Post Top Ad

20:12

A po latach to on już tylko chrapie i zwija skarpetki w kulkę?

Napisała , w
Wychodząc za mąż ponad 9 lat temu bezustannie słyszałam, jak też mi się ta miłość znudzi i "przeje". Bo nic nie trwa wiecznie i te różowe okulary szybko spadną mi z oczu. I faktycznie - spadły. Życie razem, mieszkanie ze sobą, wspólne pokonywanie problemów sprawia, że nagle zdecydowanie bardziej wyraźnie niż jego brązowe oczy, zaczyna się widzieć zwinięte w kulkę skarpetki pod fotelem i bardziej wyraźnie niż czułe  słówka słyszeć pretensje o to, że za długo byłam u koleżanki, a dzieciaki akurat na zmianę pogody szczególnie mocno marudziły. Ale czy naprawdę po latach to  ON już tylko chrapie, zwija skarpetki w kulkę i zrzędzi? Zapraszam na taki mój mały rachunek miłości z okazji jutrzejszego święta...

    
Zmieniamy się i zmienia się związek. Nikomu nie będę mydlić oczu i twierdzić, że po 12 latach bycia razem nadal z tą samą częstotliwością mówi się sobie nawzajem "kocham" i nic tylko tulenie, buziaczki i miłosny haj. Life is brutal, a to wspólne czasami szczególnie. Sami wiecie, o czym piszę. Codzienność potrafi przytłoczyć, problemy sprawić, że zapomina się o romantyzmie, a docieranie się bywa bolesne, szczególnie, kiedy okazuje się, że ma się odmienne poglądy na bardzo ważne sprawy. Łatwo w tym wszystkim zapomnieć o tym, co najważniejsze i stworzyć sobie w głowie fałszywy obraz tego, że "Kiedyś to nam było razem dobrze". Zrzucać winę na siebie nawzajem i nazywać miłość rutyną, przyzwyczajeniem. Myśleć sobie: "Mieli rację ci, co mówili, że spadną mi różowe okulary". Żałować motyli, których już nie ma w brzuchu, nie dostrzegając ciepłych skrzydeł, którymi jesteśmy otoczeni. To tak naprawdę najłatwiejsza droga. 

Ja nie generalizuję, nie oceniam, nie przekonuję was. Ale sobie dziś mówię, jak jeden znany polityk do swojego psa Saby: 'Nie idź tą drogą!";). Pewnie, że są przypadki, w których partnerzy zmieniają się na tyle, że nie potrafią się już kochać. Są i takie, w których uczucie po prostu wygasa. Jednak w zdecydowanej większości problem, czyli twierdzenie, że "To już nie jest to...", machanie ręką i dostrzeganie tylko tych cholernych skarpetek, to jest kwestia zmiany nastawienia. Możecie się ze mną nie zgodzić, ale cóż takie są moje wnioski po 9 latach od założenia obrączki. Znowu powiecie, że mój blog "zieje optymizmem" i niech tak będzie! Trudno ;)!
Dziś wyznaję wszem i wobec, co lubię w moim Grzegorzu i w naszym małżeństwie po 9 latach:

Lubię ten błysk w brązowych oczach i siwiznę na skroniach też.
Lubię to, że jednym SMS-em potrafi wywołać u  mnie w niepohamowany atak śmiechu.
Lubię to, że ma w życiu pasje: motocykle i filmy.
Lubię to, że potrafi majsterkować o 2 w nocy, żeby naprawić dzieciom zabawkę.
Lubię jego pozytywne myślenie, którym mnie zaraża.
Lubię to, że nie ma dla niego tematów tabu.
Lubię jak pokazuje swoje wewnętrzne dziecko bawiąc się z Julką i Szymkiem.
Lubię jego zabawne miny.
Lubię to, że całując mnie pochyla się, żebym ja nie musiała stawać na palcach.
Lubię to, że ma zamiar wozić mnie na zloty motocyklowe, kiedy będziemy po sześćdziesiątce.
Kocham jego wiedzę o rzeczach, o których ja nie mam zielonego pojęcia, a on nie wiem, skąd, ale ma :P.
Lubię to, że mamy poczucie humoru, które często rozumiemy tylko my i potrafimy śmiać się niby z niczego do rozpuku.
Lubię to, że jest odpowiedzialny i opiekuńczy, a mimo to potrafi czasem zachować się jak pozytywny wariat.
Wymieniać dalej ;)?
Skarpetek zwiniętych w  kulkę, gderania, tego, że czasem mnie poucza i nie rozumie mojej miłości do spania nie lubię, ale akceptuję. Koniec wyznania. Kropka.

I myślę sobie, że jak codziennie zauważę chociaż jedną taką cudowną rzecz w tym naszym małżeńskim życiu to żaden kryzys nam niestraszny! A jak Grzegorz przyjedzie w piątek, to go zmuszę, żeby też dla mnie napisał taką listę :P ;)
Poważnie mówiąc - powinniśmy nauczyć się dostrzegać w sobie takie pozytywne rzeczy nawzajem w tej naszej -  często cholernie trudnej - rutynie. Z pozoru drobne i mało widoczne na co dzień rzeczy budują przecież każdy związek i sprawiają, że w gruncie rzeczy jest nam ze sobą dobrze...
Więc może powiedzcie swoim mężczyznom jutro choć o jednej takiej rzeczy, którą w nich lubicie mimo upływu lat (a może właśnie dlatego?)  i okraście solidnym: "Kocham cię", a oni niech się rzecz jasna odwdzięczą tym samym ;).


Bo prawda jest taka, że różowe okulary prędzej czy później spadną, ale ... to nie znaczy, że mamy zamknąć oczy na to, co kochamy...

Zdjęcie autorstwa NIKO. Przedstawia ono koszulkę i liścik, które pofrunęły prosto do Niemiec z okazji Dnia Chłopaka :). Możecie podobne zamówić u Magdy - klikajcie w link w pierwszym zdaniu ;).
22:16

Dziecko na warsztat edycja 3 - jestem i ja!

Napisała , w

To już 3 edycja projektu "Dziecko na warsztat". Tym razem i ja dołączyłam do grona fantastycznych blogerek, które co miesiąc przygotowują tematyczny warsztat dla swoich (i nie tylko swoich) dzieci. To wspaniały pomysł na spędzenie czasu z pociechami w ciekawy, kreatywny i pożyteczny sposób. 



Ja szczerze przyznaję, że kreatywne zabawy z dziećmi nie są moją mocną stroną - częściej po prostu czytamy książki, idziemy na spacer albo robimy miny. Zawsze z zachwytem czytam i oglądam, co tworzy Ilona z bloga Kreatywnym Okiem, Ewelina z Kreatywnie w domu czy Natalia ze Schwytanych Chwil. Właśnie dlatego postanowiłam w tym roku dołączyć do projektu "Dziecko na warsztat". Dziś miał powstać pierwszy wpis z tej serii, ale niestety z powodów osobistych nie dałam rady go zamieścić. Przede mną jednak jeszcze wiele szans co miesiąc i mam nadzieję nie zawieść - i was, i siebie, i dzieciaków! 

Oto harmonogram wpisów warsztatowych - którego najbardziej jesteście ciekawi?
28 września - temat dowolny
26 października - astronomia
30 listopada - doświadczenia
21 grudnia - tradycje
25 stycznia - geografia
29 lutego - matematyka
21 marca - podróże/podróżnicy
25 kwietnia- zabawy terenowe/podwórkowe
30 maja - zwierzęta/rośliny
27 czerwca - temat dowolny

Poniżej znajdziecie mapę z aktywnymi linkami do wszystkich blogów biorących udział w projekcie - klilkajcie w logo i czytajcie inspirując się do woli! 

Mam nadzieję, że cierpliwie poczekacie na mój pierwszy wpis warsztatowy - do 26 października - i że w przyszłym roku i wy się przyłączycie!






Dziecko na warsztat
10:43

Boisz się tego pana, skarbie?

Napisała , w
Popełniłam ten błąd już wiele razy i pewnie nie zwróciłabym na niego większej uwagi, gdyby nie to, że w ciągu kilku dni inne osoby zwróciły mi na niego uwagę dwa razy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że mają rację!  Kilkoma nieopatrznymi słowami wzbudziłam w dziecku negatywne uczucia, których prawdopodobnie wcale by nie poczuło, gdyby nie to, co powiedziałam. Narzuciłam dziecku swoje zdanie nie pozwalając mu wcześniej wyrobić sobie własnego. Uznałam, że musi czuć to samo, co ja bądź, że dokładnie wiem, co czuje. Co więcej jestem pewna, że i wam się to zdarzyło i być może wcale nie zwrócilibyście na to uwagi, gdyby nie ten tekst i gdyby nie dwie osoby, które mi zwróciły uwagę...


     Grafika: http://www.freemagebank.com/

Sytuacja nr 1.

Pierwsza kontrola po operacji. Nie wiem, czego się spodziewać. Boję się, że to nie będzie wyglądało tak, jak bym chciała. Z drugiej strony mam w głowie wyidealizowany obraz sytuacji - przecież ta operacja miała sprawić, że wszystko będzie już "normalnie", więc efekt powinien być spektakularny! Doktor zdejmuje opatrunki i ... zamieram. Widzę to, czego tak bardzo się obawiałam. Ogromna opuchlizna i gojąca się rana... Myślę: "O Boże...". Zaczynam wypytywać lekarza, czy to tak powinno wyglądać. Szymek spogląda kątem oka z ciekawością, a ja wypalam: "PEWNIE CI SIĘ NIE PODOBA, CO?". Synek od razu zaczyna powtarzać, że nie chce tak wyglądać... Jeszcze przez chwilę myślę, że wyraża swoje odczucia, dopiero w momencie, gdy lekarz zwraca mi uwagę na to, co powiedziałam, dochodzi do mnie, że to ja wzbudziłam w dziecku te odczucia... Nasz chirurg mówi: "I po co mówi mu pani takie pierdoły?  To są pani pierdoły, nie jego! Dziecko nie ma takiego poczucia estetyki jak dorosły. Dla niego wszystko może być piękne, chyba, że ktoś powie mu czym jest brzydota...". Najpierw się wkurzam, że tak ostro się do mnie odezwał, a potem robi mi się wstyd i wiem, że ma całkowitą rację. Opowiada mi też o obrazie Caravaggia, na którym dziecko z miłością patrzy na starca - w naszych, dorosłych oczach, brzydkiego, z twarzą pokiereszowaną przez chorobę, a w oczach tego dziecka pięknego, bo ono patrzy inaczej niż my... [Dzięki Eli znalazłam ten obraz: ZOBACZCIE TU] Wniosek? Wystarczyło ugryźć się w język - i jeżeli takie odczucia by się w nim pojawiły - pomóc mu je zaakceptować i zrozumieć, że to co zobaczył, to normalny stan rzeczy po operacji, który minie, natomiast jeśli nie zauważyłby tej "brzydoty" cieszyć się z tego, że w jego małej główce nie pozostanie ten ślad.

Sytuacja nr 2.

Jedziemy po Julię do szkoły. Spotykamy na holu pana dyrektora. Szymek nieufnie na niego spogląda, wychylając się zza moich nóg. Pytam: "BOISZ SIĘ TEGO PANA, SKARBIE?". A on chowa się z powrotem za mną... "Niech pani do niego tak nie mówi!" - odzywa się pan dyrektor. I ma rację.  To, co powiedziałam nie było potrzebne i nie przyniosło niczego dobrego, a jedynie wzbudziło albo wzmogło strach w moim dziecku. A po co mówić do dziecka coś, co nie niesie za sobą niczego wartościowego, coś, co go szufladkuje i narzuca mu pewien tok myślenia? Mogłam spytać: "Co się stało?", "Co czujesz?" albo z uśmiechem zacząć opowiadać mu o spotkanej osobie, której jeszcze nie zna. Tymczasem od razu narzuciłam mu negatywne odczucia... W podobnej sytuacji, zamiast zadawać tak głupie pytanie, zaczęłam synkowi opowiadać o tym, co nowo poznana osoba robi, jaka jest, a on zamiast głębiej zamknąć się w sobie i schować za mnie, wyszedł ośmielony i po prostu sam, przy bliższym poznaniu ocenił, czy powinien się tego kogoś obawiać czy nie.

Słowa mają wielką moc. Dla dzieci szczególnie wielką, kiedy są wypowiadane przez dorosłych. Zbyt często nie liczymy się z tym, jak łatwo możemy wzbudzić w dziecku negatywne emocje i w pewien sposób skrzywdzić go czymś, co wydaje nam się troską o niego i zrozumieniem jego emocji. Tymczasem pomiędzy zrozumieniem, akceptacją i nauką wyrażania emocji dziecka, a narzucaniem mu swoich własnych jest ogromna różnica... Warto ją zauważyć! Mnie pomogły w tym dwie obce osoby, którym mam za co dziękować.
To jest troszkę tak, jak w momencie, gdy lecisz do dziecka bawiącego się wysypanymi z podprowadzonego ci portfela monetami i w panice pytasz: "Połknąłeś pieniążek?!", a ono po chwili zastanowienia  z uśmiechem odpowiada, że tak, chociaż oczywiście wcale tego nie zrobiło! Znacie takie sytuacje? To pomyślcie o nich, gdy następnym razem spytacie dziecko czy coś mu się nie podoba, czy czegoś się boi, czy czegoś nie chce albo nie lubi...

17:12

Książki o miłości na jesienne wieczory - nowości Schmitta.

Napisała , w
 Długie, jesienne wieczory to idealny czas na lekturę! Książki o miłości mają tę szczególną moc, która w połączeniu z kubkiem gorącej herbaty sprawia, iż od razu robi się cieplej, a wieczór upływa przyjemniej mimo chłodu za oknem. Nowości Erica - Emmanuela Schmitta: "Napój miłosny" oraz "Odette i inne historie miłosne"  będą na ten czas idealnymi towarzyszami...


"Napój miłosny" to zapis korespondencji Adama i Luizy , którzy rozstali się po kilku latach związku. On - pewny siebie psychoanalityk uważa, że naturą mężczyzny jest mieć wiele kobiet a małżeństwo jest aktem niewoli, któremu poddają się tylko głupcy. Ona - po rozstaniu wyjeżdża tysiące kilometrów od niego, jednak jak się okazuje nie po to, by zapomnieć o tej miłości. Piszą do siebie listy, w których dzielą się refleksjami na temat przyjaźni i miłości, a owocem tych rozmów jest przeświadczenie Adama o tym, iż zna przepis na miłość i potrafi uwieść każdą kobietę... Ma tego dowieść rozkochując w sobie koleżankę Luizy. Zakończenie tej historii na pewno was zaskoczy i sprawi, że same zadacie sobie pytanie: "Czy mamy swobodę wyboru tego, kogo kochamy? Czy to myw ybieramy? Czy zostajemy wybrani?".

"Odette i inne historie miłosne" to zbiór kilku opowiadań ukazujących jak różne są oblicza miłości. Mamy tu sylwetkę Wandy Winnipeg, która zdobyła fortunę, ale nie zdobyła miłości. Poznajemy Helene, która w każdym człowieku dostrzega jakąś dyskwalifikującą go u niej wadę i nie potrafi cieszyć się życiem i Fabio - niespełnionego aktora, który chce odnaleźć swoją "bosą księżniczkę". Wszystkie te historie łączy jedno: toczą się wokół miłości... Moje serce najbardziej poruszyła ostatnia opowieść: "Najpiękniejsza książka świata" - może dlatego, że tematyka wojenna od dawna jest mi bardzo bliska, a może dlatego, że też jestem mamą... Przeczytajcie same i napiszcie mi koniecznie, które opowiadanie Schmitta was najbardziej poruszyło (bo, że poruszy tego jestem pewna!).



Eric - Emmanuel Schmitt to jeden z najpopularniejszych, współczesnych pisarzy i jednocześnie jeden z moich ulubionych! Z pewnością znacie "Oskara i Panią Różę" i płakaliście podczas czytania tak samo jak ja! (Czy tylko ja znacznie częściej płaczę czytając niż oglądając filmy?).  "Napój miłosny" i "Odette i inne historie miłosne" ukazują nieco inne oblicze autora, aczkolwiek nie mniej wrażliwe niż w jego najbardziej znanej książce! Gdybym miała wybierać - "Odette i inne historie miłosne" pozostawiły większy ślad w moim czytelniczym serduchu!
Obie książki ukazały się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova (rok wydania 2015), któremu dziękuję za możliwość zrecenzowania ich!






09:36

Jak dziecko odreagowuje stresujące sytuacje?

Napisała , w
Do poruszenia tego tematu skłoniły mnie ostatnie przeżycia związane z operacją Szymka. Dopiero to, jak po operacji i powrocie do domu Szymek zaczął przez sen upewniać się, że jestem blisko, częściej płakać u i bardzo szybko się złościć, dotarło do mnie jak trudnym przeżyciem było to dla niego. Oczywiście przygotowywałam go na tę sytuację, jak umiałam (pisałam o tym TUTAJ), ale nie ma takiego sposobu, który zdoła uchronić dziecko przed odczuwaniem trudnych emocji związanych czy to z pobytem w szpitalu - tak jak w naszym przypadku - czy też z wieloma innymi nowymi, stresującymi sytuacjami. Dziś wiem, że za mało myślałam emocjach synka i o tym, jak wpłynie na nie to, czego musiał doświadczyć...

      Grafika: pixabay.com

Mamy skłonność o bagatelizowania trudnych emocji dzieci. Mówimy: "Nie płacz / nie złość się / nie marudź, bo nie masz powodu". Tymczasem powód jest zawsze. Czasem dotyczy on danej chwili, ale bywa i tak, że jest związany z czymś, co dla nas już dawno minęło, ale w główce i emocjach dziecka ciągle trwa... Trudne chwile są przez dzieci odreagowywane często jeszcze długo po tym, jak przeminą...

Przed operacją Szymka byłam strasznie zestresowana. Myślałam: "Jak ja dam radę przez to przejść?". Bałam się, jak on to zniesie fizycznie: ból, narkoza, cewnik i tak dalej. Myślałam też o tym, że będzie odczuwał lęk, jednak nie sądziłam, że ta sytuacja wpłynie na niego tak, iż skutki będą odczuwalne jeszcze długo po niej. A jednak... Sfera emocjonalna dziecka jest szalenie wrażliwa i reakcje na stres u najmłodszych mogą być bardzo różne i pojawiać się przez dłuższy czas. Jak czytamy na stronie edziecko.pl: "U dzieci w reakcji na nowy bodziec, bardzo często towarzyszy stres. Stres u dziecka może objawiać się apatią, płaczem, nocnym moczeniem się, niechęcią do stykania się z sytuacją powodującą stres. Należy pamiętać, aby nigdy nie ignorować uczuć dziecka i starać się poprzez zrozumienie pokonać stres u dziecka". (Źródło)

Od operacji Szymka minęło już 17 dni, a my nadal odczuwamy jej emocjonalne skutki. Synek zaczął budzić się w nocy, mimo że przed pobytem w szpitalu już bardzo rzadko się to zdarzało. Drugiej nocy w domu przez godzinę płakał w półśnie, a pytane o to, czy coś go boli stanowczo odpowiadał, że nie. Bolało go w innej sferze... Stał się bardzo nerwowy i zaczął na wiele sytuacji reagować agresywnie - szczególnie podczas zabawy z innymi dziećmi. Jest płaczliwy. Trudno opanować jego ruchliwość, szczególnie w nowych miejscach np. w sklepie. Wcześniej te zachowania albo nie występowały wcale, albo były sporadyczne. Do tego wszystkiego doszły jeszcze trudności z zaakceptowaniem ciała po zabiegu, zanim zupełnie się wygoi.  Te kilkanaście dni uświadomiło mi, jak trudne dla małej główki mojego trzyletniego synka musiało być to, co się wydarzyło i jak ciężko było mu to zrozumieć, zaakceptować i poukładać sobie... Z dnia na dzień emocje opadają i myślę, że za jakiś czas wszystko wróci do normy, choć nie unikniemy wracania do tej sytuacji a później też rozmów na temat akceptacji swojego ciała.

Tego typu reakcji na stres u naszych pociech nie zdołamy uniknąć. Dorosły człowiek stresuje się wieloma sytuacjami mimo, iż jego psychika jest już przecież bardziej na nie przygotowana niż psychika kilkulatka. Cóż więc dziwić się dzieciom... Podobne reakcje, jak te, które opisałam mogą towarzyszyć waszym dzieciom w reakcji na stres związany z debiutem w przedszkolu czy szkole, co przecież teraz jest bardzo aktualnym tematem. Płaczliwość, zachowania agresywne, koszmary i budzenie się w nocy, a nawet takie objawy jak obgryzanie paznokci, zgrzytanie zębami i moczenie się  to wszystko mogą być reakcje dziecka na stres. Warto być na to przygotowanym - ja byłam za słabo, jednak nadrabiam starając się pomóc synkowi przez ten trudny czas przejść jak najlepiej. Wiem, że potrzeba dużo cierpliwości i jeszcze więcej bliskości niż zwykle. Oczywiście nie zawsze jest to łatwe, ale staram się i myślę, że razem uda nam się poradzić sobie z tymi trudnymi emocjami. To dla mnie ważna lekcja.

Stres nie jest domeną dorosłych. Trzeba pamiętać o tym, że dotyczy on także dzieci , które dopiero uczą się sobie z nim radzić, więc ich reakcje mogą być bardzo różne a emocje szalenie trudne. Nie zawsze zdołamy dziecko przed stresem uchronić, ale zawsze musimy pomagać mu sobie z nim radzić.


14:35

Zabawa i nauka z Wyprawką Przedszkolaka PUS [+ WYNIKI KONKURSU!].

Napisała , w
Zabawę plastikowymi kafelkami, układanie ich zgodnie z odpowiedziami i odwracanie, by sprawdzić otrzymany wzór pamiętam z podstawówki! Uwielbiałam to, zresztą podobnie jak większość koleżanek i kolegów z klasy. Bawiliśmy się niemal nieświadomi, że jednocześnie się uczymy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy w przesyłce od Wydawnictwa EPIDEXIS odkryłam właśnie te plastikowe kafelki w płaskim, czerwonym pudełeczku! Wyprawka Przedszkolaka okazała się tako samo fascynująca dla mojego trzylatka jak dla mnie wiele lat temu!


Rozwiązywanie i układanie...

Wyprawka Przedszkolaka PUS to zamknięty w kartonowym pudełku zestaw składający się z dwóch tematycznych książeczek z zadaniami do rozwiązania: "Abecadło 1" oraz "Dla przedszkolaków 1"  i Zestawu Kontrolnego w postaci 12 plastikowych, kwadratowych klocków w pudełeczku. 
Cała zabawa polega na tym, aby rozwiązując zawarte w książeczkach zadania przekładać klocki w odpowiednie miejsca. Po zamknięciu pudełeczka i odwróceniu klocków na drugą stronę, uzyskujemy kolorowy wzór. Jeżeli jest identyczny jak ten w książeczce przy danym zadaniu, oznacza to, że dziecko udzieliło prawidłowych odpowiedzi.
Książeczki są kolorowe i zachęcają do zabawy dzięki prostym, aczkolwiek miłym dla oka ilustracjom. Zadania w nich zawarte rozwijają zdolność logicznego myślenia, kojarzenia, spostrzegawczości oraz podstawowych umiejętności dotyczących m.in. literek, cyferek, kolorów, kształtów. Do zestawu można dokupić wiele innych książeczek, które pozwalają rozwijać się dziecku w różnych kierunkach i zapewniają świetną zabawę! (m.in. "Wędrówki Mrówki Kiki", "Przygody Kurki Koko").
Wydawnictwo oferuje także Wyprawkę Pierwszoklasisty, w której podobnie jak w Wyprawce Przedszkolaka znajduje się Zestaw Kontrolny oraz dwie książeczki.  W systemie edukacji PUS dostępne są także książeczki dla starszych dzieci: edukujące w zakresie gramatyki, matematyki czy języka angielskiego.



Zabawa i nauka...

Wyprawka Przedszkolaka PUS to zabawka unikalna! Nie spotkałam w żadnym innym produkcie takiego sposobu rozwiązywania zadań i odczytywania wyniku. Już samo przekładanie kafelków z cyferkami na pola oznaczone cyframi od 1 do 12 w niezwykle prosty sposób uczy malca podstaw liczenia. Rozwijają się przy tym też zdolności manualne, gdyż jest to swojego rodzaju układanka, która wymaga pewnej sprawności rączek.
Oczekiwanie na to, jaki otrzyma się wzór potęguje ciekawość i chęć do rozwiązywania zadań, a frajda z uzyskania identycznego wzoru jest ogromna! Zabawa pomaga też w ćwiczenie cierpliwości i wytrwałości, gdyż czasem okazuje się, iż trzeba podjąć kolejną próbę, by skorygować błędy i rozwiązać zadanie prawidłowo. Krótko mówiąc - same pozytywy!

Domowe przedszkole...

Szymek ma trzy i pół roku. Nie poszedł jeszcze w tym roku do przedszkola, ale bardzo poważnie rozważamy taką opcję w przyszłym roku. Tymczasem dzięki zabawkom takim jak Wyprawka Przedszkolaka PUS rozwijamy zdolności i umiejętności w domu. Takie powiedziałabym - domowe przedszkole - szczególnie, że często towarzyszy nam kuzyn Szymona Ksawery w tym samym wieku, a zabawę koordynuje rezolutna starsza siostra Julka :).






KONKURS!

Wraz z Wydawnictwem EPIDEXIS zapraszam was do udziału w kreatywnym konkursie dla dzieci i rodziców pod hasłem:
NIECH NAUKA BĘDZIE WSPANIAŁĄ PRZYGODĄ - ZABAWKI PUS WAM W TYM POMOGĄ!



Zobaczcie nagrody!

Miejsce I - Wyprawka Przedszkolaka lub Pierwszoklasisty PUS


Miejsce II - Liczmany Gracjana

Recenzja i więcej zdjęć TUTAJ


Miejsce III - Domino SAMO

Recenzja gry i więcej zdjęć TUTAJ






REGULAMIN:

1. Zadanie konkursowe polega na pokazaniu na zdjęciu lub w postaci kolażu zdjęć:
 w jaki sposób wasze pociechy uczą się poprzez zabawę?

O co dokładnie chodzi?
Otóż szczególnie docenione będą te prace, które pokażą wasz wkład w taką zabawę: np. zrobione wspólnie z dzieckiem memory, fiszki do nauki słówek czy gra planszowa, tworzenie zielnika z powklejanymi roślinami, wycieczka podczas której robicie notatki i zdjęcia...  Co wam jeszcze przychodzi do głowy? Pokażcie to na zdjęciach!

Ma być kreatywnie, ciekawie i wesoło! :)

Prace przesyłajcie na adres: szymusiowa@gmail.com 

W mailu dopiszcie imię i nazwisko oraz wiek dziecka/dzieci, a także dane osoby zgłaszającej.
W tytule wpiszcie: KONKURS PUS.

2. Jedna rodzina  =  jedno zgłoszenie. 

3. Praca musi być UNIKALNA - stworzona specjalnie na ten konkurs lub przynajmniej nie biorąca udziału w innych konkursach!

4. Konkurs trwa w dniach 15.09.2015 - 25.09.2015 włącznie. Wyniki ogłoszę w ciągu 3 dni od zakończenia, a laureatów wybierze osobiście partner konkursu!
Każdy laureat będzie miał 7 dni od ogłoszenia wyników na zgłoszenie się po nagrodę!

5. Będzie miło, jeśli polubicie pus.pl oraz Wokół Dzieci na facebooku, ale nie jest to warunek konieczny.

Można też udostępniać  i lajkować baner konkursowy i zapraszać ich do zabawy :).

6. Laureatami konkursu zostaną trzy osoby, które prześlą najciekawsze według partnera konkursu zgłoszenia. Każda osoba otrzyma jedną z prezentowanych powyżej nagród (Wyprawkę Przedszkola lub Pierwszoklasisty PUS, Liczmany Gracjana, Domino SAMO) w zależności od tego, na którym miejscu się uplasuje.

7. Organizatorem konkursu jest blog wokoldzieci.blogspot.com, a sponsorem Wydawnictwo EPIDEXIS.
7. Facebook nie jest w żaden sposób związany z organizacją niniejszego konkursu.

OGŁASZAMY WYNIKI KONKURSU!

Jak podkreśla partner naszej zabawy - przedstawiciele Wydawnictwa EPIDEXIS - mimo niewielu prac wybór był bardzo trudny! Po długich obradach udało się! 

OTO WYNIKI:

I miejsce - praca nr 13 - p. Agnieszka Stępniak z Klaudią - do nich powędruje Wyprawka PUS 



II miejsce - praca nr 5 - p. Marlena Pietkiewicz z Błażejem - otrzymają Liczmany Gracjana



III miejsce - praca nr 10 - p. Kamila Fura z Kasią - do nich trafi Domino "Samo"



"Postanowiliśmy także przyznać wyróżnienie pracy nr 2 - p. Ewy Łukasiak za to, że była to jedyna praca, na której (z trudem) dostrzegliśmy PUSy! :-) Tym wyróżnieniem będą puzzle "Od litery do słowa"."


Prosimy wszystkich o kontakt w sprawie podania adresów bezpośrednio z partnerem konkursu poprzez Facebook i Priv: 

Myślę, że warto też wziąć do serca uwagę Pani Doroty Marcinkowskiej z Wydawnictwa EPIDEXIS:Otóż, na niektórych kolażach widać, że zabaw edukacyjnych dzieci mają mnóstwo, ale zdjęcia są zbyt małe albo jest ich zbyt dużo tak, że trudno dojrzeć, o co tak naprawdę w danej zabawie chodzi, zwłaszcza, że niektóre prace nie zostały opatrzone żadnym komentarzem. "

Wszystkim dziękujemy za udział i gratulujemy serdecznie!




10:08

Książeczka zdrowia dziecka - znów jako dokument medyczny, a nie gadżet reklamowy.

Napisała , w
Dostaliście książeczkę zdrowia dziecka po urodzeniu maluszka w szpitalu? Ja też! Jest to jednak tak naprawdę swego rodzaju gadżet reklamowy - drukowana przez firmy farmaceutyczne, nieujednolicona, zawierająca przynajmniej kilka reklam różnych środków pielęgnacyjnych czy parafarmaceutyków dla dzieci i przede wszystkim - nieobowiązkowa i niewypełniana przez lekarzy. Od 2016 roku książeczka zdrowia dziecka ma się na powrót stać obowiązkowym dokumentem medycznym, który będzie stanowił zapis wszystkich chorób dziecka, alergii, przepisywanych mu leków i innych ważnych informacji. Czy ta zmiana jest potrzebna i jak to będzie wyglądało w praktyce?


Gadżet reklamowy...

Z książeczki zdrowia moich dzieci mogę się dowiedzieć, kiedy się urodziły i  ile ważyły i mierzyły po porodzie plus kilka informacji z bilansów zdrowia. Niektóre szczepienia mamy wpisane, inne nie. Większość kart w książeczce pozostaje pusta. Tym samym wszelkie leki, jakie dostają dzieci, przechodzone choroby a często też szczepienie są zapisywane tylko w karcie leżącej w ośrodku zdrowia. Jaki mamy w nią wgląd każdy wie... Nikły albo żaden. Zapisujemy więc nazwy leków na karteluszkach, a okresy zachorowań w kalendarzu, bo przecież to ważne - szczególnie podczas wizyt u specjalistów, którzy przecież wglądu w kartę nie mają a w książeczce nie przeczytają niczego wartościowego...

Informacje pilnie potrzebne...

Nie wiem jak was, ale mnie niejednokrotnie irytują te puste kartki w książeczkach w momencie, gdy akurat potrzebuję jakichś konkretnych informacji o zdrowiu dzieci. Nie wszystko jestem w stanie spamiętać, a więc czasem pozostaje tylko telefonowanie do przychodni po informacje. Najbardziej irytujące jest tłumaczenie każdemu specjaliście, do którego się udajemy (a odwiedzamy m.in. chirurga dziecięcego, wcześniej kardiologa, alergologa i laryngologa), jaka jest historia zdrowia dziecka. O ile spyta. Bo czasem po prostu zerka w książeczkę i wyciąga swoje wnioski z tych pustych kartek...

Od 2016 KDZ obowiązkowe!

Jak czytamy w "Wyborczej" (KLIK) od 016 roku wypełnianie KDZ będzie obowiązkowe dla każdego lekarza. Znajdą się w niej szczegółowe informacje z bilansów zdrowia ( a te będą częstsze w pierwszych kilkunastu miesiącach życia, bo dojdzie w 6, 12 i 18 m.ż.), a także z każdej wizyty u lekarza. Do tego dane o kontrolach u dentysty, szczepieniach, badaniach słuchu i wzroku, a także siatki centylowe, BMI i ciśnienie tętnicze. Dość ważny jest wskaźnik BMI, który będzie obliczany dla dziecka - jego kontrola ma zapobiegać i leczyć dzieci z otyłości. Kolejną ważną kwestią, jakiej ma pomóc unikać prowadzenie KDZ są zaniedbania polegające na tym, że istnieje grupa rodziców, którzy ani po porodzie ani jeszcze długo po im w ogóle nie pokazują się z dzieckiem w przychodni i nie kontrolują jego zdrowia u pediatry.

Jestem za!

Muszę przyznać, że mnie niezmiernie cieszy ten pomysł! Chciałabym tylko, aby w praktyce rzeczywiście wyglądał tak, jak w teorii.... Niestety już słyszałam w programie "śniadaniowym", jakoby dla pediatrów była to strata czasu i kolejna papierkowa robota... Podobno w takiej sytuacji trzeba będzie poświęcić każdemu pacjentowi pół godziny.. Cóż, zdawkowe 5 minut na rutynowe odklepanie badania może faktycznie nie wystarczy, ale może rzeczywiście  - oprócz tego, że KDZ staną się praktycznym zbiorem informacji o stanie zdrowia dziecka dla rodziców i innych lekarzy - obowiązek ich wypełniania sprawi, że więcej pediatrów będzie podchodzić do leczenia dzieci profesjonalnie i fachowo. Na pocieszenie tymże zdegustowanym projektem lekarzom mogę powiedzieć, iż wyczytałam, że nowe KDZ będą miały samokopiujące się strony - czyli pisząc w karcie będzie się jednocześnie pisało w takiej książeczce.

Mam nadzieję, że cenna jak dla mnie inicjatywa nie zostanie zaprzepaszczona i nowe książeczki zdrowia dziecka nie będą leżały bezużytecznie jak te wydane kilkanaście bodaj lat temu tudzież niczym niezużyte karty do głosowania w referendum... ;).

A jakie jest wasze zdanie w sprawie obowiązku wypełniania KDZ drogie mamy, drodzy tatusiowie? 
09:06

Matematyczne zabawy z Liczmanami Gracjana.

Napisała , w
Matematyka nie musi być trudna i nudna! Na szczęście odchodzi się od tego myślenia i zarówno rodzice jak i nauczyciele robią wiele, by zainteresować najmłodszych odkrywaniem tajemnic liczb. Pomocne okazują się coraz bardziej różnorodne gry i zabawki ukierunkowane na rozwój logicznego myślenia i zdolności matematycznych. Jednym z takich produktów są Liczmany Gracjana oferowane przez Wydawnictwo EPIDEXIS. Znacie te zwyczajne - niezwyczajne klocki? U nas są od niedawna, a już zrobiły furorę!


Liczmany Gracjana to zestaw 102 niewielkich, drewnianych klocków zamkniętych w bardzo praktycznym drewnianym pudełku. Klocki pomalowane są na sześć podstawowych kolorów: niebieski, czerwony, zielony, żółty, biały i pomarańczowy. Klocki mają wielkość idealnie dopasowaną do małych rączek i - co wynika z obserwacji moich dzieci - już samo wyjmowanie ich i układanie do pudełka jest frajdą! 


Liczmany Gracjana są przeznaczone dla dzieci w wieku wczesnoprzedszkolnym i starszych, a zabawa nimi ma na celu rozwijanie logicznego myślenia, wykonywanie prostych działań arytmetycznych (typu dodawanie i odejmowanie) oraz wprowadzenie do ułamków. 
Jednak to nie wszystko!  Wbrew pozorom prostota liczmanów, stanowi o ich funkcjonalności i uniwersalnym zastosowaniu. U nas świetnie sprawdza się układanie liczmanów w zbiory i przeliczanie oraz nazywanie kolorów, tworzenie prostych obrazków, w których można policzyć klocki w każdym z kolorów, budowanie wież - która wyższa - i oczywiście przeliczanie, kto z ilu klocków zbudował, tworzenie różnorodnych ciągów, które następnie dzieci mają za zadanie odtworzyć. Nie będę ukrywać, że Szymek wykorzystuje liczmany także jako ... ładunek dla swoich traktorów i ciężarówek :). Ale to przecież też jest fantastyczna okazja do nauki przez zabawę: wszak można liczyć nabierając klocki koparką, a potem układając je na przyczepie... :).


Liczmany Gracjana to zabawka niezwykle wszechstronna! Prosta i przyjazna forma sprawia, że dziecko samo po nie sięga i nie kojarzy zabawy nimi ze żmudną nauką. Są moim zupełnie nowym odkryciem i początkowy sceptycyzm (dorosła wyobraźnie pytała: no jak właściwie można się bawić takimi klockami?) zastąpiła fascynacja.

Liczmany cały czas mamy gdzieś pod ręką, żeby móc sięgnąć po nie w każdej chwili, bo zabawa liczmanami każdy dzień nam umili... ;).


Wpis powstał we współpracy z:

Przeczytajcie też recenzję Domina SAMO: KILK i bądźcie czujni, bo lada moment zaczniemy konkurs, w którym do zdobycia będą recenzowane przeze mnie gry i zabawki!

Zajrzyjcie też koniecznie na fanpage wydawnictwa: pus.pl :)

18:52

Longin powraca w książce 'Longin, tu byłem!'.

Napisała , w
Marcina Prokopa uwielbiam już nie tylko za poczucie humoru, ale też za książki :). Te - z założenia dla tych trochę starszych dzieci - okazują się pasjonującą lekturą także dla dorosłych. Ja - dziecko lat 80. odnajduję w nich wiele znajomych sytuacji i rzeczy. Czytając sobie zawsze odzyskuję dobry humor, a czytając dzieciom mam ubaw z wyjaśniania, co to BMX, Fasolki albo zielona noc. "Longin. Tu byłem." - kontynuacja przygód Longina rozpoczętych w książce "Jego wysokość Longin" miała swoją premierę 12 sierpnia.


Pierwsza książka Marcina Prokopa inspirowana wspomnieniami z dzieciństwa autora wciągnęła mnie bez reszty! Szczerze - najpierw przeczytałam ją sobie zakopana pod cieplutką kołdrą i kradnąca nikły blask nocnej lampki tak, by nie zbudzić dzieci. Ile śmiechu plus łez ze śmiechu tego wieczoru doświadczyłam to moje! Potem dopiero głośno czytałam ją dzieciakom, co znowu skutkowało salwami śmiechu... Bo zdziwienie pociech na wieść, że nie było w TV kilku kanałów z bajkami ba, w ogóle nie było kilku) i że w sklepach nie można było kupić Snickersów i Kinder Niespodzianek potrafi być naprawdę rozbrajająco zabawne... :). A potem tłumaczenie i odpowiadanie na pytania na temat mojego dzieciństwa - a choć od Marcina Prokopa jestem sporo młodsza, to jednak moje dzieciństwo przypadające na koniec lat 80. i lata 90. też mocno się różniło od dzieciństwa moich pociech...

"Longin. Tu byłem." to relacje Marcina - Longina z jego wyjątkowych małych i dużych podróży: na Mazury, nad morze a nawet do Paryża! Oj się będzie działo, jakby powiedział Jurek Owsiak ;). Znowu nieprzeciętny wzrost wpędza go w kłopoty, a niezwykle bujna wyobraźnia sprawia, że przeżywa przygodę za przygodą... A wszystko to w pełnych absurdu, ale też - przynajmniej z perspektywy czasu - swoistych uroków czasach PRL-u. 

Książka idealna na długie, jesienne wieczory - nie tylko do czytania dzieciom :). 


Książkę wydaną nakładem wydawnictwa Znak Emotikon kupicie TUTAJ.





"Longin. Tu byłem" Marcin Prokop, Znak Emotikon, 2015. 
18:10

Kiedy tata wyjeżdża...

Napisała , w
Pożegnania, rozłąka i tęsknota to sprawy trudne dla dorosłych, a cóż dopiero dla dzieci. Niestety są nieodłączną częścią naszego życia, a bywa tak, że w niektórych rodzinach zdarzają się częściej niż w innych. I nie mówię tu tylko o rodzinach takich jak nasza, w których zaistniała emigracja za pracą, bo i tu, na miejscu są profesje, w których rodzic najczęściej jednak tata) musi wyjeżdżać na dłużej. Abstrahując od tego, jak niesprawiedliwie ocenia się takie rodziny, te trudne sytuacje są i będą. Jak przygotować dzieci na wyjazd taty i na kolejne rozstania i powroty? Oto garść moich doświadczeń...


Często spotykam się ze ślepą krytyką sytuacji, w których tata wyjeżdża do pracy. Mówią - materialiści. Mówią - wolę jeść chleb ze smalcem. Mówią głównie ci, którzy tego chleba ze smalcem nigdy jeść nie musieli.  Zresztą wyjazdy do pracy to nie tylko emigracja, a tak są przede wszystkim postrzegane. Tatusiowie w Polsce też pracują w delegacjach, są wojskowymi, marynarzami czy przedsiębiorcami. Tak naprawdę więc z sytuacją rozłąki z tatą na dłużej lub krócej spotyka się bardzo wiele dzieci. Dziś jednak nie o tym, jak łatwo i niesprawiedliwie jest oceniać innych, ale o tym, jak spróbować sobie z takim pożegnaniem i rozstaniem poradzić. 

Jakiś czas temu oglądałam program Karoliny Malinowskiej w TVP ABC: "Na kłopoty ABC". poruszyła ona tam właśnie temat taty wyjeżdżającego do pracy i tego, jak przygotować na to dziecko i całą rodzinę. Chciałabym jej podziękować za to, z jaką naturalnością i mądrością do tego tematu - jak do kawałka naszego życia - podeszła, co uczyniłam już zresztą na Facebooku. Nie mogłam powstrzymać łez słuchając tej rozmowy z psychologiem i mamą w podobnej sytuacji do mojej, bo wreszcie poczułam się rozumiana, a nie oceniana... Jeśli którejś z was też potrzebne jest zrozumienie, to tutaj je znajdziecie! Dzisiaj po ponad roku naszej rozłąki mogę dać wam garść moich doświadczeń w tej kwestii.

Kiedy Grzegorz wyjeżdżał Julka miała 6 lat a Szymek 2. To był maj 2014. Może jestem jakaś inna (!), ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby okłamywać dzieci i mówić na przykład, że tata pojechał do sklepu i zaraz przyjedzie. Od samego początku rozmawialiśmy z dziećmi oboje z Grześkiem o nowej sytuacji i naszej decyzji. No może z wyjątkiem jednej czy dwóch sytuacji... Julka była już na tyle duża, że potrafiła bardzo wiele zrozumieć, Szymek dużo mniej ale mimo tłumaczyliśmy mu, że tata zmienia pracę i będzie musiał przez pewien czas być daleko od domu, że będzie przyjeżdżał co dwa tygodnie, a jeśli będzie możliwość to także częściej. Pierwsze, drugie rozstanie były bardzo trudne, bo to, jak będzie wyglądał czas bez taty, kiedy wróci, jak będziemy się kontaktować było czystą abstrakcją dla dzieciaków. Z czasem jednak wyrobiła się pewna rutyna oczekiwania na tatę: przyjeżdżał regularnie co dwa tygodnie, a czasem nawet częściej i choć pojęcie czasu jest jeszcze wciąż Julce i Szymkowi słabo znane, ten rytm przyjazdów i odjazdów wszedł im że tak powiem w krew. Ta regularność stworzyła pewne poczucie bezpieczeństwa, a codzienny kontakt z tatą przez telefon czy skype też sprawił, że poczuły się pewniej. Przy pożegnaniach nie ma płaczu. Wracamy z dworca, gdzie odwozimy razem tatę i zaraz mamy od niego telefon. I już rozmawiamy o tym, co będziemy robić, gdy przyjedzie w kolejny piątek zjazdowy... 

Rozmowa i ciągły kontakt. To zdecydowanie najważniejsze, co mogę wam poradzić, jeśli stajecie przed sytuacją wyjazdu taty. Nie warto okłamywać dziecka myśląc, że tak będzie mu łatwiej. Ja raz czy dwa na samym początku próbowałam tak ukoić tęsknotę Szymka, bo był malutki i wydawało mi się w chwili bezradności, że pomogę mu mówiąc, że tata zaraz wróci. Efekt był dokładnie odwrotny. Dlatego nie polecam i już tego nie robię. Szymek ma 3 i pół roku, a wie, że tata pojechał do pracy i znowu przyjedzie w piątek. Kontaktujemy się codziennie i dzieciaki wiedzą, że jeśli powiedzą: "Mamo, chce pogadać z tatą!", to na ogół mogą bez problemu to zrobić (chyba, że akurat jest w pracy). Często wręcz zdarza się, że ktoś z rodziny przeżywa: "Boże, znowu gadacie???" z miną pełną zdziwienia i pewnej dezaprobaty nawet, bo o czym można tak ciągle gadać? Ano można! Dzieci mówią w co się bawiły, gdzie byliśmy, co było w szkole, snują plany na kolejny wspólny weekend. A tata wypytuje i słucha. I tak potrafimy przegadać godzinę, czasem dwie dziennie...
Psycholog we wspomnianym już programie mówiła też, że niezwykle istotne jest to, by nie próbować zastąpić taty. Ten wyjeżdżający tata musi być potrzebny, musi mieć swoje stałe miejsce w rodzinie i sferę tylko dla niego. I tak jest u nas. Jak przyjedzie tata to nie tylko pojedziemy na zakupy i do zoo, ale też będziemy robić rzeczy zupełnie prozaiczne, które kojarzą nam się właśnie z tatą: oglądać wieczorem bajki z Internetu, puszczać latawca i robić drewniane mebelki dla lalek. Tata naprawi szafkę, zrobi huśtawkę i usmaży na kolację najlepsze naleśniki. Dzieciaki to wiedzą, a ja nie mam zamiaru tego zmieniać i próbować wchodzić w jego rolę.
Ostatnie hasło, które zapadło mi w pamięć po obejrzeniu programu było: dzieci muszą czuć, że tata też tęskni. I ja się z tym nie mogę nie zgodzić. Tęsknotę najczęściej odbiera się jako coś negatywnego, tymczasem to jej odczuwanie oznacza, że nam na kimś zależy. Dziecko, które tęskni za rodzicem i jednocześnie wie, że i on tęskni za nim, potrafi zaakceptować ten stan rzeczy bardziej aniżeli tej tęsknoty "drugiej strony" nie czując. Tata, który dzwoni, pisze, interesuje się tym, co się dzieje w domu, rozmawia nie tylko z mamą, ale i z dziećmi, daje im poczucie, że mimo zaistniałej sytuacji i pracy daleko od domu są dla niego ważne. To poczucie naprawdę można budować mimo odległości. Na szczęście rozwój komunikacji to ułatwia, a mając takie chęci, można pokonać trudności.
I punkt ostatni: nigdy nie wzbudzaj w dziecku poczucia winy. Teksty typu: "Jak będziesz niegrzeczny, to tata nie przyjedzie!" albo "Tata pojechał, bo nie chce takiego brojarza!" to chyba najgorsze co dziecko może w takiej sytuacji usłyszeć. A zdarzają się. Rzucają nimi też obcy ludzie albo dalsza rodzina. Oczywiście jest to nie do przyjęcia. Dlatego ja od razu mówię takim osobom, co o nich myślę, a dzieciom głośno powtarzam, że wyjazd taty do pracy z dala od domu nie ma nic wspólnego z tym, czy są "grzeczne" czy nie cudzysłów jest celowy, bo jak dla mnie pojęcie bycia "grzecznym" jest bardzo względne). Zresztą cały czas mówię im, że kochamy je zarówno wtedy, kiedy zgodnie się bawią, jak i wtedy, gdy biorą się za łby. Miłość rodziców jest bezwarunkowa i one muszą o tym wiedzieć. Kropka.

Żyjemy w takich czasach, kiedy dłuższe lub krótsze  rozłąki zdarzają się w rodzinach coraz częściej (chociaż gdyby patrzeć bardzo daleko w przeszłość, to ojcowie kiedyś byli w domach właściwie totalnie nieobecni - bo polowanie, bo wojna, bo praca na roli...) i z wielu różnych powodów. Życie nauczyło mnie nie oceniać pochopnie - kiedyś też oceniałam rodziny dotknięte emigracją zarobkową bardzo ostro i niesprawiedliwie, a dziś sama jestem w takiej sytuacji...
Taka rozłąka z pewnością pozostawi ślad w pamięci i będzie trudną kartą w historii każdej rodziny, szczególnie jeśli jest długotrwała, ale uważam, że można ją przetrwać nie osłabiając rodzinnych więzi, a w szczególności więzi dzieci z tatą. Delikatne, a jednocześnie uczciwe postępowanie wobec dzieci w takiej sytuacji jest bardzo ważne! Mam nadzieję, że moje rady wam się przydadzą - po tych 16 miesiącach doświadczeń widzę, że są wartościowe i pomagają przetrwać ten niełatwy czas. My tymczasem czekamy na telefon od taty i kolejny, wspólny piątek... 
10:09

Matka pesymistka

Napisała , w
Na pewno sobie nie poradzę. Nie nauczę się. Popełnię błąd. Albo po prostu los zrobi mi na złość. To nie może się udać. Myśli kołaczą się po głowie. Nie mogę zasnąć. W nocy budzą mnie koszmary. "Skończ wreszcie z tym pesymizmem!" - strofuje mnie mama. "Gdybym ja miał takie podejście jak ty, dawno wróciłbym do domu" - mówi Grzegorz. I wiem, że mają rację. Optymistom jest w życiu łatwiej, więc walczę o ten optymizm. Przerabiam, przetrawiam, analizuję sytuację starając się ze wszystkich sił dostrzec pozytywne aspekty. To strasznie trudne, ale najczęściej się udaje. Jenak zawsze gdzieś tam z tyłu głowy czai się czarna myśl, która chce zatruć mi życie. To jest właśnie ten mój specyficzny optymizm, który dostrzegacie w moich wpisach i czasem w realu. 

Grafika: pixabay.com

Czasem wszytko jest do dupy. A mój brak wiary w siebie i wrodzone czarnowidztwo (tym brakiem wiary jeszcze pogłębione) sprawia, że wszystko do dupy bywa nawet dosyć często. Nowe sytuacje, wyzwania dotyczące wychowania dzieci, czas rozłąki z moim Grzegorzem, podjęcie ryzyka w walce o spełnienie marzenia o własnym kącie - wszystko to wywołuje natłok czarnych myśli w mojej głowie. Walczę z nimi odkąd pamiętam... 

Skoncentrować się na tym, co dobre. Powiedzieć sobie, że musi się udać. Naładować się pozytywną energią moich dwóch najwspanialszych optymistów: męża i mamy. Wsłuchać się w beztroski śmiech dzieciaków. Poczuć, że czarne myśli ustępują miejsca tym jaśniejszym. Uwierzyć! Uśmiechnąć się!  Uświadomić sobie, że aby było dobrze, potrzeba pracy i pozytywnego myślenia w niemal równych proporcjach. Usiąść i napisać na blogu o tym, że może być dobrze i pięknie, ale trzeba nad tym pracować. To moje kolejne małe zwycięstwo nad pesymizmem. I okazuje się, że bardzo często to naprawdę działa!Więc kiedy pojawia się kolejna czarna myśl, rozpoczynam walkę z nią od nowa...

Często spotykam się ze stwierdzeniami, że jestem niepoprawną optymistką, że mój związek to taki lukier, że jestem chodzącym uśmiechem. I taka mnie nachodzi refleksja: jak łatwo kogoś ocenić po kilku zdaniach, po zdjęciu, po jednej rozmowie... Dookoła mnie tyle gniewu, frustracji żółci wylewanej na wszystko i na wszystkich, malkontenctwa. Pełno ludzi chodzących z wiecznie naburmuszoną miną, plujących jadem, użalających się nad sobą i wytykających wady innym. Człowiek może przesiąknąć tym w trymiga. I też tak zacząć: narzekać, krytykować, marudzić. A ja tak nie chcę. Nie widzę sensu w zbiorowym powtarzaniu: "Jakie to jest do dupy!". Wolę zadzwonić do Grześka i usłyszeć w odpowiedzi: "Daj spokój, będzie dobrze! Jak przyjadę to cię przytulę i od razu ci przejdą czarne myśli!" albo iść do mamy i najpierw się wygadać, a potem razem z nią śmiać się do rozpuku z rzekomego problemu i moich czarnych myśli. 

O moim blogu czytam czasami w waszych wiadomościach, że pokazuję tę słoneczną stronę życia. I to prawda, bo nie tylko piszę tak, jak podpowiada mi serce tego optymizmu się uczące, ale też czynię z bloga moją małą antypesymistyczną terapię. Czasem jest i o tych mniej fajnych stronach życia, bo one są, ale nie chcę się na nich tylko koncentrować i iść z prądem negowania wszystkiego. Uczę się programować na pozytywne myślenie. I o tych moich małych sukcesach często czytacie w tekstach na blogu...
17:15

Domino Samo, czyli domino do zadań specjalnych!

Napisała , w
Któż z nas nie pamięta kultowej gry DOMINO? Jako dziecko miałam takie tradycyjne: plastikowe z białymi kropeczkami na czarnym tle. Wieczorami często sięgaliśmy po nie z rodzeństwem i z rodzicami. Zabawa niby taka prosta, a tak naprawdę nigdy się nie nudzi! Świadczy o tym fakt, że mimo upływu lat, w DOMINO wciąż grają dzieci! Wydawnictwo EPIDEXIS ma w swojej ofercie domino do zdań specjalnych - DOMINO SAMO. Poznajcie je razem z nami!


Poznajcie SAMO!

SAMO to sympatyczny chłopiec, który jest głównym bohaterem gry umieszczonym na kostkach domina. Ilustracje przedstawiają go w codziennych sytuacjach: raz podlewa kwiatki, raz gra w piłkę, a na innym kartoniku bawi się z pieskiem. Prostota rysunków sprawia, że wzbudzają one zainteresowanie już małych dzieci jak mój trzyletni synek. Są świetnym pretekstem do rozmów na temat życia codziennego, które rozwijają wiedzę o świecie, wzbogacają słownictwo i uczą wyrażać emocje.
Postać SAMO wywodzi się z książeczek "Samo tu i teraz", natomiast jego imię ma swój sens! Twórcy nazwai postać SAMO, a nie SAMA czy SAM dlatego, by zarówno chłopcy jak i dziewczynki mogły się z nim utożsamiać.



Czym różni się DOMINO SAMO od innych gier tego typu?

DOMINO SAMO zostało stworzone w taki sposób, aby wspomagać naukę odróżniania położenia przedmiotów względem siebie. Kafelki domina podzielono na dwie grupy: prawa - lewa, lewa - prawa (gdzie do obrazka prawostronnego należy dopasować lewostronny i odwrotnie) oraz lewa - lewa, prawa - prawa (gdzie dopasowywać trzeba obrazki lewostronne do lewostronnych a prawostronne do prawostronnych).  Charakterystyczne dla określenia położenia przedmioty zostały zaznaczone na kolorowo. Dodatkowo kostki domina zostały oznaczone niebieską lub czerwoną linią (podziałką) zależnie od tego, do której grupy się zaliczają. 44 kafelki można z powodzeniem podzielić na dwa zestawy, a w każdym 22 kafelki z jednej grupy: prawa - lewa, lewa - prawa lub lewa - lewa, prawa - prawa. Dzięki temu możliwa jest gra w dwóch grupach i jeszcze fajniejsza zabawa!

SAMO, Julia i Szymon...


Julia przez długi czas miała problemy z rozróżnieniem prawej i lewej strony. W przedszkolu pani napisała jej na kapciach duże P i L, żeby wiedziała, jak je zakładać. DOMINO SAMO jest dla niej świetnym treningiem! Młodszy Szymek interesuje się sytuacjami przedstawionymi na ilustracjach i również zaczyna przyswajać sobie różnice pomiędzy lewą i prawą stroną oraz coraz trafniej określać położenie.

44 kafelki domina są wykonane z twardego kartonu i umieszczone w ładnym, twardym pudełeczku. Więcej o grze przeczytacie na stronie Wydawnictwa Epidexis: KLIK. Tam możecie je też zakupić, a już w przyszłym tygodniu będzie możliwość zdobycia domina oraz dwóch innych zabawek od Epidexis na moim blogu! Bądźcie zatem czujni i nie przegapcie takiej okazji!

(Grafika pochodzi ze strony wydawnictwa.)


13:17

Poznaj zwierzęta i sprawdź swoją wiedzę!

Napisała , w

Otaczająca nas przyroda to zdecydowanie jedna z najbardziej fascynujących dzieci rzeczy, a właściwie zjawisk, bo przecież ona ciągle się zmienia, ciągle coś się w niej dzieje! To ktoś zbiera nektar, to wygrzewa się w słońcu, to pomerda ogonem, to zamiauczy... Naturę można poznawać z dzieckiem na różne sposoby. Jednym z nich są książki przyrodnicze - dziś pokażę wam świetną książkę o zwierzętach Wydawnictwa AWM.


"Zwierzęta. Fakty, ciekawostki, quiz." to ładnie wydana, opatrzona bajecznie kolorowymi ilustracjami wiernie oddającymi rzeczywistość książka, która w ciekawy sposób zapoznaje dziecko ze światem zwierzaków - zarówno tych domowych, jak i dzikich! 
Książka podzielona jest na działy odpowiadające różnym zwierzętom i środowisku ich życia np. "W mieście i parku", "Na łące", "W lesie". Każdy z rozdziałów to porcja wiadomości "podana" w formie pięknych ilustracji opatrzonych podpisami, ciekawostkami i pytaniami sprawdzającymi zdobytą wiedzę.
Ta książka to jednak nie tylko skarbnica wiedzy, ale też okazja do ćwiczenia spostrzegawczości, nauki liczenia czy kolorów. Dzieci uwielbiają takie szczegółowe ilustracje jak te, które znajdują się w książce wydawnictwa AWM! Zarówno mój 3-letni Szymek jak i 7-letnia Julka bardzo chętnie sięgają po tę książkę i bawią się wspólnie, samemu albo angażując do zabawy mnie lub tatę. Muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem tego, jak szybko przyswajają zawartą w tej książeczce wiedzę! Quiz sprawdzający na samym końcu pozwala to sprawdzić i jak się okazuje Szymek w lot złapał różnicę między ćmą a motylkiem czy tropem sarny i jelenia :).





Warto mieć w domowej biblioteczce tego typu pozycję - książkę, która uczy w przystępny dla dziecka sposób i  tak naprawdę nigdy się nie nudzi! My zabieramy ją również na spacery, by tam w zetknięciu z rzeczywistością wzbogacać swoją wiedzę o świecie zwierząt, a i do poczytania przed snem - czemu nie :) ?





Książka "Zwierzęta. Fakty, ciekawostki, quiz" dostępna jest na stronie AWM od czerwca 2015: KLIK.

Wpadajcie też na facebookowy fanpejdż AWM, gdzie zawsze znajdziecie informacje o nowościach i konkursach: TUTAJ.
12:29

'Jak to jest być w związku z obcokrajowcem?' - opowiada Monika.

Napisała , w
Macie czasami wrażenie, że wasi faceci pochodzą z zupełnie innej, odległej planety? Niby mówimy tym samym językiem, a jednak często kompletnie nie potrafimy się dogadać... A co, jeśli na dodatek tym samym językiem nie mówimy, bo miłość popchnęła nas w ramiona obcokrajowca? Wyobrażacie sobie taki związek czy od razu spisałybyście go na straty? Posłuchajcie historii Moniki, która jest w związku z Francuzem arabskiego pochodzenia...

    Grafika: pixabay.com

"W każdym związku zdarzają się nieporozumienia i konflikty. Czasem nie potrafimy się dogadać, w miej lub bardziej poważnych sprawach. A co, jeśli do zwykłych problemów z dojściem do porozumienia, wynikających z różnicy zdań, dołożymy jeszcze barierę językową?

Jestem w związku z obcokrajowcem, konkretnie z Francuzem arabskiego pochodzenia. Różni nas kultura, sposób wychowania, wspomnienia i język. Jak widać mamy wiele różnic, a jednak jakoś się stało, że odnaleźliśmy się w świecie i jesteśmy razem. Taki związek wymaga, moim zdaniem, troszkę więcej “wkładu” i pracy, aby mógł działać, ale jakże warto!

Język
Mimo trzyletniego stażu naszego związku, dopiero uczymy się swoich języków. Na co dzień rozmawiamy po angielsku i czasem wynikają z tego małe nieporozumienia lub zabawne sytuacje. Ponieważ dla obojga z nas angielski jest językiem obcym, zdarzy nam się zapomnieć słówka, albo użyć skrótu myślowego, który w rezultacie znaczy coś innego, niz mieliśmy na myśli. No i często przez takie pomyłki tworzymy swoje niby-słówka-żarty, których chyba nikt oprócz nas nie zrozumie. Ale to jest akurat coś fajnego - mamy swój tajny kod, coś wyjątkowego i tylko naszego, nawet w prozaicznych rozmowach.
W porozumiewaniu się nie pomaga też fakt, że w języku francuskim nie wypowiada się litery h. W związku z tym, mąż kiedy mówi szybko, czasem o niej zapomina też w angielskich wyrazach i przez to, np. nie wiem, czy chciał powiedzieć czy jest głodny, czy zły (hungry-angry).
Ta bariera językowa wymaga od nas uważniejszego słuchania siebie nawzajem i większego zwracania uwagi na potrzeby i reakcje partnera. Uważam to akurat za plus i myślę, że byłoby to dobre dla każdego związku.

Co jest innego niż w zwykłym związku?
Wychowywaliśmy się w innych realiach i innych kulturach, a więc mamy zupełnie inne wspomnienia z dzieciństwa. Oglądaliśmy inne seriale i filmy, czytaliśmy inne książki, graliśmy w inne gry, jedliśmy inną gumę do żucia. Jeśli znajdziemy coś, co oboje znamy z dzieciństwa to mamy wielką radochę, jakbyśmy znów byli ośmiolatkami wpatrzonymi w Czarodziejkę z księżyca. Z jednej strony, te różnice dają nam szansę do ciągłego odkrywania czegoś nowego i poznawania swoich światów. Z drugiej jednak, czasem utrudniają rozmowy, bo chcemy się odnieść do czegoś, czego druga osoba nie zna. Wtedy wyciągamy telefon albo tablet i przeszukujemy internet, żeby odnaleźć wspomnianą piosenkę, serial, aktora itd. O ile jeszcze jesteśmy tylko we dwoje, to aż tak nie przeszkadza (chociaż czasem przez to zapominamy, o czym my właściwie rozmawialiśmy?), ale w towarzystwie czasem stanowi to problem.

Siłą rzeczy mamy inne doświadczenia życiowe i inne wychowanie, więc też patrzymy na pewne rzeczy z innej perspektywy. Najważniejsze jest jednak, żeby nie upierać się jak osioł przy swojej wersji, ale otworzyć się i spróbować zrozumieć drugą stronę.
U nas teoretycznie różnice powinny być duże - różny język, kultura, religia, a więc problemów powinno być dużo. Ale mimo tego, na większość tematów mamy podobne zdanie. Może dlatego, że oboje zawsze trochę odstawaliśmy pod tym wzgldem w naszych środowiskach. Ja nigdy nie byłam zagorzałą katoliczką, on nie przywiązuje aż takiej wagi do zasad islamu. Jesteśmy otwarci i chyba to nas trzyma razem.
Myślę, że gdybyśmy oboje upierali się zbytnio przy wartościach religijnych czy kulturowych, które wynieśliśmy z domu, nie mielibyśmy szans przetrwać jako para.
Znam kilka par mieszanych, które rozpadły się po urodzeniu dziecka, bo oboje mieli inne zdanie na temat wychowania, religii i zasad panujących miedzy nimi a dzieckiem. Ja mam to szczęście, że doszliśmy do porozumienia i ustaliliśmy wspólną drogę wychowania naszych dzieci.


A co na to otoczenie?
O ile dla nas, nasze różnice stanowią raczej zaletę niż wadę, otoczenie widzi to już inaczej. Nasze rodziny, jako tako zaakceptowały nasz związek i mamy z nimi dobre stosunki, to jednak mają pewne obiekcje. Oczywiście na pierwszym planie stoi religia - a chrzest, a ślub kościelny/w meczecie, a czy dziecko będzie się uczyło modlitw, czy będzie czytało Koran czy Biblię?
Poza tym istnieje tutaj wielki problem bariery językowej. Ani moja, ani jego rodzina nie mówi po angielsku, więc porozumiewamy się z nimi, albo na zasadzie ciągłego tłumaczenia (co może zmęczyć i przeszkadza w płynnej rozmowie), albo na zasadzie “Kali być głodny”, bo tylko w takim stopniu jesteśmy w stanie mówić nawzajem w swoich językach.
Problemem dla mojej rodziny jest też dwujęzyczność naszych dzieci. Boja się, że “namieszam im w głowach” i w rezultacie nie będzie można się w ogóle z nimi porozumieć. Ciągle słyszę, o ile by było lepiej pod tym względem, gdybyśmy mieszkali w Polsce. Zwyczajnie boją się, że nie będą mogli porozmawiać się z własnymi wnukami. Udowodnimy im, że nie mają się o co martwić :-)
Oprócz zatroskanej rodziny, są też znajomi, którzy na nasz związek początkowo reagują różnie. Do mnie głównie puszczano oczka, że taka obrotna jestem i “złapałam” Francuza, który jak wiadomo na pewno jest gorącokrwistym kochankiem i codziennie do kolacji popija wino, a na spacery zabiera mnie pod wieżę Eiffla.
Co do niego, to znajomi ostrzegali go, jakobym chciała go wykorzystać, aby uciec z kraju, bo w Polsce przecież biednie i bez perspektyw. Do tego zapomnieli, że Polska jest w UE, więc gdybym chciała wyemigrować, to nie potrzebuję do tego wizy.
Niektórzy z kolei patrzą na mnie, jakbym była biedną małą dziewczynką, którą ojciec sprzedał za dwie kozy jakiemuś przyjezdnemu. Wbrew jej woli oczywiście. Serio. Wynika to chyba z tego, że niewiele osób tutaj ma pojęcie o tym jak wygląda życie w Polsce i że nie żyje się tam jak w średniowieczu.


Związek z obcokrajowcem jest inny. Nie mogę powiedzieć czy gorszy, czy lepszy, bo to zależy od charakterów, a nie od miejsca urodzenia. Ale na pewno mogę powiedzieć, że taki związek to ciągła przygoda, odkrywanie, ale i ciągła praca."

O miłości, którą można poczuć w ... każdym języku 
opowiadała Monika, autorka bloga Mama Notuje. 

A wy - odważyłybyście się na taki związek? Sądzicie, że jest dużo trudniejszy niż związek z Polakiem? A może któraś z was jest żoną obcokrajowca? Zapraszam do dyskusji i do opowiadania swoich historii...




Post Top Ad

Instagram