Post Top Ad

Być blisko na odległość

Zawsze myślałam, że udane związki na odległość są niemożliwe. Przytakiwałam osobom, które wróżyły rychły rozpad parom, w których jedno z partnerów wyjechało gdzieś daleko. Nie wyobrażałam sobie wyjazdu Grzegorza i tego, że nauczymy się być blisko, będąc daleko od siebie. A jednak...


Można być blisko na odległość. Po 9 miesiącach rozłąki, mogę to stwierdzić z całą pewnością i z ręką na sercu. Powiem więcej: można być bliżej, niż będąc ze sobą codziennie oko w oko. Można zobaczyć rzeczy, których nie widziało się twarzą w twarz albo przestało się widzieć. Można docenić to, co wcześniej wydawało się oczywiste i rutynowe. Można nauczyć się siebie na nowo...

Sprawdziło się wiele moich obaw dotyczących rozłąki: samodzielna opieka nad dwójką dzieci bywa bardzo wyczerpująca, organizacyjnie też nie jest łatwo, kasa wcale nie odkłada się w tak zawrotnym tempie, jak myślą niektórzy, a tęsknota doskwiera, ale... Nie sprawdził się mój lęk o to, że możemy się od siebie oddalić. Lęk podsycany oczywiście "złotymi myślami" życzliwych i tych mniej życzliwych. 

Rysowała się przede mną dramatyczna wizja obcego człowieka, który przyjeżdża do domu raz na dwa tygodnie jak na wczasy. Wyobrażałam sobie, że nagle, przez ten wyjazd, jego skarpetki obok kosza w łazience zaczną mnie bardziej wkurzać niż wcześniej, że w moim na owo uporządkowanym rytmie dnia nie będzie dla niego tyle miejsca, ile powinno, że nie będziemy umieli już rozmawiać... Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Wręcz przeciwnie.

Nie odkryję przed wami Ameryki, kiedy powiem wam, że sekret tkwi przede wszystkim w rozmowie. Szczerej rozmowie. Będąc daleko od siebie nie sposób wyczuć, co myśli i czego oczekuje dana osoba. Nie działa mowa ciała ani spojrzenia. Nawet tłumaczenie intencji bywa o wiele trudniejsze, bo druga osoba nie widzi naszego ironicznego uśmieszku ani skrzyżowanych palców. Musi być prosto i uczciwie. Nie ma ukrywania faktów (bo po co go denerwować) ani tym bardziej kłamstwa (bo ona przecież i tak się nie dowie). Z drugiej strony bez wzajemnego wsparcia w trudnych momentach też się nie obędzie. Trzeba nauczyć się te dwa tygodnie rozłąki opowiadać sobie przez telefon i to tak, aby i jedna i druga strona mogła poczuć się tak, jakby  w tym wszystkim uczestniczyła. To trudne, ale nie niemożliwe.

A więc my rozmawiamy Dużo i często. Ja mówię, które dziecko kicha, a które przyszło do mnie w nocy, jakie Julka dostała oceny i jakim nowym tekstem zabłysł Szymon, ile u nas jest stopni i czy droga jest przejezdna, jaką książkę czytam i o czym piszę na blogu. On mówi, co robi na obiad i kto go wkurzył w pracy, z jakim kolegą akurat pali papierosa i czy idzie do sklepu, o której wstaje i że u nich jak zwykle cieplej niż u nas. Tak samo jakby stał obok mnie potrafi mnie zirytować swoimi uwagami w stylu "Tylko pilnuj małego, jak pójdzie sam ulicą!" i tak samo potrafimy się nawzajem rozśmieszyć tylko nam znanymi szyframi słownymi :). Te rozmowy to codzienny rytuał, to taki akumulator, który pozwala nam naładować baterie na kolejny dzień bycia osobno.

A pomiędzy rozmowami są nasze myśli. Cholera, jaka ja byłam głupia, że obrażałam się na niego o te skarpetki. Jaka byłam lekkomyślna wybierając Facebooka zamiast wieczoru z nim. Jak marnowałam czas, jak nie doceniałam uśmiechu i tego kuksańca w bok, który potrafił mnie rozśmieszyć w najgorszej chwili, jak potrafiłam stracić z oczu to, co miałam tuż, przed nimi... I on mówi mi o tym samym. I kiedy przyjeżdża do domu to, mimo, że bardzo za nim tęskniłam, czuję się, jakby nigdy nie wyjeżdżał...

Tęsknota to strasznie trudne uczucie, ale nie nazwałabym go negatywnym. Dociera gdzieś na samo dno serca wydobywając z niego najpiękniejsze uczucia. Człowiek odkrywa je na nowo, niemal zdmuchując z nich kurz i ...czuje się, jakby przez długi czas był ślepy a teraz nagle odzyskał wzrok. Proste rzeczy zaczynają układać się w niezwykłą  całość i okazuje się, że każda z tych błahostek jest niezbędna do życia. Nie jest tak, że nagle robi się różowo a miłość zaczyna być słodka jak cukierki z Odpustu. Po prostu uświadamiasz sobie, że są takie gorsze chwile, które są potrzebne, a innych można łatwo uniknąć przestając wpatrywać się tylko w  koniec własnego nosa... Dociera do ciebie, że to, czy będziecie blisko nie zależy od tego, ile was dzieli kilometrów, ale od tego, czy będziecie o to walczyć... 

Walczymy. I wygrywamy.

8 komentarzy:

  1. My pierwszy rok spędziliśmy na odległość, widując sie na weekendy. Było ciężko, bo dopiero się poznawalismy. Ale Was szczerze podziwiam i Wam kibicuję. Super, że macie okazję się spotykać co dwa tygodnie, to naprawdę bardzo dogodne :D Buziaki dla całej rodzinki :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuje tej odległości, jednak z drugiej strony gratuluję Wam, że sobie z nia radzicie! I masz rację - dużo szczerych rozmów i to takich o wszystkim i o niczym, tak by druga osoba była na bieżąco to podstawa sukcesu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mądrze prawisz Kobieto :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Też sobie nie wyobrażam tak na odległość tak rozmawiałam kiedyś na ten temat z moja mama mówi ze no ja trzeba no to niestety trzeba jakoś ro przetrwać ale wie ze jest ciężko i to bardzo. ...

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję kochana! Gdyby zjazdy były rzadziej myślę, że nie zdecydowalibyśmy się na ten wyjazd.

    OdpowiedzUsuń
  6. Radzimy sobie jak umiemy, choć bywa ciężko, to dobre strony też da się znaleźć w tej sytuacji i tego się trzymamy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękować :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Niestety nasz kraj zmusza nas w pewnym sensie do dokonywania takich wyborów..

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram