Post Top Ad

Kiedy dziecko znajdzie się na dnie...

Kilka dni temu wylądowałam z Szymkiem na SOR-ze. To, co tam zobaczyłam przyprawiło mnie o dreszcze. Jeszcze po powrocie do domu i położeniu się do łóżka miałam ten przerażający obraz przed oczami... a w uszach nadal rozbrzmiewają mi słowa lekarza: "On w listopadzie skończy 15 lat. Szok! Pewnie nie dożyje pełnoletności...!". A to przecież jeden z tysięcy takich - dopiero co trzymał mamę za rękę przekraczając po raz pierwszy próg przedszkola, a już dotknął dna, na którym już tylko narkotyki, dopalacze i alkohol, bójki i krew, krzyk i śmierć... Gdzie się podziało jego dzieciństwo?!


Jesteśmy już na izbie. Czekam z Szymkiem na lekarza. Właściwie już wiem, że wszystko jest w porządku. Szymek spanikował, ja razem z nim, a dyspozytorka kazała nam pojechać i sprawdzić, czy wszystko jest dobrze. Na szczęście było, ale to nie będzie wpis o tym, dlaczego pojechaliśmy na SOR... A więc siedzimy na zielonym krzesełku, naprzeciwko biurka pielęgniarek, tuż przy drzwiach wejściowych. Czekamy. Nagle za drzwiami robi się rwetes, docierają do nas coraz głośniejsze krzyki, jakiś szum, pielęgniarki wstają z miejsc, robi się ruch. Do pomieszczenia innymi drzwiami wkracza policjant, a drzwi wejściowe, tuż obok naszego krzesła, otwierają się z hukiem. Do środka wpada  jeszcze dwóch policjantów prowadzących przed sobą... chłopca. Dopiero później dostrzegłam, że nim był, W pierwszej chwili widziałam tylko dzikie zwierzę: zakrwawione, plujące jadem i wyrywające się. "Je$#@*ne psy! Jak wyjdę z pierdla to was za&*#@bię! Ku%@#wy! Pozabijam was!". Z bełkotu wyłaniały się takie słowa. Do tego przerażający chichot na przemian z wyciem.

Policjant kazał nam się odsunąć. Jakaś pielęgniarka zaprowadziła nas za parawan, żebyśmy nie musieli tego oglądać. Nie słyszeć się nie dało. Po chwili go wyprowadzili, a pielęgniarki wezwały lekarza. Trzeba było zeszyć rudzielcowi rękę. "A taki był fajny, mały rudzielec" - powiedziała niemal z czułością spisująca dane z jego szkolnej legitymacji pielęgniarka.... Rzeczywiście bladą twarz "zdobiły" rude loki. Równie blade, chude ręce wykręcone były do tyłu. A mimo to policjanci nie mogli go utrzymać. "Jesteś po dopalaczach? Piłeś alkohol?" - próbowali się dowiedzieć. W odpowiedzi słyszeli tylko: "J&@#%ne psy! Ku&@#wy!". Po chwili go wyprowadzili. Przyszedł lekarz. Zabrali go chyba do jakiegoś innego pomieszczenia. Jednak zanim zdążyłam ochłonąć, przyprowadzili go raz jeszcze. Wtedy na zielonym krzesełku siedziała jeszcze starsza pani. Miała tak samo przerażone spojrzenie jak ja, kiedy "rusy" wszedł ponownie na izbę. Taka sama wiązanka jak wcześniej. Przerażający śmiech Jokera. Żadnej logicznej reakcji, żadnego kontaktu z otoczeniem. Jakby był w jakimś sennym koszmarze, w jakimś swoim własnym horrorze... Na szczęście potem zabrali go już na dobre. Podobno jest znany na komendzie, w szpitalu psychiatrycznym też... To nie był jego "pierwszy raz". 

Lekarz wypisywał dokumenty dotyczące udzielonej pomocy. "On w listopadzie skończy dopiero 15 lat. Szok. " - powiedział i pokręcił głową. - "Pewnie nie dożyje pełnoletności...". I w tych słowach nie było potępienia - raczej niedowierzanie i bezradność... A ja przytuliłam mocniej mojego trzyletniego synka. Pocałowałam go w główkę wypełnioną beztroską i niewinnością. Mój mały synek, który tuli się do mnie co wieczór i po dziesięć razy dziennie mówi, że mnie kocha. Ten upragniony maluszek, którego głaskaliśmy z Grześkiem już przez mój okrągły jak piłka brzuszek. Robiący pierwsze kroki berbeć, który z odwagą małego wariata puszczał oparcie fotela i na chwiejących się nóżkach niemal biegł w ramiona taty - byle ruszyć, byle szybko, byle w te kochające go objęcia. Te roześmiane oczka podczas zabawy z tatą w samolot, to pełne pasji i koncentracji ustawianie traktorków w równym rządku i te ciepłe rączki oplatające szyje rodziców. Czy to możliwe, że to wszystko za 10 -12 lat  może zastąpić agresja, przemoc, podopalaczowe halucynacje, bijatyki, leżenie na ławkach w parku we własnych wymiocinach, k%#@rwy rzucane w stronę rodziny, nauczycieli, policjantów?! Przecież to dziecko widziane przeze mnie w szpitalu musiało urodzić się tak samo ufne i niewinne, tak samo pragnące miłości i chcące nią obdarzać, tak samo dobre jak mój synek!...

Nie wiem, jaka jest historia tego chłopca. Nie znam jego rodziców, jego domu i środowiska. Może od początku wychowywał się w towarzystwie alkoholu, narkotyków i agresji? Nie muszę jednak tego wszystkiego wiedzieć, by mieć świadomość, że to ktoś dorosły gdzieś popełnił błąd... A może raczej wielu dorosłych popełniło wiele błędów... Gdzieś kiedyś przeczytałam, że dzieci sięgają po alkohol i narkotyki, wpadają w złe towarzystwo i szukają "mocnych" wrażeń z braku miłości. Ale czy to nie jest krzywdzące stwierdzenie? Pewnie niejednokrotnie tak się dzieje, ale chyba znacznie częściej to nie brak miłości, a brak umiejętności jej okazywania przez rodziców, brak czasu, brak konsekwencji, brak wsparcia otoczenia, brak wiedzy... Bądźmy uczciwi: nie zawsze nastolatkowie tacy, jak spotkany przeze mnie na SOR-ze pochodzą z patologicznych rodzin! Często są to młodzi ludzie z tzw. "dobrych domów" albo ze zwyczajnych rodzin. Często ich rodzice szukają w sobie winy i nie potrafią jej znaleźć albo znajdują za późno... Bo nikt nas nie nauczy bycia rodzicem! Możemy uczyć się tego wyłącznie na własnych błędach... Przerażające jest to, że niektóre z nich są tragiczne w skutkach... Jak więc ich uniknąć?!

Jedno jest pewne: kochać dziecko to za mało. Trzeba jeszcze umieć tę miłość okazać tak, aby dziecko czuło się bezpieczne, potrzebne, szanowane, ale też aby samo szanowało siebie i innych. Trzeba budować zaufanie, ale też widzieć granicę pomiędzy nim a zupełną swobodą. Dawać wolność, ale też wpajać wartości i umieć egzekwować zasady. Czy może być coś trudniejszego? Na to nie ma matematycznego wzoru ani prawa jak w fizyce i żadna książka nas tego nie nauczy (może jedynie dać wskazówki). Stając się rodzicami musimy sami się tego nauczyć. Ale przecież mamy prawo nie wiedzieć, nie potrafić, popełnić błąd! Tylko wtedy powinniśmy umieć poprosić o pomoc i wiedzieć, gdzie jej szukać, a to - tak uważam - wciąż jest nasz ogromny problem!
W mediach i w poradnikach ciągle mówi się o pielęgnacji niemowlaka czy o przygotowaniu dziecka do przedszkola. W rozmowach ze znajomymi poruszamy temat problemów w nauce czy tego, że dziecko nie chce jeść. Ale nie umiemy rozmawiać ze sobą o tym, jak okazywać dzieciom miłość, jak budować dobre relacje, jak uczyć szacunku i odpowiedzialności. Boimy się takich tematów, a przecież to one w życiu rodziców i dzieci są właśnie najważniejsze! Sami przed sobą boimy się przyznać, że mamy rodzicielskie wątpliwości albo problemy z dzieckiem...
Słuchamy "newsów" o dzieciach na dopalaczach, pijanych w sztok, uzależnionych od narkotyków, o tym, jak nastolatkowie potrafią się nawzajem zadręczać, o ucieczkach z domu, samobójstwach i wydaje nam się, że nas to nie dotyczy. Tak jak mi się wydawało do czwartku, kiedy brutalna rzeczywistość zobaczyłam na własne oczy. To nic, że mam małe dzieci. To, co robimy wraz z Grzegorzem dziś w kwestii ich wychowania ma wpływ na to, jacy będą za lat kilka czy kilkanaście, a na to co nastąpi za jakiś czas musimy być przygotowani...  I nie bać się prosić o pomoc, jeżeli taka będzie nam potrzebna.

Czy ten chłopak rzeczywiście nie dożyje pełnoletności? Czy pewnego dnia zamiast na SOR z zakrwawioną ręką, trafi do... czarnego worka po przedawkowaniu albo śmiertelnej w skutkach bójce? Czy do jego rodziców zamiast z kwitem z pogotowia, policjanci pojadą z informacją, że muszą jechać zidentyfikować zwłoki? I czy będą umieli kiedykolwiek sobie wybaczyć, że ich mały , uśmiechnięty chłopczyk z burzą rudych loków tak skończył? A nawet jeśli wkroczy w dorosłość - jak będzie wyglądało jego dalsze życie, skoro w wieku 14 lat sięgnął dna?... Te pytania nie dają mi spokoju...

Tyle się mówi o dopalaczach, alkoholu, narkotykach wśród dzieci, ale to nie ich dostępność jest głównym problemem! Problemem jest odpowiedź na pytanie: dlaczego one po to cholerstwo sięgają?! Problemem jest zbyt mała świadomość rodziców i zbyt małe wsparcie dla nich. Problemem jest myślenie, że nas to nie dotyczy. Problemem jest strach przed tym, co ludzie powiedzą. Problemem jest bierność i rezygnacja. Problemem jest zbyt mało informacji na temat zagrożeń, jakie czyhają na nas i nasze dzieci. Problemem jest brak czasu. Problemem jest zbyt mała liczba instytucji i ludzi, u których rodzice mogą szukać pomocy i wciąż zbyt małe nagłośnienie tych, które istnieją...
Powiecie: "Dziecko wpadło w złe towarzystwo - to nie wina rodziców."  A mnie się wydaje, że to dziecko z jakiegoś powodu sobie to złe towarzystwo znalazło... Musiało mu czegoś brakować: może rozmowy, może zainteresowania? Oczywiście, że to nie rodzic wprowadza dziecko w świat używek i żaden rodzic nie chce, by jego dziecko ten okrutny świat poznało. Jednak rzeczywistość, w której przychodzi dorastać naszym dzieciom jest brutalna:  negatywne wzorce wszędzie dookoła, wieczna gonitwa, brak autorytetów, poczucie beznadziejności, szukanie wrażeń czy rozwiązania nastoletnich problemów - to są powody, dla których coraz więcej dzieci sięga po to gówno. A to, że jest łatwo dostępne oczywiście  jeszcze pogarsza sprawę... Jednak nie możemy zrzucać winy na osławione "złe towarzystwo" i jako rodzice czuć się totalnie bez winy! A nawet jeśli rzeczywiście nie mamy sobie nic do zarzucenia (w co jednak jako rodzic nie wierzę) to i tak my, a nie kto inny musimy pierwsi dostrzec problem i pierwsi wyciągnąć do dziecka rękę...

Myślę sobie, że dla tego chłopaka nadal jest szansa i ...wolę wierzyć, że ją dostanie. Być może jego rodzice nie chcą albo nie potrafią mu pomóc. Być może sami mają problem z uzależnieniem i przemocą. Ale to nie znaczy, że on jest sam. Dookoła jest przecież pełno dorosłych! Niestety większość z nich woli odwracać wzrok od takich dzieci... A kto inny, jeśli nie dorośli ma mu pomóc?... Mam nadzieję, że znajdzie na swojej drodze osoby, które wyciągną do niego rękę i pomogą mu podnieść się z dna...

Róbmy wszystko, byśmy nigdy nie musieli wyrywać naszych dzieci z piekła narkotyków, alkoholu i agresji, ale jeśli będzie trzeba, walczmy do samego końca! I nie wstydźmy się szukać pomocy wszędzie, gdzie jest to możliwe!

Grafika: pixabay.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram