Post Top Ad

Matko, masz prawo czuć się słaba!

Leżąc niedawno w czterech, białych, szpitalnych ścianach miałam bardzo dużo czasu na myślenie i jeszcze więcej na odczuwanie. Z daleka od domowej bieganiny i z mocno ograniczonym wpływem innych osób. Przeżywałam sytuację, którą wcześniej znałam tylko "ze słyszenia" i o której nigdy bym nie pomyślała, że będzie dotyczyć mnie... "To musi być straszne!" - myślałam zawsze, a jednak kiedy to mi popłynęły łzy, poczułam, jakbym robiła coś niestosownego płacząc... Bo inni mają gorzej, bo ktoś może zobaczyć, bo dzieci mnie "przyłapią", bo nie powinnam po prostu... Mimo tych myśli nie mogłam łez opanować, więc pozostało mi tylko je wypłakać. Dawno nie poczułam takiej ulgi... 

pixabay.com

Dawno nie poczułam takiej ulgi. Dawno nie byłam wobec siebie tak szczera. Dawno nie pozwoliłam sobie tak po prostu dać się opanować emocjom. Od jakiegoś czasu ciągle ustawiałam się do pionu, odsuwałam od siebie emocje uznawane powszechnie za "negatywne" (a przecież nie ma negatywnych emocji...), wmawiałam sobie, że jako mama nie powinnam czuć złości, smutku, rozżalenia, rozczarowania czy bezsilności. Skutecznie też utwierdzało mnie w tym otoczenie.

Presja społeczna na to, by matka była oazą cierpliwości, spokoju i radości jest ogromna. Do tego jeszcze nieprzebrane pokłady energii, kreatywności i mądrości wszelakiej. Przede wszystkim jednak "negatywne" emocje na wodzy. Mama w reklamie jest uśmiechnięta i z lekkością motyla paraduje z wózkiem, z którego wychyla główkę równie uśmiechnięte dziecko. Dookoła słyszy się: "Każda matka to przeżyła, więc i ty przeżyjesz!" albo "Nie myśl o tym, tylko o dzieciach!". Kładzie się duży nacisk na stwierdzenie, że dziecko wyczuwa matczyne emocje już od samego początku, a więc nie wolno się denerwować i smucić - począwszy od ciąży. Nie mówiąc już o tym, że zostając matką, wypadałoby się niemal wyzbyć wszelkich uczuć niezwiązanych z macierzyństwem: tęsknoty za ukochanym, gniewu wywołanego kłótnią w związku, stresu spowodowanego pracą.

Sama pisałam o tym, że matki są niesamowicie silne - silne miłością do dzieci. I podtrzymuję to stwierdzenie, lecz ta siła nie powinna oznaczać poczucia, że nie wolno nam szczerze przeżywać emocji, nie powinna oznaczać tworzenia sobie kamiennej maski. Przez pewien czas tego nie rozumiałam... Aż wreszcie przyszedł taki moment, w którym łzy były silniejsze ode mnie i mimo, że to, co wtedy czułam rozrywało mi serce, poczułam też ulgę po prostu pozwalając sobie na te emocje... Poczułam ulgę pozwalając się pocieszyć, tak naprawdę wypłakując się najbliższej osobie w rękaw, wygadując wszystko, co leży mi na sercu, nawet wykrzykując to. Poczułam ulgę zgadzając się wewnętrznie na to, co czułam. I dało mi to o wiele więcej, niż mówienie: "Mogło być gorzej!, "Inni mają gorzej!", "Nie przejmuj się tak!". Naprawdę.

Nie twierdzę, że powinnyśmy uzewnętrzniać swoją złość i zniecierpliwienie krzycząc na dzieci. Nie o taki rodzaj wyrażania emocji mi chodzi. Zrozumiałam jednak, że błędem jest myślenie, iż mamie nie wolno odczuwać słabości, nie wolno się smucić, płakać, złościć... Długi czas żyłam w przekonaniu, że pozwalanie sobie na odczuwanie takich emocji, czyni mnie gorszą matką. Bo moje dzieci widzą, że jest mi źle. Bo okazując słabość, uczę ich bycia słabymi. Bo muszę "być silna dla dzieci". Bo moje problemy są nieważne w stosunku do problemów dzieci. Bo matka po prostu nie może się przyznać do chwili słabości, nie może się mazać i nie może szukać oparcia w innych. Bo jest matką. Sama musi być oparciem. Gówno prawda.

Głośno było niedawno o artykule, w którym pisano, że Polki to matki idealne i wściekłe. Oprócz tego, że wymieniano tam wszelkie stereotypy, z którymi musimy się mierzyć i wizje macierzyństwa idealnego narzucane nam przez społeczeństwo, otoczenie bliższe i dalsze, przez media także, znamienny był fakt, że większość matek zwyczajnie boi się mówić o swoich frustracjach, żalach i słabościach. Bo koleżanka wygląda na taką szczęśliwą (a uśmiech na twarzy to według większości oznaka szczęścia właśnie i siły wewnętrznej). Bo teściowa pokręciłaby głową z pogardą, jako że sama przecież ze wszystkim doskonale dawała sobie radę. Bo w serialach i na blogach matki roześmiane od ucha do ucha, na obcasach i z nieskazitelnym porządkiem w mieszkaniu. Gdzieżby im tam płakać z bezsilności albo krzyczeć w gniewie! I koło się zamyka, bo niemożność albo nieumiejętność wyrażenia swoich frustracji prowadzi do jeszcze większej frustracji... Odnajdujecie się w tym tekście? Bo ja doskonale... (Artykuł oczywiście z "Newsweeka" KLIK).

Leżąc w tych czterech, białych ścianach zrozumiałam, że nie można być silną, nie umiejąc okazać słabości... Paradoks? Ta z was, która tłamsi w sobie wszystkie "trudne" emocje, by czuć się lepszą mamą, wie, co mam na myśli... Są wśród moich czytelniczek takie mamy? Te emocje nie znajdując ujścia puchną w nas jak balonik i sprawiają, że dusimy się od środka. I zamiast być lepszymi matkami, stajemy się matkami sfrustrowanymi. Ze sztucznymi uśmiechami przytwierdzonymi do twarzy marzymy o tym, by pójść do lasu i rozedrzeć się na całe gardło albo po prostu wtulić się w czyjeś ramiona i wypłakać to wszystko, co w sobie "wyhodowałyśmy". Tymczasem gdybyśmy robiły to "na bieżąco" ten emocjonalny "balon" by w nas nie pęczniał... Powinnyśmy być oparciem dla naszych dzieci, ale też same nie powinnyśmy bać się szukać w bliskich oparcia!

Nie twierdzę, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, za każdym razem umiem wyrazić trudne emocje. Jednak wreszcie dostrzegłam fakt, że MAM PRAWO JE CZUĆ! Niby oczywiste, a jednak nie da mnie i być może da wielu z was też nie. Ważne, by nauczyć się je wyrażać i przeżywać tak, aby nie wpłynęło to na dzieci negatywnie, a pozytywnie. Bo szczęśliwa mama, to szczęśliwe dzieci, ale zbyt często mylimy to szczęście z udawaniem, że nie ma w nas smutku, złości, stresu, rozczarowania, tęsknoty...

Paradoksalnie przytulając się do męża i okazując "słabość" poczułam się silniejsza...
Oczyszczając się z trudnych emocji, poczułam się bardziej " w porządku" wobec moich dzieci, niż udając, że tych emocji nie ma. A one przyjęły mój smutek jako coś naturalnego i potem jeszcze piękniej odwzajemniły mój szczery uśmiech swoimi uśmiechami. Sądzę, że dzięki temu, same też zobaczyły, że przeżywanie "trudnych" emocji jest czymś normalnym i potrzebnym...
Wreszcie poczułam się bardziej fair wobec siebie samej przekraczając ten mur własnych obaw i oczekiwań innych.

Mam nadzieję, że taka sytuacja jak kilka tygodni temu więcej mnie nie spotka, ale  pójdę dalej tą drogą. Chcę się uczyć wyrażać nie tylko te "pozytywne" emocje, ale też całą resztę, mimo albo właśnie dlatego, że chcę być dobrą mamą.

Odnalazłaś w tym tekście siebie? A może masz zupełnie odmienne zdanie? Czy matka ma prawo czuć się słaba? Czekam na twoją opinię w komentarzach do tekstu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram