Post Top Ad

Jak naprawdę wygląda życie rodziny dotkniętej emigracją zarobkową?

Stało się. Podjęliśmy decyzję o wyjeździe Grześka do pracy za granicę. To była chyba najtrudniejsza decyzja w naszym życiu. Nie mamy pewności, czy była słuszna, ale czyż można ją mieć tu i teraz co do jakiejkolwiek decyzji? Czas pokaże... Mamy nadzieję, że pozwoli nam spełnić nasze wspólne marzenie. Póki co minął rok rozłąki i oprócz tego, że pokazał nam, iż wyobrażenia a rzeczywistość często są od siebie dosyć odległe, to dał nam wiedzę i emocje, których wcale się nie spodziewaliśmy... Dziś wam powiem, co wyjazd Grzegorza i rozłąka dał mi i zdradzę, czy rzeczywiście jest to to czego można się spodziewać...


Ile ludzi, tyle zdań o wyjeździe jednego z partnerów. I polemizować ani nikogo przekonywać nie ma sensu. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że jeszcze półtora roku temu sama byłam na kategoryczne NIE, więc doskonale rozumiem, jeżeli ktoś ma takie zdanie. Naprawdę! Człowiek ma jednak to do siebie, że zdanie czasem zmienia. 
Tak się stało w moim, w naszym przypadku. Życie wymaga czasem podejmowania takich decyzji, których podjęcia sobie nie wyobrażaliśmy. Niektórzy pewnie rozumieją, inni nie, ale jedno jest pewne - nigdy do końca nie zrozumiemy kogoś patrząc na jego życie z boku. Z tej perspektywy wszystko wygląda dużo prościej niż jest w rzeczywistości. Ale stało się. Decyzja, wyjazd, rozłąka. Maj 2014. Niedawno minął rok. Chcecie wiedzieć, czego się przez ten czas dowiedziałam i jak naprawdę wygląda życie rodziny dotkniętej emigracją?

Dowiedziałam się, że praca za granicą różni się od naszych wyobrażeń. Od waszych też. Przynajmniej w Niemczech trudno stać się obrzydliwie bogatym. A już na pewno pracując przez pośrednika. Co nie znaczy oczywiście, że nie zarabia się więcej niż w Polsce. Ale utrzymanie się na dwa domy też nie jest sprawą prostą. Tym bardziej, że jedzie się w jakimś celu - nie po to, żeby mieć kasę na buty Nike i wczasy w Tunezji. Większość emigrantów zarobkowych, szczególnie, jeśli są to ojcowie rodzin, chce jak najszybciej odłożyć pieniądze albo po prostu pospłacać długi. I wrócić do domu. Zdradzać zawartości portfela nie będę, jednak chcę, żebyście wiedzieli, że naprawdę nie każdy, kto pracuje za granicą tapetuje sobie kasą mieszkanie. A często panuje takie przekonanie... Nie wspomnę już o tym, że tam naprawdę trzeba zap&*$#@lać...

Dziś mogę powiedzieć, że do rozłąki można się przyzwyczaić, ale do tęsknoty już niekoniecznie. Dosyć często słyszę: "Minął rok, to już się pewnie przyzwyczaiłaś, co?". Przyzwyczaiłam się do tego, że obowiązki domowe są tylko na mojej głowie, do tego, że musiałam przejąć też częściowo te męskie, do tego, że jesteśmy sami z dzieciakami w ciągu dnia, ale nie do tego, że tęsknię. To, że nie chodzę całe dnie zapłakana, nie znaczy, że mi go cholernie nie brakuje.. Ludzie są różni. Nie każdy potrafi i chce pokazywać wszystkim dookoła, co czuje. Tęsknota boli ciągle tak samo, a może nawet coraz bardziej...

Wiem już, na kogo mogę liczyć, a na kogo nie. Nie będę robić z siebie Superwoman - nie raz w ciągu tego roku potrzebowałam pomocy. I choć chciałabym ze wszystkim radzić sobie sama, nie zawsze jest to możliwe. Teraz wiem, że są ludzie, którzy naprawdę mnie wspierają, ale są i tacy, na których liczyć nie mogę choć wcześniej sądziłam, że jest inaczej... To taka dziwna sytuacja, bo chociaż poprawia się sytuacja finansowa, to jesteś w biedzie w innym znaczeniu tego słowa... Potrzebujesz rozmowy, obecności, czasem po prostu kogoś do dzieci. Powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie jest nie do końca słuszne. Poznaje się ich też w takiej sytuacji jak ta. Są tacy, którzy przestają się zupełnie odzywać... Poznaję nie tylko smak tęsknoty, ale i zawiści.

Nie mam już złudzeń, że każdy, kto wyjeżdża za granicę jest po prostu wyrachowany albo nie umie sobie poradzić w kraju. Tak, kiedyś też myślałam tak, jak niektórzy z was. Dziś już wiem, że to jest cholernie krzywdzące myślenie. Cholernie krótkowzroczne i niesprawiedliwe. Słucham opowieści o tym, jak K. ledwie stoi przy taśmie, bo jest schorowany i po 40. , ale pracuje, bo w Polsce komornik chciał mu zabrać dom, na utrzymaniu ma maleńkie dziecko i żonę, a do pracy jest za stary. O tym, że B. w swoim zawodzie mógł zarobić jedynie najniższą krajową, a za samo mieszkanie w mieście musiał płacić tysiąc złotych, a dzieci poważnie chore i żona nie może iść do pracy. O tym jak P. został w Polsce zwolniony bez jednego słowa wyjaśnienia z hipoteką na karku. O tym, jak ktoś zwyczajnie chce spełnić marzenie, na którego spełnienie Polska mu nie pozwala. To doskonale wiem, że ci wyrachowani to tylko maleńki odsetek. Wyjazd za granicę to często jest dramat, a zawsze nadzieja na lepsze jutro. Czy to jest coś złego? Sami sobie odpowiedzcie...

Wiem, że dzieciom widującym tatę raz na dwa tygodnie jest bardzo trudno i staram się je wspierać najlepiej jak umiem. Na szczęście dzisiejszy świat daje nam takie cuda jak skype, Facebook czy telefon, które naprawdę bardzo pomagają przetrwać ten czas rozłąki. Bez przerwy słyszę, że powinniśmy pojechać razem. Cóż, oprócz tego, że życie tam za te pieniądze nie byłoby w niczym lepsze od tego, co mieliśmy przed wyjazdem, to nie dla każdego opcja wspólnego wyjazdu jest lepsza niż rozłąka. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać. Chcę wam tylko uświadomić, że wspólny wyjazd nie jest sprawą tak oczywistą, jak wam się wydaje i naprawdę nie zawsze ma sens. Dla mnie i dla Grzegorza wyrwanie dzieci ze wszystkiego co znają tylko po to, by za rok - dwa tu wrócić jest kompletnym nonsensem. I doszliśmy do wniosku, że o wiele łatwiej będzie im przetrwać ten czas rozłąki z tatą, niż wyprowadzkę do obcego kraju, do środowiska, którego nie znają, zabranie ze szkoły, od babć, dziadka, koleżanek, kolegów i całej reszty tego, co tworzy ich życie.

Po tym roku rozłąki wiem, że decyzja, którą podjęłam 9 lat temu była najlepszą w moim życiu. W naszym związku nie zawsze było różowo, choć z zewnątrz może to tak wyglądać. Nie jestem osobą, która ma w zwyczaju opowiadać na prawo i lewo o każdej małżeńskiej kłótni czy kryzysie. Taki już mój urok. Jest właściwie tylko jedna bliska osoba, z którą na takie tematy rozmawiam. No dwie, bo drugą jest sam zainteresowany, czyli mój mąż ;). W każdym razie rozłąka = spojrzenie na związek z zupełnie innej perspektywy. Niektórzy mówią, że my jesteśmy jacyś inni, bo regułą jest psucie się związku przez rozłąkę. Może faktycznie tak jest, a może to jakaś zależność, że jak wcześniej było dobrze, to dzieje się źle, a jak było kiepsko, to się poprawia? Nie mam pojęcia. U nas w każdym razie rozłąka zaowocowała tym, że bardzo doceniliśmy to, że siebie mamy. Bardzo. Pewne problemy, które wcześniej wydawały się być nie do przeskoczenia, teraz wydają się śmieszne i bez znaczenia. Nie mam też problemu z jakimiś przyzwyczajeniami słomianej wdowy, w których przeszkadza mi obecność męża. No nie mam. Trudno. Pewnie to dziwne, ale to, że nie widzę go na co dzień jakoś nie sprawiło, że nie ma w tej codzienności dla niego miejsca. Jeszcze dziwniejsze jest pewnie to, że jak przyjeżdża, mam wrażenie, jakby nigdy nie wyjeżdżał, a kiedy go nie ma, wydaje mi się, że nie widzimy się wieczność... Jeśli można było pokochać bardziej, to pokochałam.

Facet na emigracji tęskni. I to cholernie. Może bardziej niż żona, bo on nie ma przy sobie ani dzieci, ani nikogo znajomego, nie licząc kilku kolegów przy taśmie. Nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy czytam, że faceci jadą do pracy za granicę z uśmiechem na twarzach  i pewnie od razu z otwartym rozporkiem. "Na pewno cię zdradzi", "Małżeństwo się rozpadnie", "Przecież ty nie wiesz co on tam robi" itd. itp. - błyskotliwe stwierdzenia ludzi, którzy albo nigdy nie przeżyli takiej rozłąki, albo zostali zdradzeni przez kogoś, kto po prostu był gnojkiem, albo sami w taki sposób nastawiają się do wyjazdu... Jeśli sobie nie ufacie, to jaki sens ma związek w ogóle - nie tylko ten na odległość? No jaki? Wieczna obawa, że może się rozpadnie, może on mnie jednak nie kocha, a może kogoś ma albo kiedyś zacznie pić? Jaki ma sens? Wiadomo, że pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ale zaufanie to podstawa związku. Jeśli macie przestać się kochać, równie dobrze może to się zdarzyć bez wyjazdu któregoś z was, a i ten, kto chce zdradzić, znajdzie ku temu okazję. Ale wracając do stereotypu mężczyzny za granicą: współczuję wszystkim, którzy twierdzą, że on jedzie leżeć na wyrze i pachnieć albo imprezować. Większość tych facetów przez pół dnia ciężko zapieprza, żeby móc wysłać kasę rodzinie, a popołudniami siedzą w pokojach i oglądają nudne filmy marząc o tym, żeby być w domu i móc pobawić się z dzieciakami...

A żona takiego faceta? To pewnie leniwa, wyrachowana zołza, która była za leniwa, żeby ruszyć dupę do roboty. No jasne. I najczęściej mówią to osoby, które nigdy nie pracowały albo te, które zostawiają dziecko babci i mogą spokojnie jechać do pracy. Jak cholernie łatwo jest oceniać! Tymczasem taka decyzja o wyjeździe rzadko wynika z nacisku jednej strony czy z braku chęci do pracy w Polsce. Najczęściej to długie godziny dyskusji, nieprzespane noce, kiedy wtuleni w siebie zastanawiacie się, jaką podjąć decyzję, analizowanie i kombinowanie, że może jednak da się tu w Polsce coś zrobić... Ale czasem niestety latami się nie da i przychodzi taki moment, w którym stajecie pod ścianą i musicie podjąć decyzję - wóz albo przewóz. I te żony zostające w domu naprawdę nie kupują sobie sukienek z katalogów i nie chodzą dwa razy w tygodniu do kosmetyczki. One czekają na telefon czy rozmowę na skype i wieczorami myślą, co on akurat robi. Skrupulatnie zapisują w zeszycie wydatki i kombinują, jak by tu szybciej oszczędzić. A wiele z nich także pracuje. I godzą to wszystko. Nie oceniajcie ich tak łatwo.

Nie chciałabym wyjechać do niego i rozpocząć od zera życie w Niemczech, ale też nie chciałabym żyć na odległość latami... Tak, tak. To, ze piszę, że daję sobie radę, że nie wylewam swoich tęsknot i smutków każdej napotkanej osobie, że wierzę, iż to była dobra decyzja, bo pozwoli nam spełnić nasze marzenia, to jednak nie lubię tego życia osobno... On też nie lubi. Tyle wspólnych chwil nas omija, dzieci rosną, czas pędzi jak głupi. Wciąż bijemy się z myślami i zastanawiamy, co zrobić, żeby ta rozłąka trwała jak najkrócej, a jednocześnie żeby nie poddać się w walce o marzenia. Mam nadzieję, że jeszcze maksymalnie dwa lata i będziemy razem. Niestety - nie oszukujmy się - życie nie zawsze jest tak proste, jakbyśmy tego chcieli. Raczej nigdy takie nie jest. Można siedzieć na tyłku i czekać na mannę z nieba albo jakiś cud, a można działać, czasem coś poświęcić, zaryzykować... Można później żałować, ale ja jednak wyznaję zasadę: lepiej spróbować i potem żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.

Życie rodziny, w której jedno z rodziców wyjeżdża do pracy jest cholernie trudne. Nie będę was czarować. Tęsknimy wszyscy, a nasza codzienność musiała zostać mocno przeorganizowana. Taki wyjazd to żadna przyjemność i uwierzcie - nikt nie robi tego z uśmiechem na ustach i lekkim sercem. Mało kto robi to dla wielkiej kasy, bo marzenia rodzin takich jak nasza są zwykle naprawdę przyziemne... Możecie przekonywać siebie i mnie, że Polska daje możliwości podjęcia dobrej pracy ojcom, jakiegokolwiek startu na rynku pracy matkom, wyjścia z długów, odłożenia paru groszy na czarną godzinę, niezpaożyczania się na koniec miesiąca, kupienia mieszkania (pan K. idealnie o tym mówił w kampanii...). Może i daje, ale niestety - nie wszystkim. Tak już na świecie jest, że o to, co jedni mają na wyciągnięcie ręki, inni muszą zawalczyć... I to jest ta nasza walka. Nasza i milionów innych rodzin. Wierzę, że ją wygramy. I tym wszystkim zwyczajnym rodzinom w sytuacji podobnej do naszej tego życzę.

Grafika: pixabay.com

24 komentarze:

  1. zgadzam się ze wszystkim. też sama, ze wszystkim na głowie. i dość szybko się przekonałam, ze jak umiesz liczyć to licz na siebie. zwłaszcza w ciąży trudnnej okazało się, kto przyjacielem jest...a o tym że na kokosach śpimy, że ja taka zła, bow domu, ech dużo by pisać...a ze mój zapieprza jak dziki osioł tego nie widać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko krowa nie zmienia zdania, mawia mój teść ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Milena Okoń-Galas14 lipca 2015 09:39

    Szczery post - za to Cię tak lubię i cenię :) I rozumiem, chociaż jestem w nieco innej sytuacji. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakiś czas temu trafiłam na twojego bloga i jak pozwolisz to zostanę. Mądry post, mądra z ciebie kobieta :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja cieszę się, że decyzję o wyjeździe zarobkowym podjęliśmy, gdy jeszcze Calineczki nie było na świecie, dzięki temu mogliśmy wyjechać razem... A Calineczka urodziła się już w nowym miejscu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. zgadzam się z tobą my tez na rozłące niestety moja córka nie chce zaakceptować przedszkola w uk ja po urodzeniu córki 3,5 roku nie dostałam pracy choć szukałam i tak ciągle w rozłące. znajomych straciłam bo wszyscy mysla ze jak maz zagranica to nam się przelewa i to ja mogę wydzwaniać i jeździć do wszystkich bo przecież to ja nie pracuje

    OdpowiedzUsuń
  7. Pewnie, że pozwolę :). Dziękuję za miłe słowo!

    OdpowiedzUsuń
  8. Też zdarza mi się tak mawiać ;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie często dziwi to, jak się mówi, że dzieci się szybko przyzwyczajają. No niestety nie wszystkie, bo dzieci tak jak dorośli są różne. I one tęsknią nie tylko za tatą - jak teraz - ale tęskniłyby też za domem, babcią, koleżankami, szkołą itp...

    OdpowiedzUsuń
  10. sercem z nieplodnoscia15 lipca 2015 08:36

    szanuje ludzi którzy się na to decydują, sami razem z mężem nie raz o tym myśleliśmy .. ale jednak bliskość jest dla nas najważniejsza, pieniądze nie dadzą nam tego szczęścia które dajemy sobie nawzajem kładąc się razem co wieczór do łóżka, a nawet kłócąc się o codzienne rzeczy, my tak to widzimy. Ale przez to że my nie dali byśmy rady nie oceniamy nikogo, każdy szuka w życiu tego co daje mu szczęście wierze z całego serca że ta wsza rozłąka nie będzie trwała już długo, że będziecie mogli kłasć się razem spac co wieczór i kłócić o ilość soli w zupie :) Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiesz, kiedy kładziecie się razem do łóżka po raz milionowy zastanawiając się, skąd weźmiecie jutro pieniądz na opłaty albo na lekarstwa dla dzieci, to sytuacja wygląda inaczej... Pieniądze szczęścia nie dają, ale ich brak może skutecznie je odebrać a na pewno przysłonić... Też długo myślałam tak jak ty, ale przyszedł moment, że tak powiem krytyczny, w którym zapadła decyzja... Nawet do kredytu się nie kwalifikowaliśmy, bo chcieliśmy go wziać na polską pensję, ale nic z tego. Bardzo bym chciała, aby ta rozłąka trwała jak najkrócej, bo to naprawdę trudne.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bo ludzie widzą to, co chcą widzieć. Ja zawsze mówię, że droga wolna - niech tez jada i zobaczą, jak to smakuje.

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję! Za lubienie i za zrozumienie :).

    OdpowiedzUsuń
  14. Dobrze napisane. Jednak ja nie potrafiłam tak jak ty i zdecydowałam się dołączyć do męża... Mieszkamy 2 lata w Niemczech i jest zupełnie inaczej, lepiej... przeprowadzka z dwójką dzieci wcale nie wywróciła naszego życia do góry nogami... Starsza córka w Polsce skończyła zerówkę i tu poszła do 1 klasy, teraz kończy 2, zaś młodsza zaczęła przedszkole. Chętnie uczęszczają do szkoły i przedszkola, mają koleżanki i kolegów, rozmawiają po niemiecku.... wiadomo, że tęsknią za babciami itd. ale na dzień dzisiejszy nie chcą wracać do Polski na stałe... my również :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziękuję! Bardzo trudny i ważny dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  16. Domyślam się! Ale świetnie Ci się udało przedstawiać plusy i minusy takiej rozłąki. Nie miałam pojęcia, że ludzie z boku tak łatwo oceniają! Otworzyłaś mi oczy.

    P.S. Blog jest o wiele bardziej przejrzysty- super!

    OdpowiedzUsuń
  17. Sama byłam kiedyś po tej drugiej stronie barykady, więc wiem, jak łatwo jest oceniać, kiedy samemu się nie stanie przed taka sytuacją.
    Bardzo dziękuję :). To dzięki Ilonie, a ja od dawna marzyłam o takiej zmianie. teraz jeszcze chciałabym nowe logo i własną domenę :).

    OdpowiedzUsuń
  18. Na pewno stopniowo wszytko się uda ogarnąć! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Widzisz, jesteście w innej sytuacji. U nas wyjazd był po to, by ułożyć sobie życie tutaj. Nie chcielibyśmy mieszkać za granicą. O ile ja rozpatruję taką możliwość, o tyle Grzesiek nie chce o tym słyszeć. Powiedz mi jak to jest ze szkołami w Niemczech? Czy są tam polskie szkoły?

    OdpowiedzUsuń
  20. Mam nadzieję! :*

    OdpowiedzUsuń
  21. Polskie szkoły są ale w większych miastach. Akurat w miejscowości gdzie mieszkamy nie ma takiej szkoły, trzeba by dojeżdżać 100 km w jedną stronę... brałam taką szkołę pod uwagę gdyby moja starsza córka miała problem z zaaklimatyzowaniem się w szkole niemieckiej, jednak nie ma takiej potrzeby dzieci chłoną język jak gąbka wodę.... starsza po dwóch latach dogaduje się w każdej kwestii i nie ma w szkole problemów z nauką, młodsza chodzi do przedszkola od października i nie wiem w jaki sposób ale rozumie co do niej mówią po niemiecku, zaś sama też już umie dużo słów i wie kiedy jakich słów używać :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Jak ja kiedyś wyjechałam do pracy na 2 miesiące i zostawiłam w pl męża i córeczkę tostrasznie tęskniłam. Najgorsze niestety były kobiety, które jechały ze mną, twierdziły że tęsknota to dziecinada. Niezbyt dobrze pracuje się z polakami za granicą. Są okropni! Patrzą jak by ci zaszkodzić. Ale niekiedy myślę, że kto sam nie był i się nie przekonał, ten nie zrozumie. Jak kiedyś myślałam, że tam w obcym kraju jeden drugiemu pomaga, tak po wyjeździe zobaczyłam że jest odwrotnie. Tu się uśmiechają, a jak się obrócisz to ci nóż w plecy wbiją.

    OdpowiedzUsuń
  23. wolnemiejsce.blog.pl23 lipca 2015 21:25

    Bardzo współczuję każdemu, kogo los tak doświadcza, dużo miłości wiary i cierpliwości. Życzę wam z całego serca żebyście już nie długo kładki się spać RAZEM i ze spokojnym sumieniem ☺😊 bez żadnych zmartwień o pieniądze

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram