Post Top Ad

Jak to [tak naprawdę] jest być słomianą wdową?

Rzadko wracam pamięcią do tych niemal dwóch lat, kiedy żyliśmy z G. osobno. Najczęściej wtedy, kiedy czymś mnie wkurzy albo za bardzo dopada nas rutyna. Wspomnienia momentalnie wybijają mi głupoty z głowy. Nie śmiałabym wtedy skarżyć się na swój los. Bo przecież to był nasz wybór. Zresztą moim - wiem, że niekoniecznie słusznym - sposobem radzenia sobie z trudnościami jest udawanie, że ich nie ma. Dziś jednak mogę powiedzieć wam prawdę o tym, jak to jest być słomianą wdową...


Przez te prawie dwa lata napisałam kilka tekstów o życiu oddzielnie, o emigracji, o tęsknocie. Większość z nich niosła pozytywne przesłanie. Że można dać radę. Że rodzina na odległość nie jest z góry skazana na porażkę.  Że związek może się dzięki rozłące wzmocnić, a nie rozpaść. I nie wycofuję się z tego. Jak widać do rozwodu nie doszło. Jak widać daliśmy radę. Do pewnego momentu.  Ale dziś, kiedy o tym myślę, czasami nie mam pojęcia, jak wytrzymałam tak długo. I jednocześnie podziwiam wszystkie słomiane wdowy, które żyją tak jeszcze dłużej albo nawet całe życie i mam ochotę im powiedzieć: "A może jednak wcale nie musisz tak żyć?".

Musisz być silna...


Kiedy ON wyjeżdża i zostajesz sama z dziećmi wiesz, że musisz być silna. Silniejsza niż do tej pory. Ja tak czułam i robiłam wszystko, żeby nie pokazać swojej słabości. Co nie znaczy, że jej nie było... Jestem pewna, że każda kobieta w takiej sytuacji je ma. Nawet, kiedy twierdzi, że jest inaczej. Bo ja też odpowiadałam: "Radzę sobie", "Jest ok", "Przyzwyczaiłam się", a nocami ryczałam w poduszkę... Zapewne jeśli ma się taką przyjaciółkę od serca (która dla mnie pozostaje w sferze legend raczej...) albo naprawdę dyspozycyjną rodzinę, która cztery razy w tygodniu przypilnuje dzieci, pogada w środku nocy przez telefon albo pomoże nieść siaty na dużych zakupach, to jest łatwiej. Gorzej jak większość doby spędza się z dziećmi w czterech ścianach i tak naprawdę jedynym urozmaiceniem jest telefon od NIEGO...

Takie są fakty...

Oczywiście fakt, że wszystkie obowiązki domowe spadają na osobę, która zostaje w domu to jedno. Drewna też trzeba narąbać, kibel przepchać i żarówkę w aucie zmienić. To bywa frustrujące. Pamiętam, jak zagotowała mi się woda w centralnym. Z rykiem biegałam i próbowałam opanować sytuację. Oczywiście z telefonem przy uchu. Z czasem przyzwyczaiłam się do nowych obowiązków, ale i tak nie zliczę momentów, kiedy myślałam: "Ach, gdyby on tu był!".
 Kolejna rzecz to opieka nad dziećmi. Z tym też zostajesz sama, a bywa to szczególnie trudne, kiedy masz gorszy dzień, zmorzy cię choróbsko albo chcesz sobie popłakać. Trudno też marzyć o wyjściu w pojedynkę gdziekolwiek. Przynajmniej ja tak miałam.
Samotne wieczory, kiedy dzieci już śpią, a ty siedzisz i masz ochotę gadać do ścian to kolejny fakt. Najgorzej była jesienią i zimą. Czas dłużył się niemiłosiernie. I tak strasznie brakowało tego kogoś do przytulenia...

Nie jest fajnie...


Czasem czytam w internetach, że słomianą wdową fajnie jest być. Bo można to czy tamto. Bo dzień dla urody. Bo książka. A ja się wam przyznam szczerze, że to wszystko mogę robić w obecności mojego mężczyzny i nie potrzebuję do tego rozłąki. Jeśli kiedykolwiek potrzebowałam, to już nie. Takie doświadczenia, jak naprawdę długi czas spędzony osobno, zupełnie zmieniają perspektywę. Gdy jest się w tej rutynie, ileś już tam miesięcy bycia słomianą wdową, najczęściej przestaje się już nad tym rozmyślać. Zapadła jakaś decyzja. Taka jest sytuacja. Może tak być musi. Trzeba sobie radzić. Różnicę czuje się dopiero, kiedy on w końcu wraca. I nareszcie możesz naprawdę oddychać... 


Sytuacje są różne...

Czasami nie ma wyboru. A kiedy indziej tylko się wydaje, że go nie ma. Często czytam, jak piszecie: "Ja sobie nie wyobrażam zostać sama na tak długo", "Nie wytrzymałabym bez męża", "To nie jest życie". I wiecie co? Macie rację! To nie jest życie. To jest ciągłe czekanie. Często dla obu stron. Czeka się na te wizyty - u nas co dwa tygodnie - jak na jakiś cud. Lecisz po niego jak na skrzydłach, a potem mija te 20 - max. 30 wspólnych godzin i wracasz do codzienności jeszcze bardziej doskwierającej niż wcześniej. 
Wiem, że są kobiety, które akceptują tę sytuację w pełni. Mają mężów marynarzy, żołnierzy, biznesmenów albo latami pracujących za granicą. Osobiście znam parę, która żyje tak jakieś 10 lat. I dobrze im z tym. Bo tak jak różne są sytuacje, tak różni są ludzie. Ja po tych 20 miesiącach osobno wiem na 100%, że nie chcę tak żyć! I powiedzieliśmy sobie z Grzegorzem, że zrobimy wszystko, żeby więcej nie musiał wyjeżdżać. A już na pewno nie na tak długo.

Rozłąka może wzmocnić związek

I będę to powtarzać. Naprawdę czasem żeby docenić albo docenić na nowo trzeba poczuć jak to jest bez tej drugiej osoby. Wiem, że nie zawsze tak jest. Są mi znane przypadki, gdy związek na odległość nie przetrwał tej próby. Ale szanse są 50/50. Ja dziś mam w nosie skarpetki rzucone koło pralki, chrapanie i to, że jak się wkręci to może grzebać godzinami przy motorze. Wiem, że ona też inaczej patrzy na moje małe wady i dziwactwa. Kłócimy się. A pewnie! To nie jest tak, że jest tylko różowo! Ale nigdy tak, jak po tej rozłące nie miałam pewności, że jestem we właściwym miejscu i z właściwą osobą. 

A ty masz podobne doświadczenia? Byłaś lub jesteś słomianą wdową? Napisz mi o swoich odczuciach!

2 komentarze:

  1. Świetny tekst! Ja słomianą wdową nie byłam, nie jestem i nie chcę być. No i mam nadzieję, że nie zdarzy się, bym musiała dzielić los kobiet, których mężowie wyjeżdżają tak daleko i na tak długo. Osobiście znam parę małżeńską, której niestety taka rozłąka dobrze nie zrobiła... Bardzo to przykre, tym bardziej jeszcze, kiedy małżeństwo posiada dziecko/dzieci. Super, że Was rozłączenie twierdziło w przekonaniu, że Wasze uczucie jest silne, i że dobraliście się właściwie, że jesteście w stanie stawić czoła nawet największym przeciwnościom. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Żyć nie umierać21 października 2016 11:19

    Oj jak dobrze Ciebie rozumiem. Mój często wyjeżdża na szkolenia, poligony, był też 2 razy poza granicami Pl. Rodzina to wielkie wsparcie, o ile są blisko, dobrze też wiedzieć, że można liczyć choćby na sąsiadów, ale wiecznie na kimś polegać nie można. I wtedy to MY kobiety musimy wykonać tę męską robotę. I wiesz co mnie najmocniej złości? Kiedy mój mąż już jest w domu i proszę zrób to czy tamto, on odpowiada- że mogę to sama zrobić, bo gdyby jego nie było, to bym dała radę. Wtedy się wkurzam i mówię, mu, że jak go by nie było, to bym se poradziła, a że jest, to MUSI to zrobić i już! A co, z chłopami czasem krórko trzeba :) He, he :)

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram