Post Top Ad

Dziecko, szkoła i rodzice, czyli jak być obecnym w edukacji dziecka.

To my, rodzice, uczymy dzieci mówić, chodzić i pokazujemy im świat. Dlaczego więc często z chwilą, gdy wchodzą w szkolne mury próbujemy zrzucić całą odpowiedzialność za postępy edukacyjne naszych dzieci na nauczycieli i system? I dlaczego każdy problem szkolny dziecka traktujemy jako dowód na to, że nie jest przygotowane do rozpoczęcia edukacji? Dlaczego na zebraniach klasowych, chowamy głowę w kołnierz kurtki niczym struś w piasek?  Mądra obecność rodziców w edukacji dziecka jest bardzo ważna. Jako mama drugoklasistki, dzielę się z wami moimi przemyśleniami. 


Grafika: unsplash.com

Pomijając fakt, że ma ograniczone pole manewru ze względu na kształt naszego systemu edukacji i jeszcze kilka innych faktów, które bez wątpienia fajnie byłoby zmienić (i na pewno nie należy do nich likwidacja obowiązku szkolnego sześciolatków i likwidacja gimnazjów), 45 minut lekcyjnych to naprawdę niewiele. Nie każde dziecko łapie w lot dopełnianie do dziesiątek, zasady ortograficzne czy tabliczkę mnożenia. Poza tym są jeszcze zadania domowe, których dla jasności nie jestem przeciwniczką, o ile zadawane są z głową i umiarem. Co więcej przyswajanie wiedzy to nie wszystko - szkoła to przecież też miejsce nawiązywania nowych kontaktów i socjalizowania się, a ten proces do łatwych nie należy. Mądra obecność rodziców jest w edukacji dziecka niezbędna! Bo dlaczego mielibyśmy być na tym etapie życia dziecka nieobecni? Dlaczego mielibyśmy bagatelizować swoją rolę, licząc na to, że od teraz uczy i wychowuje tylko szkoła? Nasza rola ewoluuje przez cały czas wraz z dorastaniem dziecka, a może inaczej - zmienia się sposób, w jaki okazujemy mu wsparcie i zrozumienie, które powinny pozostać niezmienne.

Julka chodzi do II klasy. Ona cały czas zdobywa wiedzę i uczy się być uczennicą, a ja uczę się, jak pomagać jej w tej nauce. Jakkolwiek dziwnie brzmi to zdanie, jest prawdziwe i ma sens! Nie jestem pedagogiem ani psychologiem. Nie mam gotowej listy złotych zasad, jak pomagać dziecku w nauce. Sama każdego dnia sobie to wypracowuję, więc na podstawie moich w sumie półtorarocznych doświadczeń mogę wam powiedzieć jedynie,  jakie są moje wnioski.


Wniosek nr 1- To, że dziecko ma z czymś problem. nie znaczy, że nie jest gotowe do szkoły albo gorsze od innych. I nasza - rodziców - w tym głowa, aby dziecko miało tego świadomość! Wokół  (cofniętej już) reformy edukacji narósł taki stereotyp, że dziecko od razu powinno sobie radzić w szkole doskonale. Każdy problem był identyfikowany przez wielu rodziców jako brak gotowości szkolnej dziecka. Kompletnie tego nie rozumiem. Problemy czy to z przyswajaniem wiedzy, czy z adaptacją, czy z wyrażaniem emocji są czymś NORMALNYM i NATURALNYM. Nie od razu Kraków zbudowano! Naszą rolą nie jest budowanie w dziecku poczucia, że jest przez to gorsze od innych, ale pomoc w rozwiązywaniu tych problemów. Poprzez rozmowy, tłumaczenie, współpracę z nauczycielami, jeśli trzeba to wspólne odrabianie lekcji czy dodatkowe omawianie problematycznych zagadnień (u nas to np. tabliczka mnożenia), poprzez wsparcie i bycie blisko. 

Wniosek nr 2 - W lekcjach trzeba pomagać mądrze. Nie zgadzam się ani ze stanowiskiem, że można robić lekcje za dziecko ani też z tym, że nie powinno się w lekcjach pomagać wcale, bo to sprawa dziecka. Ja jestem dokładnie po środku. Uważam, że dziecka trzeba uczyć samodzielności szkolnej stopniowo - przynajmniej w większości przypadków, bo może ktoś ma na tyle poukładanego sześciolatka, że od pierwszego dnia szkoły będzie pamiętał, co ma zadane i umiał sam spakować tornister. Ja początkowo zawsze siadałam do zadań domowych z Julką, tłumaczyłam polecenia, patrzyłam, jak rozwiązuje. Potem stopniowo moja obecność stawała się coraz bardziej dyskretna: kiedy nauczyła się dobrze czytać, sama czyta polecenia, zostawiam ją też samą przy biurku nie zaglądając przez ramię; gotowe zadanie przynosi mi do sprawdzenia, a jeżeli czegoś jeszcze nie rozumie, to dopytuje. Moja pomoc była jej bardzo potrzebna na samym początku, ale nigdy nie rozwiązywałam zadań za nią. Teraz z dumą obserwuje, jak staje się coraz bardziej samodzielna. Sami musimy ocenić, na ile dziecko potrzebuje naszej pomocy w samej nauce, w lekcjach. Złoty środek jest niezbędny. To my znamy nasze dzieci najlepiej, ale warto też posłuchać kogoś z boku, kto czasem może nam uświadomić , że pomagamy za mało albo za bardzo...
Pobożnym życzeniem jest, żeby nauki w domu było tyle, ile dziecka nie przytłoczy, a pozwoli mu rozwinąć skrzydła i poczuć się dumnym z osiągniętych wyników i tyle, żeby nawet rodzice pracujący mogli znaleźć  chwilę, by w nauce dziecku pomóc. (a nie kilka godzin - jak czytam czasem w sieci, że tyle mają dzieci zadane, to coś się we mnie gotuje :/)

Wniosek nr 3 - Motywacja i wsparcie to podstawa. Tak oczywiste, a nie zawsze o tym się pamięta. Chyba każdemu rodzicowi zdarzyło się podnieść głos podczas tłumaczenia po raz enty matematycznych zawiłości albo stwierdzić w nerwach: "Ty się tego chyba nigdy nie nauczysz!". Irytacja bywa nieunikniona, ale naprawdę powinniśmy gryźć się w język... Zawstydzanie, wzbudzanie poczucia winy czy dołowanie to najgorsze, co możemy zrobić zarówno "oduczając od smoczka", ucząc samodzielnego zakładania butów jak i wtedy, kiedy dziecko uczy się ortografii albo geometrii... Każdy to wie, a mało kto bierze to pod uwagę. A brać trzeba. bo słowa mają wielką moc, o czym traktuje wiele poruszających kampanii m.in. Fundacji Dzieci Niczyje z 2012 i 2013 roku (poniżej piękny, przykładowy plakat) i o czym też niedawno pisałam przytaczając historię, która spotkała nas naprawdę >>> O tym, jak pewnego dnia zawstydzili nas inni rodzice...


Wniosek nr 4 - Trzeba nauczyć dziecko się uczyć. Wiem, że jest wielu przeciwników zadań domowych i nauki w domu w ogóle. Ja jednak należę do tego dziwnego gatunku ludzi - zwanych niesłusznie w szkole kujonami - którzy LUBILI i LUBIĄ się uczyć! Nie każde dziecko "tak ma" - Julka nie jest mną i aż tak jak ja tego nie lubi ;) ale są zadania, które rozwiązuje z przyjemnością, a ja z przyjemnością na to patrzę. Rolą rodziców jest zapewnienie dziecku dobrych warunków do nauki
(ciągłe przypominanie o wyprostowanych plecach, wyłączanie TV na czas odrabiania lekcji, dbanie o oświetlenie itp.), ale też podpowiedzenie metod - jak się uczyć? Może to brzmi banalnie, ale ja u Julki właśnie teraz tę umiejętność ćwiczę, razem ćwiczymy, bo początkowo trudno było jej zrozumieć, że oprócz tego, co w szkole, w domu musi nauczyć się np. wierszyka na pamięć albo przypomnieć sobie tabliczkę mnożenia. Nauka uczenia się to o tyle ważna umiejętność, że zaprocentuje w przyszłości: choćby w pracy, ale też w życiu w ogóle, bo przecież przez całe życie się uczymy...

Wniosek 5 - Musimy dać dziecku "powietrze". Problemem jest, kiedy rodzice nie angażują się w edukację dziecka wcale, ale równie poważnym jest to, kiedy angażują się za bardzo... Nadopiekuńczość wobec małego ucznia niesie za sobą poważne konsekwencje... Kontrolując dziecko na każdym roku, wyręczając je, biegając co pięć minut do szkoły sprawimy, że nasze dziecko w ogóle nie będzie się w szkole rozwijać i będzie oczekiwać tej naszej nadopiekuńczości mimo upływu czasu. Taki 15-latek, który nie umie zrobić sobie herbaty czy maturzysta nie umiejący przeczytać tekstu ze zrozumieniem i odpowiedzieć na kilka związanych z nim pytań, to moim zdaniem w dużej mierze, efekt właśnie takiego postępowania rodziców. Niektórzy przedobrzają. Szkoła natomiast jest tym momentem, w którym samodzielność naszych dzieci ma okazję naprawdę się rozwinąć, a my wspierając pociechy musimy bardzo uważać, żeby jej nie zaburzyć.

Wniosek 6 - Szkoła nie gryzie! Ani dzieci, ani rodziców. Ostatnio dość skutecznie robiło się z tej instytucji potwora, a ja już kiedyś pisałam, że to podejście bardzo łatwo przechodzi z dorosłych na dzieci... Tymczasem w przeważającej większości można naprawdę porozumieć się z nauczycielami (a nawet miło spędzić czas na wywiadówce przy kawie) a jeśli ktoś ma czas i ochotę troszkę się w to życie szkoły zaangażować. Nie mówię tu o przesadzie w stylu wzywania rodziców na każdą okazję do szkoły, ale odrobina inwencji i zaangażowania nie zaszkodzi. Jak słusznie napisała Ania (cytowana poniżej) - nasz strach przed tym uczestnictwem w życiu szkoły jest irracjonalny...  Rozumiem, że nie każdy ma na to czas, ale jeśli nim dysponujemy, to czemu nie zasiąść w Radzie Rodziców czy choćby nie pomóc stroić sali na Bal Przebierańców? Dzieci angażujących się rodziców, biorą z nich przykład i odwrotnie niestety także to działa..

Rozmowa na temat uczestnictwa rodziców w edukacji i życiu szkolnym dziecka toczy się także na Faecbooku. Kilka waszych odpowiedzi szczególnie mi się spodobało:


Anna Olesiak Fajnie by było na szkolnym /przedszkolnym zebraniu nie chować się za "filarem" 
Emotikon smile
, spuszczać głowę na dół kiedy pani wychowawczyni zaczyna :a może ktoś z rodziców mógłby....... Emotikon smile
 zawsze boimy się "wychylić", zabrać głos, wyrazić zdanie. Skoro my w wieku dajmy na to 30 lat boimy się wziąć udział w dyskusji to czego wymagany od naszych dzieci??? 

Katarzyna Sarnowska Ja uczestniczę. Przynosi mi to dużą radość. Starszakowi pomagałam, robiłam mnóstwo testów, wyszukiwałam konkursy i przepytywałam. Mówię wam, to procentuje! Syn jest bardzo zdolny, ale i otwarty, kreatywny. I najważniejsze - wciąż wie, że może na mnie liczyć (choć jako licealista, to on mógłby mnie dziś wiele nauczyć). Z małą chętnie ćwiczymy wiersze, piosenki. Byłam na czytaniu książek dla dzieci. Przecież szkoła czy p-kole to większa część życia naszych dzieci. To jakże by tak w nim nie uczestniczyć ?



Marlena Płuciennik Na początku wypracowaliśmy pewne rytuały. A. po powrocie ze szkoły rozpakowuje plecak, przebiera się, odrabia lekcje, pakuje plecak na następny dzień. Lekcje odrabia sama. Gdy ma problem to wtedy jej pomagamy. Najczęściej odrabia lekcje sama. Ale każde dziecko jest inne, więc rodzić powinien wypracować sposób postępowania ze swoim dzieckiem. Najważniejsze to nie porównywać do innych 
Emotikon smile
 naszemu dziecku cos może nie iść w jednej dziedzinie a za to w innej będzie mistrzem Emotikon smile


Iwona Mitraszewska Nigdy rodzice mi nie pomagali i dzięki temu miałam nie tylko wiedzę ale i umiejętność jej zdobywania. Niektóre dzieci oczywiście wymagają pomocy i tu trzeba uważać aby nie przekroczyć cienkiej granicy między pomocą a wyreczeniem. Ponadto należy bardzo uważnie obserwować dziecko aby nie doszło do sytuacji gdy dziecko wie ale mu się nie chce i po prostu usiłuje wymusić pomoc rodziców twierdząc, ze tego nie umie.

Przyłączcie się do dyskusji tutaj i na Facebooku! >>> KLIK

Jestem świadoma tego, że w komentarzach do tego postu mogą pojawić się zarzuty kierowane w stronę naszego systemu edukacji, szkół, nauczycieli, polityków pewnie też. Wychodzę jednak z założenia, że jesteśmy z naszymi dziećmi tu i teraz i zamiast czekać na zmiany, powinniśmy pomagać im odnaleźć się i poradzić sobie w otaczającej je rzeczywistości. Szkoła jest jej elementem. 
Poza tym ja mimo wszystkich wad polskiego szkolnictwa uważam, że szkoła jest ważnym miejscem w rozwoju dziecka. Trzeba nad nią dużo pracować, aby była miejscem lepszym, ale jej nie odbieram jej znaczenia nawet mimo wielu niedoskonałości. Nie mam zapędów do uczenia dzieci w domu. Absolutnie nie. Szkoła nie nauczy moich dzieci wszystkiego - bo też nikt tego nie obiecuje. Nauczy je z pewnością wielu rzeczy, które im się potem w ogóle nie przydadzą. Ale też zasygnalizuje i da podstawy umiejętności ważnych i rozwinie zdolności związane z życiem społecznym. Nie wspomnę już o tym, że wspomnienia z tej demonizowanej dzisiaj szkoły, będą na 100% da naszych dzieci jednymi z najpiękniejszych w życiu tak samo jak są teraz dla nas...

Dla dzieci rozpoczęcie nauki w szkole jest ogromnym przeżyciem i nowym etapem w życiu. W miarę upływu czasu, uczą się w tej szkolnej rzeczywistości odnajdywać, uczą się żyć w grupie, w społeczeństwie i uczą się uczyć.Tak samo my, jako rodzice, uczymy się jak współuczestniczyć w tym szkolnym życiu naszych pociech i jak je wspierać na tym etapie. Nikt nam nie da gotowego przepisu na to, jak robić to idealnie. Nie unikniemy też problemów, bo te są czymś naturalnym i także "rozwojowym". Wszak na błędach się uczymy a wzywania czynią nas mocniejszymi.
Pewne jest, że rodzic nie ma podawać dziecku wszystkiego na tacy - nie chodzi o rozwiązywanie za dziecko zadań ani też o bieganie codziennie do wychowawcy. Nasza mądra obecność w życiu dziecka - także na etapie szkoły - to wspieranie go, ale jednoczesne dawanie mu powietrza, uczenie samodzielności, rozwijanie w nim kreatywności  i poczucia własnej wartości. Znajomość swojego dziecka, elastyczność, dobra wola - te cechy na pewno są uniwersalne. Resztę musicie wypracować sobie sami...

Takie są moje wnioski. Zgadzacie się z nimi? A może macie własne, zupełnie inne? Komentujcie - dyskutujcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram