Post Top Ad

Czas zabraniania

Dzieciństwo to czas beztroski, poznawania świata, doświadczania, zabawy, podążania za wyobraźnią...  Śmiech, bieganie, dotykanie, smakowanie, zaglądanie tu i tam, skakanie, wspinaczki, gadanie bez ustanku, zadawanie pytań, brudzenie się i włażenie w przysłowiowe mysie dziury. Ten czas się nie powtórzy. Dziecko powinno móc łapać każdą jego chwilę. Czyżby? Często wydaje mi się, że to zaczyna być tylko frazesem i dawno poszło do lamusa. Coraz częściej mam wrażenie, że dzieciństwo to jest czas ... zabraniania.


Nie baw się w błocie, bo się wybrudzisz! Nie skacz, bo zrobisz sobie krzywdę! Nie krzycz, bo tak się nie zachowują grzeczne dzieci! Nie biegaj boso, bo ugryzie cię osa! Nie płacz, bo nie masz powodu! Nie głaszcz kota, bo to zarazki! Nie zagaduj obcej pani, bo tak nie wypada! Nie pędź tak, bo się spocisz! Nie grzeb w piasku, bo nasypie ci się do butów! Nie wysypuj klocków, bo będzie bałagan! Nie  wygłupiaj się! Nie śmiej się tak głośno! Nie wchodź na drzewo! Nie baw się jedzeniem! Nie puszczaj mojej ręki! Nie bierz do buzi truskawki prosto z krzaka! Nie wchodź do wody! Nie dotykaj! Nie odzywaj się! Nie interesuj się tym, bo jesteś za mały! Nie wtrącaj się w sprawy dorosłych! Nie Nie Nie, nie, nie! Słowo, które - moim zdaniem - najczęściej słyszy współczesne dziecko...

Żeby nie było - niektóre z tych zakazów pojawiają się i w moich ustach... Tylko, że ja najczęściej potem sama siebie pukam w głowę, pytając, jaki jest sens mówienia tego nie" akurat w tym momencie i w tej kwestii? Często tego sensu nie ma, a mimo to wypowiadam te słowa jak z automatu. Czasami z rozpędu czy dlatego, że akurat jestem rozdrażniona i dopiero po chwili dociera do mnie, że zwyczajnie przesadzam i się czepiam. A innym razem pod presją, bo ... przecież inni nie pozwalają, bo patrzą na mnie jak na wariatkę, bo według nich jestem złą matką, skoro ja pozwalam... Więc krzyczę: NIE! A później przychodzi refleksja, że przecież niepotrzebnie... Że zabraniam im rzeczy, które tak naprawdę często są esencją dzieciństwa albo powodowane są dziecięca ciekawością i można, a nawet trzeba je po prostu dziecku wytłumaczyć,  albo po prostu nie niosą za sobą żadnej szkody...

Ciągle gdzieś czytam o bezstresowym wychowaniu, że podobno współczesne dzieci w ogromnej większości właśnie tak są wychowywane. Abstrahując już od tego, że pojecie to jest przez większość przeciwników źle interpretowane, pytam: dlaczego w takim razie ja ciągle słyszę to "nie" kierowane do dzieciaków? A może tylko moje uszy to wychwytują, a was otaczają rodzice, którzy rzeczywiście pozwalają dzieciom na wszystko? Cóż, nie sądzę... Zastanówcie się, jak to jest z wami i z rodzicami, których macie dookoła siebie? Czy faktycznie więcej jest takich, którzy pozwalają na przysłowiowe wszystko, czy tych, którzy zbyt często mówią "nie"? Albo może inaczej - niekoniecznie zbyt często - ale nie w tych sytuacjach, w których należy...

Pozwalamy grać w gry komputerowe trzylatkom, ale nie pozwalamy im pobawić się w błocie.
Chcemy, żeby sześciolatki płynnie czytały i znały tabliczkę mnożenia, a nie każemy im  poznawać konsystencji piasku i bawić się wodą.
Nie chcemy, żeby zagadywały do obcych ludzi, bo to wstyd, ale pozwalamy im zakładać konta na portalach społecznościowych.
Kupujemy dzieciom drogie zabawki, a nie pozwalamy biegać boso po łące i wspinać się na drzewa.
Mówimy, że celebrujemy ich dzieciństwo, a swoimi zakazami zdajemy się zmuszać dzieci do zachowywania się jakby były dorosłe...
Taki paradoks.
Coś tu jest nie halo.

Oczywiście nie piszę tu o wszystkich rodzicach, ale z mojej perspektywy nadużywanie "nie" przez rodziców jest coraz częstsze. I - podkreślam - piszę tutaj też o sobie. Jakoś nam się chyba poprzestawiał w tej szalonej współczesności system wartości. Kiedyś dziecko to było dziecko - przychodziło z podwórka brudne, jadło chleb z masłem i cukrem, łapało motyle i żaby, a w sklepie czasem pokazało coś palcem i nie była to żadna tragedia. To było prawo dzieciństwa. Teraz - mam wrażenie - oczekujemy zbyt wiele zarówno od siebie samych jak i od naszych dzieci. Albo może inaczej - oczekujemy nie tego, czego powinniśmy...
Chcemy dobrze, ale pogubiliśmy się w tym chceniu... Zbyt wiele myślimy o tym, co wypada, a za mało o tym, co warto. Za często idziemy ślepo za tłumem, bojąc się pozostać w rodzicielstwie sobą. Za dużo analizujemy, zbyt rzadko pozwalając sobie i dzieciom na spontaniczność. Za bardzo chcemy, żeby było idealnie, nie dostrzegając niepowtarzalności i piękna chwili.

Myślę, że warto się czasem nad tym "nie" zatrzymać i zastanowić tak, jak ja dzisiaj to zrobiłam. Warto przemyśleć sobie, kiedy to "nie" jest rzeczywiście potrzebne dziecku (a potrzebne oczywiście jest i tego nie kwestionuję), a kiedy potrzebne nie jest, a wręcz przynosi mu szkodę i przykrości. Mówmy nie, kiedy dziecko brzydko się odzywa, kiedy chce wybiec na ulicę, kiedy robi drugiemu przykrość, kiedy chce  oglądać nieprzeznaczone dla niego filmy, kiedy wymusza kolejną zabawkę i w wielu innych sytuacjach. Mówmy "nie", bo i to jest jednym z zadań rodziców. Jednak nie nadużywajmy tego słowa zabraniając dzieciom być dziećmi...

Bo dzieciństwo to powinien być czas radości, poznawania, doświadczania, a nie czas zabraniania...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram