złego. Tak samo jak te dziesiątki pytań zadawane podczas wizyt na cmentarzu.

Jeszcze bardziej wyjątkowe są te wizyty w dni takie, jak wczorajszy, kiedy spotykamy się przy grobach najbliższych całą rodziną. Wtedy do tych opowieści o prababciach, pradziadkach, ciociach, wujkach doda też coś babcia, dziadek i reszta rodziny. Komuś przypomni się, jakieś śmieszne powiedzonko babci, komuś innemu, jak dziadek opowiadał o wojnie, a jeszcze komuś, jaki pyszny chleb piekła druga babcia. I tak sobie stoimy przy grobach i rozmawiamy: trzy, a czasem i cztery pokolenia. Zazwyczaj nie jesteśmy idealnie cicho, nie mamy spuszczonych głów i smutnych min. Często Julka mówi głośno modlitwę, czasem Szymon ubrudzi kolana klękając na piasku. I jestem pewna, że nasi zmarli patrzą na to wszystko i gdzieś tam z góry szeroko się do nas uśmiechają...

Nasze wędrówki po cmentarnych alejkach prowadzą też zazwyczaj do miejsc pamięci poświęconych żołnierzom poległym w czasie wojny oraz tym, którzy zginęli wywiezieni na Syberię. To wyjątkowe miejsca, wyjątkowi ludzie, wyjątkowe wydarzenia, o których również opowiadam dzieciom. Wiąże się z nimi też historia naszej rodziny, ponieważ moja babcia wraz z młodszą siostrą były w łagrze. Wróciła tylko babcia. Mam głębokie poczucie, że trzeba pielęgnować pamięć o tamtych zdarzeniach i ludziach. 

U nas na wsi są też takie miejsca jak cmentarze poniemieckie, nazywane u nas "kirchaczami". Gdzieś w lasach, pośród drzew są wiekowe nagrobki, często bez tablic, zapadnięte, zarośnięte... Ci ludzie żyli jednak kiedyś na naszych terenach. Rodzili się, mieli rodziny,pracowali, kochali i umierali. Tak naprawdę te cmentarze są w jakiś sposób zadbane właśnie dzięki dzieciom. Co roku przed Wszystkimi Świętymi wychodzą ze szkoły posprzątać tam i zapalić znicze. Uważam, że to piękny zwyczaj! Warto też, by rodzice uczyli dzieci, że i o takich zapomnianych miejscach trzeba pamiętać. Kto wie, może takie światełko zapalone na tym bardzo starym grobie zupełnie nieznanej osoby ma większe znaczenie niż stawiane lampek na pomnikach, na których jest ich wiele...

Śmierć to trudny temat. Trudny dla dorosłych, a cóż dopiero dla dzieci. Nie uciekam jednak przed nim, bo przecież jest częścią naszego życia. Musimy nauczyć się rozmawiać na ten temat z dziećmi. Jak? Na tyle delikatnie, ale jednocześnie szczerze, na ile jest to możliwe.  Ja mówię dzieciom, że taka jest kolej rzeczy - człowiek rodzi się i umiera, ale przenosi się do innego świata a tu na ziemi zostaje w sercach najbliższych. Przede wszystkim jednak chcę, żeby choć w taki sposób - dzięki odwiedzaniu cmentarza, oglądaniu zdjęć, rodzinnym historiom, wspólnemu wspominaniu - poznali i zapamiętali rodzinę i innych bliskich ludzi, nawet tych, których nie znali osobiście. Bo z nimi nierozerwalnie związana jest nasza własna historia. Bo nowe pokolenie zasługuje na tę wiedzę i na te historie, a to, które już odeszło na pamięć, miłość i szacunek.

[grafika: pixabay.com]

Post Top Ad

Instagram