Post Top Ad

Gorący temat: dziecko w miejscu publicznym. Co ja o tym sądzę?

Są takie tematy, które opanowują w pewnym momencie blogi, media i w ogóle publiczną dyskusję. Pojawiają się wszędzie i wzbudzają skrajne emocje. Ostatnio na każdym kroku napotykam na rozważania na temat: dziecko w przestrzeni publicznej  - w restauracji, autobusie, kinie, sklepie. Ma prawo przebywać czy nie? Jak powinno się zachowywać? Zamknąć się z dzieckiem w domu, bo a nuż przeszkodzi komuś w spokojnym skonsumowaniu obiadu czy jednak się odważyć i wyjść do ludzi? Te rozważania wywołują gorące dyskusje bez względu na to, czy ich autor mówi tak czy nie dzieciom w takich miejscach [restauracje zdają się przodować w natężeniu tej dyskusji - w spokojnym jedzeniu dzieci chyba najbardziej przeszkadzają]. Ja się przysłuchuję, czytam, obserwuję, ale nie tylko - mam też dzieci, z którymi w tej przestrzeni publicznej się pojawiam. Postanowiłam więc ci dziś napisać, co ja o tym wszystkim myślę!


Jak to naprawdę jest z tymi dziećmi w restauracjach?

Bądźmy szczerzy! Opierajmy się na faktach! Czy restauracje rzeczywiście są opanowane przez małe potworki biegające między stolikami wrzeszczące niczym Apacze i przez niczym się nie przejmujące mamuśki przebierające kupki swoich dzieci pod nosami reszty gości? Otóż nie! Takie sytuację SIĘ ZDARZAJĄ, ale nie są normą. Nie jadam w restauracjach codziennie, ale jednak szczególnie w okresie letnim  przy okazji różnych wyjazdów w nich bywam. Szczerze mówiąc jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się być świadkiem jakiegoś karygodnego zachowania młodszego pokolenia. Jasne, zdarzał się płacz czy jakieś fochy, wstawanie od stolika czy coś, ale - może jestem jakaś dziwna, a może po prostu mając małe dzieci patrzę na to, jak na coś naturalnego - nie było to dla mnie jakimś dramatem...


Ty masz prawo być wkurzony, ale one maja prawo źle się zachować

Wierzę, że zdarzają się ewenementy i zachowania naprawdę wyprowadzające z równowagi. Kiedyś spotkaliśmy w sklepie chłopca, który podszedł do Julki i ni stąd ni zowąd ją opluł, a na moje zwrócenie uwagi  odpowiedział coś wulgarnego. Potem widziałam, jak ubliżał przypadkowemu przechodniowi. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że był chory...  Mama jednak totalnie nie zwracała na niego uwagi, tylko była bardzo zajęta zakupami.

Zatem zdarza się. Nie zaprzeczam. I masz prawo być wkurzony, tak jak ja wtedy byłam! Ale dziecko ma prawo zachować się źle, niestosownie do sytuacji. Nie nagminnie, ale może się to zdarzyć. Mówiąc o dziecku chorym (np. na autyzm) nie ma o czym dyskutować. Mówimy o prawie do spokojnego zjedzenia obiadu w restauracji, to dajmy też innym prawo do uczestnictwa w życiu społecznym i towarzyskim. Miejmy w sobie trochę więcej wyobraźni i empatii. 
Poza tym dziecko dopiero się uczy odpowiedniego zachowania! Niedawno przeczytałam gdzieś, że skoro dziecko może krzyknąć w autobusie czy biegać między stolikami w kawiarni, to dorosły też... A dla mnie jednak jest różnica pomiędzy 40. czy nawet 20 - latkiem, który swoje już przeżył i się nauczył, a dzieckiem kilkuletnim... 

To wina rodziców!

Jednak dziecko to nie święta krowa, jak napisano niedawno na którymś z portali. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać wszystkich wybryków małego człowieka, które mogą dorosłych (rzadziej inne dzieci) doprowadzać do szewskiej pasji. Jednak to my, rodzice, odpowiadamy za zachowanie naszych pociech. Zatem zwracajmy uwagę na to, czy Jasiek nikomu nie przeszkadza swoim froterowaniem płytek w kawiarni i ślizganiem się po nich na czworakach albo zbyt głośną zabawą autkiem podczas jedzenia! O ile rozumiem, że dziecko to po prostu dziecko, o tyle nie pojmuję, jak rodzic może na swojego potomka w ogóle nie zwracać uwagi... Przebieraniu kupy przy stole i nieobecnemu wzrokowi tudzież beztroskim pogaduszkom przy kawie w czasie gdy dziecię podbiera obiad gościom ze stolika obok mówię stanowcze NIE!

Ale jeśli komuś przeszkadza każdy głośniejszy śmiech, każde wzięcie frytki w rączkę (bo gdzie nóż i widelec), każda lalka jedząca razem z dzieckiem i siorbnięcie podczas picia przez słomkę, to coś tu jest nie halo...

Ale jak uczyć poprawnego zachowania nigdzie z dzieckiem nie wychodząc?!

Zaczyna się mówić o miejscach z zakazem wstępu dla dzieci. A mnie się to zaczyna kojarzyć z zakazem wprowadzania psów. Sorry. Mówi się: "Jak się dzieciak nie umie zachować, to z nim nie wychodź!".  A ja się pytam: jak uczyć dziecko poprawnego zachowania w miejscu publicznym nie zabierając go w nie? Trzymać w domu i tłumaczyć "na sucho"? Opowiadać, że jest coś takiego, jak restauracja i tam się nie krzyczy, nie biega, nie zaczepia ludzi? Ponoć (i ja w to wierzę) najlepszą nauką jest dobry przykład i własne błędy, więc dajmy dzieciom się w taki właśnie sposób nauczyć! 

Myślę, że wielu z nas przydałoby się zwyczajnie więcej zrozumienia, więcej luzu i mniej spięty tyłek w tej restauracji, kawiarni, w autobusie czy w sklepie. Zamiast mierzyć pełnym dezaprobaty wzrokiem rodziców z brykającymi dziećmi, doceńmy i zrozummy to, że próbują dzieciaki nauczyć życia w społeczeństwie. Nie pochylajmy się tak nisko nad własnym talerzem czy koszem z zakupami i bądźmy trochę życzliwsi! Dla tych małych ludzi i dla ich rodziców też. Nie od razu Rzym zbudowano... 

Każde wyjście to tłumaczenie i nauka życia wśród ludzi

Piszę na własnym przykładzie. U nas też każde wyjście w miejsce typu restauracja pełne jest tłumaczenia, zwracania uwagi, uspokajania. Bo dziecko w wieku lat 4 czy nawet 8 nie usiedzi identycznie jak dorosły pełne 20 minut oczekiwania na posiłek plus 30 jego konsumowania w zupełnej ciszy i bezruchu. No nie ma rady. Jeśli macie takie dzieci, to gratuluję. Ja nie mam. Ale wychodzić z nimi będę. Bo chcę, żeby poznawały świat i uczyły się życia! Jeśli komuś będziemy przeszkadzać - z góry przepraszam - ale będąc rodzicami mamy takie samo prawo do korzystania z przestrzeni publicznej jak cała reszta. Podobnie nasze dzieci.O których najpierw mówi się, cytując często słowa Kornela Makuszyńskiego, że są pełnowartościowymi ludźmi, że mają takie same prawa jak dorośli, a potem każe się siedzieć z nimi w domu, bo przeszkadzają.

Nie jestem upiorną mamuśką z gatunku tych, co to rozpylają po całej restauracji zapach kupki albo szwargocą z psiapsiółką, podczas gdy dzieci robią, co im się żywnie podoba (pomijam fakt, ze psiapsiółki nie posiadam). Dla mnie każde wyjście z dziećmi to odpowiedzialność, to nauka życia, to wychowywanie. Ale moje dzieci nie są idealne, więc przy naszym stoliku z pewnością nie będzie 

Potrzebny jest kompromis

Jesteś rodzicem? Pilnuj swojego dziecka, ucz je odpowiedniego zachowania, miej na oku podczas wyjścia do restauracji czy sklepu! Dobry przykład, rozmowa, a przede wszystkim uwaga poświęcana dziecku to podstawa. Jeśli rzeczywiście nadciąga armagedon w wykonaniu twojego dziecka, faktycznie lepiej wyjść niż narazić na niego pozostałe osoby! Pamiętaj, że nie jesteście w restauracji sami i twoją rolą jako rodzica jest zadbać o to, aby maluch nikomu nie przeszkadzał swoim zachowaniem.  
Jednak jeśli przychodzisz na obiad bez dzieci albo w ogóle ich nie masz, wykaż się odrobiną empatii i daj tym małym ludziom prawo do zachowania nieco innego niż u dorosłego. Nie wymagaj od trzylatka, by postępował tak samo jak trzydziestolatek, bo to nierealne. Może czasem wystarczy wrzucić na luz, uśmiechnąć się i przestać się spinać?...

Potrzebny jest kompromis. Inaczej do niczego nie dojdziemy. Zaczniemy się dzielić na społeczeństwo z dziećmi i bez dzieci. Będziemy tworzyć strefy zakazane dla rodziców i te, w których przebywają ci, którzy nie tolerują głośnego śmiechu i zabawek na stole. Nie wiem, może i są potrzebne, ale za chwilę możemy zapragnąć miejsc bez nastolatków, singli, staruszków... Czy nie dosyć już mamy podziałów w społeczeństwie? Potrzebne są kolejne?...

3 komentarze:

  1. Aneta Skierkowska13 lipca 2016 22:28

    Uważam, że każda osoba, posiadająca dzieci, nieważne w jakim wieku, bo może to być lat kilka, kilkanaście czy też kilka miesięcy nawet, może i powinna pojawiać się wraz z nimi w miejscach publicznych typu restauracje czy inne. Jednak z uwzględnieniem konsekwencji, które można przewidzieć, znając własne dzieci. Bo tak, jak to napisałaś, nie każde dziecko jest w stanie usiedzieć więcej niż 5 minut w jednym miejscu. I jest to całkiem normalne. Nie mówiąc już o niemowlętach mających po kilka miesięcy, które nagle mogłyby wybuchnąć płaczem w miejscu, w którym spożywa posiłek i odpoczywa pewne grono obcych ludzi, które chce spędzić spokojnie i przyjemnie czas w gronie najbliższych czy też nawet samotnie. Nieważne. Takie miejsca stworzone są dla każdego.No chyba, że akurat w danym miejscu przebywać z dziećmi powyżej iluś tam lat nie można, jak w przypadku restauracji Modesta Amaro, dajmy na to. Zabieranie dzieci do tego typu miejsc publicznych jest jednym z etapów socjalizacji, co jest bardzo ważne w rozwoju każdego z nich. Jednak my, jako rodzice, powinniśmy wpajać dzieciom zasady odpowiedniego zachowywania się w takich miejscach. Natomiast w przypadku, kiedy dziecko nie jest w stanie zrozumieć przekazu (mam na myśli niemowlę), wtedy odpowiednia reakcja ze strony rodzica w momencie sytuacji, która mogłaby przeszkodzić czy też zażenować innych ludzi w miejscu publicznym, jest w stanie zagwarantować ogólną harmonię i jest także swoistym wyrazem szacunku. Dotyczy to także starszaków. Nie możemy zamykać się w domu z powodu posiadania dzieci, które nie są w stanie z racji wieku wykrzesać choć grama spokoju, stale chcą i muszą być w ruchu. Musimy włączać je w życie społeczne, aby nauczyło się współżyć z innymi ludźmi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znowu ten temat wypłynął?! Dwa lata temu była spora afera w parentingu z tym związana i nawet sama pokusiłam się o wpis, ale widać, niektóre tematy wracają jak bumerang :)
    Co do całej sprawy, to uważam, że nie byłoby problemu, gdyby wszyscy zachowywali się jak ludzie. Z jednej strony potrzeba trochę wyrozumiałości i luzu, bo prawda jest taka, że teraz większość ludzi przewrażliwiona jest i wszystko im przeszkadza. A z drugiej strony trochę ogarnięcia się u niektórych rodziców, bo zdarzają się tacy z podejściem, że ich dzieciom wszystko wolno, a inni się mają dostosować, co też nie jest ok.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wraca, wraca jak bumerang :P Ja mam dokładnie to samo zdanie co ty - obu stronom potrzeba trochę dobrej woli, a wszyscy razem będziemy żyć normalnie. Bez sfer tylko dla bezdzietnych i tych dla dzieciatych :P.

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram