Post Top Ad

Czy dziś odroczyłabym dziecko?

Szkoły zalewa fala odroczeń. Rodzice "ratują" swoje dzieci przed pierwszą klasą i nie chcą pozwolić na "odebranie im dzieciństwa", Większość z tych odroczeń nie ma nic wspólnego z problemami dziecka - za to bardzo wiele z problemami rodzica. Jednak jest i druga strona medalu - problemy leżące po stronie szkół i nauczycieli Czy dziś po ponad pół roku edukacji mojej sześciolatki w I klasie odroczyłabym ją i dlaczego nie? Oto moja odpowiedź.


Długo zastanawiałam się, czy poruszać ten temat, bo kto zna mój blog ten wie, że daleka jestem od celowego wsadzania kija w mrowisko, a reforma edukacji niewątpliwie może takim mrowiskiem być. Jednak ten post nie ma na celu nikogo do niczego na siłę przekonywać. Chcę pokazać nieco inne spojrzenie na problem - bo problem jest, choć moim zdaniem nie do końca tam, gdzie widzą go przeciwnicy reformy. 

Reforma edukacji przewidywała nie tylko obniżenie wieku szkolnego. W ślad za nim miały iść zmiany w szkołach i w pracy nauczycieli m.in. elastyczny czas zajęć lekcyjnych, więcej tzw. zajęć dywanowych, obowiązek zapewnienia przez szkoły miejsca do przechowywania podręczników i przyborów, mniej liczne oddziały klasowe no i  zmiana programu nauczania. Zadziwia mnie fakt, że bardzo wielu rodziców wypowiada się negatywnie na temat tej reformy w ogóle nie mając o niej pojęcia: nie czytając o zmianach, nie zasięgając wiedzy w szkołach, nie rozmawiając z nikim kompetentnym, a jedynie z góry będąc na nie. Świadczą o tym choćby takie stwierdzenia jak to, że w przedszkolach zabrania się nauki pisania i czytania, a w I klasie dziecko już na starcie ma to umieć - wyjaśnienie tej kwestii znajdziecie TUTAJ. Strona www.6latki.men.gov.pl jest też podstawowym źródłem wiedzy o reformie. Pierwsze i najważniejsze: ta reforma to nie tylko obniżenie wieku szkolnego, a zdaje się, że wielu rodziców tak właśnie myśli.

Założenia są i moim zdaniem są słuszne. Dzieci w wieku 5-6 lat są chłonne jak gąbka i mają niezwykłą łatwość przyswajania wiedzy. Ba, większość z nich, o ile nie wszystkie, ma ogromną chęć, by tę wiedzę zdobywać! Dlaczego zatem miałabym próbować tę chęć w moim dziecku tłamsić i hamować? Tak właśnie - bo powtarzanie drugi rok identycznego materiału w przedszkolu to w moim odczuciu hamowanie pędu do rozwoju i wiedzy u dziecka. Trudno, możecie się na mnie obrazić, ale jak doczytacie do końca to może spróbujecie podyskutować...

 I od razu rozprawmy się z kolejnym frazesem: szkoła to zabieranie dzieciom dzieciństwa. Ale serio? Poważnie tak myślicie? Wasze dzieciństwo też się skończyło wraz z pójściem do szkoły? Bo moje w pewnym sensie właśnie wtedy się zaczęło! Z tego okresu pamiętam najwięcej: w szkole poznałam rówieśników, zawarłam pierwsze przyjaźnie, pokochałam książki i naukę, tańczyłam na szkolnych dyskotekach przy kaseciaku, spałam na materacu na biwaku i przeżywałam pierwszą miłość... A dla was, drodzy wyznawcy tej teorii, szkoła była końcem cudownej sielanki, jaką było wasze dzieciństwo do szóstego roku życia? Odbieranie dzieciństwa to alkoholizm rodzica, to przemoc w rodzinie, to pracoholizm rodziców, to wreszcie samotność dziecka, ale nie, do diaska, posłanie dziecka do szkoły! Tak jak pisałam na Facebooku - mam wrażenie, że są rodzice, którzy niedługo zamiast "dziadem" zaczną dzieci straszyć...szkołą (a może już to robią?) i to mnie totalnie przeraża... Przecież dzieciństwo to nieustanny rozwój, poznawanie świata, chłonięcie wiedzy, zatem dlaczego szkoła ma je odbierać? Chodząc do szkoły dziecko pozostaje dzieckiem - o ile podejście NAUCZYCIELI I RODZICÓW mu tego nie utrudnia...

Idźmy dalej: rodzice twierdzą, że dzieci sześcioletnie są zbyt niedojrzałe emocjonalnie jak również nie poradzą sobie z nauką w I klasie. Dlatego odraczają dzieci od tego obowiązku. Przykro mi, ale tu stwierdzenie, że to rodzic najlepiej zna swoje dziecko nie ma moim zdaniem racji bytu. Dlaczego? Bo rodzic z góry nastawiony negatywnie do reformy nie jest obiektywny! To coś na kształt samospełniajacej się przepowiedni - po prostu chcesz, by tak było i robisz wszystko, by do tego doprowadzić. Przykład? Znajdziecie go na profilu Doroty Zawadzkiej:

"Podczas spotkań z rodzicami czasem daję im do wypełnienia ankietę złożoną z kilkunastu pytań dotyczących kompetencji/wiedzy/umiejętności ich dzieci. Mają odpowiedzieć "tak" lub "nie".Gdy już skończą to informuję ich, że to to co wypełniali to fragment testu dotyczącego gotowości szkolnej ich dzieci.
I NATYCHMIAST niektórzy dokonują zmian... bo jednak "tak naprawdę to tu "nie" i tu jednak "nie".
Zmiany dotyczą około 30% odpowiedzi.
Dodatkowo okazuje się, że częściej zmian na nie (moje dziecko nie potrafi/nie da rady/nie wie) dokonują mamy synów.
Smutne." (link: https://www.facebook.com/DorotaZawadzkaPsycholog/posts/786802668066518)


Gdzie tu jest obiektywizm? Gdzie leży prawda i jak wytłumaczyć dziecku taki sposób oceny przez rodzica bądź pozostanie na drugi rok w przedszkolu, podczas gdy reszta kolegów idzie do I klasy? 

Jednak... nie jest różowo i nie wszystkie problemy są wyimaginowane! I właściwie to jest chyba meritum tego wpisu... Założenia reformy to jedno, a ich wypełnianie to drugie. Niestety realia są takie, że zarówno przygotowanie szkół jak i nauczycieli pozastawia w tej kwestii wiele do życzenia. Czasem nie do końca przygotowanie, ale i chęci a raczej brak chęci do podążania za zmianami. Widać to szczególnie w szkołach miejskich, czego nie znam z autopsji, lecz z opowiadań rodziców. Jestem w pełni świadoma tego, że szkoły wiejskie (a do takiej chodzi Julia) mają tu ogromną przewagę. Przede wszystkim sam budynek jest maleńki i łatwiej się dzieciom odnaleźć się w szkolnej rzeczywistości, często (u nas tak było) "zerówka" znajduje się w tym samym budynku, co też ułatwia adaptację, oddziały klasowe są malutkie (u Julii 13 osób), nauczycieli jest niewielu i znają dzieci, więc mogą podejść do każdego bardziej indywidualnie. Jednak te małe, wiejskie szkółki także nie są wolne od niedociągnięć i problemów takich jak brak miejsca np. na zajęcia dywanowe z prawdziwego zdarzenia, trudności z pozyskaniem funduszy na nowoczesne pomoce naukowe, komputery, słabiej niż w miastach wyposażona biblioteka szkolna plus utrudniony dojazd do szkoły. W miejskich szkołach mamy do czynienia z odwrotnością tej sytuacji: szkoły - molochy, małe dzieci ginące w tłumie starszych, dzieci w klasach jest dużo (a przez możliwość decydowania, która była dzieci są wymieszane pod względem wieku), trudno o indywidualne podejście nauczycieli... Za to wyposażenie szkół, dojazd dzieci i możliwości rozwoju, jakie daje taka szkoła są większe. Co z tego wynika?

Po pierwsze: to nie wiek dzieci jest problemem (oczywiście cały czas nie mam tu na myśli uzasadnionych przypadków, w których dziecko NAPRAWDĘ ma problemy). Po drugie: szkoła nie jest złem ani odbieraniem dziecku dzieciństwa. Po trzecie: rolą rodzica nie jest udowadnianie, że dziecko jest słabsze, mniej dojrzałe, mniej zaradne niż jest w rzeczywistości, lecz przeciwnie - motywowanie go, wspieranie jego rozwoju, dopingowanie, by szło naprzód a nie stało w miejscu, budowanie w nim wiary w siebie i swoje możliwości, uspołecznianie! Trzy proste wnioski, z którymi oczywiście możecie się nie zgodzić... I jeszcze jeden: energię i czas, jaki rodzice poświęcają na załatwianie odroczeń, na "ratowanie maluchów", na walkę z wiatrakami, powinni przeznaczyć na dążenie do tego, aby warunki w szkołach i postępowanie nauczycieli rzeczywiście zmieniły się tak, jak to przewiduje reforma!

To jest według mnie klucz do sukcesu i sedno całej sprawy! Możemy rozmawiać z dyrekcją, z wychowawcami, możemy pozyskiwać informacje ze strony MEN czy kuratorium, możemy działać w kwestii większych klas dla dzieci czy zmniejszania oddziałów, w sprawie sposobu nauczania... Zamiast pisać wnioski o zniesienie reformy, może warto pisać wnioski o faktyczne zmiany w szkołach? Nie ulega wątpliwości, że MEN musi jeszcze bardzo wiele zrobić, by te zmiany faktycznie zaszły w każdej placówce! Naprawdę bardzo wiele możemy jako rodzice zrobić, by naszym sześciolatkom szkoła nie kojarzyła się z odbieraniem dzieciństwa i przykrym obowiązkiem... Ja mam po prostu wrażenie, że te odroczenia kompletnie nie załatwiają sprawy, a już na pewno nie rozwiązują problemów - tych, które tu przytoczyłam... To robienie kroku do tyłu, zamiast do przodu.

Oczywistym jest, że każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Nikt tego nie kwestionuje i ja tym tekstem także nie śmiem tego robić. Chciałabym po prostu pokazać przeciwnikom i tym, którzy wręcz załamują się na myśl o posłaniu sześciolatka do szkoły inną drogę - taką, która rzeczywiście pozwala iść w stronę lepszego i sprawić, że sześciolatek w szkole będzie czuł się dobrze i ...jego rodzic będzie czuł się dobrze z tym, że dziecko w tej szkole jest. Jako mama dziecka z rocznika 2008 nie wyobrażam sobie ciągłego żalu do systemu, nieustannego lęku o dziecko i szukania dróg ucieczki przed obowiązkiem szkolnym...

Na koniec odpowiedź na pytanie tytułowe: nie, nie odroczyłabym. A jak wiedzą ci, którzy nas znają, bądź na bieżąco czytają adaptacja Julii w szkole nie odbywa się bez problemów. Jednak ja widzę w tym sens: we wspólnym pokonywaniu przeszkód, we wspólnej pracy, w jej radości ze zdobywania wiedzy, w dumie z bycia pierwszoklasistką. Kiedy wyobrażę ją sobie drugi rok w zerówce widzę ją jako przygaszoną i znudzoną powtarzany materiałem dziewczynkę, która nie bardzo rozumie, dlaczego z resztą klasy nie poszła do szkoły i o co właściwie chodzi z tym zabieraniem dzieciństwa? Bo dzieckiem jest nadal: wesołym żywiołowym, które po szkole beztrosko się bawi, a w szkole przebywa z rówieśnikami i uczy się. Nie czuję, że zabrałam jej dzieciństwo puszczając ją do I klasy, choć rzeczywiście musi nauczyć się stosować do pewnych reguł czy opanować materiał. Ale przecież dzieciństwo to nie jest brak zasad, wieczna laba i robienie, czego się chce, prawda?

Efekty reformy będzie na pewno widać dopiero za kilka - kilkanaście lat, a i one dla różnych dzieci będą różne. Bo wpłynie na nie nie tylko wiek, w jakim dziecko poszło do szkoły, ale też atmosfera panująca w szkole (i naprawdę odległość do wc czy kolor dywanu w klasie są tu najmniej istotne), podejście nauczycieli, a także postępowanie rodziców.  Kto wie, może kiedy Julia będzie kończyć podstawówkę albo nawet zacznie już liceum, to uraczę was tu takimi wnioskami z perspektywy czasu... A co jeśli negatywy przeważą? Na pewno nie będę miała sobie nic do zarzucenia, bo przecież robię wszystko z myślą o dobru mojego dziecka - tak jak każdy rodzic...

P.S. Zachęcam do odwiedzania strony: http://www.6latki.men.gov.pl/no i zapraszam do konstruktywnej dyskusji zarówno tutaj na blogu jak i na facebookowym profilu:
https://www.facebook.com/wokoldzieci/posts/599411330193427?notif_t=like
Oczywiście wierzę, że zachowamy kulturę dyskusji :).

P.S 2 W tekście nie odnoszę się do dzieci, które mają rzeczywiste, stwierdzone przez poradnię problemy wskazujące na odroczenie od szkoły.

26 komentarzy:

  1. trochę racji masz, ale......ja żałuję, że córka MUSI iśc w wieku 6 lat do pierwszej klasy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Olokijubhvgytedsw3qa1

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale Pani Dyrektor jest zdania że reforma nijak nie odpowiada testom sprawdzającym, a chodzi przecież o ty, żeby jak najlepiej na nich wypaść jako szkoła ... Rozumiesz. I robi się błędne koło, bo na wywiadówkach ona drze się na rodziców że dzieci w domach się nie uczą, ci jeżdżą, korepetycji szukają, kombinują, a dzieciaki mają dość i też odwracają się zadkiem do edukacji, i doskonale ich rozumiem. Wyobrażasz sobie ,zę na klasę trzyosobową, można kogoś nie przepuścić w szóstej klasie, bo nie zdał angielskiego ? W klasie jest 3 uczniów. Trzech. Co robi nauczyciel, że nie jest w stanie ich nauczyć?

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo mądry tekst. Jestem dzieckiem, któremu rodzice w latach 90' "odebrali dzieciństwo". Mało tego chodziłam do podstawówki, gdzie był system 8 klas! I wiecie co? Czuliśmy respekt przed nimi i wiedzieliśmy, że powinniśmy się dobrze zachowywać, a i odwrotnie ósmoklasiści czuli się ważni, bo wiedzieli, że muszą dać przykład swoim zachowaniem. Ale abstrahując od tego. Nie czuję się pokrzywdzona. Nawet lepiej radziłam sobie niż koledzy o rocznikowo starsi. To, że poszłam do szkoły w wieku 6 lat, nie znaczyło, że rodzice zabrali mi zabawki i na tym skończył się etap dzieciństwa, potem już była tylko dorosłość. I to prawda, zamiast walczyć, żeby dziecko się nie mogło rozwijać, walczmy, by miało gdzie, by miało odpowiednie warunki (o których my dzieci z lat 90' mogliśmy pomarzyć!). Za rok moja córka będzie szła do szkołi i ani mi się śni "odraczać ten termin. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgadzam się w całej rozciągłości, już od dawna. Mieszkamy w Czechach, tutaj od dawna obowiązek szkolny jest od 6. roku życia. To oznacza, że rodzice zżyli się i oswoili z tą sytuacją. Co nie znaczy, że nie ma odroczeń - owszem, są, ale w stopniu niewielkim - w każdej dwudziestoparoosobowej klasie zdarzy się kilku uczniów nie odpowiadających rocznikiem. Jeśli "odroczeniowcy" nie mają poważnych wskazań z poradni psych-ped., to taka sytuacja jest nie w porządku wobec młodszych dzieci. Te starsze bowiem są większe i silniejsze i potrafią czasami dać w kość tym dzieciom, które poszły do szkoły w takim wieku, jaki ustawa przewiduje. Mój syn poszedł do szkoły jako sześciolatek, podobnie jak pozostałe osoby z rocznika 2003 przebywające w jego przedszkolu. Nie wyobrażałam sobie, aby pozostawić go w przedszkolu, żeby po raz drugi uczył się rozpoznawać kształty, recytować ten sam wierszyk i grać na flecie te same tony. Nie i koniec. Moje dziecko sobie radzi świetnie. Nie jest jakiś superinteligentny i bystry a mimo to ma bardzo dobre wyniki w nauce i uważany jest przez rówieśników za kujona (mimo że NIGDY nie uczy się w domu). Mam pytanie do rodziców, którzy po znajomości albo za pomocą koperty załatwiają dziecku odroczenie, mimo że dziecko nie ma większych problemów: Okay, Wasze dzieci są jeszcze małe i nie rozumieją sytuacji. Ale co pomyślą sobie o Was, kiedy będą w piątej, szóstej klasie? Kiedy usłyszą od kolegów: "Ha, ciebie mama odroczyła, bo jesteś debilem"? A gwarantuję Wam, że takie pytania mogą się pojawić. Jak wtedy poczuje się dziecko? Czy nie lepiej docenić jego możliwości, zaufać, dojrzeć w nim chęć do zdobywania wiedzy, zachęcić, aby w pełni wykorzystywało dzień, pozwolić, by śmiało się na przerwach z przyjaciółmi zamiast nudziło z matką w domu?

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam mieszane uczucia.
    Z jednej strony zgadzam się z Tobą w 100% i uważam, że trafiłaś w samo sedno. Powiem więcej, mam wrażenie, że rodzice mówiący o "odebraniu dzieciństwa" to ci, którzy wpychają swoje dziecko w jakąś "bańkę bezpieczeństwa" żeby na pokaz udowodnić jakimi to są dobrymi rodzicami - bo przecież dobry rodzic MA NEGOWAĆ wszystko, co stwarza potencjalne zagrożenie dla dziecka (umówmy się, że tak naprawdę, idąc tym tokiem rozumowania, powinni się zastanowić czy puścić 6-latka na zjeżdżalnię), lub ci, którzy uważają, że kiedy mają dziecko w szkole to z automatu będą uważani za starszych (bo mają już takie DOROSŁE dziecko) - a przecież WIEK to delikatny temat dla (tych) niedojrzałych rodziców (tu powinnam się zamknąć, bo niektóre przypadki powinny rozważyć odroczenie zakładania rodziny).
    Widzę jednak też 2 stronę medalu. Szybsze pójście do podstawówki to i szybsze wkroczenie w szeregi gimnazjum, a to już nie jest kolorowa perspektywa. Mówię to jako ta, która parę lat temu zderzyła się z gimnazjalnym światem a dziś walczy by ten świat nie wpłynął na młodszego brata (ucznia 2 klasy gimnazjum). Nie oszukujmy się - gimnazjum to nie tylko nauka, to konfrontacja z używkami i seksem. TAK, tak właśnie wyglądają ciemne strony gimnazjum. Boję się więc, że młodsze o rok dziecko jest bardziej labilne, bardziej podatne na wpływy i co za tym idzie, będzie bardziej narażone na te ciemne strony. I znów powiem więcej - takie dziecko będzie bardziej dążyło do dorosłości. I tu nie ważne jest to jak rodzice będą ich uczyć, co będą wpajać, bo tu złą robotę robi siła rówieśników (a rówieśnik nie musi być z "dobrego domu" gdzie się tłumaczy wszystko). Dla takiego dziecka synonimem dorosłości będą właśnie fajki, dopalacze czy inne psychotropy, alkohol, seks. A wizja jeszcze młodszych Mamusiek z fajką w ustach mnie przeraża! Już dziś "dzieci rodzą dzieci" i już dziś potencjalny 14-latek lepiej zna smak alkoholu niż się myśli.

    Reasumując: podoba mi się reforma pod warunkiem, że będzie ona połączona z powrotem do systemu 8 klas podstawówki.

    To oczywiście tylko moje zdanie, nikomu go nie narzucam ale uważam, że skoro już rodzic chce się zamartwiać to powinien otworzyć oczy na prawdziwy problem. W podstawówce go nie ma (jeśli zasady reformy typu miejsce na podręczniki czy dostosowana liczba godzin, zostaną spełnione). Prawdziwa szkoła życia przed Waszymi dziećmi. Mało kro przechodzi ją bez popełniania błędów rzutujących na CAŁE życie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Koleżanki syn jest w zerówce. W tamtym roku był odroczony. Sama widzę, ile ma zadawane w szkole. Pani uczy już ich liczyć i poznają literki, żeby w I klasie mieli łatwiej, ale gdy tylko zachoruje, robi zadania w domu po 3 godziny! 3! dziecko z zerówki!
    Ja wiem, jak wyglądają przerwy w szkole, dobrze pani Meipu napisała. To jest tak, że jak dzwonek zadzwoni dla starszych klas, to młodsze nie dadzą rady sie uczyć, podczas gdy obok na holu jest głośno. I nauczycielka robi przerwy, jak robili dotychczas.

    OdpowiedzUsuń
  8. Choć widzę, co się dzieje w szkołach, jak reforma nijak ma się do rzeczywistości, nie odroczę Natalii. Za rok pójdzie do zerówki, a za dwa lata do pierwszej klasy. W sumie cieszę się, że będę mogła pomóc własnemu dziecku jako nauczyciel. I tu jest duży plus. Udzielam korepetycji i widzę, ile rodzice wydają, aby wyciągnąć własne dziecko, któremu nie umieją pomóc. Do III klasy SP, jest w miarę, tak naprawdę schody zaczynają się w klasie 4.

    OdpowiedzUsuń
  9. Koleżanki syn jest w zerówce. W tamtym roku był odroczony. Sama widzę, ile ma zadawane w szkole. Pani uczy już ich liczyć i poznają literki, żeby w I klasie mieli łatwiej, ale gdy tylko zachoruje, robi zadania w domu po 3 godziny! 3! dziecko z zerówki!
    Ja wiem, jak wyglądają przerwy w szkole, dobrze pani Meipu napisała. To jest tak, że jak dzwonek zadzwoni dla starszych klas, to młodsze nie dadzą rady sie uczyć, podczas gdy obok na holu jest głośno. I nauczycielka robi przerwy, jak robili dotychczas.

    Choć widzę, co się dzieje w szkołach, jak reforma nijak ma się do rzeczywistości, nie odroczę Natalii. Za rok pójdzie do zerówki, a za dwa lata do pierwszej klasy. W sumie cieszę się, że będę mogła pomóc własnemu dziecku jako nauczyciel. I tu jest duży plus. Udzielam korepetycji i widzę, ile rodzice wydają, aby wyciągnąć własne dziecko, któremu nie umieją pomóc. Do III klasy SP, jest w miarę, tak naprawdę schody zaczynają się w klasie 4, w której programu już MEN nie zmieniło

    OdpowiedzUsuń
  10. Koleżanki syn jest w zerówce. Gdy zachoruje i jest w domu, robi zadania w domu po 3 godziny! 3! Chłopczyk z zerówki.
    A przerwy w szkołach? Jak zadzwoni dzwonek dla starszych dzieci, to i młodsze mają przerwę, bo jest tak głośno na holu.




    Choć widzę, co się dzieje w szkołach, jak reforma nijak ma się do rzeczywistości, nie odroczę Natalii. Za rok pójdzie do zerówki, a za dwa lata do pierwszej klasy. W sumie cieszę się, że będę mogła pomóc własnemu dziecku jako nauczyciel. I tu jest duży plus. Udzielam korepetycji i widzę, ile rodzice wydają, aby wyciągnąć własne dziecko, któremu nie umieją pomóc. Do III klasy SP, jest w miarę, tak naprawdę schody zaczynają się w klasie 4, w której programu już MEN nie zmieniło

    OdpowiedzUsuń
  11. Agnieszka, ale dzieci sześcioletnie objęte reformą do IV klasy jeszcze nie doszły - z tego, co wiem program w tej klasie i dalszych ma się również zmienić.

    OdpowiedzUsuń
  12. I jeszcze dodam, że twoje podejście jako nauczyciela dziwi mnie tym bardziej - bo dowodzisz, że mimo, iż program się zmienił, niektórzy nauczyciele mają to za nic... Te lekcje po 3 godziny, ta nauka ponad program - to nie jest wina MEN tylko nauczyciela, jego wygórowanych ambicji, niewiedzy - nie wiem czego?

    OdpowiedzUsuń
  13. Doszły te dzieci, których rodzice mogli zdecydować, czy wysyłają do szkoły dzieci 6 czy 7-letnie. Oby zmienili. Tam zaczyna się cała gramatyka w językach obcych, gdzie do tej pory jedynie po kilka słów dzieci poznawały. Tam zaczynają sie obliczenia na pola i różne inne dziwne rzeczy :/ Tam zaczyna się masa prac klasowych i sprawdzianów (po 4,5) w tygodniu!

    OdpowiedzUsuń
  14. Tego, że reforma się zmieniła, a nauczycieli nikt nie przygotował! Nikt! Żadnych szkoleń, żadnych poradników! Nic! Jest taka ustawa, że każdy nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej od 2020 roku będzie również nauczał języka angielskiego i do tego będą zobligowani wszyscy nauczyciele od przedszkola do klasy III. Ja w tym roku wybrałam się na ten kierunek i co? Zero języka. MEN nie przekazało nic dla uczelni o zmienionej ustawie, a uczelnie nie muszą tego respektować. Dlatego będę podwójnie płacić. Raz za studia, drugi raz za język. Tu jest kasa, kasa, kasa.

    OdpowiedzUsuń
  15. Młodzi nauczyciele myślę, że za tym pójdą. Dostali program, nic więcej. Nic. Myślisz, że nauczyciele z 20- iluś tam letnim stażem pracy ze wszystkimi możliwymi szczeblami awansu będą mieli ochotę pieścić się z 6-latkami? Oni już zazwyczaj są wypaleni pracą- taka jest prawda. Myślę, że dopóki młodzi nauczyciele nie wejdą do szkół (bo reszta pracuje do 67 roku życia- bodajże od rocznika 77?) to zmiany będą znikome. Ja np uwielbiam prace metodami aktywnościowymi, tylko bym z dziećmi malowała, śpiewała, bawiła się nauką, ale byłam taka jedna.... na całą szkołę. I tak jest niestety w większości szkół.

    OdpowiedzUsuń
  16. Szczerze, w tej chwili kiedy Julka jest w 4 - klasie mam mieszane uczucia. Julka poszła do szkoły jako 7-latka, miałam wybór i teraz nie żałuje. W klasach 1-3 wszystko pięknie, nauczycielka klasą zachwycona w 4 klasie zaczynają się schody. W naszej szkole klas 4 jest 4. Klasa 4a - jest to klasa mieszana, czyli dzieci ze starej reformy i nowej. Klasa 4b - klasa ze starej reformy. Klasa 4c - klasa mieszana. Klasa 4d - jest to klasa z nowej reformy. Wyniki nauczania po 1 semestrze (w klasach jest 24 uczniów) 4a- 5 orłów (czyli średnia powyżej 4,75), 4b - 12 orłów, 4c - 6 orłów, 4d - 0 orłów. Nauczyciele biorą dodatkowe godziny, aby dzieci poduczać. Po rozmowie z rodzicami dzieci które chodzą nową reformą (zaznaczę, że nasz rocznik miał wybór) w tej chwili żałują. W tym roku dołączy do szkoły mój Alan i jestem przerażona, no ale reformy nie zmienię.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wszyscy widzą problem w tej IV klasie, ale z tego, co się orientuję teraz wraz z wejściem obowiązku szkolnego od lat 6, zaczną się prace nad programem w tych dalszych klasach. Z tego, co wiem ci "ochotnicy" szli jeszcze całkiem innym programem niż jest obecnie wdrażany w klasach I - III.

    OdpowiedzUsuń
  18. Dziękuję! Co do tych warunków to też często tak sobie porównuję i zastanawiam się, nie... ja uważam, że oczekiwania, jakie w tej chwili mają rodzice wobec szkół często są po prostu zbyt duże, a to czego oczekują tak naprawdę ma niewielkie znaczenie dla dzieci... Zdecydowanie większe ma wsparcie rodzica właśnie, który koncentruje się na tym, czego jego dziecko nie umie i w czym jest gorsze od rówieśników...

    OdpowiedzUsuń
  19. No więc ja nie rozumiem - skoro dzieci poznają w klasach I - III po kilka słówek, skoro poziom jest tak niski, to na cholere odroczenia uzasadniane tym, że dziecko sobie nie poradzi :P?

    OdpowiedzUsuń
  20. Olu tylko ten program powinien wejść trochę wcześniej. W naszej szkole jest ten sam program w klasie 1 co 3 lata temu,

    OdpowiedzUsuń
  21. U nas jest zupełnie inny - przecież wszedł zupełnie inny podręcznik i ćwiczenia. U was nie?

    OdpowiedzUsuń
  22. Tak, wszedł ale jest praktycznie taki sam. Dzieci uczą się takim samym programem co 3 lata temu.

    OdpowiedzUsuń
  23. No właśnie w wielu szkołach wszedł nowy podręcznik, nowy program nauczania, a nauczyciele i tak gonią z materiałem, bo po 3 klasie w tej chwili jest egzamin kompetencji uczniów, czy jakoś tak. Nauczyciele trenują z uczniami kompetencje, których nie wyćwiczą do końca z nowym podręcznikiem i dlatego dzieciaki mają taką jazdę.

    OdpowiedzUsuń
  24. Wiesz, mam straszny mętlik w głowie. I pomału zaczynam zmieniać zdanie, choć to nie zmienia faktu, że ktoś nam robi wodę sodową z mózgu ;) Nie wiadomo, po której stronie leży prawda. Prawda jest taka, że została wprowadzona reforma, a wy rodzice, nauczyciele i szkoły róbcie co chcecie. I tak będzie w sumie to samo.
    O tyle jestem spokojniejsza o starszą córkę, która w 2016 pójdzie od września do zerówki, że program do 4 klasy będzie zmieniany dopiero od tego roku szkolnego. Zawsze to coś....

    OdpowiedzUsuń
  25. Ania jak zawsze masz trochę racji ;). Choć z drugiej strony jako drugi rocznik chodzący do gimnazjum tak nie do końca rozumiem tę całą nagonkę na tę szkołę. Owszem, trochę nam odbijało, ale bez przesady... Teraz co czytam o gimnazjum to mam przed oczami totalną patologię...Ja skończyłam bez ćpania i bez brzucha :P Myślę, że zaczynamy zapominać, że jako rodzice mamy jednak wpływ na to, jakie będzie nasze dziecko. owszem, nie uchronimy go przed wszystkimi pokusami (i dobrze, bo błędy uczą najskuteczniej), ale naszym zadaniem jest ukształtować jego system wartości i pewne granice...

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram