Post Top Ad

Jak nie oszaleć w domu z dwójką dzieci?

Odwiedziła mnie wczoraj ciocia i oznajmiła, że dziwi się, iż jeszcze nie oszalałam od tego siedzenia z dziećmi w domu. Dziwi się tym bardziej, że od dwóch tygodni oboje na przemian lub równocześnie gorączkują, kasłają, kichają, prychają i marudzą, co oczywiście nie zdarza się po raz pierwszy.  A ja tak "siedzę w domu" od 7 lat. I to w domu na wsi. A od roku bez codziennej obecności małżonka. No więc jak to możliwe, że jeszcze nie zwariowałam?!


Obawiam się, że oszaleję średnio trzy razy dziennie. Na przykład, kiedy po raz trzeci pod rząd muszę wyjść z wanny, żeby po jogurciku i piciu, tym razem zrobić mleczko albo kiedy po raz ósmy tego samego dnia muszę odkurzać dywany, bo po jedzeniu chrupek, wycinaniu, zabawie ciastoliną i ostrzeniu kredek w pokoju, przyszła pora na skonsumowanie bułek - koniecznie gapiąc się w TVP ABC. Gdy chorują tak, jak teraz statystyki idą w górę. Która matka nie jest bliska szaleństwa, gdy po antybiotyku kaszel zostaje, nos jak ciekł tak cieknie i syropy niby antywirusowe też figę dają? No właśnie - nie jestem pod tym względem wyjątkiem. Czasem mam zamiar oszaleć z tęsknoty za Grzegorzem przykrywając się w nocy sama kołdrą, ale to już inna para kaloszy... Wydaje mi się... Nie - jestem pewna, że matczyne szaleństwo jest u mnie w normie. A to dziwne...

Od 7 lat przecież "siedzę w domu". Nie pracuję zawodowo znaczy się i wychowuję dzieci. [Nie pracuję przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo przez te 7 lat trochę grosza zarobiłam, ale o tym za chwilę. ] Po części z wyboru [tak było przynajmniej do 2 roku życia Julki], a po części z powodu różnych zbiegów okoliczności, czynników, warunków - jak zwał tak zwał. Ten mój dom stoi na wsi, raczej daleko od szosy. A nawet jak się do tej szosy dojdzie, to niewiele na niej i w jej pobliżu jest. Rozrywek nie ma w każdym razie, Biedronki nie ma [chyba, że taka tradycyjna - w kropki], kawiarni nie ma , kina ani nawet lumpeksu, koleżanek też nie ma.Prawo jazdy nadal w toku, a nawet jak już będzie, to oprócz bycia bardziej niezależną, to gdzie z dziećmi pojadę?! Na całonocną balangę do klubu, do którego zaglądało się X lat temu? Na kawkę do jakiejś dalekiej koleżanki? Czy może na "50 twarzy Greya" do kina? Kupić nawilżane chusteczki pojadę albo do przychodni, ewentualnie na plac zabaw, żeby dzieci miały jakąś odmianę, rozrywkę... A co ze mną? Jak ja żyję? Jak ja to wytrzymuję?! Tym bardziej od roku - z mężem na emigracji?!

Cóż, możliwości jest kilka. Być może, jeśli nie zna się innego życia, to nie czuje się różnicy. Mieszkam tu od urodzenia [z dwuletnią przerwą na większą wieś], taką zapaloną balangowiczką i duszą towarzystwa nie byłam nigdy, nigdy też nie pracowałam [w tradycyjnym tego słowa znaczeniu i wyłączając epizod w stolarni, na czarno]. No więc żyję jak żyłam. Z tą różnicą, że mam dwa małe pyszczki obok siebie. Uwierzcie, że z nimi imprezy bywają lepsze niż ze znajomymi X lat temu - przynajmniej człowiek nie ma kaca na drugi dzień!
Być może jestem tym typem kobiety, która spełnia się w byciu mamą na cały etat. Podobno tak też można. I można być szczęśliwą. A kto powiedział, że matka musi robić karierę zawodową? Kto powiedział, że w ogóle musi cokolwiek innego, poza byciem matką robić... No dobra, zapędziłam się! Marzę o pracy, o studiach, o prawie jazdy. Zaczynam póki co od końca tej listy, a reszta musi poczekać. A ja, jeśli chcę tej reszty, oszaleć nie mogę, więc zamiast szaleństwa, pielęgnuję w sobie radość z tego "siedzenia w domu" i z tych lat moich dzieciaków, które mogę spędzać z nimi non stop.
Trzecia opcja jest taka, że z takiego "siedzenia w domu" można wyciągnąć wiele dobrego! Nie mam nadmiernej liczby znajomych, więc nie mam fałszywych przyjaciół. Nie wychodzę codziennie do Lidla czy innej Biedry, więc kasa z portfela jakoś tak słabiej jednak ucieka. Nie muszę rano gnać do pracy, więc zdarza mi się pieprznąć jeszcze do łóżka, jak wyprawię Julkę o 7:00 do szkoły. I kawę w łóżku wypić. Nie muszę codziennie nakładać na twarz tapety, więc teoretycznie powinnam dłużej młodo wyglądać [po włosach nie znających lakieru i innych pierdół widzę, że może jest na to szansa]. Nie wspomnę już o tym, że godzina przy lekcjach popołudniu z córką nie jest dla mnie dramatem [naczynia umyłam przecież rano], a dialogi ulubionych bohaterów Szymka znam na pamięć. Biorąc pod uwagę nieobecność męża spełniam się też w rąbaniu drewna na opał, malowaniu ścian czy przykręcaniu śrubek. Z kolei dopóki był w Polsce, "siedząc w domu" nigdy nie narzekałam wieczorami na senność ...[ Ups, zapomniałam, że od zawsze byłam śpiochem! ;)]

Przejdźmy więc do opcji czwartej. Przez lat 6 w tym domu był też codziennie mój małżonek. A to może być dla żony najlepszy przyjaciel, uwierzycie ;)? Jak się mu pozwoli i czasem taktownie pomoże, opieka nad dziećmi wspólnie z żoną nie sprawi mu najmniejszego problemu. Ba, będzie lepszy w kąpaniu niemowlaka, karmieniu dwulatka łyżeczką i przekonywaniu do siadania na kibelek. Nie wspomnę już o zabawach z pociechami i jeszcze o rozmowach popełnianych ze zmęczoną niekiedy życiem żoną nocami. Teraz jest daleko, ale nie znaczy to, że jest nieobecny. No i wróci przecież! Przez te 7 lat jestem córką mojej mamy, siostrą mojej siostry i brata, synową, szwagierką, ciocią. Hej! Ja mam ludzi wokół siebie! Moje cztery ściany nie są zamknięte na klucz! Czasem nawet wychodzę - na podwórko, do sklepu, na przystanek, na kawę, na pogaduchy. Dopóki był w domu, dzieciaków pilnował Grzegorz, teraz jak trzeba zostanie z nimi babcia. Nie są to może kilkudniowe wyjazdy do SPA, a raczej załatwianie spraw, ewentualnie jakaś kawka u siostry, ale jak raz pojechałam do Warszawy na dwa dni to tak się to skończyło, więc jakoś mi nie brakuje... Matka siedząca z dziećmi w domu nie zaczyna mówić "gugu-gaga" - naprawdę! No dobra, bywa, że brakuje mi towarzystwa, ale czy poczucie samotności nie dopada niekiedy każdego człowieka? Nie jest przecież domeną wyłącznie "siedzących w domu" matek! Zresztą, może trzeba się bardziej otworzyć na ludzi? Odważyć się? Zaufać?... Przez te 7 lat parałam się też różnymi zajęciami - tak, można znaleźć pracę będąc w domu - może nie da ona kokosów, ale na waciki i na gimnastykę mózgownicy wystarczy [w moim przypadku był to marketing online, pisanie artykułów na portale internetowe, moderowanie forum itp.]. Pomaga mi czytanie, muzyka i ta piękna przyroda, którą mam tuż pod nosem. Może brzmi jak frazes, ale jest faktem. Zaczęłam pisać też bloga - jednego, drugiego, trzeciego - wreszcie tego, którego teraz czytacie! Czy to pomaga, jak się siedzi z dziećmi w chałupie, na wsi, z mężem na emigracji? Oceńcie sami, czytając ten tekst!

I co dalej? - spytacie. Ile lat tak jeszcze? Mam nadzieję, że nie kolejne 7... Cenię sobie ten czas spędzony z Julką i Szymkiem, jednak nie ulega wątpliwości, że jest on tylko po części wyborem, po części zaś koniecznością. Wierzę, że warunki stopniowo będą się zmieniać i zapracuję na to, by... pójść do pracy. Może nawet czasem do restauracji czy na jakąś wystawę [inną, niż te oglądane w internecie].  Wszystko płynie, wszystko się zmienia. 

Póki co oszaleć nie zamierzam. Chyba, że z miłości do tej mojej dwójki [do trzeciego, tego na emigracji też - niech mu będzie!]. Ewentualnie wtedy, jeśli jutro znowu będę musiała sprzątać jogurt z dywanu albo - o zgrozo -któreś dostanie gorączki!...

[P.S. Nie wspomniałam o tym, że "siedzenie w domu" to nie jest zbijanie bąków, ale o tym już tyle napisano, że chyba nie trzeba się powtarzać, prawda? ]

6 komentarzy:

  1. kocham te twoje wpisy:))) mamy podobne priorytety...no dobra takie same:) z tą różnicą, ze prawko już mam:) pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Milena Okoń-Galas23 kwietnia 2015 08:01

    Jesteśmy w bardzo podobnej sytuacji (dlatego chyba tak lubię tu zaglądać!), z tą różnicą, że ja wyprowadziłam się ze swojego wiocho-miasteczka do rodzinnego wiocho-miasteczka męża. Dlatego też nie mam z kim zostawić dziecka, nawet na chwilę (poza mężem). No i pewnie jeszcze częściej słyszę: "Nie nudzi Ci się siedzenie w tym domu? Ja bym oszalała" - choćby dlatego, że mój syn poszedł od września do przedszkola. Szukałam pracy, chodziłam, pytałam - na co komu w takiej mieścinie humanista? Nawet do sklepu mnie nie chcieli :) w związku z tym odpuściłam... podjęliśmy decyzję o drugim dziecku, co, jak się okazuje, proste nie jest... i tak mi mijają dni na "siedzeniu" w domu. A na pytanie: "To ty nadal siedzisz w domu?" odpowiadam teraz: "Tak, siedzę. Jak mi się to już baardzo nudzi, to kładę się i leżę." :) Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. też siedzę w domu (od 6lat) i dobrze mi z tym, to był mój wybór, tak jak piszesz można sie spełniac w roli matki i byc z tego powodu szczęśliwym! Jedyne czego żałuję to tego, że nie mogę miec drugiego dziecka no i grosza dodatkowego by się bardzo przydało.......praca matki może i cieżka, ale niestety bezpłatna :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zwariowałaś, bo zawsze byłaś szalona :) Jesteś nieprzystosowana do życia w tym świecie (ooo witaj w klubie) i masz w sobie tyle normalności, że aż jesteś nienormalna (dla innych).*
    Gdybyś jednak trafiła do pokoju bez klamek, to zapukaj do drzwi obok, bo ja tam pewnie będę :D

    * nieprzystosowana, bo dzisiejsze społeczeństwo w większości stawia na karierę, pracę, zabawę, zakupy (najlepiej najdrożej i najczęściej - "zastaw się a postaw się") a rodzinę stawiają gdzieś daleko na szarym końcu. Zamiast celebrowania uczuć i budowania więzi, celebrują moment płacenia kartą za buty (w cenie używanego samochodu) a budują sieć kochanków.

    OdpowiedzUsuń
  5. Aleksandra Greszczeszyn10 maja 2015 11:01

    No cóż, co prawda to prawda :D Jak można oszaleć, będąc już szaloną ;)?

    OdpowiedzUsuń
  6. Aleksandra Greszczeszyn10 maja 2015 11:01

    Dzięki wielkie <3 Z tym prawkiem to u mnie nadal opornie...

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram