Post Top Ad

10 rzeczy [z gatunku negatywnych] ,które zmieniło we mnie zostanie mamą.

Było już o tym, czego macierzyństwo we mnie nie zmieniło, bo uważam, że nie musi nas zmieniać diamteralnie. Jedna z czytelniczek w komentarzu zasugerowała jednak, że lepiej byłoby napisać o tym, co zmieniło we mnie bycie mamą - i to raczej na niekorzyść. Po pierwszym buncie przeciwko temu, że za często szukamy w sobie tego, co negatywne, stwierdziłam, że w sumie - czemu nie? Dla równowagi więc przedstawiam 10 rzeczy - z gatunku neagtywnych, które zostanie mamą we mnie zmieniło...



1. Mam skórę rozciągniętą jak guma do żucia... Mimo, że nie przytyłam, to ciąże naznaczyły moje ciało w inny sposób. Kilkanaście kilogramów, które przyszły i poszły sprawiły, że kóra stała się wiotka i pozwala się rozciągać do niebywałych rozmiarów. Szczególnie na brzuchu i na łokciach. Na szczęście nie widać tego gołym okiem...

2. Wychodzę z domu bez makijażu. Nie zawsze, bo jak mam możliwość i czas [czytaj: jak akurat Szymek nie wisi mi na nodze i nie jojczy] to nakładam odorbinę tapety, ale często zdarza się, że tego czasu i tych możliwości brak. No i straszę otoczenie podpuchniętymi oczami, syfami i ogólnym zmęczeniem malującym się na facjacie. 

3. Nie dbam o odżywianie. Przede wszystkim często zapominam o śniadaniach i pije za dużo kawy. Jeśli jedzenie zimnego obiadu i picie zimnej kawy też można zaliczyć do braku dbałości o odżywianie to do tego też się przyznaję. Zanim zrobię mleczko, potem picie, kanapeczki, obiadek dwójce marud podgrzeję po razy kilka, to moje albo już zimne albo jeść się odechciewa...

4. Prawie nie spotykam się z koleżankami. Niestety - byłabym kłamczuchą, gdybym napisała, że moje życie towarzyskie nie zmieniłu się po tym, jak zostałam mamą. Z koleżankami "niemamami" jakoś brakowało tematów, a koleżanki mamy mają deficyt czasu tak samo jak ja albo tak jak ja wolą kiblować w domu, zamiast ciagnąć do koleżanki dzieci i tę zimną kawę z punktu 3 pić razem... Czasem nam się jakieś tam spotkania zdarzają, ale niewiele mają wspólnego z pełnymi luzu i ploteczek spotkań typu tych z serialowych "Przyjaciółek"... 

5. Przymykam oko na bałagan. Cóż, lubię mieć porządek: listy powiązane wstążeczkami, równiutko ustawione książki na regale, dywan bez jednego okruszka - tak było kiedyś. Odkąd zostałam mamą to też tak jest, tyle że czasami przez 5 minut w ciągu dnia... Nie wspomnę już o zabawkach w pokoju dzieciaków. Z samego rana sprzątam, potem jeszcze ze trzy - cztery razy poprawiam, a za piątym mówię sobie: mam to gdzieś, poukładam rano! I jakoś z tym żyję. Nie wyznaję filozofii - sprzątam, więc jestem.

6. Poświęcam niewiele czasu na pielęgnację. Pielęgnację siebie, rzecz jasna. I dla swojego zdrowia też niewiele czasu poświęcam. Opisy domowego SPA na blogach urodowych wprawiają mnie w zakłopotanie. Ja na moim rodzicielskim mogłabym opisać co najwyżej golenie nóg i smarowanie się balsamem na czas... Czasem zdążę zanim Szymek stwierdzi, że już się umyłam i zacznie mnie wyciągać z wanny. A zdrowie, cóż... Wstyd się przyznać, ale dentysta to się od dawna kłania, a krew badałam ostatni raz ponad 3 lata temu. Do lekarzy to ja chadzam raczej pediatrów...

7. Częściej się denerwuję. Jeśli któraś mama denerwuje się rzadziej niż zanim nią została, to chętnie ją poznam. Czasami wieczorami, po jakimś mega denerwującym "występie" dzieciaków, zastanawiam się, jakie ja w ogóle mogłam mieć wcześniej powody do nerwów? [LOL]. Wcześniej nie unosiłam też głosu, a teraz mi się zdarza, choć oczywiście nie powinno i choć oczywiście bardzo się staram... Jako matka poznałam smak melisy [bo papierosy nauczyłam się palić dużo wcześniej].

8. Nie chodzę na imprezy. Przez 7 lat [bo tyle lat temu zostałam mamą] na prawdziwej imprezie byłam raz - było to wesele koleżanki. Szok! Nie było wiaodmo, czy tańczyć, czy pić gorącą kawę czy raczej drinki. Było to jakieś 4 lata temu, może 5... Od tego czasu moje jedyne imprezy to festyny rodzinne albo ca łonocne balangi polegajace na monotonnym kołysaniu się z małą istotą w ramionach przy dźwiękach muzyki pt. "Płacz na zęby". Ale, ale - planujemy [od paru lat] wyjście we dwoje na Sylwestra albo impreze andrzejkową. Może w tym roku się uda...

9. Kłócę się z mężem o dzieci. I tu podobnie jak w punkcie 7 zastanawiam się, o co kłóciliśmy się wcześniej??? O zwinięte w kulkę skarpetki znalezione pod tapczanem czy raczej o bolącą mnie drugi wieczór z rzędu głowę? Może o to, czy na obiad pomidorówka czy kotlet, ktory on może jeść codziennie? Bóg jeden pamięta. Teraz sprzeczamy się głównie o to, dlaczego on na coś potomstwu pozwolił podczas, gdy ja zabroniłam albo czy pozwalać Julce posługiać się ostrzejszym nożykiem podczas kolacji czy jeszcze wciąż tym tępym? Drażliwy temat związany z wychowaniem dzieci bardzo ąłtwo jest znaleźć...

10. Zweryfikowałam swoje poglądy na wychowanie dzieci. Obietnice, że nie włączę im bajek do 3 roku życia, nigdy nie położę ich spać bez kąpieli i nie dam do jedzenia parówki albo lizaka, włożyłam między bajki. Wiem, że sa mamy, które się tego potrafią trzymać, ale ja do nich nie należę. W lamusie wylądowały też twierdzenia, że nigdy nie uniosę głosu, że niezdarzy mi się rzucić łaciną przy dziecku i że nie kupię dla świętego spokoju kolejnej pierdoły w sklepi, byleby nie widzieć tych pełnych politowania spojrzeń, kiedy latorośl rzuca się na podłogę albo wybiega przez bramki z nieskasowaną zabawką... W poprzednim wpisie wspominałam, że nadal nie czytam poradników - nabawiłabym się przez nie nerwicy...

No to teraz mamy równowagę - nie tylko przyznaję się wszem i wobec do tego, że macierzyństwo mnie zmieniło, ale i szczerze podaję przykłady. Pewnie znalazłoby się coś jeszcze... 
Wiecie, co jest zaskakujące i ciut smutne? Fakt, że te negatywne rzeczy o wiele szybciej przyszły mi do głowy niż pozytywne... 
Dlatego pomimo, że sobie to wszystko wybaczam [oczywiście nad czym się da, to staram się pracować...], uważam, że takie pozytywne listy jak ta z poprzedniego posta [KLIK] są tak samo, a może bardziej potrzebne jak te negatywne. Moja być może kogoś zirytuje, ale gdyby każda z was zrobiła sobie swoją własną na pewno tych pozytywnych rzeczy znalazłaby sporo i poczułaby się o wiele lepiej...

Zacznijmy dostrzegać w sobie - jako mamach, jako kobietach - więcej pozytywów, a na te negatywy patrzmy po prostu z przymrużeniem oka. I życie mamy stanie się łatwiejsze. U mnie to się sprawdza, serio. 

8 komentarzy:

  1. Ale czy w życiu na pewno chodzi o to, żeby było łatwo? Chyba bardziej wartościowe jest to, co kosztowało nas trochę trudu i wyrzeczeń niż to co przyszło łatwo.
    Myślę, że zbyt lekko przychodzi nam (mi) "wybaczanie sobie", usprawiedliwianie się. Zawsze mam na końcu języka: "nie dałam rady bo byłam zmęczona", "nie znalazłam czasu", "mam przecież tyle spraw do ogarnięcia", a przyznaję szczerze, że sporo czasu marnuję choćby na buszowanie w internecie. Naprawdę daleko mi, szalenie daleko do Supermamy czy Perfekcyjnej Gospodyni, ale daleka jestem od stwierdzenia by myśleć tylko o swoich dobrych stronach, a na to co złe przymykać oko. Trzeba pracować nad sobą, nad swoim charakterem, a przez półprzymknięte oczy widać tylko rozmyty obraz. Zdaję sobie sprawę, że moja opinia może być mało popularna, na całe szczęście ludzie są różni i poglądy też mogą mieć różne. Po to chyba są blogi właśnie, żeby skłaniały do dyskusji na dany temat, a nie były kółkiem wzajemnej adoracji i potakiwania.
    Całusy wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aleksandra Greszczeszyn22 maja 2015 10:01

    Ale przecież napisałam, że pracuję nad wadami :). Nie mam jednak zamairu biczować się i frustrować, bo coś tam mi nie wychodzi czy coś się zmieniło - to miałam na myśli.
    Poza tym do życia staram się podchodzić z poczuciem humoru i nie wszystko traktuję tak śmiertelnie poważnie. Życie jest na to za krótkie. Uważam, że macierzyństwo też można w pewnych aspektach z takim dystansem traktować - by nie zwariować. Bo to "zwariowanie" niestety dostrzegam u zbyt wielu mam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się punkt 5. Równiez go stosuję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajny wpis, dobrze mieć pogląd kogoś innego, zobaczyć jak to jest u Ciebie :)Nie wszystko się mnie tyczy i nie wszystko mogę odnieść do siebie, my nie mamy problemu z imprezami, bo mamy wspaniałych dziadków :)
    Nie mam też problemu z zimną kawą ani problemu ze spotkań z koleżankami który wynika z posiadania dzieci. Po prostu zostawiłam swoje koleżanki licealne 4 godziny stąd a te ze studiów mają swoje życie i spotykamy się niezmiernie rzadko wydaje mi się że gdybym była bezdzietna nic by to nie zmieniło :)
    Po prostu życie się toczy dalej i każdy żyje swoim czy ma dzieci czy nie :)
    A teraz i tu jakoś ciężko mi nawiązać głębszą więź i zaufać, nie wiem czy to możliwe :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Aleksandra Greszczeszyn23 maja 2015 11:06

    I od razu człowiek spokojniejszy hi hi ;).

    OdpowiedzUsuń
  6. Aleksandra Greszczeszyn23 maja 2015 11:09

    Co do tych więzi to też mam z tym problem, ale sama nie wiem czy mi tego brakuje. Koleżanki to koleżanki - takie luźne więzi. Nie mają nic wspólnego z przyjaźnią.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz, że miałam pomysł na podobny post, ale jakoś nie mogłam tego złożyć do kupy ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. He he :). Mnie zmobilizowała Czytelniczka, które po poście o pozytywach, chciała negaytywy :).

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram