Post Top Ad

14:12

A moje dzieci nie muszą być idealne!

Napisała , w
Moje dzieci są grzeczne jak dwa aniołki. Jak śpią. A jak nie śpią to często zachowują się jak dwa małe, rogate diabełki: potrafią krzyczeć tak, że pękają bębenki, o posprzątanie zabawek często trzeba je prosić po kilka razy (podobnie jak o inne rzeczy, których robić nie lubią) a jak wpadną w szał zabawy najchętniej wdrapałyby się na żyrandol. Poza tym żadne z nich jakoś nie urodziło się geniuszem: nie zaczęły siadać na nocnik mając pół roku a czytać w wieku 2 latek. Zamiast pobierać lekcje tańca, karate, angielskiego i chodzić na kółko teatralne wolą śmigać po podwórku albo robić sobie domki z poduszek. Mają 7 i 3 latka. Nie są idealne. Ale okazuje się, że idealne dzieci istnieją. Podobnie jak idealni rodzice... Ba, czasem mam wrażenie, że moje jako jedne z nielicznych takie nie są!


Spotykam się z dawno nie widzianą znajomą i jak to zwykle matki, schodzimy na temat dzieci. Ja z moją - niekiedy zgubną - szczerością odpowiadam na pytania odnośnie szkoły, nocniczka i zdolności moich dzieci. No wiecie, że z tym nocniczkiem to jeszcze w nocy mamy problem, choć Szymek ma już ponad 3 latka, że szkoła to dla nas mnóstwo pracy nad koncentracją i przestrzeganiem zasad, a czyta Julka bardzo ładnie... No i momentalnie zostaję zbita z pantałyku. I już żałuję swojej szczerości!
No bo jak to - nocniczka jeszcze nie opanował trzyletni chłopiec? Jej to już odkąd skończył pół roczku SAM WOŁA SIUSIU! Ani razu się nie zmoczył! Ani razu! W mig opanował! Takie zdolne i higieniczne dziecko! Szkoła? Ona nie jest co prawda za reformą, ale jej syncio to sobie doskonale poradził: czytał i pisał, jak miał 3 latka, Chciała mu przedłużyć dzieciństwo, ale musiała go posłać do I klasy, bo on z I połowy roku... No ale nie, ona z nim żadnych problemów w szkole nie miała. Współczuje mi, że moje dzieci takie nieidealne... Ale pewnie za dużo im pozwalam, co? Na głowę mi pewnie wchodzą! No tak widać - nieprzyzwoicie głośno się śmieją i co chwilę: "Mama to, mama tamto". Jej synuś tak nie robi. Zaraz by poszedł do kąta. No bo tak w ogóle, to ona wychowuje w duchu rodzicielstwa bliskości, ale jednak kara musi być. Spojrzenie pełne wyższości i ton pełen politowania. Idealna mamusia idealnego dziecka.
Nie dyskutuję z nią. Niech sobie nawet myśli, że jej zazdroszczę. A ja biorę za ręce moje nieidealne dzieci i uśmiecham się do nich. Daję im coś więcej niż tworzenie z nich ideałów. Daję im poczucie, że mogą być zawsze sobą, a ja nie kocham ich za to, jakimi powinny być według innych, ale za to, jakie są. Zawsze i wszędzie.

I ten przykład oczywiście nie jest jedynym. Nie zliczyłabym, ile razy słyszę: "Mój nigdy nie wszedł na stół!", "A moja to w życiu ze szkoły z uwagą nie przyszła!", "Oj, ja bym moim za Chiny nie pozwoliła tak nabałaganić!", "Ale te twoje dzieci głośne! Moje zawsze bawią się cicho!", " Oj, ja bym moim dała, jakby tak nabroiły!", "Jak możesz na to pozwalać?". Mam nieodparte wrażenie, że niektóre mamy czerpią przyjemność z wytykania wad innym dzieciom i idealizowania własnych. Nie wspomnę już o tym, że jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że ich dziecko to tego, co złe czy niegrzeczne (przynajmniej w tych mamusiek mniemaniu)  "nigdy", a tylko "zawsze" to, co najlepsze i najmądrzejsze... Często te wyidealizowane dzieci w domowym zaciszu mają dłuższe rogi, niż moje, które się po prostu nie potrafią "maskować". A jeśli nawet to możliwe, to chyba nie do końca normalne. Dziecko ucząc się życia musi doświadczać, dotykać, smakować, a często też ryzykować i popełniać błędy. Jak ma się nauczyć, od najmłodszych lat mając presję na bycie ideałem?...

Pewnie, że rolą rodziców jest także w miarę możliwości praca nad pewnymi niedoskonałościami dzieci: choćby pomoc mniej dojrzałemu sześciolatkowi w szkolnych murach czy nauka taktownego zachowania w towarzystwie. A może raczej praca nad jego rozwojem, bo większość z tych rzeczy, które "idealne matki" wytykają nie swoim dzieciom jako wady, to po prostu kwestia rozwoju, pewnej dojrzałości i edukacji. A żywiołowość, spontaniczność, gadatliwość, śmiałość, energiczność? Czy to nie są cechy, które charakteryzują po prostu normalne dzieci? A często i później dorosłych! Bo przecież mamy różne temperamenty! A od dzieci często wymaga się, żeby były cichutkie, posłuszne i poukładane. Idealne. W wypaczonym tego słowa znaczeniu. Bo idealne dziecko to szczęśliwe dziecko. A szczęśliwe dziecko to takie, które wie, że ma prawo być sobą.

Pewnie, że czasami chciałoby się, żeby częściej bawiły się cichutko jak myszki pod miotłą, zamiast odgrywać z zabawkami scenki przyprawiające mury o drżenie w posadach. Czasami przechodzi przez myśl: "Kurcze, dlaczego inne dzieci łapią nocnikowanie w trzy dni, a mój taki oporny?" albo "Ech, znowu się nasłucham na wywiadówce...". Tylko, że zaraz potem do głowy wpada myśl oczywista: że każde dziecko jest inne i każde dziecko ma do tej swojej nieidealności prawo. Czy moja Julka byłaby tak samo kochana, gdyby nie to jej gadulstwo, wrażliwość i wchodzenie w każdy kąt? A Szymek, gdyby nie jego ośli upór i bycie małą przylepą? Nie sądzę. Nie wyobrażam sobie, by moje dzieci był inne, niż są. Bo nie są idealne nie dlatego, że odpowiadają jakimś tam wydumanym wymaganiom, ambicjom czy narzucanym "standardom" zachowania, ale dlatego, że są sobą i nie ma drugich takich na całym świecie. Dlatego, że się śmieją, dają mnóstwo powodów do radości i dumy, dlatego, że okazują miłość mi i tacie najpiękniej jak tylko mogą. Dlatego, że są po prostu. Dlatego, że wypełniają moje serce miłością.

To od nas rodziców zależy, czy będziemy za wszelką cenę dążyć do perfekcji (albo z upodobaniem kłamać, idealizując swoje dzieci), czy przyjmiemy te nazwijmy to "niedoskonałości" naszych dzieci jako coś naturalnego i pięknego. Tak samo jak swoje własne. Wszak wszyscy jesteśmy ludźmi - mniejszymi albo większymi, ale o takich samych prawach.

Twoje dziecko jest idealne? A moje nie są. I wiedzą, że nie muszą. Wiedzą, że mi i ich tacie najbardziej zależy na tym, by były szczęśliwe, a nie by były idealne.
13:40

Obrazki mają moc - karty obrazkowe Kapitana Nauki.

Napisała , w
Obrazki mają wielką moc. Pobudzają wyobraźnię, rozwijają zdolność kojarzenia i zapamiętywania, pomagają poznawać otaczający świat. To niezwykłe, jak wiele mogą się nauczyć milusińscy dzięki obrazkom właśnie! Julia i Szymek testują właśnie karty od Kapitana Nauki: te z serii "Poznaję świat" - zawody i dźwięki oraz "Ortografię z mrówką i borówką". I co tu dużo mówić - jesteśmy na tak!


"Ortografia z mrówką i borówką" to 110 dwustronnych, ilustrowanych kart, z których każda dotyczy jednej z zasad pisowni w języku polskim. Mamy tutaj karty określające daną zasadę oraz po kilka kart z obrazkami i słowami do tej zasady pasujących. Po jednej stronie karty zamieszczono ilustrację oraz pełne słowo, a po drugiej ten sam obrazek oraz słówko z luką na problematyczną literkę. Karty są estetycznie wykonane i zamknięte w kartonowym pudełeczku.


Jak czytamy na stronie wydawnictwa: "Zestaw dwustronnych kart obrazkowych został specjalnie opracowany dla dzieci w wieku 6-9 lat, czyli uczniów klas 1-3 szkoły podstawowej. "

"A oto 10 ważnych reguł, których dzieci uczą się z tym zestawem:

- ch po literze s
- ó w cząstce -róż-
- ó w zakończeniach -ów, -ówka, -ówna
- ż wymienia się na z, h, dz, s, ź
- u w zakończeniach czasowników -uje, -ujesz, -uj
- rz po spółgłoskach d, k, w, ch, j
- rz wymienia się na r
- u w zakończeniach -un, -unek, -uszek
- u w zakończeniach -uchna, -uszka, - usia
- ś, ź, ć, dź, ń w zakończeniach wyrazów jednosylabowych"

Pełen opis i możliwość zakupu kart TUTAJ.
Do zestawu dołączona jest książeczka dla rodziców i opiekunów zawierająca przykładowe zabawy z kartami, ćwiczenia ortograficzne i pomysły na dyktanda.

Jak "Ortografia z mrówką i borówką" spodobała się mojej siedmiolatce? Muszę przyznać, że od razu po otwarciu pudełeczka "wsiąkła" w ten obrazkowy, ortograficzny świat. Ilustracje są kolorowe i interesujące, a jak się okazuje - interesujące mogą być też zasady ortografii. Julka z zaciekawieniem układała fiszki według zasad i całkiem trafnie wypełniała luki w wyrazach pytana przeze mnie o pisownię. Przede wszystkim dobrze się bawiła, poznając przy tym zasady pisowni. Za kilka dni zaczynamy II klasę i przygoda z językiem polskim wejdzie na kolejny level. Dlatego taka pomoc jak "Ortografia z mrówką i borówką" jest niezwykle cenna i z pewnością będzie nam towarzyszyć przez cały rok szkolny i i jeszcze dłużej!



Karty obrazkowe z serii "Poznaję świat" są przeznaczone dla najmłodszych odkrywców :). Do Szymka trafiły "Dźwięki" i "Zawody". Początkowo zaskoczyły mnie niewielkie rozmiary pudełeczek z kartami, ale okazało się, że w każdym z nich kryje się aż 17 kart obrazkowych plus poradnik. Karty są odpowiedniej wielkości dla małych rączek, a ich staranne wykonanie sprawia, że na pewno nie zniszczą się po kilku, czy nawet kilkunastu zabawach. 
W zestawie "Dźwięki" z jednej strony karty znajduje się określenie dźwięku, natomiast z drugiej obrazek go ilustrujący, natomiast na kartach "Zawody" po jednej stronie mamy osoby wykonujące różne zawody, a po drugiej ich atrybuty. 

Jak czytamy na stronie Kapitana Nauki:

"Karty obrazkowe Poznaję świat Zawody to wyjątkowy zestaw (poradnik + karty) pomagający dzieciom rozpoznawać osoby wykonujące różne profesje oraz atrybuty ich pracy. Dzieci nauczą się również, kogo należy poprosić o pomoc w konkretnych sytuacjach, oraz zwracać uwagę na charakterystyczne elementy stroju, cechy osobowości i umiejętności potrzebne, by wykonywać daną pracę."

oraz o kartach "Dźwięki":

"Karty obrazkowe Poznaję świat Dźwięki to wyjątkowy zestaw (poradnik + karty), który kształtuje umiejętność rozpoznawania dźwięków i przyporządkowywania ich do odpowiednich obrazów, aktywnie wspomaga rozwój mowy u najmłodszych dzieci, poszerza zasób słownictwa oraz uczy właściwego posługiwania się głosem."

Poradnik dołączony do każdego zestawu opracowany został przez psychologów dziecięcych Natalię i Krzysztofa Minge.


W kartach "Dźwięki" bardzo podoba mi się to, jak świetnie ćwiczą wymowę. Mój trzylatek (jak większość rówieśników) nie wymawia jeszcze poprawnie takich głosek jak "r", "sz" czy "cz", a naśladowanie odgłosów takich jak "chrrrum, chrrrum" fantastycznie wspomaga ćwiczenie poprawnej wymowy problematycznych dźwięków! Poza tym karty "Dźwięki" dają szalenie duże możliwości zabawy - od odgadywania, co wydaje dany dźwięk, przez tworzenie własnych dźwięków dla przedmiotów z obrazków po kalambury. Jeśli chodzi o "Zawody" świetny jest fakt, że autorzy pokazali na nich równouprawnienie - i tak mamy panią mechanik i pana sprzątacza, piłkarkę i krawca. I one nie ograniczają maluszka do odgadywania zawodów po ich atrybutach. Twórcy poradnika podpowiadają, że możemy bawić się w naśladowanie dźwięków odpowiadających danej profesji, układanie i opowiadanie historyjek czy też wyobrażanie sobie siebie wykonującego daną profesję. 
Jak widać na fotografiach karty wzbudzają zainteresowanie trzylatków - Szymek bawi się z kuzynem Ksawerym, również trzylatkiem. Często sam sięga po pudełeczko i przychodzi do mnie pytając np. "Jak robi kurka?" albo "A kto to?" i wskazując na strażaka czy lekarkę. Mnie jako mamie szalenie podoba się to, że te karty dają możliwość nauki tak zupełnie mimochodem - dziecko interesuje się, świetnie się bawi, a przy okazji zdobywa wiedzę o otaczającym go świecie.

Więcej o kartach przeczytacie TUTAJ. W serii także "Kolory" i "Emocje".

Dziękujemy Kapitanowi Nauce za możliwość przetestowania kart!








Kapitan Nauka na Facebooku



11:42

Jak przygotować dziecko i siebie do wizyty u lekarza i pobytu w szpitalu?

Napisała , w
Wizyta u lekarza specjalisty, pobyt z dzieckiem w szpitalu czy operacja to szalenie stresujące wydarzenia dla rodziców, a co dopiero dla dziecka. O ile niemowlaczka trudno przygotować na taką ewentualność, o tyle już 2-3 latka przygotować trzeba. Warto przygotować też siebie, ponieważ to nasze nastawienie w przeważającej mierze odpowiada za nastawienie naszych pociech. Za nami wiele wizyt u lekarzy, pobrań krwi, dwa pobyty w szpitalu, a wkrótce czeka nas kolejny i - o ile wszystko się uda - planowana od dawna operacja.


Idąc z Szymkiem na patologię noworodka kompletnie nie byłam przygotowana na to, co mnie czeka. Bo też nie na wszystko można się przygotować... Cierpienie dziecka zawsze boli i rodziców. Problemy maluszka ze zdrowiem niosą stres i obawy. Musimy jednak pamiętać, że to w ogromnej mierze od nas rodziców zależy, jak dziecko zniesie badania, wizyty u lekarzy czy konieczność pobytu w szpitalu. Nikomu chyba nie muszę mówić, że nasze lęki udzielają się maluchom. Zdenerwowana mama czy tata to zdenerwowane i zdezorientowane dziecko. Lęku o zdrowie maluszka całkowicie pokonać się nie da nawet, jeśli dolegliwości czy wady, z jakimi musimy udawać się do specjalistów nie są bardzo poważne.  To oczywiste. To, co możemy zrobić, to przy dziecku starać się ich nie okazywać, zaczerpnąć przed każdą wizytą czy pobytem w szpitalu informacji na temat praw dziecka i rodzica w takiej sytuacji oraz być rozsądnym i asertywnym w kontaktach z lekarzami. Musimy pamiętać, że zadaniem lekarzy i pielęgniarek jest pomóc dziecku, a naszym nie powinno być "przeszkadzanie" im w tym, ale na pewno dbanie o to, by dokładali wszelkich starań w trosce o zdrowie dziecka.
Wiem, co piszę, bo z Julią, a głównie z Szymonem odwiedzaliśmy już kardiologa, chirurga dziecięcego, alergologa, dermatologa, laryngologa, kilka jak nie łącznie kilkanaście razy byliśmy na pobraniu krwi, dwa razy w szpitalu, raz na SOR-ze, a teraz czekamy na operację... Nadal każda taka wizyta jest dla mnie bardzo stresująca, jednak wiem już, co w czasie takich wizyt jest ważne, a doświadczenia i zdobyta wiedza pozwalają mi czuć się nieco pewniej w takich sytuacjach i tym samym pomóc dzieciakom poczuć się bezpieczniej.

Każdy rodzic powinien znać Europejską Kartę Praw Dziecka w Szpitalu, a przynajmniej jej podstawowe założenia. Wynika z niej m.in., że szpital powinien umożliwiać rodzicom pozostawanie przy dziecku w dzień i w nocy nie narażając ich z tego tytułu na dodatkowe koszty.  Rodzice i dziecko (w sposób dopasowany do jego wieku) powinni być informowani o stanie zdrowia dziecka i prowadzonym leczeniu, a zabiegi, które nie są konieczne, powinny być w miarę możliwości pomijane. Najistotniejsze prawa zawarte w Europejskiej Karcie Praw Dziecka w Szpitalu zebrano przystępnie na stronie CZD: Europejska Karta Praw Dziecka w Szpitalu. Koniecznie tam zajrzyjcie!

A oto kilka rad wynikających z moich doświadczeń - jak przygotować siebie na wizytę z dzieckiem u lekarza, pobyt w szpitalu, operację?
1. Przede wszystkim uświadom sobie, że wizyta u lekarza, badania czy szpital są po to, by pomóc dziecku. Niby logiczne, ale przecież często myślimy tylko o tym, że dziecko będzie bolało, że będzie płacz... A niestety - czasem trzeba. I myśl, że to dla dobra malucha jest bardzo ważna.
2. W miarę możliwości wybierz sprawdzonego lekarza specjalistę (ja np. do alergologa pojechałam z polecenia rodziny a chirurga znalazłam dzięki forach internetowych na temat wady mojego synka). Kompetentny i życzliwy lekarz to poczucie bezpieczeństwa także dla rodzica. Lekarz powinien budzić zaufanie.
3. Nastaw się na to, że pewne badania czy zabiegi niestety mogą sprawić dziecku ból - choćby pobranie krwi. Skoncentruj się na tym, by odwrócić uwagę maluszka i pomóc mu jak najlepiej to znieść. Najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić są twoje łzy i panika.
4. Współpracuj z lekarzem / pielęgniarką. Czasem trzeba po prostu mocno przytrzymać dziecko tuląc je do siebie albo odchylić maluszkowi główkę, kiedy doktor zagląda w gardełko.
5. Bądź asertywna/ny i dbaj o dobro dziecka. Kluczem do tego jest poznanie praw dziecka w szpitalu, o których wspomniałam wyżej. Jeśli jesteśmy dobrze poinformowani wiemy, że np. lekarze nie mają prawa wypraszać nas z obchodu (co mi się zdarzyło na patologii noworodka) a obowiązkiem pielęgniarek jest podawać dziecku leki (mi na patologii powiedziano, że mam robić to sama!). Grunt to nie bać się pytać i mówić, co nam się nie podoba. To my jesteśmy w takiej sytuacji "adwokatami" dziecka!
6. Dowiedz się dokładnie, co czeka twoje dziecko: na czym polega badanie czy zabieg. Zaczerpnij informacji praktycznych: jakie dokumenty przygotować, co zabrać do szpitala, jak wygląda postępowanie pooperacyjne itd. Przydatne są strony internetowe szpitali czy lekarzy, którzy prowadzą leczenie dziecka. Ja z takowej korzystam. Niewiedza wzmaga lęk.

Jeżeli nasze dziecko nie jest noworodkiem, to naszym obowiązkiem jest przygotować je na nową sytuację, w której się znajdzie. Przynajmniej ja wyznaję zasadę, że zamiast mydlenia malcowi oczu i tekstów w stylu: "Nic nie będzie bolało" podczas, gdy zaboli albo: "Jedziemy do takiego nowego wujka", podczas gdy jedziemy do lekarza, należy mu się odpowiednio wyłożona prawda. 
Przed każdym pobraniem krwi rozmawiam z dziećmi o tym, gdzie i po co jedziemy i jak takie badanie będzie wyglądało. Tłumaczę dokładnie, co będzie robić pani pielęgniarka i że odrobinę zaboli również mówię. Podkreślam, że będę cały czas przy nich trzymając za rączkę.Ostatnie pobranie krwi mieliśmy w zeszłym tygodniu z Szymkiem. Były łzy, ale nie było paniki. Myślę, że gdybyśmy o tym nie rozmawiali, wyglądałoby to znacznie gorzej.
Podobnie rozmawiam z synkiem o operacji spodziectwa, która wkrótce go czeka. Uważam, że jemu się to należy, aby wiedział, co go czeka, a moim obowiązkiem jest wyjaśnić mu to tak, aby zrozumiał i jak najmniej się bał. Wyjaśniam, co będzie z nim się działo i staram się robić to w taki sposób, aby Szymek jednocześnie wiedział, co go czeka, ale też nie czuł się zagrożony. Szymek mimo, że ma dopiero 3 latka, wie, dlaczego musi mieć operację i jak zmieni się po niej jego ciałko. Chociaż czasem mówi, że się boi, to powtarza też, że mama będzie przy nim (a tata myślami też) i że pan doktor naprawi mu to, co jest nie tak.

Denerwuję się. Cholernie się denerwuję. Choć kulminacja nastąpi na pewno już w dniu operacji. Teraz nadal ściskam kciuki za to, aby do operacji doszło, bo była przekładana już cztery razy, a bardzo chcielibyśmy mieć ją już za sobą. Wiem jednak, że robię wszystko, żeby Szymek był w dobrych rękach i czuł się bezpiecznie, a operacja jest konieczna dla jego normalnego funkcjonowania, szczególnie w przyszłości. Na tyle, na ile to możliwe przygotowałam się do sytuacji, która nas czeka i przygotowałam Szymka. Może moje rady wam się przydadzą. Wszystko przed nami. Tymczasem trzymajcie kciuki, proszę.

EDIT: Jesteśmy po operacji. Szymek był bardzo dzielny i dokładnie pamiętał, co mu opowiadałam! Nie obyło się bez łez, ale nie wyobrażam sobie jego reakcji, gdybym kompletnie go do tej sytuacji nie przygotowała jak również gdybym nie potrafiła opanować własnego stresu po to, by przekazać synkowi spokój i sprawić, że czuł się bezpiecznie. To trudne, ale da się zrobić, jeśli się pamięta, że naprawdę spokój rodzica oznacza spokój dziecka.

Grafika: pixabay.com 
18:37

Klocki inne niż wszystkie [+KONKURS!].

Napisała , w

Klocki mogą być drewniane, mogą być LEGO albo obrazkowe. Dzieci je kochają i nie zmienia się to od pokoleń. Wader [jeden z naszych ulubionych, polskich producentów zabawek] stworzył klocki inne niż wszystkie - klocki puzzle, klocki listki, klocki jeżyki i klocki funny. Wszystkie wyjątkowe zarówno pod katem formy, sposobów ich łączenia jak i możliwości zabawy, jakie dają. Do nas trafiły KLOCKI FUNNY. Zobaczcie, jak się bawimy!



KLOCKI FUNNY to zestaw 36 klocków o różnych kształtach: mamy tu klocki kuliste, w kształcie gwiazdek, kół i "prętów", a do tego wszystkiego plastikowe główki zwierzątek. Klocki składają się w ciekawy sposób kształtujący zdolności manualne i twórcze myślenie. Można z nich budować zwierzątka, ale też zupełnie abstrakcyjne budowle jak np. kosmiczne pojazdy, drzewka czy stworki wprost z dziecięcej wyobraźni. Jest barwnie, niebanalnie i ciekawie!




KLOCKI FUNNY są przeznaczone dla dzieci od lat 3. Świetnie bawią się nimi zarówno Szymon i kuzyn Ksawery (3 i pół roku)  jak i Julka (7 i pół roku). Jak widać na zdjęciach tworzą z nich nie tylko zwierzątka, ale też nawet biżuterię, ozdoby do włosów i dżojstiki do niby - gier :).
Oryginalne kształty niesamowicie pobudzają wyobraźnię dzieci i skłaniają do wymyślania zupełnie nowych budowli, których nie dałoby się stworzyć z "tradycyjnych" klocków. To ogromna zaleta tych klocków! Tutaj nie da się ustawić klocków jeden na drugim i mieć gotowej wieży! Tu trzeba kombinować, próbować łączyć klocki na różne sposoby, by w końcu stworzyć coś, co okazuje się prawdziwym arcydziełem :). 
Klocki są zamknięte w kartonowym pudełku lub plastikowym pojemniku. Świetnie sprawdzi się kupienie nawet 2 zestawów, co da dzieciom większe możliwości tworzenia. Klocki do nabycia TUTAJ: http://wadertoys.eu/ i ... do wygrania w konkursie!

KONKURS!

WYNIKI!

Wszystkie budowle były wspaniałe i strasznie trudno było mi wybrać. Dlatego spośród kilku moich faworytów, którzy wybudowali szczególnie oryginalne budowle, moje dzieci wybrały zwycięzcę...

Klocki wygrywa ... DOMINIKA 
SZULC!

Proszę o adres na maila: szymusiowa@gmail.com

GRATULUJĘ!!!



Wraz z WADEREM przygotowaliśmy dla was konkurs, w którym do zdobycia są właśnie KLOCKI FUNNY!

REGULAMIN:

1. Prześlij na adres: szymusiowa@gmail.com zdjęcie swojego dziecka wraz z najciekawszą budowlą, jaką wykonało. Nie musi być z klocków! Im bardziej oryginalnie, tym lepiej :).
W mailu dopiszcie imię i nazwisko oraz wiek dziecka/dzieci, a także dane osoby zgłaszającej.
W tytule wpiszcie: KONKURS WADER.

2. Jedna rodzina  =  jedno zgłoszenie.

3. Konkurs trwa w dniach 21 - 27.08.2015 włącznie. Wyniki ogłoszę w ciągu 3 dni od zakończenia.

4. Będzie miło, jeśli polubicie Wader - Fabryka Zabawek oraz Wokół Dzieci na facebooku, ale nie jest to warunek konieczny.Można też udostęniać informację o konkursie znajomym.

5. W konkursie wygrywa jedna osoba, której zdjęcie będzie według mnie najciekawsze.

6. Organizatorem konkursu jest blog wokoldzieci.blogspot.com, a sponsorem WADER WOŹNIAK Sp. z.o.o.

7. Facebook nie jest w żaden sposób związany z organizacją niniejszego konkursu.

CZEKAM NA WASZE FOTKI I ŻYCZĘ MIŁEJ ZABAWY!

23:02

Jestem bogata!

Napisała , w
Czasami siadam na trawie i po prostu na nie patrzę. Chłonę ich beztroski śmiech, błyszczący radością wzrok, ich ufność i niewinność.
Słońce ogrzewa mi twarz, a ich widok serce... Mogłabym tak siedzieć i siedzieć mając przed oczami ten obrazek, i nie robić nic innego. No, może jeszcze kolekcjonować te chwile w pamięci...
 A są cenniejsze niż złoto, bo każda z nich niepowtarzalna i niemożliwa do zatrzymania, choć tak często, tak bardzo chciałoby się to zrobić. 
Wiecie, co sobie myślę w takich chwilach? Jestem bogata. Jestem cholerną milionerką. I każda z was nią jest, bo jest mamą!


Macierzyństwo pełne jest trudnych chwil, które chciałoby się przegonić jak najszybciej i wymazać z pamięci - powiecie. I macie rację. Bycie mamą to nie bułka z masłem ani pączek z lukrem. 
Każda z nas ma takie momenty, ba, nawet dni w "karierze matki", które złoszczą, bolą i wyciskają z oczu łzy. Trzecia z rzędu noc bez zmrużenia oka, kolejna angina, rozcięty o kant ławy łuk brwiowy, poczucie osamotnienia, kiedy od miesięcy nie wychodziłaś sama z domu... Znam to. Znam to doskonale. I wiem, że w natłoku tych ciężkich chwil tak łatwo jest przegapić te piękne ...


Mówimy o odzieraniu macierzyństwa z lukru. Odzierajmy. Bądźmy uczciwe wobec siebie i innych. Ale nie bójmy się mówić o tym, co w byciu mamą jest cudowne, a jest tych chwil i rzeczy miliony. Miliony! Ja mam wrażenie, że pisanie o tym, co niesie nam, mamom, radość, dumę i szczęście stało się po prostu niemodne... Ale ja nie mam zwyczaju za modą podążać. Ja mam w zwyczaju podążać za sercem. Dlatego dzisiaj chcę wam powiedzieć: jesteście szczęściarami! Jesteście cholernymi milionerkami! Zupełnie tak samo jak ja!

Którą z tych chwil chciałybyście zatrzymać najbardziej? Moment, kiedy po raz pierwszy pokazano wam tego umazanego, czerwonego i zapłakanego małego człowieczka? A może tę chwilę, kiedy po raz pierwszy się do was uśmiechnął? Pierwszy wierszyk wyrecytowany w przedszkolu czy może tak zwyczajny, codzienny widok wspólnej zabawy brata i siostry? Próbowałyście policzyć te dobre, te cenne chwile? Czy ja naprawdę próbuję siebie i was okłamać twierdząc, że jest ich więcej niż tych złych?... To nie jest lukier. To jest rzeczywistość, którą zbyt często przesłaniają nam zmartwienia, brak czasu i stres. To jest do połowy pełna szklanka, którą może mieć każda z nas.


A więc czasami po prostu siedzę i patrzę, jak się razem bawią, jak się przytulają do siebie, jak się droczą, jak coś tworzą w wielkim skupieniu na dziecięcych buziach, jak wdrapują się na tatę, jak śpią... Umęczona, z nerwami na włosku, często zwyczajnie wkurzona, że znów nie słuchają, że dziesiąty raz zbieram klocki, że się przed chwilą pobiły, patrzę i odszukuję w sercu to uczucie: bycia szczęściarą. 

A kiedy tak się gapimy z Grześkiem we dwoje, łączy nas niemalże telepatia. Zagadani na jakiś ważny temat (bo praca, bo plany, bo dom...) nagle milkniemy równocześnie albo jedno woła drugie: "Ej, chodź zobacz! Zobacz, jak się bawią!" i zerkamy jedno drugiemu przez ramię, i chichramy się po cichu. A potem spojrzenie w oczy i to uczucie: jesteśmy milionerami!

Nie da się zatrzymać żadnej z tych chwil, ale da się ich nie przegapić. Da się pielęgnować w sobie to uczucie bycia bogatym, dzięki  dzieciom i dzięki tym na pozór zwyczajnym, ale niepowtarzalnym chwilom. A to już bardzo wiele.


18:41

Liczymy - książkowo!

Napisała , w
Matematyka często kojarzy nam się z nudą i przewidywalnością. To spojrzenie jest zbyt mocno zakorzenione w naszej świadomości, co często skutkuje tym, że przenosimy je na młodsze pokolenie. I tak rosną nam kilkulatki, które po początkowej fascynacji liczeniem klocków czy autek, potem zaczynają traktować liczby jako coś, co jest w jakimś sensie przymusem - w życiu liczyć trzeba, ale rzadko kiedy czerpiemy z tego jakąś przyjemność. Herve Tullet i Magali Bardos pokazują, że liczenie może być nie tylko przyjemne, ale i pobudzać wyobraźnię i kreatywność! 


"10 razy 10" to kolejny dowód na to, że Herve Tullet wyobraźnię ma niewyczerpaną i potrafi obrazem i niewielką ilością słów (lub ich całkowitym brakiem) stworzyć  niezwykłą historię która zachwyci najmłodszych czytelników. Tym razem zwariowany (w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu! :)) autor koncentruje się na liczeniu, ale jak to u Tulleta bywa robi to w sposób niekonwencjonalny i zaskakujący. 
Książka składa się z 10 rozdziałów, a w każdym z nich najmłodsi znajdą nietuzinkowe ilustracje (np. głowę z trzema nosami albo Adama i Ewę w towarzystwie dinozaura...) i krótkie, hasłowe podpisy. Tullet liczy wszystko: od cyfr, przez palce, kolory, auta aż po dni tygodnia i nogi krocionoga.  A liczenie prowokuje do wytężania wyobraźni i tworzenia własnych historii z księżniczkami, wyścigówkami i trzynosymi głowami w roli głównej. 
To niesamowite, jak niewiele potrzeba, aby stworzyć książkę magiczną, taką, od której dziecko nie będzie chciało się oderwać i która będzie nie tylko bawić, ale i uczyć. Niewiele - w dobrym tego słowa znaczeniu, bo oszczędność w słowach Tulleta jest jego ogromną zaletą, podobnie jak proste, czasem kwadratowe lub nakreślone jakby ręką dziecka ilustracje. Książki Tulleta stanowią dla mnie niemal nową erę literatury dziecięcej. Ja, wychowana na  książkach zadrukowanych do cna, w których szukało się bajecznie kolorowych, misternych obrazków, teraz zachwycam się minimalizmem, prostotą i kreatywnością w książkach takich jak "10 razy 10" właśnie.
U Tulleta to mały czytelnik sam tworzy historię i jest współautorem książki. Dzięki temu za każdym razem, kiedy sięga się po tę książkę (i inne tegoż autora) można ... tworzyć ją na nowo! Książki takie jak "10 razy 10" nie są z gatunku tych odkładanych na półkę po jednym przeczytaniu! One nigdy się nie nudzą! Moje dzieci mogą to potwierdzić :).



"Liczę do 100" autorstwa Magali Bardos to książka pod wieloma względami podobna do "10 razy 10" Tulleta. Tutaj również przekonujemy się (i przekonują się przede wszystkim dzieci), że matematyka może być zabawna i pasjonująca. Ilustracje przeważają tutaj nad tekstem (kolejne podobieństwo), a historia, w której główną rolę odgrywają przesympatyczne niedźwiadki, nie jest opowiedziana od początku do końca - Bardos inspiruje, a mały czytelnik sam ma wymyślić szczegóły tej opowieści. (i to trzecie podobieństwo do książki Tulleta)
A inspirują przede wszystkim liczby, bo najpierw "6 misiów spotkało się w lesie", później "po 21 szczeblach misie wspinają się na przyjęcie", a tam ... rwetes i ucieczka! Jednak to nie koniec, bo już kilka kartek dalej "32 lampiony, 33 wieże, 34 ślady do przodu i 35 śladów do tyłu", czyli ... misie świętują Sylwestra! Ech, co ja wam będę zdradzać szczegóły - musicie to zobaczyć, przeczytać i ... opowiedzieć sobie sami! A najlepiej z dziećmi, bo gwarantuję wam, że "Liczę do 100" to okazja nie tylko do nauki liczenia, ale też do świetnej, wspólnej zabawy!



Z takimi książkami jak "10 razy 10" i "Liczę do 100" nauka liczenia nie tylko zostanie opanowana przez milusińskich książkowo, ale też, a może przede wszystkim rozbudzą one w nich matematyczną ciekawość, fascynację światem liczb i sprawią, że matematyka będzie od początku kojarzyć im się z czymś przyjemnym. To szalenie ważne! Myślę sobie, że gdybym ja jako dziecko trafiła na takie książki, dziś nie miałabym do matematyki takiego afektu (podobnie zresztą jak wielu współczesnych maturzystów)... Oby więcej takich książek! Na naszej półce mają zapewnione bardzo ważne miejsce!


Obie książki kupicie na stronie Wydawnictwa Babaryba: http://babaryba.pl/sklep/index.php

Magali Bardos, "Liczę do 100", Wydawnictwo Babaryba, 2014.
Herve Tullet, "10 razy 10", Wydawnictwo Babaryba, 2014.
10:01

Czas zabraniania

Napisała , w
Dzieciństwo to czas beztroski, poznawania świata, doświadczania, zabawy, podążania za wyobraźnią...  Śmiech, bieganie, dotykanie, smakowanie, zaglądanie tu i tam, skakanie, wspinaczki, gadanie bez ustanku, zadawanie pytań, brudzenie się i włażenie w przysłowiowe mysie dziury. Ten czas się nie powtórzy. Dziecko powinno móc łapać każdą jego chwilę. Czyżby? Często wydaje mi się, że to zaczyna być tylko frazesem i dawno poszło do lamusa. Coraz częściej mam wrażenie, że dzieciństwo to jest czas ... zabraniania.


Nie baw się w błocie, bo się wybrudzisz! Nie skacz, bo zrobisz sobie krzywdę! Nie krzycz, bo tak się nie zachowują grzeczne dzieci! Nie biegaj boso, bo ugryzie cię osa! Nie płacz, bo nie masz powodu! Nie głaszcz kota, bo to zarazki! Nie zagaduj obcej pani, bo tak nie wypada! Nie pędź tak, bo się spocisz! Nie grzeb w piasku, bo nasypie ci się do butów! Nie wysypuj klocków, bo będzie bałagan! Nie  wygłupiaj się! Nie śmiej się tak głośno! Nie wchodź na drzewo! Nie baw się jedzeniem! Nie puszczaj mojej ręki! Nie bierz do buzi truskawki prosto z krzaka! Nie wchodź do wody! Nie dotykaj! Nie odzywaj się! Nie interesuj się tym, bo jesteś za mały! Nie wtrącaj się w sprawy dorosłych! Nie Nie Nie, nie, nie! Słowo, które - moim zdaniem - najczęściej słyszy współczesne dziecko...

Żeby nie było - niektóre z tych zakazów pojawiają się i w moich ustach... Tylko, że ja najczęściej potem sama siebie pukam w głowę, pytając, jaki jest sens mówienia tego nie" akurat w tym momencie i w tej kwestii? Często tego sensu nie ma, a mimo to wypowiadam te słowa jak z automatu. Czasami z rozpędu czy dlatego, że akurat jestem rozdrażniona i dopiero po chwili dociera do mnie, że zwyczajnie przesadzam i się czepiam. A innym razem pod presją, bo ... przecież inni nie pozwalają, bo patrzą na mnie jak na wariatkę, bo według nich jestem złą matką, skoro ja pozwalam... Więc krzyczę: NIE! A później przychodzi refleksja, że przecież niepotrzebnie... Że zabraniam im rzeczy, które tak naprawdę często są esencją dzieciństwa albo powodowane są dziecięca ciekawością i można, a nawet trzeba je po prostu dziecku wytłumaczyć,  albo po prostu nie niosą za sobą żadnej szkody...

Ciągle gdzieś czytam o bezstresowym wychowaniu, że podobno współczesne dzieci w ogromnej większości właśnie tak są wychowywane. Abstrahując już od tego, że pojecie to jest przez większość przeciwników źle interpretowane, pytam: dlaczego w takim razie ja ciągle słyszę to "nie" kierowane do dzieciaków? A może tylko moje uszy to wychwytują, a was otaczają rodzice, którzy rzeczywiście pozwalają dzieciom na wszystko? Cóż, nie sądzę... Zastanówcie się, jak to jest z wami i z rodzicami, których macie dookoła siebie? Czy faktycznie więcej jest takich, którzy pozwalają na przysłowiowe wszystko, czy tych, którzy zbyt często mówią "nie"? Albo może inaczej - niekoniecznie zbyt często - ale nie w tych sytuacjach, w których należy...

Pozwalamy grać w gry komputerowe trzylatkom, ale nie pozwalamy im pobawić się w błocie.
Chcemy, żeby sześciolatki płynnie czytały i znały tabliczkę mnożenia, a nie każemy im  poznawać konsystencji piasku i bawić się wodą.
Nie chcemy, żeby zagadywały do obcych ludzi, bo to wstyd, ale pozwalamy im zakładać konta na portalach społecznościowych.
Kupujemy dzieciom drogie zabawki, a nie pozwalamy biegać boso po łące i wspinać się na drzewa.
Mówimy, że celebrujemy ich dzieciństwo, a swoimi zakazami zdajemy się zmuszać dzieci do zachowywania się jakby były dorosłe...
Taki paradoks.
Coś tu jest nie halo.

Oczywiście nie piszę tu o wszystkich rodzicach, ale z mojej perspektywy nadużywanie "nie" przez rodziców jest coraz częstsze. I - podkreślam - piszę tutaj też o sobie. Jakoś nam się chyba poprzestawiał w tej szalonej współczesności system wartości. Kiedyś dziecko to było dziecko - przychodziło z podwórka brudne, jadło chleb z masłem i cukrem, łapało motyle i żaby, a w sklepie czasem pokazało coś palcem i nie była to żadna tragedia. To było prawo dzieciństwa. Teraz - mam wrażenie - oczekujemy zbyt wiele zarówno od siebie samych jak i od naszych dzieci. Albo może inaczej - oczekujemy nie tego, czego powinniśmy...
Chcemy dobrze, ale pogubiliśmy się w tym chceniu... Zbyt wiele myślimy o tym, co wypada, a za mało o tym, co warto. Za często idziemy ślepo za tłumem, bojąc się pozostać w rodzicielstwie sobą. Za dużo analizujemy, zbyt rzadko pozwalając sobie i dzieciom na spontaniczność. Za bardzo chcemy, żeby było idealnie, nie dostrzegając niepowtarzalności i piękna chwili.

Myślę, że warto się czasem nad tym "nie" zatrzymać i zastanowić tak, jak ja dzisiaj to zrobiłam. Warto przemyśleć sobie, kiedy to "nie" jest rzeczywiście potrzebne dziecku (a potrzebne oczywiście jest i tego nie kwestionuję), a kiedy potrzebne nie jest, a wręcz przynosi mu szkodę i przykrości. Mówmy nie, kiedy dziecko brzydko się odzywa, kiedy chce wybiec na ulicę, kiedy robi drugiemu przykrość, kiedy chce  oglądać nieprzeznaczone dla niego filmy, kiedy wymusza kolejną zabawkę i w wielu innych sytuacjach. Mówmy "nie", bo i to jest jednym z zadań rodziców. Jednak nie nadużywajmy tego słowa zabraniając dzieciom być dziećmi...

Bo dzieciństwo to powinien być czas radości, poznawania, doświadczania, a nie czas zabraniania...

09:09

Pokoloruj świat z Bambino! [+ KONKURS!]

Napisała , w
Dzieciństwo - magiczny czas, w którym trawa jest bardziej zielona, a niebo bardziej niebieskie. Czas, w którym tęcza potrafi przykuć uwagę i zafascynować bardziej niż nowy odcinek ulubionej bajki w telewizji, a motyle jawią się niczym zaczarowane, bajkowe stworzenia.. Czas, w którym wyobraźnia jest nieograniczona a sny realistyczne jak nigdy potem...

Mając kilka lat każdego dnia odkrywa się świat i jego barwy.
Produkty Bambino sprawiają, że dzieciństwo jest jeszcze bardziej kolorowe! Ja doskonale pamiętam kredki Bambino, które wkładałam do swojego małego plecaczka maszerując w granatowym fartuszku do "zerówki". Dzisiaj produkty Bambino towarzyszą moim dzieciom - zarówno w szkole jak i w domu.



Kiedy spytałam was na Facebooku, moi drodzy czytelnicy, jakie kredki kupujecie swoim dzieciom, odpowiedzieliście niemal jednogłośnie: BAMBINO! I ja się do tego głosu przyłączam!

Najpierw sięgamy po grube kredki w drewnianej oprawie i podobne ołówki przeznaczone dla najmłodszych dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z pisaniem i rysowaniem. Grubsze kredki łatwiej trzymać w rączce, a bajeczne kolory kredek Bambino sprawiają, że rysowanie jest naprawdę fascynujące!
Potem "przerzucamy" się na kredki trójkątne, których kształt również ułatwia ich trzymanie w rączce. Są idealne dla przedszkolaków i dzieci w początkowych klasach szkoły podstawowej. 
A przez cały czas towarzyszą nam także krótkie kredki Bambino (te w papierowej owijce), farby plakatowe, pastele i flamastry. 
Miękka kreska, żywe kolory (zloty i srebrny to hity mojej Julki :)) i idealne krycie - to cechy, które wyróżniają produkty Bambino. Za nie uwielbiają je zarówno dzieci jak i rodzice (prawda :)?).

W ofercie znajdują się produkty, które pozwalają wyposażyć dziecko plastycznie od A do Zet: plastelina, farby, bloki, zeszyty, kleje (introligatorski to nasz hit!), nożyczki, gumki do ścierania, ołówki, kolorowy papier, teczki.
My z Bambino przygotowaliśmy wyprawkę dla Julii do II klasy oraz wyposażyliśmy nasze domowe biurko, w którym znajdują się wszelkie przybory niezbędne do wspaniałej, kreatywnej zabawy.

Chcecie dowiedzieć się więcej i lepiej poznać markę Bambino? Zaglądajcie TUTAJ.


St - Majewski stworzył również linię produktów szkolnych opatrzonych logiem UNICEF - są to produkty plastyczne Bambino oraz papiernicze UNIPAP. Kupując je, wspieracie znaną na całym świecie instytucję, która pomaga najbardziej potrzebującym dzieciom. 7% wartości sprzedaży z każdego produktu zostanie przekazane a rzecz UNICEF.

Muszę przyznać, że jest to wspaniała inicjatywa – przybory plastyczne kupuje każdy rodzic i to przecież nie tylko dzieci w wieku szkolnym. Fantastycznie, że dbając o rozwój swoich pociech, możemy także pomóc potrzebującym. Niemniej ważny jest fakt, że możemy dzięki temu uwrażliwiać na krzywdę innych dzieci. St-Majewski zamieścił na produktach z logo UNICEF wiele ciekawych informacji dotyczących działalności fundacji oraz pomocy potrzebującym dzieciom. Warto wspomnieć, że współpraca pomiędzy St -Majewski a UNICEF została zaplanowana na kolejne lata, a w planach tych ważne miejsce zajmuje angażowanie polskich dzieci w pomoc rówieśnikom z najbiedniejszych krajów. Oby więcej takich inicjatyw!

Więcej o całej akcji TUTAJ.


St -Majewski to jednak nie tylko przybory plastyczne, ale także fantastyczne tornistry, plecaki, torby i piórniki. Są t produkty licencyjne, na których widnieją postacie z najbardziej znanych bajek i filmów! Dzieciaki szaleją na ich punkcie ;).

W nasze ręce trafił tornister wraz z piórnikiem na licencji My little Friend raz torba z Violettą. Chyba nie muszę wam mówić, że Julia już jest spakowana i odlicza dni d 1 września... :).


Lato to nie tylko plażowanie i zabawa grabkami i łopatką! 
My mając to szczęście, iż mieszkamy w malowniczej wsi, często pakujemy do plecaka kredki, plastelinę, flamastry i bloki i udajemy się na pobliską łąkę. 
Tam rozkładamy koc i ...kolorujemy świat z Bambino!
 Rysujemy to, co widzimy dookoła, a czasem po prostu to, co podpowiada nam fantazja, kolorujemy obrazki i świetnie się bawimy! Najmłodszy artysta w rodzinie, czyli Szymek z lubością doświadcza miękkości plasteliny, liczy kredki w pudełku, nazywa kolory i kreśli swoje arcydzieła z kresek i kropek :).
Polecamy każdemu takie tworzenie w plenerze, kiedy pogoda dopisuje!




KONKURS!
Razem z St - Majewski przygotowaliśmy dla was fantastyczny konkurs!
 Możecie powalczyć o jeden z trzech świetnych zestawów produktów:

1 ZESTAW ŚNIADANIOWY MAX STEEL SKŁADAJĄCY SIĘ Z BIDONU I ŚNIADANIÓWKI.

1 ZESTAW UPOMINKOWY MY LITTLE PONY



1 ZESTAW EVER AFTER HIGH SKŁADAJĄCY SIĘ Z: TORBY, SEGREGATORA I PLASTELINY.





REGULAMIN:

1. ZADANIE KONKURSOWE: Poproś dziecko, by dowolną techniką plastyczną stworzyło obrazek na jeden z wybranych tematów:

1. Moje najpiękniejsze wspomnienie z wakacji.
2. Moja szkoła / przedszkole.


2. Pracę podpisaną imieniem i wiekiem dziecka raz swoim imieniem i nazwiskiem prześlij mi na adres: szymusiowa@gmail.com dopisując,  który zestaw walczysz!
Każdy zgłaszający (rodzic, opiekun) zgłasza JEDNĄ pracę!

3. Prace będę publikować w galerii na Faceboku, a więc przesyłając ją zgadzasz się na publikację.

4. Organizatorem konkursu jestem ja, czyli blog Świat się kręci wokół dzieci, natomiast sponsorem jest firma St - Majewski. Facebok nie jest w żaden sposób związany z organizacją zabawy.

5. Konkurs trwa w dniach 14.08. - 20.08.2015 włącznie.

6. Wyniki ukażą się 23.08.2015 w niniejszym  wpisie, a laureatów wybiorę osobiście.

7.  Podczas wyboru zwycięzców będę się kierować zarówno kreatywnością i walorami estetycznymi, jak i zwracać uwagę na wiek twórcy i jego wyobraźnię :). Czasem kilka kresek mówi wszystko, także nie martwcie się, że wasze dzieci nie potrafią pięknie rysować - POTRAFIĄ! :)

8. Życzymy wraz ze sponsorem miłej zabawy i czekamy na wasze prace!

BAWCIE SIĘ DOBRZE!

WYNIKI KONKURSU:


Decyzja była bardzo trudna, bo najtrudniej wybierać spośród prac dzieci. Widać, że włożyły w nie całe swoje serducha! Jednak będzie jeszcze wiele okazji, aby zdobyć u mnie coś dla najmłodszych! Zatem - do rzeczy - męska decyzja została podjęta przez Jury, w którego skład wchodziłam ja, ja i ja :P.

Zestaw My Little Pony powędruje do Małgosi Jakubczak (lat 5) za tę pracę:


Zestaw Max Steel otrzymają Ania (lat 5) i Michał (lat 8) Warkowscy za tę pracę:


Zestaw Ever After High powędruje do Ani Baranowskiej (lat 10) za tę oto pracę:


Jako, że nie mogłam się zdecydować przyznałam też nagrodę specjalną dla Kasi Piekut (lat 4,5) - (jest to drobna nagroda ufundowana przeze mnie):


Wszystkich laureatów proszę o adresy na: szymusiowa@gmail.com  w ciągu 7 dni od dnia ogłoszenia wyników (czyli macie czas do 30.08. włącznie).

Wpis oraz konkurs powstały przy współpracy z:

10:24

'Sama dałam sobie pracę' - historia Ani.

Napisała , w
Mamom nie jest łatwo na rynku pracy. Nie oszukujmy się. Nie jest łatwo znaleźć pracę, a co dopiero opiekę nad dziećmi i wszystko razem pogodzić. Wiem coś o tym - od 7 lat "siedzę w domu". Czasami myślę  założeniu własnego biznesu, ale strach przed ryzykiem zwycięża. Moja czytelniczka Ania udowadnia, że warto zaryzykować i dać pracę sobie samej, opowiada dlaczego i jak założyła własny biznes, który pozwala jej pracować będąc jednocześnie z córką w domu. Przeczytajcie i zainspirujcie się!


"Założenie działalności nie było chwilową zachcianką. Tak całkowicie szczerze - zawsze wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie. Miałam 23 lata, kiedy urodziłam Zuzię. Po urodzeniu córki, po roku, szukałam na nowo swojego miejsca na rynku pracy. Nie chciałam być tylko księgową i kadrową. Po prostu, w pewnych momentach, było to dla mnie nudne. Starałam się o dofinansowanie działalności z pewnego projektu. Nie udało się. Nie będę wnikać dlaczego - według każdego który nas szkolił, powinnam dostać bez gadania. Stało się inaczej.

I tak siedziałam w domu, zajmując się córką. Córka non stop łapała infekcje. Diagnoza okazała się dla nas małym szokiem - astma i okropna alergia. Zanim jednak do tego doszliśmy minęło sporo czasu. Do tego wyjazdy męża. No życie z wojskowym nie jest łatwe. Pracy szukałam, ale za nic w świecie nie mogliśmy tego wszystkiego pogodzić. Zwolnienia, bo dziecko non stop chore - no który pracodawca to wytrzyma?

I tak po kilku miesiącach zdecydowałam się na własną działalność. Nie była to łatwa decyzja, ale czułam, że to się musi udać! Bałam się, boję się nadal, ale myślę, że to naturalne. Działalność działa. Zdecydowałam się na trudną branżę, chyba najtrudniejszą w kwestii przebicia: odzież. Jednak to nie jest jedyna rzecz jaką się zajmuję. Księgowość i kadry ciągle towarzyszą mi w życiu zawodowym. Pomagam ludziom wyjść na prostą w sferze księgowej. To bardzo przyjemne, gdy dzwoni klient i mówi - Pani Aniu, po raz kolejny mnie Pani uratowała. Dziękuje.
Biorę udział też w projektach. Najczęściej jest to sfera wypieków ( po cichu powiem, że marzę o własnej cukierni :) )

Samo założenie działalności to banalna sprawa. Wypełnienie wniosku, udanie się do Urzędu Miasta, zarejestrowanie działalności. Potem tylko zgłoszenie do ZUS.
Moja działalność powstała całkowicie w oparciu o własne zaoszczędzone środki. Są jednak instytucje, które dają tzw. dofinansowanie. Informacje o takich dofinansowaniach i jakie warunki trzeba spełnić można znaleźć w miejscowych urzędach pracy, czy też na stronie :https://www.funduszeeuropejskie.gov.pl/ Każdy projekt to inne wymagania. Niektóre projekty dotyczą konkretnych specjalizacji, w których kluczowym jest posiadane doświadczenie. Inne projekty są specjalnie tworzone dla pewnych grup : kobiety, rolnicy, osoby po 40 r.ż. Jest tego mnóstwo.

Własna działalność, to tak naprawdę praca kilkanaście godzin dziennie. Nie da się odbębnić 8h i koniec. Ale to, ile to daje satysfakcji... coś pięknego! To też mnóstwo nerwów. Walka o dobry towar, sprawdzanie wszystkiego od a do z. Naprawdę pochłania to mnóstwo czasu.

Czy ciężko być mamą i prowadzić biznes? Czasami tak. Zwłaszcza w sytuacjach, gdy rozmawia się przez telefon z klientem - a dziecko koniecznie musi coś powiedzieć :) Czasami po prostu zmęczenie bierze górę i najzwyczajniej w świecie chce się odpocząć. Nie zawsze się da ;)
Ważna jest organizacja, ale lubi się burzyć. Czasami podczas rozmowy z kontrahentem gotuję obiad - da się? Da! :) Ale niełatwe to jest. Jednak jest to też jakiś plus własnego biznesu prowadzonego z czterech ścian.

Minęły 3 miesiące odkąd prowadzę działalność. Moja córka to mała pomocnica. Pomaga wszystko pakować, przybija pieczątki... :) Jesteśmy całkowicie zorganizowane :) Zuzia od września idzie do zerówki, a ja zamierzam zaangażować się w pozostałe części działalności.

Co bym powiedziała dziewczynom, które myślą o własnej działalności? Do dzieła! Jeśli tylko macie w sobie upór, czasem i ośli, jesteście zorganizowane - walczcie! Dla siebie samych!"

Ania prowadzi internetowy sklep z odzieżą typu outlet misool.pl.


Ani dziękuję, że zechciała podzielić się kawałkiem swojego życia, a was zapraszam do komentowania: czy same myślicie o założeniu własnego biznesu? Myślicie, że to dobre rozwiązanie dla matek? Czego najbardziej się obawiacie? Może chciałybyście  coś spytać Anię? Zapraszam - miejsce na komentarze jest dla was!

Czekam też na Wasze historie - jeśli jest coś,  czym chcecie opowiedzieć innym - czy to historia miłosna, czy doświadczenia związane z macierzyństwem, walką o zdrowie, poszukiwaniem pracy, hobby - napiszcie d mnie maila: szymusiowa@gmail.com. W cyklu "Dzień z czytelniczką" piszę o was, dla was!



21:26

Jest Xplore Team? Nie ma nudy!

Napisała , w
Są tak małe, że z łatwością zmieszczą się do kieszeni czy plecaczka, a jednocześnie tak ciekawe, że zajmą nawet najbardziej wymagającego małego odkrywcę na długi czas! Idealne na długie podróże, deszczowe popołudnia i dni zbyt upalne, by wyjść z domu, lecz także jako "dodatek" do spacerów po lasach i łąkach! Kolorowe, kryjące w sobie całe mnóstwo ciekawostek i zagadek. Naszymi sercami już zawładnęły!  czym mowa? O serii książeczek i gier dla dzieci Xplore Team! Poznajcie je i wy!



Seria Xplore Team to "Quizy edukacyjne", "Fantastyczne gry logiczne" oraz "Survival". Poziom gier i zabaw dostosowany jest do dzieci od lat 6 do 10, nie licząc "Survivalu", który zawiera w sobie wiadomości przydatne nie tylko dzieciom w każdym wieku, ale i dorosłym. Powiem wam szczerze, że ja sama mimo 28 lat na karku dowiedziałam się z tej książeczki nowych rzeczy!


"Survival" podpowie wam, jak udzielić pierwszej pomocy w przypadku ukąszenia żmii czy zranienia, jak usunąć kleszcza i wyjąć obce ciało z oka. Ta niewielka książeczka pomoże wam też poznać najpopularniejsze gatunki ptaków, nauczyć się rozróżniać tropy zwierząt i robić sałatkę z przydrożnych roślin. Znajdziecie tutaj też instruktaż robienia szałasu, wiązania węzłów i podpowiedzi, jak się ogrzać w czasie zimy a ochłodzić podczas upału w lesie. 
To jednak jeszcze nie wszystko! 
Czego jeszcze dowiecie się z "Survivalu"? 
To już musicie sprawdzić sami!

Julka kilka razy dziennie otwiera to małe pudełeczko i zagłębia się w tajemnice przyrody idąc tropem przygody... :) "Mama, a wiedziałaś, że jak się owiniesz gazetą, będzie ci cieplej?", "Mama, a wiedziałaś, że kupa jelenia wygląda tak (i tu wskazuje na obrazek)?", "Mama, a zobacz, jak łatwo zbudować szałas!" - takie hasła słyszę, kiedy Julka zagłębia się w tajemnice "Survivalu". I jak już przyznałam - nie wszystko wiedziałam, ale dzięki Xplore Team już wiem :).

"Survival" zaspokaja ciekawość świata i jednocześnie jeszcze bardziej ją rozbudza, uczy dobrego kontaktu z naturą, odpowiedzialności i radzenia sobie w trudnych sytuacjach, a jednocześnie jest świetnym pretekstem do ciekawych zabaw na świeżym powietrzu.



Drugie pudełeczko oznaczone Xplore Team, jakie zawitało w naszym domu, kryje w sobie "Fantastyczne gry logiczne" dla 6-7 latków. 

To 120 stron fantastycznej zabawy, główkowania i rozwiązywania zadań i zagadek. Iluzje optyczne, rebusy, labirynty, szukanie różnic - to tylko niektóre atrakcje, jakie kryje w sobie ta nieduża książeczka. Które dziecko tego nie lubi? Moja Julia wręcz uwielbia, a dzięki poręcznemu formatowi zamkniętego w małym pudełeczku, może mieć taką umysłową gimnastykę zawsze przy sobie.

"Fantastyczne gry logiczne" to idealny towarzysz podróży i długich kolejek, ale równie dobrze sprawdza się w domu. Moja siedmiolatka pakuje to pudełeczko do swojej torebki wybierając się gdziekolwiek: czy to ze mną na zakupy, czy do babci i dziadka czy po prostu na podwórko.



Kartonowe strony łączone śrubą, nieduży, wygodny format, poręczne pudełeczka i mnóstwo, mnóstwo dobrej zabawy połączonej ze zdobywaniem wiedzy sprawiają, że książeczki i gry Xplore Team doskonale sprawdzą się w każdej sytuacji i zdobędą uznanie każdego dziecka (i rodzica)!








Wpadajcie na profil facebookowy Xplore Team!

Post Top Ad

Instagram