Post Top Ad

Mama (podobno) nie potrzebuje przyjaciółki.

Mam dwójkę kochanych dzieci. Mam męża, z którym mogę pogadać na każdy temat. Mam kochaną, wspierającą mamę. Mam dalszą i bliższą rodzinę. Mam wielu znajomych, z którymi widzę się raz do roku i jeszcze więcej tych wirtualnych. Ale nie mam przyjaciółki. Nie mam takiej bratniej duszy, do której mogłabym zadzwonić w środku nocy (albo ona do mnie) i gadać do rana, z którą nawzajem pilnowałybyśmy sobie dzieci, a jak już posną robiły sobie babski wieczór w towarzystwie Bridget Jones i owocowego piwka i z którą obgadywałybyśmy naszych mężów. No nie mam. I chociaż niektórym wydaje się, że mama nie potrzebuje przyjaciółki, i chociaż sama to przed sobą udaję, że jej nie potrzebuję,  to jednak przychodzą takie dni, że o niej myślę... i bardzo mi jej brakuje...


Będąc nastolatką tak samo jak o wielkiej miłości, marzyłam o wielkiej przyjaźni. Najlepiej takiej, jaka przydarzyła się Ani Shirley: pełnej emocji, szeptanych sobie do ucha sekretów, zrywania polnych kwiatów i plecenia sobie nawzajem wianków, nawet farbowania włosów na zielono! I po pierwszych latach podstawówki, kiedy to byłam raczej dosyć samotna, taka przyjaźń się w moim życiu pojawiła. I rzeczywiście była prawie jak z "Ani z Zielonego Wzgórza": wspólnie dbałyśmy o stary, poniemiecki cmentarz, zrywałyśmy się ze szkoły, by jechać nad jezioro i razem chodziłyśmy kilka kilometrów pieszo na pierwsze, nocne dyskoteki. Aż do liceum, kiedy nasze drogi się rozeszły. Potem zeszły się z powrotem, ale już nigdy tak, by można było nazwać naszą relację przyjaźnią. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy, nie wspominając już o spotkaniu. Potem było liceum i jeszcze krótszy epizod. Jak masz 16 lat, to zbyt łatwo używasz słowa przyjaźń. Ale wtedy rzeczywiście wydawało mi się, że znalazłam "duchową siostrę". Wspomnienia pozostały, ale z tamtej relacji nie pozostało nic. Może tylko trochę żalu gdzieś na dnie serca, bo skończyła się zbyt nagle - nie potrafiłyśmy sobie pewnych rzeczy wybaczyć, byłyśmy chyba zbyt różne... I oczywiście nie uważam, by wina leżała tylko po jednej stronie. A może nie leży po żadnej? ... Może ta prawdziwa przyjaźń zawsze znajdzie sposób, by przetrwać? A jeśli nie przetrwała, znaczy, że prawdziwa nie była?...

Od skończenia liceum słowa "przyjaciółka" już nie używam. Zaraz po maturze zostałam żoną, a dwa lata później mamą. Nadal miałam wielu znajomych i rodzinę. Czasem zatęskniłam za takimi typowo babskimi pogaduszkami, jakimś wyjściem na zakupy z przyjaciółką, a nie z mężem i dzieckiem, za możliwością zwierzenia się z tak głupich myśli, których nie sposób było opowiedzieć nikomu innemu. Ale jakoś to mijało, a zresztą często słyszałam: "Jesteś matką i żoną - nie potrzebujesz przyjaciółki!". I sama zaczęłam w to wierzyć. Tak samo jak w to, że matce nie wypada czuć się samotną... 
A potem po 2 i pół roku wynajmowania mieszkania, przeprowadziliśmy się z powrotem do rodzinnej wsi. Nie pracuję i tak sobie mieszkam daleko od szosy od ponad sześciu lat. Mam wokół siebie rodzinę. Wychowuję dzieci i jestem z nimi praktycznie 24 godziny na dobę. Kocham je i kocham mojego męża. Od ponad roku niestety widzimy się z Grzegorzem tylko co dwa tygodnie. Może dlatego zaczęłam częściej myśleć, że brakuje mi takiej przyjaciółki od serca? Może to przez te samotne wieczory, kiedy mogę pogadać wyłącznie ze sobą samą, a przytuliłabym się czasem nawet do jeża?... 
Jeszcze niedawno jak ta głupia próbowałam pisać SMS-y do dawnych znajomych. W akcie desperacji zagadywać do nich na Facebooku. Najczęściej nie odpisują albo mnie zbywają. Nasze światy już są zupełnie inne. Albo nie mają jeszcze dzieci, albo robią właśnie karierę, albo od lat siedzą za granicą. O czym więc mają gadać z pełnoetatową matką, której największym życiowym sukcesem są (i cholera, będą, nawet jeśli jeszcze zdążę odkryć nową planetę albo uzyskać doktorat!) dzieci?! Nie mam do nich  żalu. Może raczej mam żal do siebie, że tak niewiele robię, by ten głód przyjaźni zaspokoić, że jestem nieufna, że dopatruję się w ludziach złych intencji, że najbezpieczniej czuję się w tych czterech ścianach, choć czasem, jak już dzieci posną, czuję się też w nich zwyczajnie samotna. I że wstydzę się do tego przyznać. Bo matce nie wypada. I żonie też, skoro twierdzi, że mimo rozłąki mąż ją kocha, a ona jego.
A przecież samotność to tak cholernie ludzkie uczucie. I możesz ją poczuć mając dookoła siebie mnóstwo ludzi.  Bo przychodzi taki moment, że akurat teraz, już, w tej chwili musisz się do kogoś przytulić i przepłakać albo prześmiać wszystko to, co nie daje ci zasnąć. Jaka to musi być radość, po prostu spojrzeć na telefon i wybrać numer, wiedząc, że ona zaraz u ciebie będzie. I taka sama, mogąc pojechać do niej w podobnej sytuacji.  Albo wcale nie czujesz się samotna, ale zwyczajnie  zmęczona i chcesz oderwać się od codziennych trosk, od wycierania nosków  i zmywania naczyń. Umalować usta czerwoną szminką, wyjść z przyjaciółką do kawiarni i wcale, a wcale nie gadać o dzieciach. Tylko o tej szmince i o kawie, czy dobra. No może jeszcze o facetach (waszych, rzecz jasna, żeby nie było). Albo zastanawiasz się, co dalej zrobić ze swoim życiem, a ona już przeżyła pierwszą pracę i jej pogodzenie z wychowaniem dzieci albo może jest na tym samym etapie, co ty.  Albo to ona się zastanawia, a ty możesz jej pomóc. I serce ci rośnie od tej pomocy. Jak miło musi być przedyskutować tę ważna decyzję nie raz, nie dwa, ale sto i żadna z was nie powie drugiej, żeby się wreszcie zamknęła. Są takie sprawy, których się nie da z dziećmi ani z mama, ani nawet z mężem. Czasami jednak trzeba ze ścianą. Jak w moim przypadku.

Do niedawna pocieszałam się, ze ta cała przyjaźń to chyba jakiś wymysł - coś jak UFO albo przeżytek jak dinozaury. Jednak głębokie obserwacje w realu i  rozmowa na Facebooku O TUTAJ  i TUTAJ przekonały mnie, że jednak byłam w błędzie. Są tacy, którzy ją mają. I w dodatku są to matki! I sama nie wiem, czy ten fakt powinien mnie pocieszyć, czy raczej bardziej jeszcze zdołować... Tak sobie właśnie czasami rozkminiam. Ja mama, która podobno nie potrzebuje przyjaciółki...

2 komentarze:

  1. wolnemiejsce.blog.pl23 lipca 2015 04:42

    Każdy potrzebuje, Ja mam dwie taki dobytek, ale każda mieszka daleko więc widzimy się z mezami i narzeczonym razem ale sms pozwala się wygadać i otrzymać pomoc ☺😊zawsze. Życzę ci abyś znalazła te przyjaźń nigdy nie jest za późno Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Sylwia Maciaś23 lipca 2015 20:33

    Ja też nie mam ale lepiej nie mieć żadnej niż być zawiedzionym jesli jednak po czasie się okaże że nie była PRAWDZIWĄ PRZYJACIOŁKĄ. Mam wiele koleżanek, dobrych znajomych, rodzinę..... narazie wystarcza ;-)

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram