Post Top Ad

Cała prawda o moim małżeństwie, czyli co to znaczy 'udany związek'?

Wczoraj była nasza rocznica ślubu. Gliniana. 9 lat temu powiedzieliśmy sobie "TAK" i choć przez ten czas różnych odmian "NIE" padło między nami miliony, to w kwestii zasadniczej nadal pozostało TAK: tak dla bycia ze sobą i dla miłości. Z ręka na sercu mogę stwierdzić, że tworzymy udany związek, ale jeżeli myślicie, że to oznacza zupełny brak kłótni, uśmiechanie się do siebie przy każdym mijaniu się w drzwiach, tytułowanie się nawzajem wyłącznie per kochanie i ogólne rzyganie tęczą, to jesteście w błędzie. W dużym błędzie. 


Jakie to w gruncie rzeczy zabawne: moi znajomi i rodzina dzielą się niemal na dwie grupy - na tych, którzy są przekonani, że nie kłócimy się z Grzegorzem w ogóle i na tych, którzy sadzą, że kłócimy się stale. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje jest prosta jak konstrukcja cepa: ci pierwsi częściej trafiają na momenty, kiedy się zgodzimy (a takich fakt - jest zdecydowanie więcej) a ci drudzy musieli by kilkakrotnie świadkami naszych kłótni albo cichych dni. Ot i cała filozofia. Do tego wszystkiego dochodzi grupa osób, które czytają moje stęsknione posty na Fejsie. A tęsknię jak cholera nawet za jego zwiniętymi w kulkę skarpetkami, które jak zwykle tak i przyjeżdżając do domu na weekend rzuca na ławę (wrrrr!). On jak mówi tęskni nawet za moim warczeniem (więc: wrrrrr!). 

Jak więc ten nasz 12-letni już związek wygląda? Faktycznie lukier, róż i tęcza? Nie sądzę. Choć w sumie cieszy mnie fakt, że bywamy tak postrzegani! Wszak znaczy to, że to, co najważniejsze, czyli naszą big love widać zdecydowanie bardziej niż nasze różnice zdań, ślady po kryzysach i naburmuszone miny. Choć tak naprawdę te wszystkie problemy są przecież miłości częścią.  U nas nie raz trzaskały drzwi albo słuchawki telefonów i pewnie jeszcze nie raz trzasną, ale ... każda kłótnia czegoś uczy, każdy kryzys może sprawić, że związek stanie się silniejszy, a naburmuszone miny w ciche dni sprawiają, że później jeszcze więcej i szerzej można się do siebie uśmiechać. Serio - może tak być.

Bo udany związek nie polega na tym, żeby nie kłócić się w ogóle, ale na tym, by robić to umiejętnie.
 Nie polega na tym, żeby nie mieć odmiennych zdań, ale na tym, by umieć rozmawiać i iść na kompromis.
Nie polega na tym, by bez przerwy sobie słodzić, ale na tym, by to, co gorzkie nigdy nie przeważyło nad tym, co słodkie.
Nie polega na tym, by nie popełniać błędów, ale na tym, by umieć się do nich przyznawać i je naprawiać.
Nie polega na tym, by udawać przed sobą nieustanne szczęście, ale na tym, by umieć chwile szczęścia we wspólnej codzienności  dostrzegać i doceniać.
Nie polega na tym, by stwarzać pozory wobec ludzi, ale też nie na tym, by paplać wszystkim dookoła o każdej kłótni.
Nie polega na tym, by zamykać się w czterech ścianach, ale niewątpliwie na tym, by umieć postawić granicę pomiędzy tym, co dostępne dla wszystkich, a tym, co w związku intymne.
Nie polega na tym, by bez przerwy się całować i nie wychodzić z łóżka, ale by umieć i lubić okazywać sobie w ten sposób uczucia i robić to tak, by odpowiadało to obojgu partnerom.
Nie polega na tym, by przez całe życie mieć w brzuchu takie motyle jak przez pierwsze miesiące związku , ale na tym, przez całe życie pielęgnować uczucie i starać się o siebie nawzajem.

Niby takie to proste, a jednak  praktyce różnie z tym bywa, prawda? Jasne, że nie zawsze się do tych zasad stosujemy. Ale wiecie co? Udany związek polega na tym, żeby się tego bycia razem cały czas uczyć. I kiedy udaje się po raz kolejny dojść do porozumienia, wyciągnąć do siebie ręce, przegadać trudny temat to chyba jest ta dojrzałość związku. I choć u nas bywało różnie, to myślę, że po 9 latach małżeństwa i 12 bycia razem (+ znajomości od piaskownicy) jakiś procent tej dojrzałości już mamy. Było mnóstwo pięknych chwil i romantycznych uniesień, ale i trochę już burz nad nami przeszło, a i życiowe przeszkody trzeba było pokonywać ramię w ramię. Każdy dzień z tych 9 lat czegoś nas uczył. I nadal uczymy się siebie i tego wszystkiego, co wam powyżej o udanym związku napisałam.
A oprócz tego udało nam się nie zatracić tej iskry, która rozpala każdą miłość. Gdzieś tam kuksaniec w bok z szelmowskim uśmieszkiem i ucieczka przed odwetem, raz na jakiś czas wojna na łaskotki, radocha ze wspólnej przejażdżki motorem jak za dawnych czasów, gdy nadarzy się okazja, namiętny całus na środku hipermarketu, umiejętność śmiania się z samych siebie - to wszystko sprawia, że ciągle jest między nami chemia. Choć czasami okazuje się, że powoduje ona wybuchy, to koniec końców zawsze substancje łączą się tworząc ...szczęście.

A kiedy po którejś z kolei kłótni i pogodzeniu się albo po rozmowie telefonicznej, podczas której umknął nagle cały mój zły nastrój, albo jeszcze podczas zaciekłej wymiany zdań wybuchamy śmiechem patrząc na swoje miny i kiedy wtulając się w jego ramiona, czuję że to jest to moje miejsce na ziemi, to wiem, że mam udane małżeństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram