Post Top Ad

16:07

Czy dwuletnia rozłąka może przynieść związkowi coś dobrego?

Napisała , w
Żyliśmy oddzielnie prawie 2 lata. G. prawie 900 km od domu, przyjeżdżał co dwa tygodnie właściwie tylko na sobotę. Ja tu w domu z dwójką dzieci. Kontakt tylko przez telefon i czasami przez skype. Zewsząd słyszałam, że nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Ponad miesiąc temu G. wrócił do domu. Chcecie wiedzieć, jak nam się żyje z powrotem razem (przede wszystkim, czy po tej rozłące bardziej drażnią mnie jego skarpetki pod fotelem)? 


Prawie 2 lata oddzielnie i rozwodu nie ma. Szok, prawda ;)?  Wbrew powszechnym opiniom, nie każdy związek wystawiony na taką próbę, musi się rozpaść i nie każda rodzina musi przejść z tego powodu traumę. Nie będę wam pisać o marynarzach i żołnierzach, bo już nie raz poruszałam ten temat, ale powtórzę, że nie zgadzam się z tym, że dopiero otwarcie granic sprawiło, że rodziny "narażone są" na rozłąkę. Rozłąki z różnych powodów były obecne w rodzinach, są i na pewno będą. Praca jest jednym z tych czynników i dość powszechne krytykowanie tego jest moim zdaniem bardzo niesprawiedliwe. A krytykowałam sama. Jeszcze trzy lata temu. Dziś wiem, jak to jest przed, w trakcie i po. I wiecie, co wam powiem?

Nie żałuję, że G. pojechał i nie żałuję, że wrócił.

Życie nie jest sielankowe i piankowo-różowe. Wystawia nas na różne próby. A miłość to jest to, co pozwala te próby przetrwać. Dlatego początkowo tak się dziwiłam, kiedy słyszałam, że jak będziemy się rzadko widzieć, to nasz związek a razem z nim rodzina, na pewno się rozsypią. Teraz już tylko uśmiecham się na takie słowa pod nosem. Bo to tak, jakby kochać się tylko jak jest dobrze, nie uważacie? Chociaż nie powiem, że nie miałam obaw ani tym bardziej, że było lekko...

Na początku rozłąki wydawało mi się, że to właśnie na początku jest najtrudniej. Mówiłam sobie: "Przyzwyczaisz się!". A z czasem okazywało się, że dalej jest ...najtrudniej. Bywały dni, które uciekały nam jak strzała i nie było czasu myśleć o tęsknocie, a bywały i takie, które ciągnęły się nieznośnie jak spaghetti i przyprawiały mnie o łzy na każdą myśl o tym, że on jest tak daleko. Piszę za siebie, ale wiem, że G. miał podobnie. I tak jest chyba w każdym związku  przeżywającym taką rozłąkę.Nie jesteśmy więc jacyś wyjątkowi! (Wcześniej do głowy by mi to nie przyszło, ale odkąd zaczęłam pisać, że mimo rozłąki, nic się między nami nie popsuło - wręcz przeciwnie - zaczęłam dostawać od was takie sygnały. Nieźle mnie zszokowały ;)).


Wróćmy więc do zasadniczego pytania: czy dwuletnie rozłąka może przynieść związkowi coś dobrego? Otóż może. Tak samo jak i coś złego. Tylko od nas zależy, czy skoncentrujemy się bardziej na minusach czy na plusach, a może raczej, czy w ogóle dostrzeżecie te plusy. Brzmi banalnie, ale po tych prawie dwóch latach właśnie do takiego doszłam wniosku. 

Co złego przynosi rozłąka, tego chyba nie muszę pisać. Ale napiszę. Tęsknota, niemożność porozmawiania w cztery oczy i wynikające z tego nie porozumienia, konieczność radzenia sobie osobno ze wszystkimi codziennymi sprawami i obowiązkami, a w dodatku dwa budżety. Powiecie jeszcze, że nie wiadomo, co on tam robi bez kontroli. Jeśli was to dotyczy, to rzeczywiście też jest wada ;).

Jednak dziś już nie muszę bać się i denerwować tym, co mówią inni. Nie mam przed sobą widma rozwodu z powodu wyjazdu męża ani widma tego, że po powrocie stanie mi się obcy. Nie stał się! Wrócił i czuję się tak, jakby nigdy nie wyjeżdżał. Bo jego miejsce cały czas tu na niego czekało. I zawsze cholernie się dziwię, kiedy dziewczyny piszą, że mają jakieś swoje przyzwyczajenia i wkurza ich facet, gdy wraca. Wybaczcie, ale nie rozumiem...

Zatem, co dobrego może dać związkowi ta rozłąka, ten czas spędzony osobno na tęsknocie i dbaniu o to, by się nie schrzaniło?

Rozłąka pozwala przemyśleć na spokojnie problemy w związku, które były przed wyjazdem, ale też przewartościować wiele rzeczy. Nagle zaczynasz mieć w dupie te skarpetki zwinięte w kulkę, a on twój brzydki nawyk nieodkładania niczego na miejsce. Nagle, cholera, tęsknicie za tym! I po powrocie zaczynacie kwitować to wyłącznie śmiechem, a nie burzą z piorunami.

Będąc osobno, więcej - o dziwo - myśli się o wspólnej przyszłości, bo w głowie ciągle jest: "A jak już wrócisz...". Nigy nie robiliśmy tyle planów na przyszłość, co wtedy, gdy byliśmy osobno. Spełnią się czy nie, wynika z nich jeden prosty wniosek: chcemy być w tej przyszłości razem. I to jest najważniejsze.

Rozłąka pozwala spojrzeć na związek z zupełnie innej perspektywy i docenić wreszcie to, czego się nie dostrzegało mając to na co dzień. 


Powiecie:"A Kasi i Tomkowi to się wszystko posypało przez taki wyjazd. To bujda, co piszesz". A ja wam wymienię przynajmniej kilka par, którym się nie posypało. Włącznie ze mną i G. Ale powiem wam też, że to wy znacie siebie najlepiej i musicie wiedzieć, czy wasz związek przetrwa taką próbę, ale też czy wy dacie radę osobno. Takie rozłąki nie są dla wszystkich, ale czasami życie wybiera za nas i wtedy trzeba się starać ze wszystkich sił widzieć tę szklankę do połowy pełną, a nie odwrotnie...

 Nam się udało umocnić związek dzięki rozłące, ale dziś już nie wiem, jak mogłam funkcjonować przez te niemal dwa lata bez jego codziennego uśmiechu, wygłupów i zmywania za mnie naczyń :)...

[grafika: http://kaboompics.com/one_foto/1080]
11:50

Terapeutyczne bajeczki dla małych diabetyków.

Napisała , w
"Dlaczego Filonek?" to zbiór bajeczek i opowiadań terapeutycznych dla dzieci z cukrzycą i ich bliskich. Książeczka wyjątkowa z wielu względów, również dlatego, że została wydana - nakładem Wydawnictwa Omnibus - dzięki finansowaniu społecznemu, a pieniążki na jej wydanie zbierane były poprzez platformę Polak Potrafi. 


 Inicjatywa Wydawnictwa Omnibus zakończyła się sukcesem, a to świadczy o tym, iż jest duża potrzeba powstawania tego typu książek. Cukrzyca nie bez powodu nazywana jest epidemią XXI wieku - choruje na nią coraz więcej ludzi, a wśród nich są coraz młodsze dzieci. Cukrzyca odmienia życie zarówno dzieci jak i ich rodziców, odmienia życie całej rodziny. Wiadomość o chorobie nigdy nie jest łatwa.Potrzeba ogromnego wsparcia, wiele cierpliwości i dużego zasobu rzetelnej wiedzy na temat choroby, by pomóc przejść przez ten etap choremu dziecku jak i samym sobie jako rodzicom. Bunt, załamanie, wstyd - z tym wszystkim borykają się chorzy na cukrzycę, a chore dzieci przeżywają to szczególnie mocno. Bajeczki Anny Urbanowicz - Bagniuk mają im w tym przyzwyczajeniu się do nowej, trudnej sytuacji i w życiu z cukrzycą pomóc.

Poziom cukru, bolus, wymienniki, pompa isnulinowa - te słowa spotykamy w tej książce na każdym kroku. Niby zwyczajna rozmowa z mamą, niby taka sobie lekcja wuefu, niby zabawa z rodzeństwem, a jednak wszystko jest inne niż dla zdrowego dziecka - cukrzyca nie opuszcza bowiem chorego ani na krok. Autorka książki w mądry i przystępny sposób porusza najczęstsze problemy małych diabetyków i stara się, by zaprzyjaźnili się ze swoją chorobą. Bo z cukrzycą to nie wyrok - to po prostu inne życie, co nie znaczy, że gorsze!





Książka opatrzona jest ilustracjami w postaci rysunków dzieci i pięknie wydana w sztywnej oprawie. Polecam wszystkim rodzicom cukrzyków i nie tylko! Nasza trafiła do kuzyna Julki i Szymka - Nataniela chorującego na cukrzycę od 5 lat.
 

POLECAM WAM TAKŻE KOLEJNE TEGO TYPU INICJATYWY WYDAWNICTWA OMNIBUS, O KTÓRYCH BĘDĘ WAS INFORMOWAĆ!



19:09

Kolorowanka dla dorosłych? Jestem na TAK!

Napisała , w
Kiedy byłam mała, uwielbiałam kolorować. Zatracałam się w tym bez pamięci i zapominałam o bożym świecie! Potem, cóż, dorosłam i kolorowanie przestało mi "wypadać"... Z zachłannością wykorzystywałam chwile, kiedy mogłam pokolorować z córką albo synkiem. Jakież było moje zaskoczenie i radość, kiedy na rynek trafiły kolorowanki dla dorosłych! Niedawno w moje ręce trafiła pierwsza taka kolorowanka: "Fantastyczne konstrukcje" z serii Artystycznej  od wydawnictwa Egmont.


Kolorowanka dla dorosłych marzyła mi się, odkąd tylko pojawiły się one w sprzedaży. Na ich widok świeciły mi się oczy, a ręce same rwały się do kredek! Wreszcie będę mogła "legalnie" dać upust swojemu zamiłowaniu do kolorowania, mimo, że jestem dorosła :)! 

Kolorowanka "Fantastyczne konstrukcje" wydana nakładem wydawnictwa Egmont jest moją pierwszą (na pewno nie ostatnią!) taką książką. Przyjemność sprawia już samo oglądanie jej i podziwianie bardzo szczegółowych ilustracji przedstawiających rzeczywiste (np. znany chyba wszystkim krzywy dom w Sopocie) i całkiem wymyślone budowle. A gdy sięgam po kredki, przenoszę się w inny świat! Początkowo rozmiary obrazków i ilość detali zdają się nieco szokować, ale w miarę kolorowania, okazuje się, że jest właśnie idealnie! Pokolorowanie każdej budowli, wymaga czasu, ale ten czas naprawdę przynosi ukojenie nerwów i relaks! Sprawdziłam - WARTO!



Jak widać kolorowanka dla dorosłych, niekoniecznie musi interesować nie tylko dorosłych! Szymon co prawda na kolorowanie tak szczegółowych obrazków jest jeszcze za mały, ale lubi oglądać budynki na obrazkach, natomiast dla starszych dzieci, taka kolorowanka jest świetnym sposobem na ćwiczenie dokładności i wyciszenie, szczególnie bardzo energicznych dzieciaczków.














Ilustracje do książki wykonał Steve McDonald, a pole do popisu dla wyobraźni macie aż na 60 stronach. Więcej o książce przeczytacie na stronie wydawnictwa (co ważne: cena w tym przypadku nie powala, jak w przypadku niektórych kolorowanek dla dorosłych!)
17:13

Współczuję wam, ojcowie...

Napisała , w
Matka jest dla dziecka najważniejsza. Jest jedna jedyna. Matka wie, co dla dziecka najlepsze. Matka cierpi przy porodzie, płacze razem z dzieckiem, notuje każdy jego postęp, otacza ciepłem i chroni pod swoimi skrzydłami. Matki uśmiechają się i narzekają z reklam. Matki zajmują prasowe okładki. Matki udzielają wywiadów. Dla nich robi się podjazdy żeby im się łatwiej z wózkiem chodziło, miejsca do przewijania, żeby nie musiały przewijać publicznie i dla nich drukuje się czasopisma skierowane wyłącznie do mamusiek. ToO ojcach mówi się głównie wtedy, kiedy ktoś opowiada superśmieszną rodzinną anegdotkę, o tym, jak to tatuś został z dzieckiem i założył m pampersa tył na przód albo wtedy, gdy nie chcą płacić alimentów... A ja jestem matką i czasem naprawdę szczerze ojcom współczuję...



Większość z nich, naprawdę cholernie się stara! Mało tego, oni wcale nie są tymi ojcami z kawałów i memów, które krążą po sieci! Pracują, czy to w kraju czy za granicą, ale przede wszystkim po to, by zapewnić rodzinie byt. I kochają swoje dzieciaki tak samo, jak my, matki. Inną miłością niż matczyna, ale niemniej silną i piękną.Nie są idealni. Ale czy matki są? A jednak rzadziej bywają obiektem żartów, a częściej mówi się o ich poświęceniu i o ich problemach. O problemach ojców mówi się rzadko albo prawie wcale. A ich obecność w mediach, w świadomości społecznej? Jak w tej reklamie syropu przeciwgorączkowego dla dzieci: dzieci dziękują mamie za to, że je nie bolało, że była przy nich w gorączce, że dbała o ich brzuszki, a na końcu, na odczepnego, dziękują tacie za wszystko... To "wszystko" dla mnie brzmi jak "nic". I tak sobie często myślę, że gdybym to ja była ojcem, byłoby mi czasami strasznie przykro...

Nie idealizuję. Wiem doskonale, że bywają ojcowie, którzy są nimi tylko z nazwy, ale dzisiaj mówimy o tych "normalnych", przeciętnych tatusiach, którzy rano pędzą do pracy, a popołudniu znajdują czas, żeby pobawić się z synkiem kolejką, a córce sklecić wymarzony karmnik dla ptaszków którzy martwią się, kiedy pociecha gorączkuje albo nie radzi sobie w szkole, ba, martwią się o przyszłość swojej rodziny, bo nasze społeczeństwo narzuca mężczyźnie rolę tego mocniejszego, tego, który ma dawać poczucie bezpieczeństwa, brać życie za bary i nieustannie polepszać byt swoich najbliższych, a także zapewnić im dobrą przyszłość - także tę materialną . Oczywiście, że pracujące kobiety są już dzisiaj normą, ale to nie zmienia faktu, że kiedy sytuacja bytowa rodziny zaczyna się "sypać", winą obarcza się przede wszystkim mężczyznę. Mówi się, że od matek wymaga się coraz więcej, ale ojców też to dotyczy! Dziś tata powinien być tak samo zaradny i "twardy", co czuły i otwarty. Podobnie jak mama powinien spełniać się na wielu płaszczyznach. Oni odczuwają presję podobnie jak my, mamy. Tylko, że o tym tyle się nie mówi... Wielu z nich potrafi w dodatku zmyć gary, a nawet zrobić pranie. Serio! Jeśli tak nie jest, wyprowadźcie mnie z błędu, aczkolwiek nie biorę tych "poufnych" informacji z rękawa, ale a) z obserwacji i b) z doświadczenia po prawie 10 latach małżeństwa... 

Może jestem jakaś dziwna, ale nie spotkałam jeszcze na swojej drodze takiego tatuśka z komedii (czy raczej tragikomedii albo sennych koszmarów i z tych wszystkich żarcików i memów), który pod nieobecność mamy, zmieniłby dom w pobojowisko z pomocą swoich latorośli. Owszem, zdarzyło mi się zastać wszystkie zabawki na podłodze po powrocie do domu albo frytki usmażone dzieciom na śniadanie, zdarzyło mi się odbierać telefony w stylu: "W której szufladzie są Szymka skarpetki?" albo przyłapać G. jak odrabiając z Julką lekcje podpowiadał jej gotowy wynik, ale kurcze, zostawiam z nim dzieci bez cienia obaw! Kiedy kończyłam studium policealne, urodziła się Julka i to on zupełnie sam, bez pomocy babć czy cioć, zostawał z tą kruszynką w weekendy. A teraz, kiedy wrócił i znów bierze czynny udział w wychowaniu Julii i Szymka, na nowo to doceniam. I tak jest w przeważającej części rodzin, które znam...
  Bo tatusiowie naprawdę świetnie sobie radzą z dzieciakami - mam wrażenie, że pod niektórymi względami lepiej niż matki -  o ile się im na to pozwoli... I z pewnością tak samo jak nam, mamom, zrobi im się cieplej w serduchach, kiedy usłyszą czasem: "Świetnie dajesz sobie radę!" także jeśli chodzi o wychowanie i opiekę nad dziećmi.


16:49

Laktatorowa mama i jej problemy - historia Ani.

Napisała , w
Te tekst powstał dzięki Ani. To ona opowiedziała mi swoją historię i poprosiła, bym na blogu poruszyła temat mam które karmią dziecko naturalnie, a jednak nie do końca... Te mamy to bardzo silne babki, które godzinami odciągają pokarm, by podać go dziecku. Jak napisała Ania, o "laktatorowych" mamach i ich problemach niewiele się mówi. Nie wahałam się ani chwili przed podjęciem tego tematu, a przy okazji do głowy przyszły mi jeszcze inne problemy z karmieniem piersią, o których być może chciałybyście przeczytać...


Wydawać by się mogło, że o karmieniu piersią napisano już wszystko. Tak naprawdę mówienia i pisania o tym nigdy dość, ale tylko takiego, które ma wspierać wszystkie mamy - zarówno te, którym karmić piersią się udało jak i te, którym z różnych powodów nie. Niestety wciąż za mało jest takich artykułów, a za dużo tekstów tworzących mur pomiędzy mamami. Masz problem, którego nie możesz przezwyciężyć na tyle, aby jednak przystawić dziecko do piersi? Jesteś gorsza. Takie poczucie często wzbudzają w sobie nawzajem mamy.Z drugiej strony karmienie piersią bywa przedstawiane jako 

POZNAJCIE HISTORIĘ ANI - LAKTATOROWEJ MAMY:



"Moja historia z karmieniem piersią zaczęła się już właściwie na etapie planowania ciąży. Już wtedy wiedziałam, że będę swojego dzidziusia karmić naturalnie przez pierwszy rok jego życia. Byłam nastawiona tylko i wyłącznie na taką opcję. Wiedziałam, że będę miała najsilniejszą więź z moim dzieckiem i tylko ja będę mogła je nakarmić- taka mała duma matki… jednak wszyscy wiemy, że życie zapisuje swoje scenariusze. Gdy tylko dowiedziałam się o ciąży od razu czułam, że będzie córeczka i się nie myliłam. W październiku ubiegłego roku przyszła na świat moja Perełka. 

Pierwszy dzień w szpitalu przykładałam małą do piersi ale nie piła, nie martwiło mnie to, bo przecież wszyscy wiemy, że przez pierwszą dobę dziecko nie musi jeszcze jeść, jest pełne wód płodowych itd… Drugiej doby już nie było tak wesoło. W szpitalu była cudna Pani od laktacji, która walczyła ze mną przez 18h aby córka chwyciła pierś. Udało nam się dwa razy to dało mi nadzieję. Wiedziałam, że w końcu załapie i będziemy obie szczęśliwe. Niestety świat nie był dla mnie łaskawy. Kolejnej nocy w szpitalu Pielęgniarki się zmieniły. Moja cudna Pani poszła do domu, kolejnej takiej już w szpitalu nie spotkałam. Idąc po pomoc do położnych aby nakarmić córcię usłyszałam, że mam za duże piersi, że sutki nie takie, że to moja wina że córka nie chwyta i tak dalej… na koniec dano mi laktator i kazano odciągnąć pokarm. Malutka dostała go z butelki. Popołudniu wypisują nas do domu. Myślę: cudownie! W domu na pewno chwyci na spokojnie ją przystawię i w końcu załapie… Oczywiście nie wiedziałam wtedy, że to będzie najgorszy dzień mojego macierzyństwa. Córka płakała non stop ani razu nawet nie chciała pociągnąć piersi. Płakałam razem z nią. Co jasne laktatora nie miałam w domu (przecież wiedziałam, że będę karmiła piersią do roku), tatuś poleciał w świat po aptekach szukał laktatora elektrycznego. Ja z głodną i płaczącą córką w domu . Oczywiście wtedy się dowiedzieliśmy, że elektryczne są tylko na zamówienie w każdej z 14 aptek, jakie odwiedził. No nic kupił ręczny i gotowe mleko w buteleczce dla noworodków, bo przecież mała chciała JUŻ jeść a nie za kilkanaście minut jak odciągnę. 

Niestety mój „czar” nie prysnął, córka ma dziś prawie 5 miesięcy i nie chwyciła piersi ani razu. Jak to cudnie jest żyć z laktatorem? Już opowiem. Pewnie, że dokupiłam za kilka dni elektryczny laktator i dzięki Bogu, bo jak mogłabym dać radę na ręcznym? Proszę sobie wyobrazić wstawanie w nocy 3-4 razy aby nakarmić dziecko… Tak to normalne ale gdy trzeba wstać 20-30 min wcześniej by odciągnąć mleko? To już nie wydaje się takie super. Jak myślicie ile taka matka śpi w nocy? A co jeśli dziecko obudzi się głodne przed mamą? Psikus i biegniemy do zamrażarki po mleko, jeśli na nasze szczęście je tam kiedyś zamroziliśmy. Dzień wygląda tak samo zawsze praca podwójna… Odciąganie i dopiero karmienie. A jeśli spóźnię się z odciągnięciem bo mam w zapasie mleko? Kara mnie nie ominie nazajutrz mleka jest coraz mniej. Nie ma popytu to maleje podaż. Ja już wiem jak przywrócić laktację ale mój pierwszy raz, gdy mleko nie chciało lecieć? Płacz, lament i wielka tragedia a wierzcie mi, nerwy nie pomagają w produkcji mleka. Żeby odzyskać większą produkcję mleka muszę odciągać najlepiej co godzinę i to najlepiej w nocy, wtedy produkcja jest największa. 

Pod koniec 3 miesiąca życia mojej córci elektryczny laktator przestał „dawać radę” w moim przypadku. Chciałam się poddać, nie miałam już siły, nie wiedziałam czemu akurat mnie to spotyka przecież najbardziej czego chciałam to karmić piersią. Właśnie to mi odebrano. Czy się poddałam? Oczywiście, że nie! Karmienie piersią nie jest najważniejsze! Najważniejsze jest, żeby córcia dostała moje mleko! I nie ważne czy z butelki czy prosto z piersi, ważne by była dzięki niemu zdrowa. Wiem już teraz, że nigdy się nie poddam, chwyciłam metodę na ręczny laktator i tak ćwiczę dłoń co 3h a córka rośnie w oczach. Zawsze będę dumna z tego, że się nie poddałam. 

Rany z laktatora? Trudno, maści pomogły. Załamanie gdy nie ma mleka? Trudno na spokojnie i znów poleci, zarwę dwie noce plus dwa dni i rozkręcę produkcję mleka  
Nie poddam się, bo moja córka jest najważniejsza. Wszystkim matkom z problemem jak mój chcę powiedzieć WALCZCIE! Najważniejsze to się nie poddawać! Jest ciężko nawet bardzo ale to zaprocentuje w przyszłości i mam nadzieję nasze dzieci nam podziękują. Cud karmienia naturalnego może być inny od tego przedstawianego wszędzie i my o tym wiemy.

Co jednak, jeśli się nie uda? Oczywiście, że nie uważam, iż matki, które nie zniosły walki są gorsze absolutnie. Myślę ze matki, które decydują o mleku modyfikowanym są bardzo silne, ponieważ potrafią się przeciwstawić temu narzucanemu w świecie "idealnemu" karmieniu. Myślę, że musza mieć mnóstwo siły, aby podołać walce z tym stereotypem. Nie wolno ich obwiniać ani oceniać. Należy je podziwiać za odwagę i siłę, którą posiadają. Nie wiem jak to jest być w ich skórze ale kto wie czy za kilka miesięcy będę miała nadal pokarm? Nigdy nie wiadomo co będzie dalej. Ważne jest być matka dla swoich dzieci i dbać o nie! "


A TERAZ KILKA SŁÓW O MOIM KARMIENIU...

Sama nie mam "laktatorowego" doświadczenia. Kiedy urodziłam Julkę, kończyłam akurat studium policealne. Wyjeżdżając do szkoły w weekendy, zostawiałam Grześkowi mleko modyfikowane a po powrocie dawałam pierś. Nie dawałam rady ściągać pokarmu i po skończeniu studium, skończyło się i karmienie...  Czułam się z tym źle. Czułam się gorsza. Kiedy miał urodzić się Szymek, miałam mocne postanowienie, że będę karmić dłużej niż Julkę (a Julkę karmiłam niecałe 5 miesięcy). I tak było, ale jeśli mam być szczera, ostatnie tygodnie były dla mnie męczarnią...Ale dziś wiem, że to nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia - żadnego w związku z tym, czy byłam i jestem dobrą mamą.

WSPARCIE - TAK! PODZIAŁY - NIE!

Podziwiam "laktatorowe" mamy takie jak Ania, bo takie karmienie wymaga bardzo dużo samozaparcia i motywacji, czasu i energii. Mam nadzieję, że jej historię przeczytają mamy, które są w podobnej sytuacji i da im ona siłę. Jednak wspieranie - tak, ale tworzenie podziałów - nie. Wiedzcie, Drogie Mamy, którym naturalne karmienie z różnych powodów nie wyszło, że NIE JESTEŚCIE GORSZE! Karmienie naturalne jest dobre, zdrowe, ważne, ale nie decyduje o tym, czy jesteśmy dobrymi mamami! Czerpcie więc siłę z historii takich, jak historia Ani - zarówno jeśli walczycie o karmienie piersią jak i jeśli karmicie butelką. 
Pamiętajcie - wszystkie mamy, które kochają swoje dzieci są sobie równe!

***
Historia Ani ukazała się w ramach cyklu DZIEŃ Z CZYTELNICZKĄ. Wkrótce ruszamy z jego nową odsłoną i w związku z tym czekam na Wasze sugestie: co zmienić? Jakie historie chciałybyście przeczytać? Co sprawi, że będziecie je chętniej czytać i że same zechcecie opowiedzieć swoją historię?





19:14

Nauka angielskiego to bułka z masłem! Fiszki SCHOOL, Wydawnictwo Edgard.

Napisała , w

Język angielski - ważna sprawa! Jako rodzica cieszy mnie niezmiernie fakt, iż obecnie języka angielskiego uczą się już dzieci w przedszkolu i kładzie się na to coraz większy nacisk. Staram się wyrobić w dzieciach przekonanie, że to jest już teraz i będzie im później bardzo potrzebne! Z zainteresowaniem śledzę pojawiające się na rynku językowe pomoce dydaktyczne. Dziś kilka słów o Fiszkach SCHOOL od wydawnictwa Edgard. 



 Fiszki SCHOOL "I like strawberries" to 300 słówek i zwrotów umieszczonych na fiszkach. Kolorowe podziałki i sprytne pudełko ułatwiają posegregowanie ich na te, które już są znane i te, których się jeszcze nie umie, a program do pobrania na komputer uzupełni wiedzę ucznia.


Fiszki SCHOOl "Do you enjoy watching action films?" stanowią drugą część fiszek "I like strawberries" i uzupełniają wiedzę o kolejne 300 słówek i zwrotów. Do każdego zestawu dołączona jest książeczka dla ucznia oraz kod, dzięki któremu można pobrać aplikację uzupełniającą wiadomości.


Fiszki SCHOOL umieszczone są w bardzo poręcznych kartonowych pudełkach, a same karty wykonane są z wytrzymałych tekturek. Każda fiszka to kolorowa, często humorystyczna ilustracja oraz słówko/zwrot w języku angielskim oraz polskim. Sprytne podstawki pozwalają przejrzyście poukładać i posegregować fiszki, by z jeszcze większą łatwością z  nich korzystać.


Fiszki SCHOOL przeznaczone są dla uczniów klas 4-6 szkoły podstawowej (pozwalają przygotować się do testu szóstoklasisty), ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby korzystały z nich młodsze dzieci. Można wybierać słownictwo, które akurat dziecko przerabia na lekcjach, a jeśli dobrze sobie radzi, wzbogacać jego wiedzę o kolejne, nowe słówka i zwroty. Fiszki doskonale pozwalają zarówno poznawać nowe, jak i utrwalać już poznane angielskie słowa.
Julka - uczennica klasy drugiej - zna już wiele z zawartych na fiszkach słówek i chętnie z nich korzysta.

Więcej o Fiszkach SCHOOL przeczytacie TUTAJ i TUTAJ


[Grafiki ze strony wydawnictwa Edgard:http://www.jezykiobce.pl/]
12:55

Nigdy nie jest za wcześnie, by go poznać - 'Mały Książę dla najmłodszych'.

Napisała , w
Kochamy "Małego Księcia"! O tym już chyba wiecie z moich poprzednich wpisów - tego przedstawiającego książkę z wyjątkowymi ilustracjami i tego, w którym pokazywałam wam notatnik i kalendarz. Dzisiaj kolejna odsłona "księciomanii", a mianowicie "Mały Książę dla najmłodszych". Pięknie wydana książeczka z kartonowymi stronami idealna dla małych rączek! 


To wydanie "Małego Księcia", które ukazało się nakładem Znak emotikon dedykowane jest specjalnie najmłodszym czytelnikom. Historia "kosmicznego" chłopca została przedstawiona na 12 kartonowych stronach i opatrzona kolorowymi ilustracjami autora. Oglądanie i czytanie tej książki to podróż, którą z przyjemnością odbędziecie razem z dzieckiem! Przygotujcie się też na wiele pytań, bo Mały Książę prowokuje do nich zawsze, a kilkulatki są przecież w nich mistrzami!

Bardzo podoba mi się szata graficzna i forma tej książeczki. Oprócz sztywnych stron i kolorowych obrazków, ma bardzo poręczny format i zaokrąglone rogi (bezpieczna nawet dla maluszków!). Fragmenty tekstu są wybrane tak, aby dotykać najważniejszych motywów, lecz nie unikniemy wyjaśnień i dopowiadania historii (jak już napisałam wcześniej), jednak to zaleta, bo taką postać jak Mały KsiĄżę powinniśmy poznawać RAZEM Z DZIECKIEM!

Ta książeczka to dowód na to, Że na poznanie Małego Księcia nigdy nie jest za wcześnie!





Szymkowi jak widać nowe wydanie "Małego Księcia" spodobało się na tyle, że postanowił poczytać Misiowi Zdzisiowi :)


Więcej o książce przeczytacie na stronie wydawnictwa: KLIK KLIK



11:41

Ile znaczy 'przepraszam'?

Napisała , w
Byłam ostatnio świadkiem pewnej sytuacji, która zrobiła na mnie duże wrażenie i skłoniła do rodzicielskiej refleksji. Sklepowa kolejka. Ojciec z na oko pięcioletnim synkiem. Kolejka długa, a oni przez cały czas dosyć głośno rozmawiają. Właściwie to ojciec mówi. Synek co chwilę tylko przeprasza i powtarza, że już będzie grzeczny. Tata na to ciągle "swoje": strofuje, roztrząsa sytuację, powtarza, że chłopiec brzydko się zachowywał. W pewnym momencie dziecko zaczyna płakać. "Przecież cię przeprosiłem tato." - mówi. Ale taty to "nie rusza" i dalej powtarza "Ale byłeś niegrzeczny!"... A ja tu czegoś nie rozumiem...


Nie wiem, co ten chłopiec zbroił i czym tak zdenerwował tatę. Możliwe, że był za głośno w kościele albo niegrzecznie zachowywał się w sklepie, bo o tym była mowa w czasie monologu taty. Jednak przez całą kolejkę stał spokojnie za sklepowym wózkiem i próbował przekonać tatę, że będzie już grzeczny. Nie wiem, możliwe, że próbował przekonać ojca o czegoś, na co ten się nie zgadzał. Możliwe, iż liczył na to, że po tym, jak przeprosi, ojciec się zgodzi. Jednak, jeśli przepraszał po coś, to od kogo się tego nauczył?...   A jeśli ojciec nie przyjmuje jego przeprosin, które są w szczere? To sygnał dla dziecka - nie ma sensu przepraszać...

Sytuacja nie była jednoznaczna, ale bardzo wymowna. Obserwując ją, zadałam sobie pytanie: ile znaczy słowo 'przepraszam'? Ile dla mnie jako mamy znaczy "przepraszam" usłyszane od dziecka? I czy uczę dzieci, jak ważne jest umieć przepraszać i umieć wybaczać? 

Przede wszystkim słowo "przepraszam" znaczy dla mnie bardzo dużo. To usłyszane od dziecka szczególnie dużo, bo przecież ono dopiero się uczy wyrażać emocje i żyć wśród ludzi. Uczy się też przepraszać. A najważniejszymi nauczycielami w życiu dziecka są przecież rodzice. Zatem moją i ich taty sprawą jest to, aby pokazać - nie tylko powiedzieć -  kiedy i jak powinno się mówić przepraszam. Ale to mało! Powinniśmy jeszcze zadbać o to, aby dziecko z czasem samo wiedziało i czuło, że należy kogoś przeprosić. To, że wielu dorosłych nie umie powiedzieć "przepraszam", jest najprawdopodobniej spowodowane tym, jak zostali wychowani. A im człowiek starszy, tym trudniej się przepraszania nauczyć... 

Powiedzieć "przepraszam" nigdy nie jest łatwo. Trzeba powściągnąć trudne emocje, często policzyć do 10 i zobaczyć swoje zachowanie z boku. Nie jest prosto ocenić się negatywnie i przyznać przed samym sobą, że zrobiło się komuś przykrość, nawet jeśli nie było to celowe. Trudno jest dorosłym, a cóż dopiero kilkuletniemu dziecku które świat emocji dopiero poznaje? Dając dziecku dobry przykład i słysząc później od niego to "przepraszam" możemy czuć się szczęśliwi, że udaje nam się przekazać dziecku tak ważną rzecz. I ja tak się czuję słysząc przeprosiny od mojego czterolatka i mojej ośmiolatki, a oboje z przepraszaniem nie mają problemów. Oczywiście jest i druga strona medalu - dziecko musi wiedzieć, że nie powinno przepraszać za wszystko (a są przypadki, że każe się przepraszać dzieciom już wręcz za to, że oddychają) i musi samo czuć, że te przeprosiny są słuszne. Złoty środek wskazany tak jak we wszystkim.

Staram się uczyć przepraszania. Oboje z Grześkiem się staramy. Nie tylko przepraszając siebie nawzajem, ale też przepraszając właśnie Julkę i Szymka. Zdarza się, że otoczenie się dziwi - przepraszasz dziecko?!  Pewnie, że przepraszam! Po pierwsze, robię to, bo mam taką potrzebę i uważam to za zupełnie normalne. Przepraszam tak, jak każdego - męża, siostrę czy mamę. Po drugie - jak inaczej mam dziecko nauczyć, że przepraszać trzeba i że TO JEST DOBRE? Tłumaczę, że na różne sposoby można kogoś urazić lub sprawić mu przykrość.Mówię, czym jest wrażliwość i empatia.Analizujemy sytuację, jeśli chodzi np. o kłótnię między Julką i Szymkiem czy u Julki w szkole.  Ale samo gadanie nic nie da, jeśli nie dam mu przykładu. Staram się więc go dawać.

Reasumując: nawet, kiedy jestem bardzo wściekła, "przepraszam" usłyszane od dziecka przyjmuję. Jasne, że powiedzenie "przepraszam" a poprawa zachowania to czasem dwie różne sprawy. Mówię więc, co mam do powiedzenia i kładę nacisk na to, że ważne, by nie tylko przeprosić, ale też zmienić swoje zachowanie. Jednak liczę się z tym, że dziecko nie nauczy się tego za pierwszym razem. Bo - myślę sobie - ile razy ja popełniam podobne błędy? Dlaczego więc mam skreślać tego małego człowieka za to, że drugi raz "poślizgnął się na tej samej skórce od banana"? I dlaczego mam nie wierzyć, że chce się zmienić i że jego przeprosiny są szczere? W myśl słów Janusza Korczaka: " Dziecko chce być dobre. Jeśli nie umie - naucz. Jeśli nie wie - wytłumacz. Jeśli nie może - pomóż". Nie od razu Kraków zbudowano. Dajemy dziecku czas podczas nauki mówienia czy chodzenia, więc dlaczego w tak delikatnej kwestii jak emocje chcemy, by nauczyło się na pstryknięcie palcami, co jest słuszne a co nie?

Wróćmy więc do sytuacji, o której opowiedziałam wam na początku wpisu. Wczujcie się w sytuację i pomyślcie albo przypomnijcie sobie, bo pewnie niektórzy znają to uczucie, jak to jest, kiedy ze łzami w oczach kogoś przepraszasz, a ten ktoś odrzuca twoją wyciągniętą rękę? To potrafi rozerwać serce. A  potrafi też sprawić, że w sens przeprosin przestanie się wierzyć...
Dlatego mam nadzieję, że później ten pan tata przemyślał sobie sytuację, ochłonął i jednak przybili sobie z synkiem sztamę nie zapominając o "przepraszam". 

Bo każdy zasługuje na drugą szansę, a dziecko nawet na dwieście dwudziestą drugą... I ono musi to czuć!

A ile dla was znaczy "przepraszam" usłyszane od dziecka? 

[Grafika: pixabay.com]
20:15

Jak zbudować motocykl? Z tą książką wie to nawet dziecko!

Napisała , w
Jak zbudować motocykl? Dla laika odpowiedź na to pytanie wydaje się być bardzo skomplikowana! A jednak Martin Sodomka w książce dla dzieci pod tym właśnie tytułem - "Jak zbudować motocykl? Techniczna historyjka" udowadnia, że nawet dziecko może się tego dowiedzieć!


Macie w domu małych fanów techniki lub motoryzacji? Tak? W takim razie musicie mieć tę książkę! Dzięki czterem sympatycznym szczurom, mali czytelnicy poznają tutaj tajniki budowy motocykla i to w szczegółach! 
Barwna historyjka szczurzych przyjaciół, którzy podejmują się skonstruowania motocykla, staje się dla autora - Martina Sodomki -tłem do tego, aby krok po kroku, schemat po schemacie pokazać młodym czytelnikom budowę tegoż pojazdu. Silnik, skrzynia biegów, amortyzatory, hamulce - znajdziecie tu każdy element motocykla dokładnie rozrysowany i opisany. Nie lada gratka dla każdego kilkuletniego wielbiciela jednośladów lub miłośnika techniki! A ręczę, że i ci całkiem już duzi z zainteresowaniem będą oglądać i czytać tę książkę! Coś dla tatusiów i ich synków!




Do książki dołączony jest motocykl do samodzielnego skonstruowania. Drewniane elementy należy wycisnąć z deseczek i połączyć według wzoru. Ja przyznam, że dla mnie ta sztuka okazała się zbyt trudna, ale panowie wraz z synkami z pewnością bez problemu sobie z tym poradzą!








"Jak zbudować motocykl?" to fantastyczny pomysł na prezent wielkanocny, jeżeli u was się takowe robi, bądź z innej okazji dla dziecka (właściwie przecież niekoniecznie chłopca, bo są i dziewczynki interesujące się taką tematyką).

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Więcej przeczytacie o niej tutaj: KLIK KLIK. A w przygotowaniu "Jak zbudować samolot?" i "Jak zbudować samochód?".


20:39

Pluszowe plasterki [+ KONKURS!].

Napisała , w
Dzieci są w ciągłym ruchu - biegają, skaczą, dotykają i otwierają to, co nie zawsze jest dla nich bezpieczne. Dlatego zdarte kolana i łokcie, rozcięte paluszki i inne drobne urazy to norma, kiedy jest się rodzicem. Nikt z nas tego nie lubi i chcemy wtedy jak najszybciej uśmierzyć ból i uspokoić maluszka: dmuchamy, tulimy, całujemy, a teraz możemy też zamiast zwykłego plastra, nakleić PLUSZOWY PLASTEREK! Poznajcie TROSTISIE!



Trostisie to pluszowe plasterki w kształcie uroczych maskotek (są także świecące w nocy) i znanych dzieciom postaci z gry Angry Birds. Można je naklejać na rany - przyklejając wcześniej dołączone do opakowania plasterki ochronne z opatrunkiem - albo przyklejać, żeby po prostu rozweselić i pocieszyć dziecko w trudnej sytuacji np. podczas wizyty u lekarza. 

Na stronie mavero.pl -wyłącznego dystrybutora tych szwedzkich plasterków w Polsce - czytamy:

"Pluszowe plastry to jedyne miękkie i troskliwe plastry na świecie. Dzięki swojej delikatnej materiałowej warstwie wierzchniej szybko staną się bliskimi przyjaciółmi Waszych pociech i każdą bolesną przygodę zamienią w zabawę."


Każde opakowanie zawiera 6 różnych Trostisi oraz 6 plasterków ochronnych z opatrunkiem. Opakowanie jest niewielkie i bardzo poręczne. Zawartość paczuszki z plasterkami Angry Birs widzicie poniżej.



Jako mama uważam, że pluszowe plasterki to naprawdę świetny pomysł! Niejednokrotnie malutkie skaleczenie wywoływało płacz i duży stres u Julii i Szymka, a mały, pluszowy plasterek na pewno pomógłby je złagodzić. To coś podobnego jak naklejka "zielny Pacjent" podarowana przez lekarza - u większości dzieci powoduje uśmiech na buzi, nawet jeśli wizyta była trudnym doświadczeniem. Trostisie ociągną uwagę od przykrego zdarzenia, a jeśli naprawdę potrzebny jest plasterek na ranę sprawią, że jego naklejenie nie będzie tak dużym stresem dla malucha. Są naprawdę mięciutkie i puszyste jak przytulanki! Serca Julki i Szymka podbiły od razu!

Więcej o plasterkach przeczytacie na stronie dystrybutora: http://mavero.pl/pluszowe-plastry





Wraz z mavero.pl mamy dla Was KONKURS!
Możecie wygrać jedno z 5 opakowań pluszowych plasterków!

ZADANIE KONKURSOWE:

Przyjrzyj się Pluszowym Plasterkom (grafika poniżej, wszystkie dostępne wzory) i napisz krótko, który mógłby najbardziej spodobać się twojemu dziecku i dlaczego?

*Możesz wybrać tylko serię lub konkretną postać z plasterków!

**Odpowiedź możesz zamieścić na blogu lub na Facebooku. Wszystkie będą brane pod uwagę.

WYNIKI KONKURSU.

Po opakowaniu plasterków otrzymują:


Kamila Łabutka
Natalia Sobolewska
Aleksandra
(odpowiedzi zamieszczone na blogu)
Barbara Wróbel
Paweł Julia Turczyńscy
(odpowiedzi zamieszczone na Fb)

Aktualizacja wyników:

Natalia nie zgłosiła się w regulaminowym czasie, a więc nową laureatką zostaje Magda Chabierska.

Czekam na zgłoszenie o 11.04.

Czekam na Wasze adresy do 5 dni na adres: wokoldzieciblog@gmail.com.

Jeśli któryś z laureatów się nie zgłosi, wybiorę nową osobę. Plasterki będą wysyłane losowo.





[grafika: mavero.pl]

Możesz też polubić i udostępnić plakat, a także facebookowy profil mojego bloga KLIK i sponsora: Mavero KLIK oraz zaprosić znajomych. Nie są to punkty obowiązkowe, ale będzie nam bardzo miło, jeśli to zrobisz :).


* Czekają na Was trzy opakowania Angry Birds oraz dwa Trostisie Świecące w Ciemności. Każdy laureat otrzyma jeden zestaw, a rodzaj nagrody będzie przyznawany losowo.





REGULAMIN:
1. Udział w konkursie można wziąć tylko raz.
2. Konkurs trwa w dniach 19 - 29.03.2016 r. (włącznie).
3. Wyniki ukażą się do 1.04.2016 roku w tym wpisie oraz na Facebooku.
4. Na kontakt od laureatów (maila na adres: wokoldzieciblog@gmail.com) czekamy 5 dni. Po tym czasie wybieramy nową osobę.
5. Facebook nie jest w żaden sposób związany z organizacją tego konkursu.
6. Uczestnik musi być osobą pełnoletnią.
7. Wysyłka nagród tylko na terenie Polski.
8. Udział w konkursie i spełnienie jego warunków jest dobrowolne.



MIŁEJ ZABAWY!


14:49

Powroty

Napisała , w
Wracam do was po dosyć długiej nieobecności. Ta nieobecność była jednak wypełniona po brzegi. Moje "rozstanie" na pewien czas z blogiem niemal pokryło się w czasie z powrotem do domu Grześka. Ten powrót dał mi nową siłę. Teraz z tą siłą wracam do Was!


JAK TO BYŁO, KIEDY MNIE TUTAJ NIE BYŁO...

Prawie dwa lata rozstań i powrotów. To już za nami. Pamiętacie na pewno nasze emigracyjne perypetie, moje wpisy o tęsknocie i weekendach spędzanych razem, o tym, że można dać radę! I daliśmy. Ale trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć STOP. I to też jest moja sprawdzona prawda, którą chcę przekazać wszystkim w podobnej sytuacji. To też trzeba umieć! Powiedzieć: DOŚĆ. NIC ZA WSZELKĄ CENĘ. Plany był inne, ale plany swoje, a życie swoje. Przyszedł taki moment w naszym życiu, kiedy potrzeba bycia blisko była silniejsza i ważniejsza niż cokolwiek innego. I tak od miesiąca jesteśmy z powrotem we czworo. I przekonuję się, jakim akumulatorem jest obecność ukochanych osób. Z tą nową siłą wracam na bloga! 

Na blogu nic się nie działo od 2 tygodni. A to za sprawą awarii laptopa, o której to i perypetiach z nią związanych, pisałam na Facebooku. Jednak już wcześniej pisałam mniej... Miałam wiele chwil, w których czułam się wypalona... I jak się okazało, kolejny raz przekonałam się, że nic nie dzieje się bez przyczyny! Dwa tygodnie przymusowego "urlopu" od bloga zaowocowało po 1. odpoczynkiem od wirtualnego świata, który był mi potrzebny, po 2. głową pełną pomysłów na nowe wpisy i na zmiany na blogu i po 3. TĘSKNOTĄ za pisaniem i za Wami Moje Drogie! Wniosek jest prosty: chcę rozwijać to miejsce! Chcę, by na blogu było ciekawiej i by działo się więcej. Marzy mi się też, by większa była Wasza aktywność...

BLOGOWE PLANY NA NAJBLIŻSZY CZAS:

1. 3-4 posty tygodniowo.
2. Więcej wpisów z poradami i życiowymi tematami.
3. Więcej pokazywania ciekawych produktów i to nie tylko dla dzieci (w planach np. wpis o moich ulubionych kosmetykach za grosik).
4. Konkursy dla was - bez zmian - czyli tyle, ile się da ;).
5 Zmiana szaty graficznej bloga i przejście na własną domenę.

Jeśli macie jakieś sugestie dotyczące bloga, tematyki czy nawet układu, piszcie śmiało czy to na priv na Facebooku czy na maila: wokoldzieciblog@gmail.com. 

WASZE ZDANIE JEST DLA MNIE BARDZO CENNE!

To tyle o powrotach. Myślę, że byłam wam winna ten tekst po tak długim milczeniu i liczę na to, że nadal jesteście ze mną (o co ładnie się uśmiecham :)).
18:21

Historia 'Matyldy' teraz na kartach książki Roalda Dahla.

Napisała , w
Czy jest ktoś, kto nie oglądał filmu o rezolutniej i nieprzeciętnie inteligentnej kilkulatce Matyldzie, która miała pecha urodzić się w rodzinie zupełnych ignorantów? Ojciec oszukujący przy sprzedaży samochodów,matka hazardzistka i brat chcący przypodobać się obojgu. Do tego telewizor jak członek rodziny. A w tym wszystkim ona -kilkulatka zakochana w książkach i zdobywaniu wiedzy. Nakładem Wydawnictwa Znak Emotikon ukazała się niedawno literacka historia Matyldy.


"Matylda" została pięknie wydana w grubej oprawie i z - powiedziałabym - zawadiackimi ilustracjami Quentina Blake'a. Nie dziwota, że nakręcono na jej podstawie film familijny, gdyż czyta się ją niezwykle przyjemnie a akcja jest wartka i zabawna! 

Matyldy nie sposób nie polubić, a reszta rodziny - choć bez wątpienia potrafi irytować - nadaje tej historii barw i wyrazistości. Zakończenie - cóż, dosyć zaskakujące, ale jednak happy end! 

Idealna do wieczornego, rodzinnego czytania, ale 8-9 latek poradzi już też sobie z samodzielnym czytaniem. Może nie całości, bo książka liczy ponad 300 stron, ale na spółkę z mamą i tatą może czytać "Matyldę" z powodzeniem! Jak widać Julce się podoba :).










Książkę kupicie i dokładniej zobaczycie na stronie Wydawnictwa Znak:

KLIK KLIK
16:29

7 rzeczy, na które każdy rodzic powinien pozwolić swojemu dziecku!

Napisała , w

Tego nie rób. Tam nie wchodź. Bądź grzeczny. Jako rodzice wypowiadamy te słowa miliony razy. Czasami zbyt często.Czasami nieświadomie odbieramy tym samym dzieciom radość i beztroskę, które powinny płynąć z bycia dzieckiem. Warto się zastanowić dwa razy, zanim podejmiemy decyzję, czy rzeczywiście dziecko czegoś nie powinno. Zadajmy sobie pytanie: czy to naprawdę jest dla niego złe czy wręcz przeciwnie - stanowi esencję dzieciństwa, a my zabraniamy mu przez wygodnictwo, własne nieuzasadnione lęki albo opinie innych? 


Sama ostatnio często miewam taką refleksję wychowując Szymka i Julkę. Dużo też rozmawiamy o tym z Grzegorzem. Jak wszyscy rodzice chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej, ale nie chcemy też "zgubić się" w natłoku zakazów i nakazów. Nie chcemy, by nasze dzieci zgubiły w nich beztroskę, radość, uśmiech i ten niesamowity smak poznawania świata, który czuje się tylko w dzieciństwie! Wskutek naszych rozmów, stworzyłam listę 10 rzeczy, na które każdy rodzic powinien pozwolić dziecku! Co byście do niej dopisali?

1. Wskoczyć do kałuży! Pochlapać się, zmierzyć jej głębokość wzdłuż i wszerz, pobawić się w błocie! Upaprać nim spodnie i kalosze, a nawet ręce! TAK! Kałuże w dzieciństwie być MUSZĄ!

2. Malować rękami! Odłożyć na bok pędzelek i maczać w farbkach paluszki, a nawet całe rączki. Malować w ten sposób na dużych arkuszach papieru, a przy tym wysmarować farbami ubranie, a nawet buzię!

3. Pobiegać na boso po trawie i piasku! Nic nie zastąpi tej miękkości pod stopami, czucia "faktury" i ciepła albo chłodu. A najlepsze jest zasypywanie stóp gorącym piaskiem na plaży!Mało tego - to zdrowe i pomaga zapobiegać płaskostopiu! Znajdźmy więc takie miejsce, gdzie nie będziemy bać się o szkła czy osy i pozwólmy - choć przez chwilę...  P.S. Ja uwielbiam to do dziś :).

4. Chodzić po krawężniku! No kto z nas tego nie robił, kto? I ilu tak naprawdę coś sobie wtedy zrobiło? Maleńki odsetek... A frajda była nieziemska! I utrzymywanie równowagi się ćwiczyło. Dlaczego więc dziś zabraniamy swoim dzieciom? Niech chodzą - pod naszym okiem, ale TAK!

5. Wyjadać dżem albo masę na ciasto paluchami! Można i łyżeczką, ale... palcami - to dopiero jest radocha! Spójrzcie na te umorusane buzie i na ten błysk w oczach! I pozwólcie mamusie i tatusiowie - chociaż raz na jakiś czas :).

6. Wyjść na dwór w nocy i oglądać gwiazdy! Pokażmy im, jaki piękny świat jest nocą! To nic, że jest 21:00 a one akurat jeszcze nie śpią. Tych emocji, kiedy mama i tata wyjdą z nimi z domu i pokażą Duży Wóz i księżyc w pełni nie zapomną do końca życia! Wczoraj Szymek z tatą oglądał. Ta ekscytacja w oczach - bezcenna!

7. Wdrapać się na drzewo! Zamiast panikować, że zedrze kolano albo spadnie, zobaczcie tę dumę w oczach, kiedy wejdzie na to małe drzewko w ogrodzie! Nie mówimy tu o jakichś kosmicznych wysokościach, ale na pewno znajdziecie takie drzewko, które brzdącowi da frajdę, a wam poczucie bezpieczeństwa!

Julka i Szymek spróbowali już wszystkich tych 7 rzeczy. Nie znaczy to, że nie mieliśmy z Grześkiem wątpliwości, że czasem z rozpędu nie krzyknęliśmy "nie", ale po chwili namysłu albo kolejnym razem już nie protestowaliśmy... Za każdym razem widziałam w ich oczach niesamowitą radość! I nie żałuję, że pozwalamy na TAKIE RZECZY :). Jestem pewna, że zostanie to w ich wspomnieniach, tych najpiękniejszych!

A ja będąc dzieckiem wdrapywałam się na wisionkę w sadzie, a potem zwisałam z niej głową w dół. Biegałam z bratem nad tory, w okolice lasu  (u nas na Kociewiu mówi się na te nasypy "biszong") , gdzie garściami zbieraliśmy do pudełek po zapałkach świetliki. Rozkładałam koc na drodze i latem godzinami gapiliśmy się z rodzeństwem w niebo. Boso biegałam niemal całe lato a w deszczu i kałużach zabawa z rodzeństwem była najlepsza! "To były czasy" - westchniecie. A ja Wam powiem, że nasze - moje i wasze - dzieci też mogą takie mieć - tylko pozwólmy im cieszyć się tym jedynym w swoim rodzaju czasem dzieciństwa...


Co jeszcze dodalibyście do tej listy? Pamiętacie, co wy uwielbialiście robić w dzieciństwie? 

[Grafika: pixabay.com]

13:49

Naucz dziecko, jak być bezpiecznym na drodze!

Napisała , w
Zbliża się wiosna, czas, kiedy wsiądziemy na rowery, chwycimy za rolki, będziemy więcej spacerować, a to doskonały czas, by zapoznać najmłodszych z zasadami bezpieczeństwa na drodze. Interaktywna książka "Bezpiecznie na drodze" wydana nakładem wydawnictwa Debit to doskonała pomoc w zaznajomieniu dzieci z zasadami ruchu drogowego. Typowy przykład nauki poprzez zabawę, którą dzieci uwielbiają!


"Bezpieczni na drodze" to edukacyjna, interaktywna książeczka, która w przystępny i zabawny sposób podejmuje temat zasad ruchu drogowego.Dziecko dowie się z niej, ja poruszać się po chodniku i po ulicy, jak się zachować na przystanku, jak bezpiecznie korzystać z roweru i jak postępować względem innych uczestników ruchu drogowego. 
Książka jest bajecznie kolorowa i opatrzona wieloma zabawnymi ilustracjami,a oprócz tekstu mali czytelnicy znajdą tutaj ciekawe zadania do wykonania. Przy okazji maluch rozwija spostrzegawczość, zdolność logicznego myślenia czy umiejętność rozróżniania kolorów.
Szymek jest nią zafascynowany i często po nią sięga. Szuka rozwiązań zawartych na jej kartach zadań, opisuje obrazki i wykorzystuje zdobytą wiedzę podczas spacerów czy wizyt w mieście. Starsza o cztery lata Julka także interesuje się książeczką, a zdobyte dzięki niej wiadomości przydają się jej też w szkole. Bardzo ciekawa propozycja dla dzieci od około 4 do nawet 10 lat (kiedy to zdaje się egzamin na kartę rowerową). POLECAMY!






Książeczkę kupicie na stronie wydawnictwa Debit:



Post Top Ad

Instagram