Post Top Ad

10:40

Książka o sile kobiet - 'Złoty sen'.

Napisała , w
'Złoty sen' Grażyny Jeromin - Gałuszki to historia o sile kobiet. Tak mogłabym ją w jednym zdaniu opisać. Nie dajcie się zwieść dosyć melancholijnej okładce i krótkiemu streszczeniu książki z tyłu okładki, które moim zdaniem nie do końca oddaje jej treść i przekaz. Ja nastawiłam się na łzawą i sentymentalną historię, a zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona, To pełna ciepła, emanująca siłą i niebanalna książka z gatunku literatury kobiecej.

Lubię książki obyczajowe, ale takie, które swoją fabułą dotykają spraw ważnych skłaniając do refleksji i pozwalając wyciągnąć z lektury coś wartościowego. Czasami jest to poczucie, że za mało doceniam to, co mam, czasami spojrzenie na problemy z innej perspektywy, innym razem uczucie, że warto wziąć los we własne ręce, motywacja do działania, obudzenie  sobie wewnętrznej siły albo po prostu wzruszenie czy uśmiech na twarzy. "Zloty sen" bez wątpienia jest taką książką!

Głównymi bohaterkami książki są "wiekowa" Lili - właścicielka pensjonatu w sennym kurorcie, Ada - która jako dziewczynka chorująca na serce przyjeżdżała tam z matką, a po latach wraca z tajemniczego powodu oraz Kalina niespełniona artystka i przyjaciółka Ady z dzieciństwa. Ich losy splatają się ze sobą, ale też z losami innych kobiet: Arlety, której przyjaźń z Lili rozpadła się przez mężczyznę, Laury, Gabi, Elizy i Ireny (mama Ady), które poznały się w Wililili (pensjonat Lili) a także tajemniczej Klarysy z dworca Waterloo... Poznajemy ich przeszłość i krok po kroku dowiadujemy się, dlaczego los kazał im spotkać się ponownie - wszak nic w życiu nie dzieje się bez powodu... Nie bez powodu też Wiktor rozpoczynający i kończący tę historię poznaje Klarysę i historię z dworca Waterloo...

Miłość i przyjaźń, gniew i przebaczenie, bezsilność i walka - wszystko to przeplata się w tej opowieści tworząc barwną i ciepłą opowieść. Ze wszystkich portretów kobiet, jakie maluje słowem autorka książki wyłania się według mnie jeden, najważniejszy przekaz: kobiety mają w sobie niezwykłą siłę - muszą ją tylko umieć w sobie odkryć i obudzić. To idealna książka na letnie popołudnia spędzane w cieniu jabłoni albo chłodne wieczory w domowym zaciszu. 

"Złoty sen" Grażyna Jeromin - Gałuszka, Prószyński i S-ka, 2015.

Książkę możecie kupić TUTAJ, a ja dziękuję księgarni taniaksiazka.pl za możliwość jej zrecenzowania!






13:36

Cała prawda o moim małżeństwie, czyli co to znaczy 'udany związek'?

Napisała , w
Wczoraj była nasza rocznica ślubu. Gliniana. 9 lat temu powiedzieliśmy sobie "TAK" i choć przez ten czas różnych odmian "NIE" padło między nami miliony, to w kwestii zasadniczej nadal pozostało TAK: tak dla bycia ze sobą i dla miłości. Z ręka na sercu mogę stwierdzić, że tworzymy udany związek, ale jeżeli myślicie, że to oznacza zupełny brak kłótni, uśmiechanie się do siebie przy każdym mijaniu się w drzwiach, tytułowanie się nawzajem wyłącznie per kochanie i ogólne rzyganie tęczą, to jesteście w błędzie. W dużym błędzie. 


Jakie to w gruncie rzeczy zabawne: moi znajomi i rodzina dzielą się niemal na dwie grupy - na tych, którzy są przekonani, że nie kłócimy się z Grzegorzem w ogóle i na tych, którzy sadzą, że kłócimy się stale. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje jest prosta jak konstrukcja cepa: ci pierwsi częściej trafiają na momenty, kiedy się zgodzimy (a takich fakt - jest zdecydowanie więcej) a ci drudzy musieli by kilkakrotnie świadkami naszych kłótni albo cichych dni. Ot i cała filozofia. Do tego wszystkiego dochodzi grupa osób, które czytają moje stęsknione posty na Fejsie. A tęsknię jak cholera nawet za jego zwiniętymi w kulkę skarpetkami, które jak zwykle tak i przyjeżdżając do domu na weekend rzuca na ławę (wrrrr!). On jak mówi tęskni nawet za moim warczeniem (więc: wrrrrr!). 

Jak więc ten nasz 12-letni już związek wygląda? Faktycznie lukier, róż i tęcza? Nie sądzę. Choć w sumie cieszy mnie fakt, że bywamy tak postrzegani! Wszak znaczy to, że to, co najważniejsze, czyli naszą big love widać zdecydowanie bardziej niż nasze różnice zdań, ślady po kryzysach i naburmuszone miny. Choć tak naprawdę te wszystkie problemy są przecież miłości częścią.  U nas nie raz trzaskały drzwi albo słuchawki telefonów i pewnie jeszcze nie raz trzasną, ale ... każda kłótnia czegoś uczy, każdy kryzys może sprawić, że związek stanie się silniejszy, a naburmuszone miny w ciche dni sprawiają, że później jeszcze więcej i szerzej można się do siebie uśmiechać. Serio - może tak być.

Bo udany związek nie polega na tym, żeby nie kłócić się w ogóle, ale na tym, by robić to umiejętnie.
 Nie polega na tym, żeby nie mieć odmiennych zdań, ale na tym, by umieć rozmawiać i iść na kompromis.
Nie polega na tym, by bez przerwy sobie słodzić, ale na tym, by to, co gorzkie nigdy nie przeważyło nad tym, co słodkie.
Nie polega na tym, by nie popełniać błędów, ale na tym, by umieć się do nich przyznawać i je naprawiać.
Nie polega na tym, by udawać przed sobą nieustanne szczęście, ale na tym, by umieć chwile szczęścia we wspólnej codzienności  dostrzegać i doceniać.
Nie polega na tym, by stwarzać pozory wobec ludzi, ale też nie na tym, by paplać wszystkim dookoła o każdej kłótni.
Nie polega na tym, by zamykać się w czterech ścianach, ale niewątpliwie na tym, by umieć postawić granicę pomiędzy tym, co dostępne dla wszystkich, a tym, co w związku intymne.
Nie polega na tym, by bez przerwy się całować i nie wychodzić z łóżka, ale by umieć i lubić okazywać sobie w ten sposób uczucia i robić to tak, by odpowiadało to obojgu partnerom.
Nie polega na tym, by przez całe życie mieć w brzuchu takie motyle jak przez pierwsze miesiące związku , ale na tym, przez całe życie pielęgnować uczucie i starać się o siebie nawzajem.

Niby takie to proste, a jednak  praktyce różnie z tym bywa, prawda? Jasne, że nie zawsze się do tych zasad stosujemy. Ale wiecie co? Udany związek polega na tym, żeby się tego bycia razem cały czas uczyć. I kiedy udaje się po raz kolejny dojść do porozumienia, wyciągnąć do siebie ręce, przegadać trudny temat to chyba jest ta dojrzałość związku. I choć u nas bywało różnie, to myślę, że po 9 latach małżeństwa i 12 bycia razem (+ znajomości od piaskownicy) jakiś procent tej dojrzałości już mamy. Było mnóstwo pięknych chwil i romantycznych uniesień, ale i trochę już burz nad nami przeszło, a i życiowe przeszkody trzeba było pokonywać ramię w ramię. Każdy dzień z tych 9 lat czegoś nas uczył. I nadal uczymy się siebie i tego wszystkiego, co wam powyżej o udanym związku napisałam.
A oprócz tego udało nam się nie zatracić tej iskry, która rozpala każdą miłość. Gdzieś tam kuksaniec w bok z szelmowskim uśmieszkiem i ucieczka przed odwetem, raz na jakiś czas wojna na łaskotki, radocha ze wspólnej przejażdżki motorem jak za dawnych czasów, gdy nadarzy się okazja, namiętny całus na środku hipermarketu, umiejętność śmiania się z samych siebie - to wszystko sprawia, że ciągle jest między nami chemia. Choć czasami okazuje się, że powoduje ona wybuchy, to koniec końców zawsze substancje łączą się tworząc ...szczęście.

A kiedy po którejś z kolei kłótni i pogodzeniu się albo po rozmowie telefonicznej, podczas której umknął nagle cały mój zły nastrój, albo jeszcze podczas zaciekłej wymiany zdań wybuchamy śmiechem patrząc na swoje miny i kiedy wtulając się w jego ramiona, czuję że to jest to moje miejsce na ziemi, to wiem, że mam udane małżeństwo.

17:12

'Ej, wpiszesz mi się?', czyli PELE - MELE.

Napisała , w
Pamiętacie bieganie po holu podstawówki z nieodłącznym pytaniem na ustach: "Ej, wpiszesz mi się?". I trzymało się w ręku zeszyt w szarej okładce i z równie szarymi kartkami w środku, ale za to pełen kolorowych uśmiechów i serduszek rysowanych kredkami, pełen małych sekretów (szczególnie pod zagiętymi rogami kartek) i wspomnień ze szkolnych lat. W mojej szkole taki zeszyt nazywał się "Złote Myśli", a w niektórych regionach Polski mówiono na niego "Pele - mele". Miałam takich co najmniej kilka, a dziś dzięki wydawnictwu MOLE "PELE - MELE" w nowej odsłonie trafiły w ręce mojej siedmioletniej córki. Zobaczcie i przeczytajcie, z jaką reakcją Julki spotkała się ta stara - nowa zabawka!


"PELE - MELE" to książka kreatywna, bo tworzysz ją sam! Autorzy podrzucają jedynie garść pomysłów i inspiracji, a reszta należy już do właściciela i jego znajomych! 

Seria niezwykle ciekawych i różnorodnych pytań i kilkadziesiąt stron, na których koleżanki i koledzy mogą zostawiać swoje odpowiedzi, a dodatkowo miejsce na rysunki, zdjęcia, wyklejanki, podpisy i wiele, wiele innych. Wszystko po to, by zgromadzić w tej niewielkiej książeczce najpiękniejsze wspomnienia, które później będzie można czytać i oglądać wciąż na nowo! A na razie są świetnym sposobem na zacieśnianie koleżeńskich więzi, wspólne spędzanie czasu z dala od TV i komputera i poznawanie się!




Tak naprawdę nikt nie powiedział, że "PELE - MELE" nadaje się tylko dla dzieci! Ja oddałam swój egzemplarz córce, ale sama chętnie poczytałabym wpisy moich dorosłych już znajomych! Na przykład takie pytanie: "jakiego koloru masz piżamę? A może ma jakiś wzorek?" albo "Czy jesteś ciasteczkowym potworem?" - wyobrażacie sobie odpowiedzi :))) ? Ubaw byłby po pachy! Także nawet jeśli wasze dzieci są jeszcze za małe, to wy śmiało sięgajcie po "PELE - MELE" i bawcie się tak jak w podstawówce!

Tymczasem u nas nastała prawdziwa "pelemelemania"! Julka biega z książką po podwórku i przepytuje nawet trzyletniego kuzyna sama zapisując jego odpowiedzi! Wczorajsza wizyta kuzynki oczywiście również w całości poświęcona była wpisowi do "PELE - MELE". Podobnie dzisiejsze przedpołudnie w towarzystwie kuzyna. I wszystkim tym współczesnym dzieciakom zabawa się niesamowicie podoba! 

A ja się strasznie cieszę, że MOLE wpadły na pomysł odkurzenia starych, dobrych "Złotych Myśli" - oby coraz więcej takich powrotów!

Zaglądajcie na Fb "PELE - MELE"!



Do końca dzisiejszego dnia na Facebooku trwa konkurs, w którym możecie zdobyć własny egzemplarz "PELE - MELE"! Nie możecie tego przegapić! 


WYNIKI KONKURSU: WYGRYWA Ania Ania.

Czekam na Twój adres na szymuiowa@gmail.com

GRATULUJĘ :).



18:39

Kiedy dziecko znajdzie się na dnie...

Napisała , w
Kilka dni temu wylądowałam z Szymkiem na SOR-ze. To, co tam zobaczyłam przyprawiło mnie o dreszcze. Jeszcze po powrocie do domu i położeniu się do łóżka miałam ten przerażający obraz przed oczami... a w uszach nadal rozbrzmiewają mi słowa lekarza: "On w listopadzie skończy 15 lat. Szok! Pewnie nie dożyje pełnoletności...!". A to przecież jeden z tysięcy takich - dopiero co trzymał mamę za rękę przekraczając po raz pierwszy próg przedszkola, a już dotknął dna, na którym już tylko narkotyki, dopalacze i alkohol, bójki i krew, krzyk i śmierć... Gdzie się podziało jego dzieciństwo?!


Jesteśmy już na izbie. Czekam z Szymkiem na lekarza. Właściwie już wiem, że wszystko jest w porządku. Szymek spanikował, ja razem z nim, a dyspozytorka kazała nam pojechać i sprawdzić, czy wszystko jest dobrze. Na szczęście było, ale to nie będzie wpis o tym, dlaczego pojechaliśmy na SOR... A więc siedzimy na zielonym krzesełku, naprzeciwko biurka pielęgniarek, tuż przy drzwiach wejściowych. Czekamy. Nagle za drzwiami robi się rwetes, docierają do nas coraz głośniejsze krzyki, jakiś szum, pielęgniarki wstają z miejsc, robi się ruch. Do pomieszczenia innymi drzwiami wkracza policjant, a drzwi wejściowe, tuż obok naszego krzesła, otwierają się z hukiem. Do środka wpada  jeszcze dwóch policjantów prowadzących przed sobą... chłopca. Dopiero później dostrzegłam, że nim był, W pierwszej chwili widziałam tylko dzikie zwierzę: zakrwawione, plujące jadem i wyrywające się. "Je$#@*ne psy! Jak wyjdę z pierdla to was za&*#@bię! Ku%@#wy! Pozabijam was!". Z bełkotu wyłaniały się takie słowa. Do tego przerażający chichot na przemian z wyciem.

Policjant kazał nam się odsunąć. Jakaś pielęgniarka zaprowadziła nas za parawan, żebyśmy nie musieli tego oglądać. Nie słyszeć się nie dało. Po chwili go wyprowadzili, a pielęgniarki wezwały lekarza. Trzeba było zeszyć rudzielcowi rękę. "A taki był fajny, mały rudzielec" - powiedziała niemal z czułością spisująca dane z jego szkolnej legitymacji pielęgniarka.... Rzeczywiście bladą twarz "zdobiły" rude loki. Równie blade, chude ręce wykręcone były do tyłu. A mimo to policjanci nie mogli go utrzymać. "Jesteś po dopalaczach? Piłeś alkohol?" - próbowali się dowiedzieć. W odpowiedzi słyszeli tylko: "J&@#%ne psy! Ku&@#wy!". Po chwili go wyprowadzili. Przyszedł lekarz. Zabrali go chyba do jakiegoś innego pomieszczenia. Jednak zanim zdążyłam ochłonąć, przyprowadzili go raz jeszcze. Wtedy na zielonym krzesełku siedziała jeszcze starsza pani. Miała tak samo przerażone spojrzenie jak ja, kiedy "rusy" wszedł ponownie na izbę. Taka sama wiązanka jak wcześniej. Przerażający śmiech Jokera. Żadnej logicznej reakcji, żadnego kontaktu z otoczeniem. Jakby był w jakimś sennym koszmarze, w jakimś swoim własnym horrorze... Na szczęście potem zabrali go już na dobre. Podobno jest znany na komendzie, w szpitalu psychiatrycznym też... To nie był jego "pierwszy raz". 

Lekarz wypisywał dokumenty dotyczące udzielonej pomocy. "On w listopadzie skończy dopiero 15 lat. Szok. " - powiedział i pokręcił głową. - "Pewnie nie dożyje pełnoletności...". I w tych słowach nie było potępienia - raczej niedowierzanie i bezradność... A ja przytuliłam mocniej mojego trzyletniego synka. Pocałowałam go w główkę wypełnioną beztroską i niewinnością. Mój mały synek, który tuli się do mnie co wieczór i po dziesięć razy dziennie mówi, że mnie kocha. Ten upragniony maluszek, którego głaskaliśmy z Grześkiem już przez mój okrągły jak piłka brzuszek. Robiący pierwsze kroki berbeć, który z odwagą małego wariata puszczał oparcie fotela i na chwiejących się nóżkach niemal biegł w ramiona taty - byle ruszyć, byle szybko, byle w te kochające go objęcia. Te roześmiane oczka podczas zabawy z tatą w samolot, to pełne pasji i koncentracji ustawianie traktorków w równym rządku i te ciepłe rączki oplatające szyje rodziców. Czy to możliwe, że to wszystko za 10 -12 lat  może zastąpić agresja, przemoc, podopalaczowe halucynacje, bijatyki, leżenie na ławkach w parku we własnych wymiocinach, k%#@rwy rzucane w stronę rodziny, nauczycieli, policjantów?! Przecież to dziecko widziane przeze mnie w szpitalu musiało urodzić się tak samo ufne i niewinne, tak samo pragnące miłości i chcące nią obdarzać, tak samo dobre jak mój synek!...

Nie wiem, jaka jest historia tego chłopca. Nie znam jego rodziców, jego domu i środowiska. Może od początku wychowywał się w towarzystwie alkoholu, narkotyków i agresji? Nie muszę jednak tego wszystkiego wiedzieć, by mieć świadomość, że to ktoś dorosły gdzieś popełnił błąd... A może raczej wielu dorosłych popełniło wiele błędów... Gdzieś kiedyś przeczytałam, że dzieci sięgają po alkohol i narkotyki, wpadają w złe towarzystwo i szukają "mocnych" wrażeń z braku miłości. Ale czy to nie jest krzywdzące stwierdzenie? Pewnie niejednokrotnie tak się dzieje, ale chyba znacznie częściej to nie brak miłości, a brak umiejętności jej okazywania przez rodziców, brak czasu, brak konsekwencji, brak wsparcia otoczenia, brak wiedzy... Bądźmy uczciwi: nie zawsze nastolatkowie tacy, jak spotkany przeze mnie na SOR-ze pochodzą z patologicznych rodzin! Często są to młodzi ludzie z tzw. "dobrych domów" albo ze zwyczajnych rodzin. Często ich rodzice szukają w sobie winy i nie potrafią jej znaleźć albo znajdują za późno... Bo nikt nas nie nauczy bycia rodzicem! Możemy uczyć się tego wyłącznie na własnych błędach... Przerażające jest to, że niektóre z nich są tragiczne w skutkach... Jak więc ich uniknąć?!

Jedno jest pewne: kochać dziecko to za mało. Trzeba jeszcze umieć tę miłość okazać tak, aby dziecko czuło się bezpieczne, potrzebne, szanowane, ale też aby samo szanowało siebie i innych. Trzeba budować zaufanie, ale też widzieć granicę pomiędzy nim a zupełną swobodą. Dawać wolność, ale też wpajać wartości i umieć egzekwować zasady. Czy może być coś trudniejszego? Na to nie ma matematycznego wzoru ani prawa jak w fizyce i żadna książka nas tego nie nauczy (może jedynie dać wskazówki). Stając się rodzicami musimy sami się tego nauczyć. Ale przecież mamy prawo nie wiedzieć, nie potrafić, popełnić błąd! Tylko wtedy powinniśmy umieć poprosić o pomoc i wiedzieć, gdzie jej szukać, a to - tak uważam - wciąż jest nasz ogromny problem!
W mediach i w poradnikach ciągle mówi się o pielęgnacji niemowlaka czy o przygotowaniu dziecka do przedszkola. W rozmowach ze znajomymi poruszamy temat problemów w nauce czy tego, że dziecko nie chce jeść. Ale nie umiemy rozmawiać ze sobą o tym, jak okazywać dzieciom miłość, jak budować dobre relacje, jak uczyć szacunku i odpowiedzialności. Boimy się takich tematów, a przecież to one w życiu rodziców i dzieci są właśnie najważniejsze! Sami przed sobą boimy się przyznać, że mamy rodzicielskie wątpliwości albo problemy z dzieckiem...
Słuchamy "newsów" o dzieciach na dopalaczach, pijanych w sztok, uzależnionych od narkotyków, o tym, jak nastolatkowie potrafią się nawzajem zadręczać, o ucieczkach z domu, samobójstwach i wydaje nam się, że nas to nie dotyczy. Tak jak mi się wydawało do czwartku, kiedy brutalna rzeczywistość zobaczyłam na własne oczy. To nic, że mam małe dzieci. To, co robimy wraz z Grzegorzem dziś w kwestii ich wychowania ma wpływ na to, jacy będą za lat kilka czy kilkanaście, a na to co nastąpi za jakiś czas musimy być przygotowani...  I nie bać się prosić o pomoc, jeżeli taka będzie nam potrzebna.

Czy ten chłopak rzeczywiście nie dożyje pełnoletności? Czy pewnego dnia zamiast na SOR z zakrwawioną ręką, trafi do... czarnego worka po przedawkowaniu albo śmiertelnej w skutkach bójce? Czy do jego rodziców zamiast z kwitem z pogotowia, policjanci pojadą z informacją, że muszą jechać zidentyfikować zwłoki? I czy będą umieli kiedykolwiek sobie wybaczyć, że ich mały , uśmiechnięty chłopczyk z burzą rudych loków tak skończył? A nawet jeśli wkroczy w dorosłość - jak będzie wyglądało jego dalsze życie, skoro w wieku 14 lat sięgnął dna?... Te pytania nie dają mi spokoju...

Tyle się mówi o dopalaczach, alkoholu, narkotykach wśród dzieci, ale to nie ich dostępność jest głównym problemem! Problemem jest odpowiedź na pytanie: dlaczego one po to cholerstwo sięgają?! Problemem jest zbyt mała świadomość rodziców i zbyt małe wsparcie dla nich. Problemem jest myślenie, że nas to nie dotyczy. Problemem jest strach przed tym, co ludzie powiedzą. Problemem jest bierność i rezygnacja. Problemem jest zbyt mało informacji na temat zagrożeń, jakie czyhają na nas i nasze dzieci. Problemem jest brak czasu. Problemem jest zbyt mała liczba instytucji i ludzi, u których rodzice mogą szukać pomocy i wciąż zbyt małe nagłośnienie tych, które istnieją...
Powiecie: "Dziecko wpadło w złe towarzystwo - to nie wina rodziców."  A mnie się wydaje, że to dziecko z jakiegoś powodu sobie to złe towarzystwo znalazło... Musiało mu czegoś brakować: może rozmowy, może zainteresowania? Oczywiście, że to nie rodzic wprowadza dziecko w świat używek i żaden rodzic nie chce, by jego dziecko ten okrutny świat poznało. Jednak rzeczywistość, w której przychodzi dorastać naszym dzieciom jest brutalna:  negatywne wzorce wszędzie dookoła, wieczna gonitwa, brak autorytetów, poczucie beznadziejności, szukanie wrażeń czy rozwiązania nastoletnich problemów - to są powody, dla których coraz więcej dzieci sięga po to gówno. A to, że jest łatwo dostępne oczywiście  jeszcze pogarsza sprawę... Jednak nie możemy zrzucać winy na osławione "złe towarzystwo" i jako rodzice czuć się totalnie bez winy! A nawet jeśli rzeczywiście nie mamy sobie nic do zarzucenia (w co jednak jako rodzic nie wierzę) to i tak my, a nie kto inny musimy pierwsi dostrzec problem i pierwsi wyciągnąć do dziecka rękę...

Myślę sobie, że dla tego chłopaka nadal jest szansa i ...wolę wierzyć, że ją dostanie. Być może jego rodzice nie chcą albo nie potrafią mu pomóc. Być może sami mają problem z uzależnieniem i przemocą. Ale to nie znaczy, że on jest sam. Dookoła jest przecież pełno dorosłych! Niestety większość z nich woli odwracać wzrok od takich dzieci... A kto inny, jeśli nie dorośli ma mu pomóc?... Mam nadzieję, że znajdzie na swojej drodze osoby, które wyciągną do niego rękę i pomogą mu podnieść się z dna...

Róbmy wszystko, byśmy nigdy nie musieli wyrywać naszych dzieci z piekła narkotyków, alkoholu i agresji, ale jeśli będzie trzeba, walczmy do samego końca! I nie wstydźmy się szukać pomocy wszędzie, gdzie jest to możliwe!

Grafika: pixabay.com
23:28

Mama (podobno) nie potrzebuje przyjaciółki.

Napisała , w
Mam dwójkę kochanych dzieci. Mam męża, z którym mogę pogadać na każdy temat. Mam kochaną, wspierającą mamę. Mam dalszą i bliższą rodzinę. Mam wielu znajomych, z którymi widzę się raz do roku i jeszcze więcej tych wirtualnych. Ale nie mam przyjaciółki. Nie mam takiej bratniej duszy, do której mogłabym zadzwonić w środku nocy (albo ona do mnie) i gadać do rana, z którą nawzajem pilnowałybyśmy sobie dzieci, a jak już posną robiły sobie babski wieczór w towarzystwie Bridget Jones i owocowego piwka i z którą obgadywałybyśmy naszych mężów. No nie mam. I chociaż niektórym wydaje się, że mama nie potrzebuje przyjaciółki, i chociaż sama to przed sobą udaję, że jej nie potrzebuję,  to jednak przychodzą takie dni, że o niej myślę... i bardzo mi jej brakuje...


Będąc nastolatką tak samo jak o wielkiej miłości, marzyłam o wielkiej przyjaźni. Najlepiej takiej, jaka przydarzyła się Ani Shirley: pełnej emocji, szeptanych sobie do ucha sekretów, zrywania polnych kwiatów i plecenia sobie nawzajem wianków, nawet farbowania włosów na zielono! I po pierwszych latach podstawówki, kiedy to byłam raczej dosyć samotna, taka przyjaźń się w moim życiu pojawiła. I rzeczywiście była prawie jak z "Ani z Zielonego Wzgórza": wspólnie dbałyśmy o stary, poniemiecki cmentarz, zrywałyśmy się ze szkoły, by jechać nad jezioro i razem chodziłyśmy kilka kilometrów pieszo na pierwsze, nocne dyskoteki. Aż do liceum, kiedy nasze drogi się rozeszły. Potem zeszły się z powrotem, ale już nigdy tak, by można było nazwać naszą relację przyjaźnią. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy, nie wspominając już o spotkaniu. Potem było liceum i jeszcze krótszy epizod. Jak masz 16 lat, to zbyt łatwo używasz słowa przyjaźń. Ale wtedy rzeczywiście wydawało mi się, że znalazłam "duchową siostrę". Wspomnienia pozostały, ale z tamtej relacji nie pozostało nic. Może tylko trochę żalu gdzieś na dnie serca, bo skończyła się zbyt nagle - nie potrafiłyśmy sobie pewnych rzeczy wybaczyć, byłyśmy chyba zbyt różne... I oczywiście nie uważam, by wina leżała tylko po jednej stronie. A może nie leży po żadnej? ... Może ta prawdziwa przyjaźń zawsze znajdzie sposób, by przetrwać? A jeśli nie przetrwała, znaczy, że prawdziwa nie była?...

Od skończenia liceum słowa "przyjaciółka" już nie używam. Zaraz po maturze zostałam żoną, a dwa lata później mamą. Nadal miałam wielu znajomych i rodzinę. Czasem zatęskniłam za takimi typowo babskimi pogaduszkami, jakimś wyjściem na zakupy z przyjaciółką, a nie z mężem i dzieckiem, za możliwością zwierzenia się z tak głupich myśli, których nie sposób było opowiedzieć nikomu innemu. Ale jakoś to mijało, a zresztą często słyszałam: "Jesteś matką i żoną - nie potrzebujesz przyjaciółki!". I sama zaczęłam w to wierzyć. Tak samo jak w to, że matce nie wypada czuć się samotną... 
A potem po 2 i pół roku wynajmowania mieszkania, przeprowadziliśmy się z powrotem do rodzinnej wsi. Nie pracuję i tak sobie mieszkam daleko od szosy od ponad sześciu lat. Mam wokół siebie rodzinę. Wychowuję dzieci i jestem z nimi praktycznie 24 godziny na dobę. Kocham je i kocham mojego męża. Od ponad roku niestety widzimy się z Grzegorzem tylko co dwa tygodnie. Może dlatego zaczęłam częściej myśleć, że brakuje mi takiej przyjaciółki od serca? Może to przez te samotne wieczory, kiedy mogę pogadać wyłącznie ze sobą samą, a przytuliłabym się czasem nawet do jeża?... 
Jeszcze niedawno jak ta głupia próbowałam pisać SMS-y do dawnych znajomych. W akcie desperacji zagadywać do nich na Facebooku. Najczęściej nie odpisują albo mnie zbywają. Nasze światy już są zupełnie inne. Albo nie mają jeszcze dzieci, albo robią właśnie karierę, albo od lat siedzą za granicą. O czym więc mają gadać z pełnoetatową matką, której największym życiowym sukcesem są (i cholera, będą, nawet jeśli jeszcze zdążę odkryć nową planetę albo uzyskać doktorat!) dzieci?! Nie mam do nich  żalu. Może raczej mam żal do siebie, że tak niewiele robię, by ten głód przyjaźni zaspokoić, że jestem nieufna, że dopatruję się w ludziach złych intencji, że najbezpieczniej czuję się w tych czterech ścianach, choć czasem, jak już dzieci posną, czuję się też w nich zwyczajnie samotna. I że wstydzę się do tego przyznać. Bo matce nie wypada. I żonie też, skoro twierdzi, że mimo rozłąki mąż ją kocha, a ona jego.
A przecież samotność to tak cholernie ludzkie uczucie. I możesz ją poczuć mając dookoła siebie mnóstwo ludzi.  Bo przychodzi taki moment, że akurat teraz, już, w tej chwili musisz się do kogoś przytulić i przepłakać albo prześmiać wszystko to, co nie daje ci zasnąć. Jaka to musi być radość, po prostu spojrzeć na telefon i wybrać numer, wiedząc, że ona zaraz u ciebie będzie. I taka sama, mogąc pojechać do niej w podobnej sytuacji.  Albo wcale nie czujesz się samotna, ale zwyczajnie  zmęczona i chcesz oderwać się od codziennych trosk, od wycierania nosków  i zmywania naczyń. Umalować usta czerwoną szminką, wyjść z przyjaciółką do kawiarni i wcale, a wcale nie gadać o dzieciach. Tylko o tej szmince i o kawie, czy dobra. No może jeszcze o facetach (waszych, rzecz jasna, żeby nie było). Albo zastanawiasz się, co dalej zrobić ze swoim życiem, a ona już przeżyła pierwszą pracę i jej pogodzenie z wychowaniem dzieci albo może jest na tym samym etapie, co ty.  Albo to ona się zastanawia, a ty możesz jej pomóc. I serce ci rośnie od tej pomocy. Jak miło musi być przedyskutować tę ważna decyzję nie raz, nie dwa, ale sto i żadna z was nie powie drugiej, żeby się wreszcie zamknęła. Są takie sprawy, których się nie da z dziećmi ani z mama, ani nawet z mężem. Czasami jednak trzeba ze ścianą. Jak w moim przypadku.

Do niedawna pocieszałam się, ze ta cała przyjaźń to chyba jakiś wymysł - coś jak UFO albo przeżytek jak dinozaury. Jednak głębokie obserwacje w realu i  rozmowa na Facebooku O TUTAJ  i TUTAJ przekonały mnie, że jednak byłam w błędzie. Są tacy, którzy ją mają. I w dodatku są to matki! I sama nie wiem, czy ten fakt powinien mnie pocieszyć, czy raczej bardziej jeszcze zdołować... Tak sobie właśnie czasami rozkminiam. Ja mama, która podobno nie potrzebuje przyjaciółki...
21:38

Palcem po mapie z Mizielińskimi.

Napisała , w
O "Mapach" Mizielińskich słyszałam wiele. Właściwie nie przesadzę, jeśli powiem, że o tej książce krążą już niemal legendy. W związku z tym moja natura mola książkowego, którą ku wielkiej mojej radości skutecznie zarażam dzieci, sprawiła, że na myśl o "Mapach" w mojej głowie dźwięczało: "Muszę ją mieć!".  Długo na "Mapy" czekaliśmy, ale wreszcie są! Czy spełniły nasze oczekiwania? Czy okazały się tak ciekawe, jak głoszą czytelnicze legendy :) ? Przeczytajcie recenzję!



"Mapy" Aleksandry i Daniela Mizielińskich  to świat w pigułce dla małych ciekawskich. Autorzy zabierają małego czytelnika - podróżnika w prawdziwą podróż dookoła świata: ta niezwykła książka zawiera 51 map w dużym formacie. Moc niezwykle interesujących i cennych informacji o świecie Mizielińscy przekazują przede wszystkim za pomocą ilustracji, którymi wypełnione są mapy 42 krajów i 5 kontynentów. Na każdej mapie znajdują się takie szczegóły jak: żyjące na danym obszarze zwierzęta, pochodzący zeń znani ludzie, okazy roślin, zabytki czy potrawy charakterystyczne dla danego kraju. Rysunki są kolorowe i pobudzają wyobraźnię, a krótkie podpisy intrygują i  skłaniają do tego, by samemu szukać jeszcze więcej informacji i pragnie się jeszcze głębiej poznawać świat!



"Mapy" (wydane nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry)  to nie tylko wyjątkowy sposób na rozbudzenie w dziecku jeszcze większej ciekawości świata (bo umówmy się - każde dziecko takową ciekawość w sobie ma), ale także na ćwiczenie koncentracji i spostrzegawczości. Oprócz tego, że dzieci dowiadują się, jakie góry leżą w Austrii, skąd pochodzą psy Bernardyny i jakie są przysmaki kuchni chińskiej, mogą przecież szukać zamków i postaci, liczyć drzewa i opowiadać historie inspirując się tym, co widać na mapach! A idąc jeszcze dalej można poznać kilka słów w nowym języku a kto wie - może nawet wybrać się z rodzicami w prawdziwą podróż i na własne oczy zobaczyć to, co na swoich mapach pokazują Aleksandra i Daniel Mizielińscy?... Bez wątpienia na kartach tej niezwykłej książki można znaleźć ogrom inspiracji do rozmów o otaczającym nas świecie, do tworzenia i opowiadania historii, wymyślania zabaw i planowania tych prawdziwych podróży.




Julia i Szymon bez dwóch zdań podzielają mój zachwyt "Mapami". 
Jak widać na powyższych zdjęciach nie tylko bajki można czytać na dobranoc :). 
Można też oglądać i czytać "Mapy"! A jakie kolorowe z pewnością są po takiej lekturze sny!


Oprócz oryginalnej formy i ogromu wiedzy, jaki ze sobą niesie, ta książka ma jeszcze jedną, wielką zaletę - ona się nigdy nie znudzi, bo zawsze znajdzie się jakiś szczegół, którego wcześniej nie widzieliście, jakieś pytanie, które się wcześniej wam nie nasunęło, jakiś pomysł na zabawę, na który wcześniej nie wpadliście... Takie są właśnie "Mapy" - one żyją, chciałoby się rzec! Na każdej karcie nie tylko odmienna flora i fauna, ale i inne barwy, inna kultura, na każdej gwar, który niemalże można usłyszeć...


"Mapy" to książka, której nie da się nie pokochać! 
Od pierwszego dotknięcia pięknej, pobudzającej wyobraźnię, twardej oprawy, od pierwszego otwarcia i dotknięcia papieru, poczucia zapachu drukarskiej farby i od pierwszego wyruszenia w podróż pełną niezwykłych budowli, cudownych roślin, fascynujących postaci i różnorodnych zwierząt! Ja - całkiem już dorosła czytelniczka - podróżniczka - otwarcie się do tej miłości przyznaję! A to, że moja siedmiolatka i trzylatek sięgają po "Mapy" kilka razy dziennie i z zapałem proponują odwiedzającym nas dzieciom: "Chodźcie, pooglądamy "Mapy"!" mówi chyba samo za siebie...

Pozostaje mi więc wraz z autorami życzyć wam ... udanej podróży! 

"Mapy", Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013.

Książka zagościła u nas dzięki księgarni internetowej taniaksiazka.pl - DZIĘKUJEMY!



12:16

Najczęstsze grzechy pediatrów.

Napisała , w
Dobry pediatra to skarb. Niestety coraz trudniej takiego znaleźć. Szczególnie na wsiach praktycznie nie ma czegoś takiego jak wybór lekarza. Jest jeden pediatra dyżurujący w dodatku raz czy dwa w tygodniu. Niestety nie każdy rodzic ma możliwość dojeżdżać z dzieckiem do lekarza oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów i często po prostu musi leczyć dziecko u pediatry, który nie do końca jest taki jaki dobry pediatra być powinien... Jakie są najczęstsze "grzechy" lekarzy pediatrów i jakie cechy powinien mieć ten idealny? Garść doświadczeń i spostrzeżeń z mojej ponad siedmioletniej kariery mamy.


Łatwo powiedzieć: znajdź innego lekarza. Niestety po pierwsze często samo znalezienie go jest nie lada problemem, a po drugie kiedy okazuje się, że przyjmuje w mieście oddalonym o 60 km, a dziecko potrzebuje szybkiej diagnozy nie zawsze dojazd do niego jest realny. W ośrodkach zdrowia na wsiach zwykle przyjmuje jeden pediatra - raz, dwa razy w tygodniu. A zdarza się i tak, że pediatra jest jedynym lekarzem w przychodni, który przyjmuje wszystkich pacjentów - zarówno dzieci jak i dorosłych.  Takie "uroki" wiejskiej służby zdrowia. W naszym ośrodku zdrowia od jakiegoś czasu dostępne są dwie panie doktor "od dzieci", a więc jakiś wybór jest, ale przecież nie każdy ma ten komfort. Poza tym tak jak wspomniałam, w razie konieczności szybkiej diagnozy i pomocy nikt nie będzie czekał na, powiedzmy, środę, by udać się akurat do tego, a nie do innego lekarza. A zresztą z tymi diagnozami też różnie bywa...

Jakie są najczęstsze grzechy lekarzy pediatrów? Oto wielka PIĄTKA:

1. Diagnoza na chybił - trafił. No niby gardło lekko zaczerwienione, ale osłuchowo czysto. Może to wirus, a może bakteria? Może alergia jednak?  Żadnych dodatkowych badań, które miałyby diagnozę ułatwić, tylko leki - na początek na wirusy, a jak nie pomoże, to proszę przyjść za tydzień. Oczywiście po kolejną porcję leków. I tak zwykły kaszel leczy się tygodniami nie wiedząc tak naprawdę, jaka jest przyczyna. Dziecko jest szpikowane lekami, które kompletnie nie są mu potrzebne, a mogą narobić więcej szkody niż pożytku, a portfele rodziców chudną po każdej wizycie w aptece. Tymczasem często okazuje się, że jeden syrop polecony przez farmaceutkę załatwia sprawę w 3 dni albo domowy napar z majeranku i inhalacje pomagają...

2. Przepisywanie antybiotyków na wszystko. Antybiotyki to leki bakteriobójcze, które są potrzebne w chorobach bakteryjnych np. przy zakażeniu gronkowcem. Tak naprawdę większość powszechnych dolegliwości typu katar, kaszel czy ból gardła są wywoływane przez wirusy. A co robią pediatrzy? Nie zlecając żadnych dodatkowych badań przepisują antybiotyki na zwykły  kaszel czy ból gardła. W efekcie leki zamiast pomagać - szkodzą osłabiając odporność, niszcząc florę bakteryjną jelit, a nawet powodując poważne powikłania.  Moje doświadczenia? Szymon dostał pierwszy antybiotyk mając 2 tygodnie - najprawdopodobniej przy porodzie został zarażony gronkowcem złocistym. Przez pierwszy rok życia miał przepisane jeszcze kilka antybiotyków. Wyleczył się i natychmiast łapał kolejną infekcję. Kiedy wreszcie udało nam się wyjść z tego dołka unikając przyjmowania antybiotyków bez potrzeby, jego odporność wyraźnie zaczęła się odbudowywać. A ja już nie zgadzam się na antybiotyk podczas każdej wizyty u lekarza...

3. Bagatelizowanie obaw rodziców. Dziecko boli brzuszek? Na pewno chce zwrócić na siebie uwagę albo to nerwicowe. Nie ma apetytu? To normalne w tym wieku. Czy antybiotyk jest konieczny? Lekarz wie przecież lepiej - co się rodzic wtrąca? Za to kiedy wyniki krwi wyjdą niezbyt dobre, potrafią opieprzyć rodzica za to, że nie dba o dietę dziecka, a jak zobaczą guza u malca za to, że rodzic dopuścił do tego, by się dziecko uderzyło. Taki oto paradoks...

4. Unikanie kierowania do specjalistów. To oczywiście nie tylko domena pediatrów - no bo wiadomo -limity! Prywatnie limitów nie ma... O zwykłą morfologię krwi trzeba często prosić, nie wspominając o jakichś bardziej specjalistycznych badaniach. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rodziny nie są na tyle dobrze sytuowane, aby badania robić prywatnie a i do lekarzy specjalistów udawać się za pieniądze...

5. Totalny brak podejścia do dzieci. Kiedy dziecko wchodzi do gabinetu przestraszone, słyszy, że to wstyd, że takie duże dziecko się boi. W efekcie jeszcze bardziej się boi tak oschłej osoby w białym fartuchu. Kiedy z kolei jest śmiałe i za dużo - w mniemaniu lekarza - mówi, słyszy, że ma się uspokoić, bo przeszkadza. Płacze przy zastrzyku? Słyszy, że wszyscy będą się z niego śmiać. Takie zachowanie pediatrów nie jest niestety niczym wyjątkowym. "Odhaczanie" pacjentów "na sztuki", skracanie czasu wizyty do minimum z minimum, a do tego zimny ton - niestety zdarzają się często. To nie tylko grzeszki pediatrów, bo w stosunku do dorosłych pacjentów też takie zachowania mają miejsce, ale jednak dziecko to pacjent wyjątkowy, wymagający wyjątkowego podejścia...

Cóż, nikt nie jest idealny i wiadomo, że również pediatrom mogą zdarzyć się gorsze dni i pomyłki. Jednak jeśli takie praktyki jak opisane przeze mnie wyżej są u danego lekarza na porządku dziennym, to coś tu jest nie halo. Do wyboru danej specjalizacji nikt chyba nie zmusza, a lekarz pediatra to specjalizacja wymagająca nie tylko szerokiej wiedzy, ale też podejścia do dzieci, kurcze, no lubienia ich po prostu! Tymczasem po niektórych lekarzach "od dzieci" w ogóle tego nie widać... Podobnie rzecz ma się ze specjalistami typu chirurg dziecięcy czy alergolog: są tacy, którzy zagadają, wytłumaczą, rozładują napięcie zwyczajnym uśmiechem albo pytaniem o ulubioną dobranockę, a są i tacy, którzy odklepią wizytę w minutę nie zważając na płacz małego pacjenta. No cóż - życie. Szkoda tylko małych, przestraszonych istot, które szybko zrażają się do "białych fartuchów", a i rodzic w sytuacji, kiedy potrzebuje pomocy dla dziecka, nie zawsze potrafi być asertywny, nie zawsze ma głowę do szukania innego specjalisty. Chce po prostu pomóc dziecku, a lekarz wydaje się te pomoc gwarantować.

U nas na szczęście ten bilans dobrych i kiepskich pediatrów i lekarzy specjalistów typowo "od dzieci" jest pół na pół. Wielu lekarzy zaskoczyło nas nie tylko szybką, trafną diagnozą, ale też pozytywną energią, uśmiechem i fantastycznym podejściem do dzieci. Wystarczy wspomnieć wizyty z Szymkiem u chirurga dziecięcego: pierwsze dwie, kiedy miał kilka miesięcy polegały na obejrzeniu"sprawy" i stwierdzeniu, że operacje spodziectwa robi się po 2 r. ż. i są to bardzo "brzydkie" rzeczy. Minimum 3 etapy i efektu nie gwarantują. To było wszystko. Znalazłam jednak takiego chirurga, który oprócz tego, że pomoc przy spodziectwie jest jego pasją (studiował na Harvardzie, sam opracował metodę operowania) to jeszcze potrafił do roczniaka zagadać przy badaniu tak, że ten się chichrał, a rodzicielskie obawy rozwiać nie tylko profesjonalizmem, ale i zwyczajnym, ludzkim: "Proszę się nie martwić!". Podobnie pielęgniarki i lekarze w szpitalu: po złych wspomnieniach z patologii noworodka, zupełnie inne, pozytywne wrażenia z pediatrii. Lekarze potrafią nawiązać rozmowę z dzieckiem, uśmiechnąć się, delikatnie pobrać krew, a rodziców wysłuchać i podnieść na duchu. Tacy lekarze to skarb zarówno dla dzieci jak i dla rodziców! Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej i że będą "dostępni" dla wszystkich dzieci i ich rodziców bez względu na miejsce zamieszkania czy zasobność portfela.

A wy macie to szczęście, że macie dobrego pediatrę? Czy lekarze, których spotykaliście na swojej drodze, popełniali podobne grzeszki?

Grafika: pixabay.com
23:30

Siostra i brat.

Napisała , w
[WY] Średnio pięć razy dziennie rozdzielam was, bo bierzecie się za łby walcząc o jakąś zabawkę. Jeśli nawet nie dochodzi do rękoczynów, to są zacięte dyskusje, naburmuszone miny i "Mamoooo, a on wyłączył mi bajkę!" albo "Mama, ona mi zabjała siamochód!". I lecę z kuchni - woda do mycia garów stygnie, obiad się przypala - bo perswadować muszę, prowadzić negocjacje, cieknące nosy i łzy ocierać. I martwię się czasem, że tak się kłócicie, ale jak tylko to zmartwienie zacznie mi głowę zaprzątać, to wy już razem w kąciku rozkładacie klocki albo przed telewizorem wyjadacie chrupki z jednej miski. I już się uśmiecham...


[JULIA] Na wynik mojego testu ciążowego w sierpniu 2011 czekaliśmy we troje: ja, tata i ty - nasza córeczka. Kiedy pojawiła się druga kreska cieszyłaś się razem z nami, choć przecież była to dla ciebie zupełna abstrakcja. Czterolatka biegająca po domu z kawałkiem plastiku, który oznaczał narodziny siostrzyczki albo brata. Totalne szaleństwo :). 
Pamiętam, jak dziś, jak pukałaś do mojego ciążowego brzucha i nasłuchiwałaś odgłosów dzidziusia. A jaką frajdą były wspólne wizyty u położnej, podczas których mogłaś naprawdę usłyszeć bicie serduszka brata albo siostry! Sama jeszcze je czasami wspominasz!

[SZYMON] A ty, Szymusiu, musiałeś lubić te postukiwania siostrzyczki, bo często w odpowiedzi "odkopnąłeś" jej nóżką albo dałeś kuksańca łokciem. Już wtedy zaczynaliście się przekomarzać ... ;)
Kiedy się urodziłeś Julka smacznie sobie spała. Rano tata założył jej zamiast bluzeczki "na wyjście", koszulkę od piżamy (bo była kolorowa i myślał, że to "odzienie dzienne" :)) i przyjechali mnie odwiedzić, a ciebie poznać.

[JULIA] Na początku nie było ci łatwo zaakceptować brata, co nie znaczy, że niemal od razu go nie pokochałaś! Ta dziecięca miłość mieszała się jednak z niepewnością i zazdrością. Były chwile, że niemal zagłaskiwałaś kota...znaczy Szymka... na amen, a były takie, kiedy myśląc, że nikt nie widzi a to dałaś mu kuksańca, a to uszczypałaś... żeby za chwilę znowu przytulić...

[SZYMON] Od początku byłeś zapatrzony w Julkę jak w obrazek. Chłonąłeś każde jej słowo (a słów było i jest na pęczki) i z upodobaniem naśladowałeś jej miny, gesty a z czasem też zacząłeś naśladować wdrapywanie się na stół, zwijanie różnych rzeczy z kuchennych szuflad, uciekanie na boso na podwórko i wiele wiele innych. Rosłeś jak na drożdżach, a wraz z tobą rosła twoja indywidualność. Od razu widzieliśmy z tatą, że jesteś zupełnie inny od energicznej i wybuchowej siostry, ale im byłeś starszy, tym mocniej było to widać... Uwielbiałeś siostrę,ale też miałeś swoje zdanie i tak jest przez cały czas. Razem z rozkwitaniem waszej siostrzano -braterskiej miłości pojawiały się coraz to nowe powody do wzajemnych złości i niesnasek. Jesteście jak ogień i woda.

[JULIA] Bycie starszą siostrą to nie jest łatwa sprawa! Wiem, córeczko! Niejednokrotnie ja i tata wymagaliśmy od ciebie pewnie zbyt wiele. Buntowałaś się na słowa: "Ustąp, bo jesteś starsza", a my z czasem nauczyliśmy się, ze to słaby argument i sprawę trzeba wyjaśnić bardziej dogłębnie :). Twój temperament i ogromna wrażliwość nie ułatwiały i nie ułatwiają ci nadal zadania, ale... z ogromną dumą patrzymy na ciebie z tatą, kiedy w swoim dziecięcym serduszku znajdujesz tyle czułości dla braciszka! A on odpłaca ci tym samym. Po bardzo trudnym pierwszym, wspólnym roku wasze relacje wyraźnie się umacniają i stają coraz bardziej przepełnione miłością...

[SZYMON] Oj potrafisz być dla siostry małym wredniakiem! Ułatwiają ci to jej długie włosy idealne do ciągnięcia i traktorki pechowo twardsze od lalek... Ech, czasem z tatą załamujemy ręce nad tymi waszymi kłótniami! Jedno drugiemu nie odpuści. Ale przecież wiemy, że bycie tym młodszym ma tyle samo zalet co i wad... Chciałbyś być taki samodzielny jak siostra, a nie wszystko ci wychodzi. Szukasz więc ujścia dla swoich małych frustracji. A i naśmiewa się z ciebie czasami, ze dzidziuś jesteś. Wiem, wiem, że to bywa wkurzające! Ale muszę ci synku powiedzieć, że jak już nastanie chwila, w której zapominacie z siostrą o sporach, patrzymy na ciebie z prawdziwą radością, widząc, ile miłości do siostry skrywasz w twoim małym serduszku...

[WY] Zawsze miało być was dwoje. Chcieliśmy z tatą was mieć i chcieliśmy, żebyście wy siebie mieli. Liczyliśmy się z tym, że wasze relacje nie będą idealne. W końcu każde z nas ma rodzeństwo i doskonale znamy smak łez złości i zazdrości, obrażania się, biegania na skargę do rodziców, kablowania na siebie nawzajem, szarpania się za kudły (tu mówię szczególnie o sobie i cioci Sylwii...) a w przypadku taty i jego braci kopania we wrażliwe miejsca...
Teraz poznajemy te "smaczki" od strony rodzicielskiej i uczymy się tak sobie z nimi radzić, żeby nie zakłócić waszego "docierania się" i za bardzo się nie wtrącać, a jednocześnie pomagać wam budować jak najsilniejszą więź...
Bo obok tych wszystkich małych przepychanek i kłótni, jest też wspólna zabawa i poznawanie świata, jest wspólne oglądanie bajek i czytanie książek (teraz ty Szymkowi Julka z dumą czytasz), jest współczucie, kiedy jedno zedrze kolano i wołanie zawsze o drugiego lizaka - "dla Julki", "dla Szymka"...
Chociaż nie raz się z tatą irytujemy, kiedy kolejny raz robicie sobie na złość i czasem też wtedy, kiedy tak fantastycznie "współpracujecie" wymyślając kolejną psotę, to jednak koniec końców wszystko to składa się na waszą więź i na naszą z niej radość i dumę. Tacy jesteśmy szczęśliwi, że was mamy!

A wy musicie wiedzieć, że to, iż macie siebie, to bardzo wiele! Mam głęboką nadzieję, że gdy dorośniecie wciąż będziecie czuć, że to ważne i piękne - mieć siostrę, mieć brata...  Tak jak dziś słyszę: "Mamo, fajnie, że urodziłaś Szymka!" i "Ja kocham Łujkę!", tak mam nadzieję słyszeć to razem z tatą za lat 10, 20, 30... No może w troszkę innym tonie, ale jednak niech sens waszych słów będzie taki sam! A i za łby też się wziąć nie obawiajcie - lepsze to i po godzinie podanie sobie ręki na zgodę - niż udawanie i ukryte żale albo nie odzywanie się do siebie latami...

 Nie dajcie się zwariować pędowi i brakowi czasu, znieczulicy i interesowności dzisiejszego świata. Niech zawsze zostanie w was cząstka tej dziecinnej spontaniczności, ufności i radości z bycia blisko siebie. Po prostu... niech wasza miłość rośnie razem z wami! A my z tatą będziemy tak jak dziś tą waszą miłością się cieszyć...

18:27

Papierowe zoo

Napisała , w
Niedawno w nasze ręce, a właściwie w rączki dzieciaków trafiła niepozorna książeczka: nieduży format, dosłownie kilka kartek. "Małe, papierowe zoo" okazało się jednak być książką magiczną. Na tyle magiczną, że te kilka karteczek pozwoliło dzieciom własnoręcznie wyczarować słonia, pandę i prawdziwe, małe zoo!


"Małe papierowe zoo" to propozycja Wydawnictwa AWM dla najmłodszych dzieci. 16 stron zabawy  dla dzieci od 3 roku życia plus wkładka z naklejkami. Całość opracowana przez Jolantę Czarnecką.

Na kartach tej niepozornej książeczki kryją się zwierzątka i ich domki, które można stworzyć bez użycia nożyczek i kleju! Wystarczy je "wycisnąć" i odpowiednio poskładać!
Okładka książeczki po rozłożeniu tworzy małą makietę ogrodu zoologicznego, na której można ustawić domek słonia i pandy, a wszystko przyozdobić według uznania małego twórcy naklejkami i kartonowymi motylkami. Mała rzecz, a ile daje radości! Sami zobaczcie... ;).





W książeczce znajdziecie też kilka ciekawych zadań do rozwiązania i wzory origami. Nawet mi udało się złożyć z papieru ptaszka i liska, a nie mam zbyt dużych zdolności manualnych :).

Aż trudno uwierzyć, że ta mała książeczka tak pobudza wyobraźnię malucha i kryje w sobie tyle zabawy!


W serii ukazały się też książeczki: "Mały, papierowy domek" oraz "Mały, papierowy cyrk". Wszystkie książeczki znajdziecie na stronie wydawnictwa: http://www.awm.waw.pl/.


19:48

Jak naprawdę wygląda życie rodziny dotkniętej emigracją zarobkową?

Napisała , w
Stało się. Podjęliśmy decyzję o wyjeździe Grześka do pracy za granicę. To była chyba najtrudniejsza decyzja w naszym życiu. Nie mamy pewności, czy była słuszna, ale czyż można ją mieć tu i teraz co do jakiejkolwiek decyzji? Czas pokaże... Mamy nadzieję, że pozwoli nam spełnić nasze wspólne marzenie. Póki co minął rok rozłąki i oprócz tego, że pokazał nam, iż wyobrażenia a rzeczywistość często są od siebie dosyć odległe, to dał nam wiedzę i emocje, których wcale się nie spodziewaliśmy... Dziś wam powiem, co wyjazd Grzegorza i rozłąka dał mi i zdradzę, czy rzeczywiście jest to to czego można się spodziewać...


Ile ludzi, tyle zdań o wyjeździe jednego z partnerów. I polemizować ani nikogo przekonywać nie ma sensu. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że jeszcze półtora roku temu sama byłam na kategoryczne NIE, więc doskonale rozumiem, jeżeli ktoś ma takie zdanie. Naprawdę! Człowiek ma jednak to do siebie, że zdanie czasem zmienia. 
Tak się stało w moim, w naszym przypadku. Życie wymaga czasem podejmowania takich decyzji, których podjęcia sobie nie wyobrażaliśmy. Niektórzy pewnie rozumieją, inni nie, ale jedno jest pewne - nigdy do końca nie zrozumiemy kogoś patrząc na jego życie z boku. Z tej perspektywy wszystko wygląda dużo prościej niż jest w rzeczywistości. Ale stało się. Decyzja, wyjazd, rozłąka. Maj 2014. Niedawno minął rok. Chcecie wiedzieć, czego się przez ten czas dowiedziałam i jak naprawdę wygląda życie rodziny dotkniętej emigracją?

Dowiedziałam się, że praca za granicą różni się od naszych wyobrażeń. Od waszych też. Przynajmniej w Niemczech trudno stać się obrzydliwie bogatym. A już na pewno pracując przez pośrednika. Co nie znaczy oczywiście, że nie zarabia się więcej niż w Polsce. Ale utrzymanie się na dwa domy też nie jest sprawą prostą. Tym bardziej, że jedzie się w jakimś celu - nie po to, żeby mieć kasę na buty Nike i wczasy w Tunezji. Większość emigrantów zarobkowych, szczególnie, jeśli są to ojcowie rodzin, chce jak najszybciej odłożyć pieniądze albo po prostu pospłacać długi. I wrócić do domu. Zdradzać zawartości portfela nie będę, jednak chcę, żebyście wiedzieli, że naprawdę nie każdy, kto pracuje za granicą tapetuje sobie kasą mieszkanie. A często panuje takie przekonanie... Nie wspomnę już o tym, że tam naprawdę trzeba zap&*$#@lać...

Dziś mogę powiedzieć, że do rozłąki można się przyzwyczaić, ale do tęsknoty już niekoniecznie. Dosyć często słyszę: "Minął rok, to już się pewnie przyzwyczaiłaś, co?". Przyzwyczaiłam się do tego, że obowiązki domowe są tylko na mojej głowie, do tego, że musiałam przejąć też częściowo te męskie, do tego, że jesteśmy sami z dzieciakami w ciągu dnia, ale nie do tego, że tęsknię. To, że nie chodzę całe dnie zapłakana, nie znaczy, że mi go cholernie nie brakuje.. Ludzie są różni. Nie każdy potrafi i chce pokazywać wszystkim dookoła, co czuje. Tęsknota boli ciągle tak samo, a może nawet coraz bardziej...

Wiem już, na kogo mogę liczyć, a na kogo nie. Nie będę robić z siebie Superwoman - nie raz w ciągu tego roku potrzebowałam pomocy. I choć chciałabym ze wszystkim radzić sobie sama, nie zawsze jest to możliwe. Teraz wiem, że są ludzie, którzy naprawdę mnie wspierają, ale są i tacy, na których liczyć nie mogę choć wcześniej sądziłam, że jest inaczej... To taka dziwna sytuacja, bo chociaż poprawia się sytuacja finansowa, to jesteś w biedzie w innym znaczeniu tego słowa... Potrzebujesz rozmowy, obecności, czasem po prostu kogoś do dzieci. Powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie jest nie do końca słuszne. Poznaje się ich też w takiej sytuacji jak ta. Są tacy, którzy przestają się zupełnie odzywać... Poznaję nie tylko smak tęsknoty, ale i zawiści.

Nie mam już złudzeń, że każdy, kto wyjeżdża za granicę jest po prostu wyrachowany albo nie umie sobie poradzić w kraju. Tak, kiedyś też myślałam tak, jak niektórzy z was. Dziś już wiem, że to jest cholernie krzywdzące myślenie. Cholernie krótkowzroczne i niesprawiedliwe. Słucham opowieści o tym, jak K. ledwie stoi przy taśmie, bo jest schorowany i po 40. , ale pracuje, bo w Polsce komornik chciał mu zabrać dom, na utrzymaniu ma maleńkie dziecko i żonę, a do pracy jest za stary. O tym, że B. w swoim zawodzie mógł zarobić jedynie najniższą krajową, a za samo mieszkanie w mieście musiał płacić tysiąc złotych, a dzieci poważnie chore i żona nie może iść do pracy. O tym jak P. został w Polsce zwolniony bez jednego słowa wyjaśnienia z hipoteką na karku. O tym, jak ktoś zwyczajnie chce spełnić marzenie, na którego spełnienie Polska mu nie pozwala. To doskonale wiem, że ci wyrachowani to tylko maleńki odsetek. Wyjazd za granicę to często jest dramat, a zawsze nadzieja na lepsze jutro. Czy to jest coś złego? Sami sobie odpowiedzcie...

Wiem, że dzieciom widującym tatę raz na dwa tygodnie jest bardzo trudno i staram się je wspierać najlepiej jak umiem. Na szczęście dzisiejszy świat daje nam takie cuda jak skype, Facebook czy telefon, które naprawdę bardzo pomagają przetrwać ten czas rozłąki. Bez przerwy słyszę, że powinniśmy pojechać razem. Cóż, oprócz tego, że życie tam za te pieniądze nie byłoby w niczym lepsze od tego, co mieliśmy przed wyjazdem, to nie dla każdego opcja wspólnego wyjazdu jest lepsza niż rozłąka. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać. Chcę wam tylko uświadomić, że wspólny wyjazd nie jest sprawą tak oczywistą, jak wam się wydaje i naprawdę nie zawsze ma sens. Dla mnie i dla Grzegorza wyrwanie dzieci ze wszystkiego co znają tylko po to, by za rok - dwa tu wrócić jest kompletnym nonsensem. I doszliśmy do wniosku, że o wiele łatwiej będzie im przetrwać ten czas rozłąki z tatą, niż wyprowadzkę do obcego kraju, do środowiska, którego nie znają, zabranie ze szkoły, od babć, dziadka, koleżanek, kolegów i całej reszty tego, co tworzy ich życie.

Po tym roku rozłąki wiem, że decyzja, którą podjęłam 9 lat temu była najlepszą w moim życiu. W naszym związku nie zawsze było różowo, choć z zewnątrz może to tak wyglądać. Nie jestem osobą, która ma w zwyczaju opowiadać na prawo i lewo o każdej małżeńskiej kłótni czy kryzysie. Taki już mój urok. Jest właściwie tylko jedna bliska osoba, z którą na takie tematy rozmawiam. No dwie, bo drugą jest sam zainteresowany, czyli mój mąż ;). W każdym razie rozłąka = spojrzenie na związek z zupełnie innej perspektywy. Niektórzy mówią, że my jesteśmy jacyś inni, bo regułą jest psucie się związku przez rozłąkę. Może faktycznie tak jest, a może to jakaś zależność, że jak wcześniej było dobrze, to dzieje się źle, a jak było kiepsko, to się poprawia? Nie mam pojęcia. U nas w każdym razie rozłąka zaowocowała tym, że bardzo doceniliśmy to, że siebie mamy. Bardzo. Pewne problemy, które wcześniej wydawały się być nie do przeskoczenia, teraz wydają się śmieszne i bez znaczenia. Nie mam też problemu z jakimiś przyzwyczajeniami słomianej wdowy, w których przeszkadza mi obecność męża. No nie mam. Trudno. Pewnie to dziwne, ale to, że nie widzę go na co dzień jakoś nie sprawiło, że nie ma w tej codzienności dla niego miejsca. Jeszcze dziwniejsze jest pewnie to, że jak przyjeżdża, mam wrażenie, jakby nigdy nie wyjeżdżał, a kiedy go nie ma, wydaje mi się, że nie widzimy się wieczność... Jeśli można było pokochać bardziej, to pokochałam.

Facet na emigracji tęskni. I to cholernie. Może bardziej niż żona, bo on nie ma przy sobie ani dzieci, ani nikogo znajomego, nie licząc kilku kolegów przy taśmie. Nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy czytam, że faceci jadą do pracy za granicę z uśmiechem na twarzach  i pewnie od razu z otwartym rozporkiem. "Na pewno cię zdradzi", "Małżeństwo się rozpadnie", "Przecież ty nie wiesz co on tam robi" itd. itp. - błyskotliwe stwierdzenia ludzi, którzy albo nigdy nie przeżyli takiej rozłąki, albo zostali zdradzeni przez kogoś, kto po prostu był gnojkiem, albo sami w taki sposób nastawiają się do wyjazdu... Jeśli sobie nie ufacie, to jaki sens ma związek w ogóle - nie tylko ten na odległość? No jaki? Wieczna obawa, że może się rozpadnie, może on mnie jednak nie kocha, a może kogoś ma albo kiedyś zacznie pić? Jaki ma sens? Wiadomo, że pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ale zaufanie to podstawa związku. Jeśli macie przestać się kochać, równie dobrze może to się zdarzyć bez wyjazdu któregoś z was, a i ten, kto chce zdradzić, znajdzie ku temu okazję. Ale wracając do stereotypu mężczyzny za granicą: współczuję wszystkim, którzy twierdzą, że on jedzie leżeć na wyrze i pachnieć albo imprezować. Większość tych facetów przez pół dnia ciężko zapieprza, żeby móc wysłać kasę rodzinie, a popołudniami siedzą w pokojach i oglądają nudne filmy marząc o tym, żeby być w domu i móc pobawić się z dzieciakami...

A żona takiego faceta? To pewnie leniwa, wyrachowana zołza, która była za leniwa, żeby ruszyć dupę do roboty. No jasne. I najczęściej mówią to osoby, które nigdy nie pracowały albo te, które zostawiają dziecko babci i mogą spokojnie jechać do pracy. Jak cholernie łatwo jest oceniać! Tymczasem taka decyzja o wyjeździe rzadko wynika z nacisku jednej strony czy z braku chęci do pracy w Polsce. Najczęściej to długie godziny dyskusji, nieprzespane noce, kiedy wtuleni w siebie zastanawiacie się, jaką podjąć decyzję, analizowanie i kombinowanie, że może jednak da się tu w Polsce coś zrobić... Ale czasem niestety latami się nie da i przychodzi taki moment, w którym stajecie pod ścianą i musicie podjąć decyzję - wóz albo przewóz. I te żony zostające w domu naprawdę nie kupują sobie sukienek z katalogów i nie chodzą dwa razy w tygodniu do kosmetyczki. One czekają na telefon czy rozmowę na skype i wieczorami myślą, co on akurat robi. Skrupulatnie zapisują w zeszycie wydatki i kombinują, jak by tu szybciej oszczędzić. A wiele z nich także pracuje. I godzą to wszystko. Nie oceniajcie ich tak łatwo.

Nie chciałabym wyjechać do niego i rozpocząć od zera życie w Niemczech, ale też nie chciałabym żyć na odległość latami... Tak, tak. To, ze piszę, że daję sobie radę, że nie wylewam swoich tęsknot i smutków każdej napotkanej osobie, że wierzę, iż to była dobra decyzja, bo pozwoli nam spełnić nasze marzenia, to jednak nie lubię tego życia osobno... On też nie lubi. Tyle wspólnych chwil nas omija, dzieci rosną, czas pędzi jak głupi. Wciąż bijemy się z myślami i zastanawiamy, co zrobić, żeby ta rozłąka trwała jak najkrócej, a jednocześnie żeby nie poddać się w walce o marzenia. Mam nadzieję, że jeszcze maksymalnie dwa lata i będziemy razem. Niestety - nie oszukujmy się - życie nie zawsze jest tak proste, jakbyśmy tego chcieli. Raczej nigdy takie nie jest. Można siedzieć na tyłku i czekać na mannę z nieba albo jakiś cud, a można działać, czasem coś poświęcić, zaryzykować... Można później żałować, ale ja jednak wyznaję zasadę: lepiej spróbować i potem żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.

Życie rodziny, w której jedno z rodziców wyjeżdża do pracy jest cholernie trudne. Nie będę was czarować. Tęsknimy wszyscy, a nasza codzienność musiała zostać mocno przeorganizowana. Taki wyjazd to żadna przyjemność i uwierzcie - nikt nie robi tego z uśmiechem na ustach i lekkim sercem. Mało kto robi to dla wielkiej kasy, bo marzenia rodzin takich jak nasza są zwykle naprawdę przyziemne... Możecie przekonywać siebie i mnie, że Polska daje możliwości podjęcia dobrej pracy ojcom, jakiegokolwiek startu na rynku pracy matkom, wyjścia z długów, odłożenia paru groszy na czarną godzinę, niezpaożyczania się na koniec miesiąca, kupienia mieszkania (pan K. idealnie o tym mówił w kampanii...). Może i daje, ale niestety - nie wszystkim. Tak już na świecie jest, że o to, co jedni mają na wyciągnięcie ręki, inni muszą zawalczyć... I to jest ta nasza walka. Nasza i milionów innych rodzin. Wierzę, że ją wygramy. I tym wszystkim zwyczajnym rodzinom w sytuacji podobnej do naszej tego życzę.

Grafika: pixabay.com
11:42

Depresja poporodowa może dotknąć i ciebie!

Napisała , w
Co jakiś czas media obiega tragiczna wiadomość: matka skrzywdziła własne dziecko. Dosłownie kilka tygodni temu kilkumiesięczna dziewczynka została przez mamę wyrzucona z okna. Nie przeżyła. Potępienie. To właśnie reakcja społeczeństwa. Wyrodna matka. Suka. Potwór. To tylko łagodne określenia, jakie padają pod adresem takiej matki. A co jeśli ona jest chora? Tak chora, że kompletnie nie wie, co robi? Depresja poporodowa może dotknąć i ciebie... O tym właśnie jest książka "Pęknięte odbicie" Dawn Barker (Wydawnictwo Prószyński i S-ka)


Anna i Anthony tworzą wyjątkowo dobraną parę. Marzą o dziecku, jednak okazuje się, że kobieta ma problem z zajściem w ciążę. Po wielu miesiącach prób, badaniach, obwinianiu siebie nawzajem wreszcie są - dwie kreski na teście. Para nie posiada się z radości. Po 9 miesiącach na świat przychodzi ich upragniony synek Jack. Wydawać by się mogło, że teraz już nic tylko happy end: przecież oboje chcieli zostać rodzicami, przecież synek urodził się zdrowy i właściwie wszystko układało się niemal idealnie... A jednak Annę i Tony'ego poznajemy tak naprawdę w momencie dramatycznym: w chwili gdy Anna próbuje popełnić samobójstwo i gdy ... krzywdzi własne dziecko... 

Historia opowiedziana przez Dawn tylko na początku wydaje się wręcz nierealna: jak matka może zabić własne dziecko? Przecież te wszystkie przypadki, o których mówią w mediach to jakieś odległe historie, te matki to jakieś bestie! Jednak w miarę czytania przekonujemy się, że depresja i psychoza poporodowa są tak naprawdę na wyciągnięcie ręki: może gdzieś tuż obok nas ktoś je właśnie przeżywa, a może dotkną i kogoś z naszych bliskich albo ... nas samych? Ta choroba jest jak misterna układanka, na którą składają się na pozór mało ważne elementy. Dopiero z perspektywy czasu dostrzega się, że tak naprawdę każda kłótnia w ciąży, ból porodowy, problemy z karmieniem piersią czy nieprzespana noc dla tej akurat kobiety miała ogromne znaczenie...

Ta książka to dogłębna analiza nie tylko psychiki młodej matki i tego, w jaki sposób dochodzi do depresji poporodowej, ale też obraz postępowania całej najbliższej rodziny, która ... No właśnie: nie była wystarczająco blisko? Nie dostrzegła problemu Anny albo zbagatelizowała go? Nie przewidziała zagrożenia? Po tym, jak zdarza się tragedia, zarówno Anthony jak i matka Anny, jej przyjaciółka oraz rodzina ze strony Tony'ego mają sobie wiele do zarzucenia. Niedowierzanie, gniew, żal i nienawiść do Anny za to, co zrobiła mieszają się z wyrzutami sumienia i złością na samych siebie. Czy można wybaczyć kobiecie, która skrzywdziła własne dziecko? Czy można zrozumieć taką chorobę? Jak potoczą się losy Anny i Anthony'ego? Sięgnijcie po "Pęknięte odbicie", a nie oderwiecie się od niej dopóki nie przeczytacie do końca!


Sama doświadczyłam tyko standardowego baby blues po narodzinach córki: kilka dni, w których myślałam, że sobie nie poradzę, a łzy płynęły, bo Julia nie chciała spać, bo bolało podczas karmienia, bo czułam, że wszystko robię źle... To było normalne - szalejące hormony pomieszane z obawami młodej mamy, która przecież stanęła przed nieznanym. Troszeczkę czasu i wsparcie męża i mamy wystarczyło, by po kilku dniach baby blues odszedł w niepamięć. Jednak depresja to nie baby blues. To poważna choroba psychiczna , która wymaga nie tylko wsparcia najbliższych, ale też pomocy specjalistów. Jak najszybsze dostrzeżenie jej objawów i zdiagnozowanie jest niezwykle ważne: tutaj chodzi nie tylko o zdrowie, ale także o życie samej mamy i jej dziecka...

Dawn Barker poruszyła niezwykle ważny temat. Depresja poporodowa nadal jest tabu, o którym kobiety boją się mówić. Są potępiane przez społeczeństwo, spychane na margines, wytykane palcami. Nie potrafimy zrozumieć, jak poważna jest to choroba, bo zrozumieć nie chcemy...  Tymczasem jedynym sposobem na uniknięcie tragedii dziejących się wskutek depresji poporodowej jest mówienie o niej jak najgłośniej! Takim głosem jest książka "Pęknięte odbicie". Nie jest to lektura łatwa, ale bardzo wartościowa - nie tylko dla kobiet, ale także dla ich partnerów, mam, sióstr, przyjaciółek, lekarzy... Dla wszystkich, którzy mogą i powinni pomóc.  Polecam!


Dawn Barker, "Pęknięte odbicie", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Książkę kupicie w księgarni taniaksiazka.pl.



19:13

Sprawdzone sposoby na utrzymanie porządku w domu, w którym są dzieci.

Napisała , w
Lubię porządek, ale stwierdzenie: "sprzątam, więc jestem" mnie nie dotyczy. Fakt, nie od razu doszłam do tego wniosku, ale dziś wiem, że w domu, w którym są dzieci bałagan czasami jest potrzebny! Jest potrzebny dla zabawy, dla rozwoju, dla uśmiechu! Oczywiście wszystko ma swoje granice, a każdy bałagan i tak trzeba posprzątać. Nie biegam jednak za dziećmi i nie podnoszę każdego klocuszka przeszkadzając im w zabawie, i nie ścieram każdego pyłku z podłogi. Mam za to kilka sprawdzonych sposobów na to, jak utrzymać porządek w domu, w którym są dzieci... 



1. Pozbądź się wykładzin. Do niedawna miałam panele tylko w jednym pokoju, a u dzieci wykładzinę.Powiem jedno: masakra! Odczułam to szczególnie mocno, kiedy przez ponad rok Szymek pozbywał się stopniowo pieluchy...  Wiecznie biegałam ze szczotką i pachnącym płynem, a jeszcze efekty nie były zadowalające...Teraz, kiedy wreszcie udało nam się położyć tam panele poczułam różnicę! Płyn, gorąca woda, ścierka i czyściutko! Nawet po tym, jak dzieci urządzają sobie w pokoju piknik!

2. Maluj farbą, którą można zmywać. Oczywiście nie kolor ze ścian, tylko plamy :) Teraz taką możliwość daje już chyba większość farb, ale jednak niektóre tylko z nazwy... Przekonałam się o tym niedawno kupując farbę nieco tańszą niż zwykle - plamy nie schodzą, schodzi za to kolor, mimo że producent obiecuje zmywalność. Dobrej jakości farba naprawdę pozwala utrzymać ściany w czystości - wystarczy szmatka, ciepła woda i trochę płynu. A jeśli farba nie jest najlepszej jakości, zawsze warto mieć w domu zapas tego samego koloru, żeby móc na bieżąco nanosić na ściany poprawki :).

3. Nakrywaj kanapy i łóżka. W dzień - kocem lub narzutą, a w nocy nieprzemakalnym podkładem. Niestety musiałam dostać nauczkę w postaci kompletnie zniszczonej kanapy, aby do tego dojść... Koc czy narzutę łatwiej wyprać niż wyczyścić plamy na łóżku, a spocony tyłek na podkładzie to nic w porównaniu do wywabiania plam z "nocnych wpadek" pozbywającego się pampersa malca...

4. Postaw na skrzynie i pojemniki. Z podziwem patrzę na równiutko poukładane na półeczkach zabawki ( z jeszcze większym na nieskazitelne białe ściany i meble) w dziecięcych pokoikach. I mam wrażenie, że nie mieszkają w nich dzieci, a jeśli mieszkają, to na pewno nie są podobne do moich :P. Ja już dawno przestałam się spinać i codziennie ustawiać rządkiem lalki na regale a także segregować z uporem maniaka zwierzątka, zabawki z Kinder Niespodzianek, autka i zabawkowe naczynia. I tak za chwilę wszystko jest pomieszane... Stawiam więc na praktyczne plastikowe pojemniki i skrzynie, do których szybko można wrzucić klocki i inne drobne zabawki. Dodatkowym plusem jest fakt, że nie zbiera się na nich tyle kurzu, co na regałach. Marzą mi się jeszcze drewniane na pluszaki :).

5. Pozbywaj się niepotrzebnych rzeczy. Było żal tych laleczek w całkiem jeszcze dobrym stanie, tych klocuszków i misiaczków - mi chyba bardziej niż dzieciom... Kiedy wreszcie podczas remontu zrobiłam porządny remanent w zabawkach, a do tego w ciuszkach, w pokoju przejrzało! Jest mniej do układania i mniej do bałaganienia, a wszystkie rzeczy znalazły swoich nowych, zadowolonych właścicieli! A dzieciaki mające nieco mniej zabawek, o wiele lepiej wiedzą, czym się bawić :P.

To moja super piątka - najbardziej aktualne metody, które są w naszym domu w tej chwili w użyciu. Naprawdę ułatwiają naszej czwórce życie! Oczywiście pracujemy też cały czas nad tym, by latorośle same po sobie sprzątały i idzie nam to coraz lepiej! Co byście dodali do tej listy?

Ale wiecie - jakbyście odwiedzając mnie zastali klocki, maskotki, autka na podłodze, a obok tego wszystkiego jeszcze miskę z chrupkami i soczki - to  nie jest bałagan - to znaczy po prostu, że dzieci akurat się bawią...

[Grafika: pixabay.com]
17:26

Poród nie musi boleć!

Napisała , w
Znieczulenie. Jeśli wiesz, że czeka cię ból albo właśnie zagryzasz wargi próbując z niego nie krzyczeć, to słowo jest magiczne. Ból porodowy jest bez wątpienia jednym z najdotkliwszych, jaki może poczuć kobieta. Przez lata nie umiano nad nim zapanować, a jeszcze dziś, mimo że są już na to sposoby, mówi się kobietom, że boleć musi! "Tyle kobiet wytrzymało przed tobą, to i ty wytrzymasz! Nie marudź, tylko ródź!" - słyszą rodzące. Od lipca znieczulenia do porodu będą darmowe i dostępne dla każdej kobiety - jak informują media - NFZ pokryje koszty i to bez limitów. Jak będzie to wyglądać w praktyce i czy zmieni się podejście zarówno kobiet jak i ogółu do bólu porodowego?



Mimo, że moje porody były krótkie, to bólu towarzyszącego szczególnie temu pierwszemu, nie zapomnę do końca życia... A przecież nie musiało aż tak boleć! Przyznam szczerze, że wtedy, ponad 7 lat temu nawet nie pomyślałam o znieczuleniu... No, może przeszło mi to przez myśl, ale jedynie w kontekście: "Cholera, szkoda, że mnie na to nie stać!". Cena znieczulenia w różnych szpitalach wahała się w granicach 400 - 700 zł. Bądźmy szczerzy - to nie jest mało. W 2008 roku, kiedy rodziła się Julka na obecność męża przy porodzie musiałam mieć 100 zł i już to nie było dla mnie mało... Nie wspomnę, że opłata za poród rodzinny, była pobierana bezprawnie, o czym jeszcze wtedy nie wiedziałam...

Trzeba więc było te 4 godziny bólu znieść. Słowa położnej, żeby nie krzyczeć też. A potem oprócz bólu fizycznego jakiś taki ból emocjonalny: że nie potrafiłam się opanować, że ból był silniejszy, że reagowałam tak, jak się tego obawiałam... Mówią, że zapomina się o bólu porodowym w momencie, kiedy kładą ci dziecko na brzuchu, ale to nie do końca jest prawda. Przestaje się o nim myśleć na chwilę, a tuląc dziecko czuje się, że to cierpienie zostało wynagrodzone, ale często wspomnienia bólu powracają jeszcze przez długi czas po porodzie... Piszę z własnej perspektywy, a aż trudno mi wyobrazić sobie, co czują kobiety, które bóle porodowe musiały znosić kilka godzin dłużej niż ja. Różny jest też przecież próg bólu, jaki dana osoba jest w stanie wytrzymać - to, co dla jednej kobiety jest bólem w granicach jakiejś tam normy, dla innej może stać się traumą...

Wczoraj dowiedziałam się, że od lipca NFZ refunduje znieczulenia podczas porodu i będzie mogła dostać je każda rodząca, która sobie tego zażyczy. Z punktu widzenia rodzącej dwa razy siłami natury bez znieczulenia uważam, że to ... czas najwyższy! Czas najwyższy, aby umożliwić każdej kobiecie bez wyjątku decydowanie o tym, czy chce rodzić w bólach, czy choć troszkę je sobie uśmierzyć! Marzy mi się taki czas, w którym zamożność przestanie mieć jakikolwiek wpływ na opiekę zdrowotną, ale to oczywiście utopia... Dobrze jednak, że chociaż w kwestii porodów podejmuje się kolejne kroki, by "wyrównać szanse" kobiet o różnym statusie materialnym, a jednocześnie uczynić porody w polskich szpitalach coraz bardziej godnymi! Dobrze, że każda kobieta będzie miała prawo zdecydować jak chce rodzić, bez względu na to, jaka jest zasobność jej portfela.

Warto przytoczyć trochę teorii na ten temat: do porodu naturalnego stosuje się znieczulenie zewnątrzoponowe lub podpajęczynówkowe, które są do siebie podobne pod kątem działania. Anestezjolog znieczula rodzącą wbijając igłę pomiędzy kręgi kręgosłupa lub obok niego. Następnie poprzez pozostawiony w tym miejscu cewnik ma możliwość podawania leków. Kobieta podczas znieczulenia jest w pełni świadoma, jednak natężenie bólu podczas skurczów jest znacznie mniejsze. Same skurcze na ogół są odczuwalne, a doświadczenie położnej wystarczające, by rodząca była aktywna w odpowiednich momentach porodu. Pod uwagę należy brać jednak wydłużenie się porodu - nawet o dwie godziny - aczkolwiek sądzę, że jeżeli te dwie godziny nie przebiegają w dotkliwych bólach, to fakt ten nie ma wielkiego znaczenia. Takie znieczulenie jest też w pełni bezpieczne dla dziecka. Przeciwwskazaniami do rodzenia ze znieczuleniem mogą być różne względy zdrowotne (m.in. nadciśnienie, cukrzyca, alergie). O chęci otrzymania znieczulenia przy porodzie oczywiście najlepiej poinformować szpital jeszcze przed porodem lub jak najwcześniej w jego trakcie. Oczywiście sposobów na złagodzenie bólu porodowego jest więcej np. masaż czy kąpiel, ale nie oszukujmy się - efekt nigdy nie będzie taki sam jak w przypadku znieczulenia farmakologicznego.
[źródła informacji do tego rozdziału: https://parenting.pl/portal/znieczulenie-do-porodu, https://portal.abczdrowie.pl/znieczulenie-zewnatrzoponowe]

Szanuję zdanie kobiet, które nie biorą pod uwagę znieczulenia chcąc "przeżyć poród w pełni", ale ja osobiście zdecydowałabym się na takowe, gdybym dziś miała rodzić. Jeśli jest możliwość uczynienia tak ważnego przeżycia jakim jest poród piękniejszym dzięki uśmierzeniu bólu, to dlaczego tego nie zrobić? Nie przemawiają do mnie idee porodu w zgodzie z naturą, no trudno. Chciałabym mieć przed oczami wyłącznie widok nowonarodzonej córeczki i synka na myśl o porodzie, a nie wbijane z bólu w dłoń męża paznokcie i zbielałe od ściskania poręczy łóżka palce... Myślę, że wiele kobiet właśnie tego by chciało!

Nasuwają się jednak pytania: jak dobre chęci NFZ będą wyglądać w praktyce? Przecież znieczulenie wymaga obecności anestezjologa, a w wielu szpitalach brakuje tych specjalistów. W najbliższym mi szpitalu oddalonym o ok. 25 km nie ma możliwości otrzymania znieczulenia podczas porodu... I zapewne takich szpitali, szczególnie w małych miastach, jest znacznie więcej. Czy nowe prawo coś w tej kwestii zmieni? Nie wydaje mi się. Ponadto celem NFZ jest nie tylko poprawa komfortu kobiety rodzącej, ale też zmniejszenie liczby cesarskich cięć i tu także pojawia się obawa: czy nie dojdzie do tego, że pacjentki, które będą miały wskazania do CC będą przekonywane do rodzenia siłami natury i "zachęcane" do tego dostępnością znieczulenia? Wszak już teraz dochodzi do tragedii będących wynikiem błędnego podejmowania decyzji o porodach naturalnych u kobiet ze wskazaniami do cesarek... 

Mam nadzieję, że efekty tej zmiany rzeczywiście będą pozytywne dla rodzących i że jest to kolejny krok ku wyrównaniu standardów okołoporodowych w Polsce z tymi w innych krajach Europy! Nie różnimy się w końcu pod względem potrzeb i marzeń o dobrym, pięknym porodzie od Finek, Szwedek czy Niemek. Oby tylko w ślad za zmianami w procedurach okołoporodowych szły także zmiany w podejściu do rodzących ze strony niektórych położnych i lekarzy... Myślę, że wtedy strach przed porodem u większości kobiet będzie dużo, dużo mniejszy.
00:19

Niech twoje dziecko poczuje się łowcą skarbów!

Napisała , w
Twoje dziecko uwielbia wycieczki i poznawanie nowych miejsc? Zbiera błyszczące kamyki albo  przesiewa piasek przez sitko szukając muszelek i bursztynów i chowa je do skrzyneczki jako swoje skarby? Jeśli jeszcze choć odrobinkę lubi wodę, to książka "Treasure Hunters. Łowcy skarbów" jest dla niego idealna! 


Pełna przygód, niespodziewanych zwrotów akcji i humoru powieść Jamesa Pattersona i Chrisa Grabensteina to idealna propozycja dla nieco starszych dzieci, które uwielbiają, kiedy cały czas coś się dzieje! Ta książka ich nie zawiedzie: czwórka rodzeństwa Bick, Beck, Burza i Tommy od dziecka mieszkają z rodzicami na statku. Ich ojciec jest znanym poszukiwaczem skarbów, jednak kiedy podczas burzy ginie bez wieści, to oni muszą przejąć pałeczkę! Mama bowiem zaginęła już wcześniej...

Czy "Zguba" bezpiecznie poniesie ich po wezbranym morzu i pozwoli odnaleźć rodziców? Czy czwórka dzieciaków poradzi sobie z czyhającymi na nich przemytnikami i tajnymi agentami? Czy odnajdą skradzione dzieła sztuki i wrak pełen kosztowności? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie czytając "Łowców skarbów"! 

Niech nie przerazi was grubość książki! Moja siedmiolatka nie da jeszcze rady przeczytać jej samodzielnie, ale "Łowcy skarbów" to doskonała książka do głośnego czytania - może nie przed snem, bo przygody tych dzieciaków potrafią rozbudzić, ale na pewno na wspólne popołudnia - czy to deszczowe, czy zbyt upalne, by wyjść na dwór! Zabawne ilustracje "rysowane" przez siostrę narratora (czyli Bicka) - Becke dodatkowo uatrakcyjniają czytanie! 

Przygoda, zaskakujące zwroty akcji i emocje to jednak nie wszystko, co ma do zaoferowania ta książka! "Łowcy skarbów"pokazują także, jak ważna w życiu jest rodzina i jak wiele można zrobić trzymając się razem! 


Książkę kupicie na stronie Wydawnictwa Znak.

J. Patterson, Ch. Grabenstein, "Treasure Hunters.Łowcy skarbów.", Wydawnictwo Znak Emotikon, 2015.

22:58

Podręczniki na rok szkolny 2015/2016 - można dostać za darmo, można kupić niedrogo!

Napisała , w
Wakacje w pełni, jednak dzień za dniem mija bardzo szybko i w głowie większości rodziców pojawia się już myśl o wydatkach związanych z nowym rokiem szkolnym. Sama jestem mamą siedmiolatki, która od września rozpocznie naukę w II klasie. Nie czekam z zakupem wyprawki i podręczników szkolnych na ostatnią minutę. W nadchodzącym roku szkolnym wielu rodziców nie będzie musiało ponosić kosztów  kupna podręczników, natomiast ci, którzy będą musieli je kupić, mogą zrobić to niedrogo!


W minionym roku szkolnym z darmowego elementarza, zeszytów ćwiczeń i dofinansowania do kupna podręcznika i ćwiczeń do nauki języka korzystali uczniowie klas I szkół podstawowych. Co prawda różne były opinie na temat książek zaproponowanych przez MEN, ale większość szkół z nich korzystała. Ja pisałam o "Naszym elementarzu" już jakiś czas temu. Dziś moją opinię podtrzymuję: moim zdaniem w niczym nie ustępuje on drogim podręcznikom, a Julia uczyła się z niego w taki sam sposób, jakbym zapłaciła za niego kilkadziesiąt złotych. Wadą jest bez wątpienia dosyć słaba jakość samej formy podręcznika - lepszej jakości papier i mocniejsze zszycie wskazane, ale poza tym nie mam zastrzeżeń. Wpadki merytoryczne? Były, ale bądźmy szczerzy - w innych podręcznikach też ich nie brakuje - nie są tylko tak wnikliwie prześwietlane! W klasie II dzieci z rocznika 2008 (i 2007, jeśli chodziły dwa lata do "zerówki") również otrzymają darmowe podręczniki i ćwiczenia oraz dopłatę do podręczników językowych. Kupić musimy jedynie książki do religii i zajęć komputerowych.

W zbliżającym się roku szkolnym na dofinansowanie do kupna podręczników mogą liczyć oprócz dzieci z rocznika 2008, także:
- uczniowie klas IV szkół podstawowych,
- uczniowie klas I gimnazjum,
- uczniowie klas III liceum,
Na ten cel szkoły otrzymują dotacje celowe, które uzależnione są od liczby uczniów w klasach. W szkole Julii wygląda to tak, że na początku roku szkolnego otrzymuje podręczniki - wypożyczone z biblioteki szkolnej - oraz zeszyty ćwiczeń. Rodzice podpisują ze szkołą umowę użyczenia i zobowiązują się zwrócić podręczniki na koniec roku. Więcej przeczytacie na stronie MEN.

Można także ubiegać się o dofinansowanie zakupu podręczników z racji niskich dochodów. Próg dochodowy jest tutaj zgodny z kryterium dochodowym z ustawy o świadczeniach rodzinnych i wynosi 574 zł na osobę. O takie dofinansowanie mogą się ubiegać m.in. rodzice dzieci, które będą uczęszczać do klasy III szkoły podstawowej oraz rodzice dzieci niepełnosprawnych. Pełną listę osób objętych programem znajdziecie na stronie MEN (men.gov.pl).

Ceny podręczników, które trzeba kupić są jak wiemy bardzo różne. Często potrafią one wpędzić nas, rodziców, w nie lada dołek finansowy. Na podręczniki dla jednego dziecka możemy wydać nawet w granicach 300-400 zł. Na szczęście z pomocą przychodzi Internet, a dokładniej księgarnie internetowe, z których jedną chciałabym wam polecić szczególnie. Taką księgarnią jest taniaksiazka.pl - miejsce, w którym oprócz wielu fantastycznych książek dla dzieci i dorosłych, rodzice szkolniaków znajdą podręczniki szkolne w bardzo konkurencyjnych cenach.
Wygodna wyszukiwarka i szeroki wybór podręczników zgodnych z  aktualnym programem nauczania, rabaty nawet do 15 % i niskie koszty dostawy to zalety tego miejsca w sieci. Koszt dostawy - coś, co często mnie osobiście zniechęca do zakupów przez Internet - w taniaksiazka.pl  rozpoczyna się już od 3,49 zł, a przy zakupie za minimum 299 zł przesyłka jest w pełni darmowa. Ja już znalazłam podręczniki potrzebne Julce do II klasy w zachęcających cenach.

Sprawdźcie koniecznie ten adres! Oprócz podręczników znajdziecie tutaj też duży wybór przyborów szkolnych, plecaków i piórników, a jak mol książkowy nie mogę nie wspomnieć o tym, że w dziale Tanie Książki znajdziecie naprawdę świetne powieści już za kilka złotych!

Jak najmniej podręcznikowo -wyprawkowych stresów wam i sobie życzę!



Post Top Ad

Instagram