Post Top Ad

19:44

Jak to jest być mamą dwójki dzieci?

Napisała , w

Zawsze zakładałam, że będę mieć dwoje dzieci. No dobrze - zakładaliśmy - w końcu Grzegorz też miał coś do powiedzenia w tej kwestii. No dobra - prawie zawsze - wyłączając pewien czas po pierwszym porodzie, kiedy okazało się, że ból, który próbowałam sobie wyobrażać nie ma nic wspólnego z uczuciem wybuchającego wewnątrz brzucha granatu, które mi towarzyszyło w rzeczywistości. Jednak koniec końców jest ta planowana dwójka, a życie z nią obfituje w przeróżne wrażenia...Jak to jest być mamą dwójki dzieci? Odpowiadam samej sobie i ciekawskim.


Kiedy urodziła się Julka mój świat wywrócił się do góry nogami. Będąc w drugiej ciąży bałam się, że wywróci się po raz kolejny, choć wydawało się, że już bardziej nie może. Co się nasłuchałam: "Jak urodzisz drugie to dopiero zobaczysz!, "Co ty wiesz o wychowaniu dzieci mając jedynaczkę!", "Z dwójką to dopiero jest ciężko!". No więc trochę się bałam. Kto by się nie bał słysząc takie słowa od umęczonych, emanujących frustracją mam, które wymawiały je prawie jak jakiś czar (oczywiście zły :P). 

Jak się okazało drugie dziecko wcale nie uczyniło mojego macierzyństwa koszmarem. W każdym razie nie nieprzerwanym, bo koszmarne epizody były - choćby pobyt na patologii noworodka. Jednak świat się nie zawalił, a ja nie wylądowałam w psychiatryku jak mogłoby wynikać ze złowieszczych słów słyszanych od innych matek. Drugie dziecko pojawiło się i znalazło miejsce w naszej rodzinie i w moim, matczynym świecie zupełnie naturalnie. Bez jakichś specjalnych zmian, bóli czy wyrzeczeń...Choć jak każda nowa sytuacja, stanie się podwójną mamą postawiło przede mną wiele wyzwań. 

Największym było podzielenie czasu pomiędzy dzieci tak, aby żadne nie czuło się pokrzywdzone. Nie - nie ma czegoś takiego, że zabraknie miłości! U mnie nie było, choć miałam takie obawy. Może to głupie, a może całkiem naturalne, że się je ma w takiej sytuacji, ale miłość na szczęście ma to do siebie, że się mnoży, kiedy się nią dzielisz. Problem jest jedynie wtedy, kiedy starsze dziecko odczuwa to, że poświęcasz więcej czasu młodszemu jako brak zainteresowania i uczucia, a tak się niestety zdarza choćbyśmy nie chciały. Gdy już po 2 tygodniach z dwójką udało mi się troszeczkę Julkę oswoić z sytuacją, trafiłam z Szymkiem na patologię na 2 tygodnie... Miałam wrażenie, że ma do mnie żal i trzeba było na nowo odbudowywać nasze relacje po powrocie. Oczywiście był tata, ale dziecko w wieku 4 lat nie rozumie, że mama w danej chwili też nie może bć z nim. Odbudowałam, choć zazdrości nie uniknęliśmy. Trudno chyba jej uniknąć i nawet różnica wieku ma tu niewiele do rzeczy. U nas akurat są to 4 lata, ale obserwując rodzeństwa z większą i mniejszą różnicą, te przejawy zazdrości na początku zawsze gdzieś tam widzę. To jest jednak do ogarnięcia. Trzeba właściwie tylko jednego, no może dwóch rzeczy: dużo, dużo cierpliwości i czułości wobec obydwu pociech. Teraz po prawie 3 latach u nas właściwie tej zazdrości nie widać.
Ze spraw praktycznych to oczywiście nagle wszystko trzeba było robić podwójnie: przygotowywać jedzenie / karmić, ubierać, rozbierać, myć i usypiać. Nie ukrywam, że bywało i bywa to nadal pracochłonne i zmęczyć potrafi, choć teraz już Julia prawie wszystko robi przy sobie sama. Największym kalibrem jest nadal dla nas wyjazd tudzież wyjście piechotą na zakupy. Innych ćwiczeń mi nie potrzeba. naprawdę ;).

Jednak sedno tego wpisu tkwi gdzieś indziej! Otóż drogie złorzeczące matkom jedynaków i matkom czekającym na drugiego potomka inne matki (wybaczcie zawiłość :P) macierzyństwo wcale nie zaczęło mnie kopać po tyłku, kiedy przestałam być mamą jedynaczki! Ja z ręką na sercu mam wrażenie, że znacznie bardziej kopało mnie, kiedy Julka była sama!

Kiedy pojawił się Szymon tak naprawdę najbardziej zmieniło się jedno: moje podejście do bycia mamą. Owszem, miewam gorsze dni i głupie zapędy do dążenia do ideału - są to jednak epizody, takie dni, kiedy treść serwowana przez media troszkę zaćmi mi rozsądne myślenie. 
Jednak do większości spraw podchodzę na dużo większym luzie. Nie trzęsę się już przy każdym kichnięciu i nie czytam codziennie schematu żywienia, nie przeżywam kolejnej nieprzespanej nocy, bo się przyzwyczaiłam i nie porównuję bezustannie jego postępów z tymi książkowymi. Nie czuję na sobie presji całodziennych zabaw z przyklejonym do twarzy uśmiechem, a i Julka sprawia, że moje wymyślanie "super-hiper-kreatywnych zabaw" nie jest aż tak konieczne. Dzieciaki dużo czasu spędzają razem, dzięki czemu ja mam zdecydowanie więcej wolnych chwil niż przy jedynaczce. Dom nie zawsze lśni czystością, ale teoria "sprzątam, więc jestem" też na szczęście przestałą mnie już dotyczyć. No i w głębokim poważaniu mam większość "mądrych rad" typu: a smoczka nie wolno, a ubierz go cieplej, a uszy zakryj, a zabierz mu zabawkę za sikanie w majtki, a bądź idealna... W cholerę z tym!

Zostając mamą po raz drugi po prostu poczułam się pewniej w tej roli i zaczęłam się bardziej nią cieszyć. Także drogie mamy stojące przed tą sytuacją - wszystko przed wami, wszystko, co dobre :). 
A jeśli zdecydujecie się pozostać przy jednym potomku, nie dajcie sobie wmówić, że macie lepiej niż podwójne mamy. Naprawdę!

22:20

Matce potrzebna jest tęsknota

Napisała , w
Jeśli nie marzyłaś nigdy o tym, żeby odpocząć od swoich dzieci nie czytaj tego tekstu! No dobra, nie oszukujmy się - nie ma takich mam! Każda przynajmniej raz w życiu miała ochotę rzucić wszystko i wyjechać na bezludną wyspę chociaż na jeden dzień, a większość pewnie ze trzy razy w tygodniu... Bywa tak, że wreszcie się udaje - wyjeżdżasz gdzieś bez dzieci i nagle stajesz się szczęśliwsza! Ale...czy na pewno dlatego, że od nich odpoczęłaś?...


Pewnego razu zachciało mi się jechać do Warszawy. Na dwa dni i dwie noce. Miałam wyjechać w piątek i wrócić dopiero w niedzielę popołudniu. Spotkanie w gronie wirtualnych znajomych i ówczesnego szefostwa w mojej zdalnej pracy. Moc wrażeń, odważny krok i ogólny szał. To był akurat taki moment w moim matczynym życiu, kiedy frustracja spowodowana siedzeniem w czterech ścianach i niespełnionymi ambicjami sięgała zenitu. Stwierdziłam, że zrobię wszystko, żeby tam pojechać i że wypocznę za wszystkie czasy! Jak postanowiłam, tak zrobiłam ... No prawie....

Nie bałam się o dzieci, bo zostawały z tatą. Spakowałam się więc i pełna ekscytacji ruszyłam w drogę: najpierw pociągiem na Mazury, potem poznawanie wirtualnych znajomych (drinki też były a co!) i podróż do Warszawy już we trzy. Adrenalina utrzymywała się przez piątkowe popołudnie, choć już widząc synka Ali musiałam przełykać stającą w gardle gulę na myśl o maleńkim Szymonie, który był teraz kilkaset kilometrów ode mnie. Jednak jeszcze się cieszyłam Jeszcze odpoczywałam. Jeszcze byłam wkurzona na moje cztery ściany, na rozwalający głowę płacz Szymka i wieczne marudzenie Julii Jeszcze uważam, że gówno mam z tego życia, że nic tylko siedzenie z dziećmi i żadnych perspektyw, że moja egzystencja matki niepracującej może tylko dołować. 

W sobotę w pociągu do Warszawy głównym tematem były ... dzieci. Myślałam, czy już wstały i co zjadły na śniadanie, czy o mnie pytają. Lakoniczne SMS-y od Grzegorza doprowadzały mnie do szału. W Warszawie trochę nowych wrażeń i chwila zapomnienia, ale... kiedy Aneta przedstawiała nam swojego synka znajome uczucie ścisku w gardle wróciło... W drodze powrotnej myślałam już tylko o tym, żeby być w domu. Odpoczęłam Naprawdę! I już nie chciałam więcej tego odpoczynku. Kiedy myślałam o dzieciakach czułam się szczęśliwsza niż przed wyjazdem. Nie dlatego, że od nich odpoczęłam. Dlatego, że za nimi zatęskniłam.

Kiedy okazało się, że mam możliwość wrócić do domu wcześniej, myślałam, że oszaleję ze szczęścia. O 1 w nocy mogłam wreszcie przytulić moje skarby. A rano jak zwykle usłyszałam krzyki spowodowane kłótniami o zabawki, jęki na widok śniadania i wszelkiej maści odgłosy, które potrafią sprawić, że głowa mi pęka i drobne się nie zgadzają. I co? I uśmiechnęłam się jak ta głupia. Bo tęskniłam nawet za tym. I ta tęsknota była mi cholernie potrzebna.

Teraz jak znów zapragnę wystrzelić się w kosmos albo wyjechać na koniec świata, przypominam sobie tamtą Warszawę sprzed półtora roku. I jeśli tylko mam możliwość wyjść gdziekolwiek, rozsądnie ograniczam się do kilkugodzinnego wypadu do fryzjera, ewentualnie na kurs prawa jazdy. Wystarczy, żeby odpocząć, a nawet, żeby zatęsknić...









16:13

Witamina D3 oraz DHA w diecie dziecka - Omegamed baby+D [+KONKURS].

Napisała , w
Podstawą zdrowia dziecka i najlepszym sposobem na zapewnienie jego organizmowi najważniejszych witamin i mikroelementów jest właściwa, zbilansowana, urozmaicona dieta. Są jednak kluczowe składniki, których odpowiedni poziom trudno utrzymać jedynie poprzez żywienie: należą do nich witamina D3 oraz DHA.


Suplementy diety są w ostatnim czasie poddawane ostrej krytyce. Sama otwieram oczy ze zdumienia widząc w TV reklamę syropu nasennego dla dziecka czy pigułek, które mają hamować apetyt na słodycze. Jednak uważam, że nie należy wrzucać wszystkich suplementów do jednego worka i trzeba podchodzić z rozsądkiem do suplementacji ważnych dla organizmu składników.

Suplementację witaminy D3 zaleca się już od pierwszych dni życia dziecka i kontynuację w dalszych latach.  Znaczenie tej witaminy, a także jej dramatyczne niedobory zarówno u dzieci jak i u dorosłych  są coraz szerzej udowadniane przez naukowców. W związku z tym opinie na temat: jak długo podawać dziecku witaminę D3? są bardzo różne. Najczęściej zaleca się suplementację witaminy D3 co najmniej do 3 roku życia, ale często można się już spotkać z coraz dłuższym sugerowanym okresem podawania tej ważnej witaminy.


Dlaczego witamina D3 jest tak ważna? * wspomaga prawidłowy rozwój kości i zapobiega krzywicy * wzmacnia odporność * wspomaga rozwój układu nerwowego *


Witaminę D3 można znaleźć m.in. w rybach morskich, serach i żółtkach jaj. Bywa też nazywana witaminą słońca, gdyż ekspozycja na promienie słoneczne wspomaga jej produkcję w organizmie. Jednak dziennej dawki zalecanej dzieciom - 400 j.m. witaminy D3 nie uzyskamy wyłącznie poprzez dietę czy ekspozycję na słońce, którego w naszej szerokości geograficznej nie mamy niestety zbyt dużo.


Drugim bardzo ważnym dla rozwoju i odporności składnikiem jest DHA, czyli kwas z grupy kwasów Omega 3. Jego źródło to głównie  ryby oraz algi morskie. Udowodniono, iż algi hodowane w specjalnych warunkach są znacznie czystszym  i bardziej naturalnym źródłem DHA niż ryby.




Dlaczego warto dbać o dostarczanie organizmowi DHA? * wspomaga rozwój układu nerwowego * wspomaga rozwój wzroku * wzmacnia odporność * zmniejsza ryzyko astmy i alergii oraz obniża poziom  szkodliwych trójglicerydów * działa przeciwzapalnie *

Omegamed baby + D to preparat łączący w sobie witaminę D3 oraz DHA. Nie znajdują się w nim inne składniki, które można uzyskać wyłącznie z diety. Każda kapsułka twist - off (lub saszetka) to dzienna porcja witaminy D3 oraz DHA.
U nas zdaje egzamin. Szymon chętnie łyka witaminę D3 i DHA prosto z kapsułki, a ja mam poczucie, że również w taki sposób dbam o jego rozwój.

Więcej o tym preparacie przeczytacie tutaj: KLIK. Na stronie omegamed.pl znajdziecie też wiele cennych informacji na temat witamin i mikroelementów oraz na temat całej serii preparatów dla dzieci oraz kobiet w ciąży.


KONKURS!



Wraz z Omegamed mamy dla was 3 zestawy po 3 preparaty, a w każdym z nich:

1 x Omegamed Baby+D saszetki

1 x Omegamed Pregna DHA

1x VitaDerol baby

Co musicie zrobić, aby mieć szansę na jeden z nich?

1. Polubcie Wokół dzieci i Omegamed na Facebooku.

2. Jeśli macie ochotę udostępnijcie plakat konkursowy na Facebooku TUTAJ.

3. W komentarzu na Fb w 1 zdaniu odpowiedzcie na pytanie: DLACZEGO TO DO CIEBIE POWINIEN TRAFIĆ TAKI ZESTAW?

Konkurs trwa od dziś do 3.03.2015 włącznie, a wyniki podam w ciągu 3 dni w tej notce. 
Na dane zwycięzców będę czekać przez 7 dni od podania wyników.

Oczywiście facebook nie ma nic wspólnego z organizacją tego konkursu!

MIŁEJ ZABAWY!

WYNIKI KONKURSU

Zestawy witamin wygrywają:

Weronika Szurko
Rok Sana
Michał Skuza

Poproszę o wasze adresy na maila: szymusiowa@gmail.com
Wysyłką nagród zajmuję się sponsor konkursu.


GRATULUJĘ!




10:33

Linnea uczy poznawać przyrodę - 'Rok z Linneą'.

Napisała , w
Linnea to ciekawa świata, wesoła dziewczynka, która pokazuje, że przyroda jest interesująca i wyjątkowa przez okrągły rok! Mały ciekawski, jakim jest każde dziecko nauczy się od niej, jak obserwować przyrodę, szanować ją i cieszyć się jej pięknem. 


"Rok z Linneą" to niezwykły przewodnik po świecie natury dla najmłodszych. Linnea opisuje każdy miesiąc i uczy, jak można bliżej ją poznawać, badać i obserwować. Co ważne - Linnea mieszka w mieście i udowadnia, że tam także można żyć blisko natury i cieszyć się jej pięknem.W styczniu Linnea opowiada o dokarmianiu ptaków, w lutym o tym, co się dzieje pod śniegiem, a w marcu jak dbać o przyrodę... W każdym miesiącu znajduje coś fascynującego!

Tekst Christiny Björk zainteresuje każdego małego czytelnika: w historiach opowiadanych przez Linneę sprytnie autorka "przemyca" ciekawe wiadomości przyrodnicze. Książka nie ma nic wspólnego z podręcznikiem biologii czy encyklopedią, a jednak uczy dziecko równie dobrze albo i lepiej niż takowe! Linnea w każdym  miesiącu roku znajduje sobie ciekawe zajęcia związane z przyrodą i tym samym inspiruje do zabaw oraz wykonywania różnorodnych doświadczeń małego czytelnika (i jego rodziców oczywiście!).

Ilustracje Leny Anderson zachwycają bogatymi szczegółami i naturalnością. Znajdziecie tu schemat karmienia ptaszków zimą, instrukcję plecenia wianków z kwiatów czy mały leksykon drzew liściastych. A uśmiechnięta od ucha do ucha Linnea zachęca z każdej strony książki do poznania jej obserwacji i wspólnej zabawy!




"Rok z Linneą" można czytać miesiąc po miesiącu i razem z małą narratorką poznawać tajniki każdego z nich, ale równie dobrze można "pochłonąć" książkę jednym tchem. Albo.. najpierw przeczytać jednym tchem, a potem co miesiąc do niej wracać i porównywać swoje odkrycia z odkryciami Linnei :).

Twarda, lakierowana oprawa i świetna jakość papieru również są zaletami książki wydanej nakładem Wydawnictwa Zakamarki. Będzie ona wspaniałą ozdobą domowej biblioteczki.

To niebanalna książka o przyrodzie, która z pewnością nie pozostawi obojętnym żadnego małego odkrywcy! 

Polecamy!


"Rok z Linneą" Christina Björk i Lena Anderson, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2010.

Książkę możecie kupić TUTAJ, a TU możecie zajrzeć do środka.


Okładka pochodzi ze strony wydawnictwa (KLIK).



12:24

Czy dziś odroczyłabym dziecko?

Napisała , w
Szkoły zalewa fala odroczeń. Rodzice "ratują" swoje dzieci przed pierwszą klasą i nie chcą pozwolić na "odebranie im dzieciństwa", Większość z tych odroczeń nie ma nic wspólnego z problemami dziecka - za to bardzo wiele z problemami rodzica. Jednak jest i druga strona medalu - problemy leżące po stronie szkół i nauczycieli Czy dziś po ponad pół roku edukacji mojej sześciolatki w I klasie odroczyłabym ją i dlaczego nie? Oto moja odpowiedź.


Długo zastanawiałam się, czy poruszać ten temat, bo kto zna mój blog ten wie, że daleka jestem od celowego wsadzania kija w mrowisko, a reforma edukacji niewątpliwie może takim mrowiskiem być. Jednak ten post nie ma na celu nikogo do niczego na siłę przekonywać. Chcę pokazać nieco inne spojrzenie na problem - bo problem jest, choć moim zdaniem nie do końca tam, gdzie widzą go przeciwnicy reformy. 

Reforma edukacji przewidywała nie tylko obniżenie wieku szkolnego. W ślad za nim miały iść zmiany w szkołach i w pracy nauczycieli m.in. elastyczny czas zajęć lekcyjnych, więcej tzw. zajęć dywanowych, obowiązek zapewnienia przez szkoły miejsca do przechowywania podręczników i przyborów, mniej liczne oddziały klasowe no i  zmiana programu nauczania. Zadziwia mnie fakt, że bardzo wielu rodziców wypowiada się negatywnie na temat tej reformy w ogóle nie mając o niej pojęcia: nie czytając o zmianach, nie zasięgając wiedzy w szkołach, nie rozmawiając z nikim kompetentnym, a jedynie z góry będąc na nie. Świadczą o tym choćby takie stwierdzenia jak to, że w przedszkolach zabrania się nauki pisania i czytania, a w I klasie dziecko już na starcie ma to umieć - wyjaśnienie tej kwestii znajdziecie TUTAJ. Strona www.6latki.men.gov.pl jest też podstawowym źródłem wiedzy o reformie. Pierwsze i najważniejsze: ta reforma to nie tylko obniżenie wieku szkolnego, a zdaje się, że wielu rodziców tak właśnie myśli.

Założenia są i moim zdaniem są słuszne. Dzieci w wieku 5-6 lat są chłonne jak gąbka i mają niezwykłą łatwość przyswajania wiedzy. Ba, większość z nich, o ile nie wszystkie, ma ogromną chęć, by tę wiedzę zdobywać! Dlaczego zatem miałabym próbować tę chęć w moim dziecku tłamsić i hamować? Tak właśnie - bo powtarzanie drugi rok identycznego materiału w przedszkolu to w moim odczuciu hamowanie pędu do rozwoju i wiedzy u dziecka. Trudno, możecie się na mnie obrazić, ale jak doczytacie do końca to może spróbujecie podyskutować...

 I od razu rozprawmy się z kolejnym frazesem: szkoła to zabieranie dzieciom dzieciństwa. Ale serio? Poważnie tak myślicie? Wasze dzieciństwo też się skończyło wraz z pójściem do szkoły? Bo moje w pewnym sensie właśnie wtedy się zaczęło! Z tego okresu pamiętam najwięcej: w szkole poznałam rówieśników, zawarłam pierwsze przyjaźnie, pokochałam książki i naukę, tańczyłam na szkolnych dyskotekach przy kaseciaku, spałam na materacu na biwaku i przeżywałam pierwszą miłość... A dla was, drodzy wyznawcy tej teorii, szkoła była końcem cudownej sielanki, jaką było wasze dzieciństwo do szóstego roku życia? Odbieranie dzieciństwa to alkoholizm rodzica, to przemoc w rodzinie, to pracoholizm rodziców, to wreszcie samotność dziecka, ale nie, do diaska, posłanie dziecka do szkoły! Tak jak pisałam na Facebooku - mam wrażenie, że są rodzice, którzy niedługo zamiast "dziadem" zaczną dzieci straszyć...szkołą (a może już to robią?) i to mnie totalnie przeraża... Przecież dzieciństwo to nieustanny rozwój, poznawanie świata, chłonięcie wiedzy, zatem dlaczego szkoła ma je odbierać? Chodząc do szkoły dziecko pozostaje dzieckiem - o ile podejście NAUCZYCIELI I RODZICÓW mu tego nie utrudnia...

Idźmy dalej: rodzice twierdzą, że dzieci sześcioletnie są zbyt niedojrzałe emocjonalnie jak również nie poradzą sobie z nauką w I klasie. Dlatego odraczają dzieci od tego obowiązku. Przykro mi, ale tu stwierdzenie, że to rodzic najlepiej zna swoje dziecko nie ma moim zdaniem racji bytu. Dlaczego? Bo rodzic z góry nastawiony negatywnie do reformy nie jest obiektywny! To coś na kształt samospełniajacej się przepowiedni - po prostu chcesz, by tak było i robisz wszystko, by do tego doprowadzić. Przykład? Znajdziecie go na profilu Doroty Zawadzkiej:

"Podczas spotkań z rodzicami czasem daję im do wypełnienia ankietę złożoną z kilkunastu pytań dotyczących kompetencji/wiedzy/umiejętności ich dzieci. Mają odpowiedzieć "tak" lub "nie".Gdy już skończą to informuję ich, że to to co wypełniali to fragment testu dotyczącego gotowości szkolnej ich dzieci.
I NATYCHMIAST niektórzy dokonują zmian... bo jednak "tak naprawdę to tu "nie" i tu jednak "nie".
Zmiany dotyczą około 30% odpowiedzi.
Dodatkowo okazuje się, że częściej zmian na nie (moje dziecko nie potrafi/nie da rady/nie wie) dokonują mamy synów.
Smutne." (link: https://www.facebook.com/DorotaZawadzkaPsycholog/posts/786802668066518)


Gdzie tu jest obiektywizm? Gdzie leży prawda i jak wytłumaczyć dziecku taki sposób oceny przez rodzica bądź pozostanie na drugi rok w przedszkolu, podczas gdy reszta kolegów idzie do I klasy? 

Jednak... nie jest różowo i nie wszystkie problemy są wyimaginowane! I właściwie to jest chyba meritum tego wpisu... Założenia reformy to jedno, a ich wypełnianie to drugie. Niestety realia są takie, że zarówno przygotowanie szkół jak i nauczycieli pozastawia w tej kwestii wiele do życzenia. Czasem nie do końca przygotowanie, ale i chęci a raczej brak chęci do podążania za zmianami. Widać to szczególnie w szkołach miejskich, czego nie znam z autopsji, lecz z opowiadań rodziców. Jestem w pełni świadoma tego, że szkoły wiejskie (a do takiej chodzi Julia) mają tu ogromną przewagę. Przede wszystkim sam budynek jest maleńki i łatwiej się dzieciom odnaleźć się w szkolnej rzeczywistości, często (u nas tak było) "zerówka" znajduje się w tym samym budynku, co też ułatwia adaptację, oddziały klasowe są malutkie (u Julii 13 osób), nauczycieli jest niewielu i znają dzieci, więc mogą podejść do każdego bardziej indywidualnie. Jednak te małe, wiejskie szkółki także nie są wolne od niedociągnięć i problemów takich jak brak miejsca np. na zajęcia dywanowe z prawdziwego zdarzenia, trudności z pozyskaniem funduszy na nowoczesne pomoce naukowe, komputery, słabiej niż w miastach wyposażona biblioteka szkolna plus utrudniony dojazd do szkoły. W miejskich szkołach mamy do czynienia z odwrotnością tej sytuacji: szkoły - molochy, małe dzieci ginące w tłumie starszych, dzieci w klasach jest dużo (a przez możliwość decydowania, która była dzieci są wymieszane pod względem wieku), trudno o indywidualne podejście nauczycieli... Za to wyposażenie szkół, dojazd dzieci i możliwości rozwoju, jakie daje taka szkoła są większe. Co z tego wynika?

Po pierwsze: to nie wiek dzieci jest problemem (oczywiście cały czas nie mam tu na myśli uzasadnionych przypadków, w których dziecko NAPRAWDĘ ma problemy). Po drugie: szkoła nie jest złem ani odbieraniem dziecku dzieciństwa. Po trzecie: rolą rodzica nie jest udowadnianie, że dziecko jest słabsze, mniej dojrzałe, mniej zaradne niż jest w rzeczywistości, lecz przeciwnie - motywowanie go, wspieranie jego rozwoju, dopingowanie, by szło naprzód a nie stało w miejscu, budowanie w nim wiary w siebie i swoje możliwości, uspołecznianie! Trzy proste wnioski, z którymi oczywiście możecie się nie zgodzić... I jeszcze jeden: energię i czas, jaki rodzice poświęcają na załatwianie odroczeń, na "ratowanie maluchów", na walkę z wiatrakami, powinni przeznaczyć na dążenie do tego, aby warunki w szkołach i postępowanie nauczycieli rzeczywiście zmieniły się tak, jak to przewiduje reforma!

To jest według mnie klucz do sukcesu i sedno całej sprawy! Możemy rozmawiać z dyrekcją, z wychowawcami, możemy pozyskiwać informacje ze strony MEN czy kuratorium, możemy działać w kwestii większych klas dla dzieci czy zmniejszania oddziałów, w sprawie sposobu nauczania... Zamiast pisać wnioski o zniesienie reformy, może warto pisać wnioski o faktyczne zmiany w szkołach? Nie ulega wątpliwości, że MEN musi jeszcze bardzo wiele zrobić, by te zmiany faktycznie zaszły w każdej placówce! Naprawdę bardzo wiele możemy jako rodzice zrobić, by naszym sześciolatkom szkoła nie kojarzyła się z odbieraniem dzieciństwa i przykrym obowiązkiem... Ja mam po prostu wrażenie, że te odroczenia kompletnie nie załatwiają sprawy, a już na pewno nie rozwiązują problemów - tych, które tu przytoczyłam... To robienie kroku do tyłu, zamiast do przodu.

Oczywistym jest, że każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Nikt tego nie kwestionuje i ja tym tekstem także nie śmiem tego robić. Chciałabym po prostu pokazać przeciwnikom i tym, którzy wręcz załamują się na myśl o posłaniu sześciolatka do szkoły inną drogę - taką, która rzeczywiście pozwala iść w stronę lepszego i sprawić, że sześciolatek w szkole będzie czuł się dobrze i ...jego rodzic będzie czuł się dobrze z tym, że dziecko w tej szkole jest. Jako mama dziecka z rocznika 2008 nie wyobrażam sobie ciągłego żalu do systemu, nieustannego lęku o dziecko i szukania dróg ucieczki przed obowiązkiem szkolnym...

Na koniec odpowiedź na pytanie tytułowe: nie, nie odroczyłabym. A jak wiedzą ci, którzy nas znają, bądź na bieżąco czytają adaptacja Julii w szkole nie odbywa się bez problemów. Jednak ja widzę w tym sens: we wspólnym pokonywaniu przeszkód, we wspólnej pracy, w jej radości ze zdobywania wiedzy, w dumie z bycia pierwszoklasistką. Kiedy wyobrażę ją sobie drugi rok w zerówce widzę ją jako przygaszoną i znudzoną powtarzany materiałem dziewczynkę, która nie bardzo rozumie, dlaczego z resztą klasy nie poszła do szkoły i o co właściwie chodzi z tym zabieraniem dzieciństwa? Bo dzieckiem jest nadal: wesołym żywiołowym, które po szkole beztrosko się bawi, a w szkole przebywa z rówieśnikami i uczy się. Nie czuję, że zabrałam jej dzieciństwo puszczając ją do I klasy, choć rzeczywiście musi nauczyć się stosować do pewnych reguł czy opanować materiał. Ale przecież dzieciństwo to nie jest brak zasad, wieczna laba i robienie, czego się chce, prawda?

Efekty reformy będzie na pewno widać dopiero za kilka - kilkanaście lat, a i one dla różnych dzieci będą różne. Bo wpłynie na nie nie tylko wiek, w jakim dziecko poszło do szkoły, ale też atmosfera panująca w szkole (i naprawdę odległość do wc czy kolor dywanu w klasie są tu najmniej istotne), podejście nauczycieli, a także postępowanie rodziców.  Kto wie, może kiedy Julia będzie kończyć podstawówkę albo nawet zacznie już liceum, to uraczę was tu takimi wnioskami z perspektywy czasu... A co jeśli negatywy przeważą? Na pewno nie będę miała sobie nic do zarzucenia, bo przecież robię wszystko z myślą o dobru mojego dziecka - tak jak każdy rodzic...

P.S. Zachęcam do odwiedzania strony: http://www.6latki.men.gov.pl/no i zapraszam do konstruktywnej dyskusji zarówno tutaj na blogu jak i na facebookowym profilu:
https://www.facebook.com/wokoldzieci/posts/599411330193427?notif_t=like
Oczywiście wierzę, że zachowamy kulturę dyskusji :).

P.S 2 W tekście nie odnoszę się do dzieci, które mają rzeczywiste, stwierdzone przez poradnię problemy wskazujące na odroczenie od szkoły.

21:41

Anielska cierpliwość

Napisała , w
Kiedy byłam mała, jak wszystkie dzieci w czasie podróży co pięć minut pytałam: "Daleko jeszcze?". Mikołaj przychodził do nas często dzień wcześniej niż powinien - rodzice litowali się widząc nasze zniecierpliwienie. Wszelkie sprawdziany w szkole kończyłam przed czasem i nienawidziłam czekać na chłopaka, który się spóźniał. Byłam wybuchowa i często obrażałam się z byle powodu. Chciałam mieć wszystko na zaraz. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Aż pewnego pięknego dnia zostałam mamą... I wszystko MUSIAŁO się zmienić...




Są kobiety, które są cierpliwe z natury. I ja im, cholera, strasznie zazdroszczę! One są o milowy krok bliżej ideału matki niż ja. Im jest łatwiej! No nie zaprzeczycie przecież! W końcu cierpliwość jest jedną z najważniejszych cnót matki! Ja znam takie oazy spokoju, chodzące anielice z miłosiernym wyrazem twarzy, mówiące przyciszonym głosem i roztaczające wokół siebie niemal nimb świętości... Patrzę na nie z nieukrywaną zazdrością splatając czasem palce z nerwów albo licząc w myślach do stu...

Te matki tłumaczą swoim śpiewnym głosem potomkowi, który od godziny próbuje wyciągnąć jakieś plastikowe badziewie w dziale z zabawkami, dlaczego mu tego nie kupią I nie wyprowadza ich z równowagi ani tupanie nogami, ani rzucanie się małego buntownika na podłogę. Usypiają całymi godzinami nucąc kołysanki i potrafią zwalczyć własną senność nawet dzięki tej cierpliwości! Godzinny płacz spowodowany wyłączeniem telewizora po trzecim obejrzeniu Spongeboba ich nie rusza a bijące się pociechy rozdzielają przez pół dnia z tym samym łagodnym uśmiechem na ustach. Są takie mamy Serio!

One nie wiedzą, co to jest krzyk, więc i każdy krzyk innych matek potępiają z całą zaciętością. Niektóre ewentualnie kręcą z pobłażaniem głową nie mogąc za Chiny Ludowe pojąć, o co ten wrzask?! One nie wychodzą z siebie trzaskając drzwiami i zaciągając się nerwowo ukrywanym w szafce kuchennej na wszelki wypadek papierosem. Ani nie zdarzyło im się nigdy zrzucić z półki wszystkich książek w chwili, kiedy ten włosek, na którym wisiała cierpliwość się urwał... A ja?

Ja już pogodziłam się z tym, że należę do tej drugiej grupy - tych kobiet, którym jest trudniej, bo oprócz wszystkich innych spraw związanych z byciem mamą muszą uczyć się przede wszystkim cierpliwości. A może ta pierwsza grupa też jest tą drugą tylko dobrze udaje?... Kto je tam wie...
Ja odkąd zostałam mamą nauczyłam się czekać. Na pierwszy krzyk, pierwszy ząb, pierwszy krok. Często w bólach i ogromnym zniecierpliwieniu, ale pojęłam, że są sprawy, których nie da się przeskoczyć.Jednak nadal zdarza mi się pomyśleć: "Och, jakże bym chciała, żeby one miały już po 30 lat! albo "Do k#*&@ idzie już spać ten dzieciak czy nie?!". Zdarza się czasem, zdarza...
Odkąd macierzyństwo zaczęło mnie zmieniać, moja choleryczna dusza nauczyła się powstrzymywać przed wybuchami. Przecież nie mogę się obrazić,kiedy przez "Mamo, sikuuuuu!" znów nie uda mi się kupić sobie butów, ani wtedy, kiedy moje plany na wieczór biorą w łeb, bo im akurat nie chce się spać, a już tym bardziej wtedy kiedy moje nowe dżinsy zostaną naznaczone gilami tudzież błotem z bucików. Ani krzyknąć nie mogę. Przecież matką jestem! A jak już krzyknę i mi ulży na chwilę, to zaraz pukam się w głowę. Bo moja cierpliwość, choć nie jest jeszcze anielska ma to do siebie, że jak ten włosek, na którym zdarza jej się zawisnąć na sekundę się zerwie, to zaraz, szybciutko odrasta... 

I ćwiczę te moją matczyną cierpliwość z każdym dniem - rozciągam do granic możliwości, modeluję w głowie niczym plastelinę, a i ćwiczeń siłowych jej nie szczędzę - udaje jej się podnosić już ciężary coraz większego kalibru. A ile jeszcze przed nią! Ewa Chodakowska pewnie by wymiękła, ale nie ona! Kto wie, czy od tych ćwiczeń kiedyś nie wyrosną jej skrzydła. Anielskie. 
14:34

Być blisko na odległość

Napisała , w
Zawsze myślałam, że udane związki na odległość są niemożliwe. Przytakiwałam osobom, które wróżyły rychły rozpad parom, w których jedno z partnerów wyjechało gdzieś daleko. Nie wyobrażałam sobie wyjazdu Grzegorza i tego, że nauczymy się być blisko, będąc daleko od siebie. A jednak...


Można być blisko na odległość. Po 9 miesiącach rozłąki, mogę to stwierdzić z całą pewnością i z ręką na sercu. Powiem więcej: można być bliżej, niż będąc ze sobą codziennie oko w oko. Można zobaczyć rzeczy, których nie widziało się twarzą w twarz albo przestało się widzieć. Można docenić to, co wcześniej wydawało się oczywiste i rutynowe. Można nauczyć się siebie na nowo...

Sprawdziło się wiele moich obaw dotyczących rozłąki: samodzielna opieka nad dwójką dzieci bywa bardzo wyczerpująca, organizacyjnie też nie jest łatwo, kasa wcale nie odkłada się w tak zawrotnym tempie, jak myślą niektórzy, a tęsknota doskwiera, ale... Nie sprawdził się mój lęk o to, że możemy się od siebie oddalić. Lęk podsycany oczywiście "złotymi myślami" życzliwych i tych mniej życzliwych. 

Rysowała się przede mną dramatyczna wizja obcego człowieka, który przyjeżdża do domu raz na dwa tygodnie jak na wczasy. Wyobrażałam sobie, że nagle, przez ten wyjazd, jego skarpetki obok kosza w łazience zaczną mnie bardziej wkurzać niż wcześniej, że w moim na owo uporządkowanym rytmie dnia nie będzie dla niego tyle miejsca, ile powinno, że nie będziemy umieli już rozmawiać... Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Wręcz przeciwnie.

Nie odkryję przed wami Ameryki, kiedy powiem wam, że sekret tkwi przede wszystkim w rozmowie. Szczerej rozmowie. Będąc daleko od siebie nie sposób wyczuć, co myśli i czego oczekuje dana osoba. Nie działa mowa ciała ani spojrzenia. Nawet tłumaczenie intencji bywa o wiele trudniejsze, bo druga osoba nie widzi naszego ironicznego uśmieszku ani skrzyżowanych palców. Musi być prosto i uczciwie. Nie ma ukrywania faktów (bo po co go denerwować) ani tym bardziej kłamstwa (bo ona przecież i tak się nie dowie). Z drugiej strony bez wzajemnego wsparcia w trudnych momentach też się nie obędzie. Trzeba nauczyć się te dwa tygodnie rozłąki opowiadać sobie przez telefon i to tak, aby i jedna i druga strona mogła poczuć się tak, jakby  w tym wszystkim uczestniczyła. To trudne, ale nie niemożliwe.

A więc my rozmawiamy Dużo i często. Ja mówię, które dziecko kicha, a które przyszło do mnie w nocy, jakie Julka dostała oceny i jakim nowym tekstem zabłysł Szymon, ile u nas jest stopni i czy droga jest przejezdna, jaką książkę czytam i o czym piszę na blogu. On mówi, co robi na obiad i kto go wkurzył w pracy, z jakim kolegą akurat pali papierosa i czy idzie do sklepu, o której wstaje i że u nich jak zwykle cieplej niż u nas. Tak samo jakby stał obok mnie potrafi mnie zirytować swoimi uwagami w stylu "Tylko pilnuj małego, jak pójdzie sam ulicą!" i tak samo potrafimy się nawzajem rozśmieszyć tylko nam znanymi szyframi słownymi :). Te rozmowy to codzienny rytuał, to taki akumulator, który pozwala nam naładować baterie na kolejny dzień bycia osobno.

A pomiędzy rozmowami są nasze myśli. Cholera, jaka ja byłam głupia, że obrażałam się na niego o te skarpetki. Jaka byłam lekkomyślna wybierając Facebooka zamiast wieczoru z nim. Jak marnowałam czas, jak nie doceniałam uśmiechu i tego kuksańca w bok, który potrafił mnie rozśmieszyć w najgorszej chwili, jak potrafiłam stracić z oczu to, co miałam tuż, przed nimi... I on mówi mi o tym samym. I kiedy przyjeżdża do domu to, mimo, że bardzo za nim tęskniłam, czuję się, jakby nigdy nie wyjeżdżał...

Tęsknota to strasznie trudne uczucie, ale nie nazwałabym go negatywnym. Dociera gdzieś na samo dno serca wydobywając z niego najpiękniejsze uczucia. Człowiek odkrywa je na nowo, niemal zdmuchując z nich kurz i ...czuje się, jakby przez długi czas był ślepy a teraz nagle odzyskał wzrok. Proste rzeczy zaczynają układać się w niezwykłą  całość i okazuje się, że każda z tych błahostek jest niezbędna do życia. Nie jest tak, że nagle robi się różowo a miłość zaczyna być słodka jak cukierki z Odpustu. Po prostu uświadamiasz sobie, że są takie gorsze chwile, które są potrzebne, a innych można łatwo uniknąć przestając wpatrywać się tylko w  koniec własnego nosa... Dociera do ciebie, że to, czy będziecie blisko nie zależy od tego, ile was dzieli kilometrów, ale od tego, czy będziecie o to walczyć... 

Walczymy. I wygrywamy.

12:29

Trudne uspołecznienie

Napisała , w
Uspołecznienie jest w rozwoju dziecka procesem niezwykle ważnym i trudnym: to bowiem nauka życia wśród ludzi, szacunku do wspólnego dobra i zaangażowania w działania dotyczące życia społecznego. Proces ten rozpoczyna się w rodzinie, ale szczególnie nasila się w momencie, gdy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły. Wtedy my, rodzice, przestajemy mieć niemal zupełną kontrolę nad, jak ten niełatwy proces u naszych dzieci przebiega, a one zaczynają same "poruszać" się w społeczeństwie. Jako mama siedmiolatki wyraźnie czuję, w jak ważnym jesteśmy momencie życia Julii i jak istotna jest teraz moja postawa... Umiejętne podejście do trudności, jakie napotyka dziecko w tym procesie jest szalenie trudne, a czasem wręcz bolesne...


Człowiek jest stworzony do życia wśród innych ludzi, ale nie rodzi się z umiejętnością życia w społeczeństwie. Nauka funkcjonowania wśród innych, współżycia społecznego, angażowania się w różne aspekty życia społecznego jest tak naprawdę jednym z najistotniejszych procesów podczas rozwoju dziecka. Przecież to od tego, czy będzie umiało żyć według ogólnie przyjętych norm społecznych i etycznych (nie mylić z zatracaniem swojej indywidualności - i to też jest trudne!), być empatyczne, czułe na krzywdę, czy będzie lubiło pomagać i widziało w tym sens, czy będzie czuło się odpowiedzialne za dobro ogółu i angażowało we wspólne działania i podejmowanie decyzji, będzie zależało, czy zbuduje szczęśliwe relacje z innymi ludźmi i samo będzie szczęśliwe- również później jako dorosły człowiek.

Jako rodzice jesteśmy pierwszymi nauczycielami życia w społeczeństwie. Przede wszystkim przez budowanie w dzieciach poczucia własnej wartości i poczucia bezpieczeństwa, które są bardzo ważne w  kontaktach z innymi ludźmi, poprzez dawanie przykładu pozytywnych stosunków międzyludzkich a także angażowania się w życie społeczne. 

Ja jako mama dwójki dzieci mam świadomość tego, iż każdego dnia uspołeczniam swoje pociechy.To oczywiście dzieje się w ogromnej mierze "mimochodem" - właściwie wszystkie nasze codzienne zachowania we wspólnym życiu są przez maluchy chłonięte i potem przenoszone na ich stosunki z rodziną i rówieśnikami.Widzę to wyraźnie obserwując moje pociechy (dla niewtajemniczonych Julia ma 7 lat, a Szymon w kwietniu skończy 3): rozmawiając ze sobą używają zwrotów czy słów, które słyszą ode mnie i taty, są wobec siebie opiekuńczy , potrafią się dzielić. Jednocześnie - nie jest idealnie - często, gdy dochodzi między nimi do kłótni słyszę: "A ty z tatą też się kiedyś kłóciłaś, mama!" a u Julii, która jest ponadprzeciętnie żywiołowa, zauważam problemy z poczuciem własnej wartości.  Elementem uspołeczniania dzieci w domu jest także egzekwowanie zasad, jakie panują w domu czy nakładanie na dzieci ich małych obowiązków. Nie ma chyba rodziców, którzy powiedzą, iż nie mają absolutnie żadnych kłopotów w tej dziedzinie ze swoimi dziećmi. U nas również nie odbywa się to gładko i łatwo. Zarówno Julia jak i Szymek są indywidualistami, Julia dodatkowo jest jak już pisałam,  bardzo żywym dzieckiem, więc mniejsze i większe bunty są na porządku dziennym. Myślę jednak, że najistotniejsze, iż się dostrzega takie sprawy i próbuje je naprawiać mając świadomość, że ten etap socjalizacji i uspołeczniania odbywający się w domu jest podstawą do tego, by z czasem dziecko zyskiwało coraz większą dojrzałość społeczną. 

Pójście Julii w 2013 roku do przedszkola, a we wrześniu 2014 do I klasy było dla nas przełomem przede wszystkim w kwestii uspołecznienia. U dzieci ze wsi ten proces wygląda bowiem inaczej niż u dzieci z miast. Jak już wspominałam TUTAJ moje dzieci mają bardzo mały kontakt z rówieśnikami, nie mamy placu zabaw, a sąsiedzi, którzy mają dzieci bądź to mieszkają daleko bądź są zamknięci na jakieś nowe kontakty. Dlatego też mogę z całą pewnością powiedzieć, że wiejskim dzieciom jest trudniej odnaleźć się w grupie, przystosować do reguł i nauczyć się współdziałać. Takie trudności pokonujemy wraz z Julią. Początkowo kompletnie nie potrafiła się odnaleźć wśród dzieci. Mimo, iż łatwo nawiązywała z nimi kontakt, to jednak nie umiała dostosować się do zasad, narzucając raczej swoje własne, bardzo źle znosiła porażki i przedkładała swoje potrzeby nad potrzeby innych. Oczywiście to pewne odizolowanie od świata jest tylko jednym z czynników, który miał na to wpływ. Obok niego nie bez znaczenia jest charakter dziecka i jego dojrzałość emocjonalna czy mniejsze i większe błędy wychowawcze, których jak chyba każdy rodzic, nie uniknęliśmy wraz z mężem. Jednak z każdym dniem widzę postępy, jakie Julia robi w tym kierunku: obserwowanie jej zgodnych zabaw z innymi dziećmi, dumy z bycia dyżurną, wypieków na twarzy, gdy mówi, że podniosła starszej pani okulary, które upadły napełnia mnie dumą i radością. Jednak bywają i bolesne chwile...

Nie bez powodu mówi się, że wypuszcza się dziecko spod skrzydeł, gdy idzie do szkoły. Nie mam już możliwości bycia przy córce niemal w każdej chwili, a moje "kwocze" zapędy (tak, tak mam je, choć staram się z nimi walczyć) nie mają w szkole prawa bytu. Co mam konkretnie na myśli? W środowisku szkolnym to nie ja oddziałuję na jej odczucia i zachowania. Kłótnia z koleżanką, trudności z dostosowaniem się do zasad na lekcji czy płacz w reakcji na zaczepki starszego kolegi - to ona musi tego doświadczyć i stawić temu czoła. Oczywiście rozmawiamy w domu, mogę jej doradzić i pocieszyć, ale wtedy, w konkretnej chwili jest wobec tych sytuacji sama. To jednocześnie pewien sprawdzian względem tego, czego uczy ją rodzina i nowe wyzwania będące elementem, jakby kolejnym szczeblem życia w społeczeństwie. Jak jako rodzic podchodzić do tych sytuacji? Jak dać dziecku poczucie wsparcia nie będąc jednocześnie nadopiekuńczym? Jak pogodzić się z tym, że często łzy, złość i rozczarowania są naturalną częścią uspołeczniania się dziecka? Jak wreszcie rozgraniczyć uspołecznienie z indywidualnością dziecka i nie zaburzyć jednego ani drugiego? Bardzo często zadaję sobie te pytania.

Chciałabym, aby moje dzieci odnajdywały się w społeczeństwie, bo wiem, że to bardzo istotny element osiągnięcia spełnienia i szczęścia zarówno teraz, jak i w dorosłym życiu. Bardzo ważny, jeśli nie niezbędny. Czuję na sobie w związku z tym dużą odpowiedzialność. Staram się, aby w domu Julia i Szymon obserwowali dobre wzorce, a o tym, co dzieje się poza nim dużo rozmawiamy i analizujemy trudne sytuacje. Nauczyć dzieci życia wśród ludzi - wrażliwości, empatii, asertywności, zaangażowania w działania ważne dla wszystkich - to nie mniej ważne zadanie niż dbać o ich zdrowie czy edukację. 

Tak naprawdę proces uspołecznienie trwa przez całe ludzkie życia, ale dzieciństwo to ten najważniejszy czas, w którym zdobywamy pierwsze, zostające w pamięci doświadczenia, pierwszych przyjaciół, w którym zaczynamy angażować się w życie klasy, szkoły, społeczności, czuć się potrzebni innym, uczymy się radzić sobie z porażkami czy rozczarowaniami. Mam świadomość tego, że w dużej mierze od podejścia rodziców zależy, jak będą przeżywać ten proces dzieci. Mam też nadzieję, że te wszystkie dzisiejsze dylematy, które wam tutaj troszkę nieskładnie (z emocji) próbowałam opisać, zaowocują w przyszłości tym, iż moje dzieci będą otwartymi na innych, pełnymi entuzjazmu, zaangażowanymi w życie społeczne, spełnionymi ludźmi.
08:59

Trzy książki na zimowe wieczory

Napisała , w
Sporo mogliście u mnie ostatnio poczytać o książkach dla dzieci. Dla odmiany dziś mam dla was trzy propozycje książek na zimowe [jeszcze] wieczory - dla was!



"Sekret mojego męża" Liane Moriarty

To nie jest typowa, a raczej stereotypowa literatura kobieca! Znajdziecie tu nie tylko miłość i zdradę, ale też wątek kryminalny, śmierć, stratę i życiowe dylematy. Losy trzech głównych bohaterek: Cecili, Rachel i Tess łączą się za sprawą sekretu męża jednej z nich... Za sprawą jednego listu, który napisał on przed laty w chwili słabości zmienia się nie tylko życie jego i jego rodziny, ale też ludzi z ich otoczenia.
Czytając nie sposób nie zadać sobie pytania: na ile dobrze ja znam moich bliskich, a oni mnie? Czy tajemnice są rzeczywiście złe, a może lepiej nie znać prawdy?..
Książka wciąga od pierwszych stron i trzyma w napięciu do samego końca, kiedy to okazuje się, że.. prawda była jednak zupełnie inna!

[Prószyński i S-ka, 2014]

"Moje rozmowy z dziećmi" Krystyna Janda

Krystyna Janda to ikona polskiego kina, ale równie dobre, co gra aktorska i reżyseria jest jej pióro. Ja  zawsze z wielkim zainteresowaniem czytam jej felietony w prasie czy w internecie i nigdy się nie zawodzę! Zawsze znajduję w nich mądre spojrzenie na życie, które skłania do refleksji!
Książka "Moje rozmowy z dziećmi" to zbiór felietonów, które Janda pisała do "Poradnika domowego". Krystyna Janda zapisuje swoje rozmowy z synami oraz wnuczką. Porusza tematy ważne i całkiem zabawne, a każdy tekst czyta się jednym tchem! To niezwykły zapis międzypokoleniowego porozumienia, które jest możliwe, mimo różnic!
Jeśli ma się dzieci, nabiera się dzięki tej książce ochoty na zapisywanie własnych dialogów z nimi - upewnia się w przekonaniu, że perspektywa dziecka często jest tą najbardziej słuszną.
Książka opatrzona jest prywatnymi zdjęciami i rysunkami.

[Krystyna Janda, Warszawa 2008]

"Flora i Grace" Maureen Lee

Jeśli lubicie klimat miłości i wojny to ta książka was nie zawiedzie! Główną bohaterką jest Flora Knox - sierota wychowująca się w niezwykłej szkole w Szwajcarii. pewnego dnia będąc na stacji kolejowej widzi przejeżdżający pociąg pełen ludzi, słyszy ich krzyki i próby wydostania się - to transport Żydów do obozu koncentracyjnego... Nagle spomiędzy dziury w deskach wagonu wyłania się kobieta, a właściwie jej ręce z maleńkim dzieckiem... "Zabierz go. Ma na imię Simon" - mówi do Flory, po czym pociąg odjeżdża ze świstem... Życie Flory nigdy nie będzie już takie samo...
Losy Flory i Simona w niezwykły sposób zataczają koło, a jak - o tym przekonacie się, czytając książkę Maureen Lee!

[Świat Książki 2014]


Polecam całe "trio" - ma sprawdzone działanie umilające długie wieczory!
15:44

Rozmawiaj z dzieckiem o przeszłości!

Napisała , w
Gdyby nie przeszłość nie byłoby teraźniejszości. To dzięki naszym prababciom i pradziadkom jesteśmy na świecie, a cała droga, którą przeszli nasi bliscy w przeszłości doprowadziła nas do tego punktu, w którym jesteśmy. Dotyczy to także naszych dzieci. Warto przekazać im zarówno wiedzę jak i wartość, jaką niesie za sobą przeszłość!


Dla współczesnych dzieci nieodłączną częścią życia są nowoczesne technologie, interaktywne zabawki, kolorowe ubrania i pełne półki w sklepach. A czy powiedziałaś im, że kiedyś były kasety magnetofonowe, konsole Rambo i kartki na mięso? Czy twoje dzieci wiedzą, jaka była droga do tego, co jest teraz - że trzeba było walczyć, że trzeba było bohaterstwa i ogromnego wysiłku solidaryzujących się ludzi?  Czy wiedzą, że pradziadek kosił żyto kosą a dziadek jeździł Syrenką?

Współczesne dzieci żyją w świecie pełnym pospiechu, powierzchownych relacji, wirtualnych znajomości i poddawania w wątpliwość fundamentalnych wartości. Czy dbasz o to, aby poznały swoją rodzinę i korzenie? Czy opowiadasz im o swoim dzieciństwie i o młodości babci i dziadka? Jeśli nie, zmień to, bo warto!

Narzekamy, że współczesne dzieci i młodzież nie znają historii, nie wiedzą, co to patriotyzm, są zapatrzone w czubek własnego nosa albo przynajmniej tylko w to, co tu i teraz. A przecież to my, rodzice, powinniśmy być pierwszymi nauczycielami historii dla naszych pociech! To od nas zależy, czy dowiedzą się, jakie są ich korzenie, jacy byli ich przodkowie, co robili, jak żyli i jak zmieniał się świat. Zanim zaczniemy wymagać od dzieci zainteresowania historią  Polski - pokażmy im jak ważna  i ciekawa jest historia dotycząca ich rodziny i najbliższego otoczenia!

Okazji do takich rozmów nie brakuje, a i dzieci same są bardzo dociekliwe! Takie rozmowy nie muszą być wymuszone i wyglądać niczym sztywna lekcja historii w szkolnej ławce! To może być fascynująca podróż, którą odbywać będziecie wspólnie....

... podczas wizyt u babć i dziadków, a jeśli ktoś ma to szczęście - u prababć i pradziadków. Na zdjęciu Julia ze swoim ukochanym pradziadkiem Antkiem, którego niestety już z nami nie ma. Dopóki był odwiedzaliśmy go bardzo często i niejednokrotnie Julka miała okazję posłuchać o tym, jak wyglądała dziadka młodość, o tym, ze miał konia Fuksa i że wielką wartością była dla niego ziemia, o tym jak własnymi rękami budował dom i jak lubił spać w stodole na sianie...

... podczas wspólnego oglądania albumów ze zdjęciami. Tak, tak - tych "prawdziwych" nie z komputera! Ja uwielbiam te pożółkłe, czarno - białe, "odratowane" fotografie, na których jest ślub prababci sprzed 60 lat, pradziadek siedzący na wozie drabiniastym, dziadek w wieku lat siedmiu biegający boso po podwórku czy babcia podczas szkolnej akademii... Julce buzia się nie zamyka w czasie przeglądania tych "skarbów", a w odpowiadanie na pytania zaangażowana zostaje cała rodzina! A ile przy tym wspominania, śmiechu i wzruszeń!

... podczas oglądania filmów! Ostatnio wspólnie z Julką oglądałam "Samych swoich". "Mama, ja bym nie chciała żyć w tamtych czasach! Jacy oni byli biedni!" - stwierdziło moje dziecię. Wytłumaczyłam więc, że kilkadziesiąt lat temu nie było pełnych półek zabawek, a ludzie ubierali się inaczej niż teraz, że mimo trudnej sytuacji, byli szczęśliwi, bo wartością była dla nich ziemia, odzyskana wolność, Ojczyzna... Mówiłam jej, że mój dziadek, a jej ukochany pradziadek , gdy był młody też nosił filcaki i watówkę, koszulę w kratkę i beret albo kaszkiet, że prababcia też doiła krowy i karmiła kury ziarnem, a cepy to były takie narzędzia do oddzielania ziarna od słomy. Słuchała z otwartą buzią...

...podczas usypiania. Przecież opowieści o naszym własnym dzieciństwie lub jeśli znamy historie z dzieciństwa naszych rodziców czy dziadków w niczym nie ustępują popularnym baśniom! W dodatku opowiadanie ich własnym pociechom sprawia, że pamięć o tym, co było nie ginie i może one później opowiedzą to swoim dzieciom, a te swoim...? Julka od dawna zamiast: "mamo, opowiesz mi bajkę?" prosi przed snem: "Mamo, a opowiesz mi jak to było, gdy byłaś mała?". A ja wciąż przypominam sobie coś nowego...

Te rozmowy o przeszłości to nie tylko fascynujące historie, ale także kształtowanie systemu wartości. Dziś, w dobie wszechobecnego pośpiechu i poddawania w wątpliwość fundamentalnych wartości, to właśnie z życia naszych dziadków czy pradziadków możemy czerpać inspirację. Rodzina, miłość, praca, Ojczyzna, konsekwentne dążenie do urzeczywistniania marzeń, pomoc innym - tego wszystkiego uczą się moje dzieci słuchając o tym, co było. Było, ale nie minęło, bo są wartości, które nie mijają nigdy...

Widzę wyraźnie, że Julia zaczyna się też coraz bardziej interesować szerzej pojętą historią. Nauka hymnu w szkole czy wizyta w muzeum nie są dla niej nudnym obowiązkiem, a przyjemnością. Wracając do domu zadaje związane z tematem pytania i chce dowiadywać się coraz więcej. Szymon, choć jeszcze mały, z zainteresowaniem ogląda z nami zdjęcia i pyta "kto to? co to?" poznając tym samym członków rodziny, których nie ma już z nami, poznając swoje korzenie...

U nas w domu o przeszłości rozmawiamy dużo, ale ja mimo to wciąż mam wrażenie, że za mało! Dlatego mam w planach stworzyć coś na kształt rodzinnej kroniki, gdzie z pomocą dysponującej cenną wiedzą rodziny i Julii spiszę najważniejsze wydarzenia z życia naszej rodziny w miarę możliwości ilustrując je zdjęciami. To będzie piękna pamiątka!

Chcę, aby ta pamięć była wiecznie żywa i mogła budować poczucie tożsamości oraz system wartości w kolejnych pokoleniach, tak jak we mnie i w moich dzieciach.

[Na zdjęciu Julia w wieku 3 lat ze swoim ukochanym pradziadkiem, a moim dziadkiem Antonim.]
22:10

Quo vadis blogu? Czyli wyniki ankiety.

Napisała , w
Długo kazałam wam czekać na wyniki ankiety dotyczącej bloga, ale analitycznym umysłem nazwać się nie mogę, ze statystyką jestem na bakier i dużo mnie kosztowało zebranie waszych odpowiedzi w całość. Wreszcie się udało!


Przede wszystkim bardzo dziękuję 103 osobom, które poświęciły minutkę na wypełnienie ankiety! Na ponad 1800 fanów na Facebooku i dane o użytkownikach, jakie znajduję w Google Analytics to nie jest liczba powalająca, ale też jakoś specjalnie tej ankiety nie promowałam, więc mam świadomość tego, że wypełniły ją osoby, którym po prostu zasięg Facebooka pozwolił ją zauważyć. Zatem nie załamuję się i nie przekładam tej liczby na liczbę moich czytelników ;). W gruncie rzeczy tworząc arkusz z ankietą nie spodziewałam się, że wypełni ją więcej niż kilka osób (co was będę czarować - taki już jest mój problem z wiarą w siebie), a więc 103 - to w sumie może brzmieć dumnie ;).

Zatem najpierw statystyka: poniżej przedstawiam pytania i liczbę odpowiedzi przy każdej z opcji.

1. Od jak dawna czytasz Świat się kręci wokół dzieci?

Od początku istnienia bloga - 21 osób
Od kilku miesięcy - 64 osoby
Od niedawna - 14 osób

2. O jakiej porze najczęściej zaglądasz na blog?

Rano - 8 osób
W ciągu dnia - 37 osób
Wieczorem - 43 osoby
W nocy - 13 osób

3. Jak często zaglądasz na blog?

Gdy zobaczę na Fb link do nowego tekstu  - 62 osoby
Kilka razy w tygodniu - 18 osób
Codziennie - 22 osoby
Jak mi się przypomni - 5 osób


4. Która kategoria bloga najbardziej cię interesuje?

Codzienność - 59 osób
Mama - 20 osób
Recenzje - 5 osób
Konkursy - 3 osoby
Książki  - 2 osoby
Kuchnia - 2 osoby
Zabawa  - 8 osób

5. Jakie teksty najbardziej lubisz u mnie czytać?

O życiu codziennym / życiu na wsi - 37 osób
O byciu mamą / rodzicielstwie - 52 osoby
Emocjonalne (o miłości, tęsknocie, smutkach) - 50 osób
Recenzje ksiażek lub produktów  - 13 osób
Moje przemyślenia / kobiecy punkt widzenia - 51 osób
Przepisy kulinarne - 13 osób

6. Czego powinno być więcej na blogu?

Wszystkiego jest w sam raz - 54 osoby
Tekstów o wychowaniu dzieci / byciu mamą - 14 osób
Przepisów kulinarnych - 10 osób
Propozycji zabaw - 15 osób
Porad / tekstów informacyjnych - 5 osób
Tekstów refleksyjnych i emocjonalnych - 14 osób
Recenzji książek  - 3 osoby
Konkursów - 6 osób
Zdjęć - 12 osób
Recenzji produktów - 6 osób


7. Czego powinno być mniej na blogu?

Wszystkiego jest w sam raz - 70 osób
Konkursów - 7 osób
Testów produktów  - 3 osoby
Recenzji książek  - 10 osób
Tekstów o macierzyństwie  - 4 osoby
Moich przemyśleń  - 4 osoby

8. Jak dowiedziałaś (-eś) się o blogu?

Poprzez Facebooka - 63 osoby
Przez znajomych - 5 osób
Dzięki organizowanemu na blogu konkursowi i jego promocji - 15 osób
Z innego źródła - 12 osób
Poprzez wyszukiwarkę szukając konkretnej informacji - 1 osoba


Wszystko wskazuje na to, że Facebook to jednak ważne medium - wielu z was czeka na informację o nowym wpisie na Facebooku, a niektórzy przez ten kanał trafiają na blog. Może gdyby z tym zasięgiem było lepiej, byłoby was jeszcze więcej :).

Pozostałe pytania były opisowe tzn. mogliście odpowiedzieć własnymi słowami. Musze przyznać, że wzruszeń i radości podczas czytania odpowiedzi było znacznie więcej niż negatywnych zaskoczeń! Jednocześnie wiele odpowiedzi dało mi do myślenia. Nie ukrywajmy, że byłam bardzo ciekawa, jak oceniacie tę moją pisaninę, a równocześnie wasze odpowiedzi miały mi pomóc w podjęciu decyzji o pewnych zmianach, jakie planowałam na blogu. Niektóre z nich już wprowadziłam (m.in. likwidację kategorii "Zabawy" na poczet "Dzieci", która jest znacznie szersza i daje mi większe możliwości oraz zmianę szablonu), a z innych po przeanalizowaniu ankiety zrezygnowałam. 

Na pytanie: Co najbardziej podoba ci się w blogu? odpowiadaliście niby różnie, a jednak... bardzo podobnie Wymienialiście naturalność, autentyczność, szczerość, prostota i ogólnie: moje podejście do życia. Cholernie mnie to cieszy, że właśnie to wymienialiście, bo te cechy s dla mnie najważniejsze w życiu, a jako, że na blogu nikogo nie udaję, to sa najważniejsze też w moim pisaniu! Mogę wam zaręczyć, że od tym względem na blogu nic się nie zmieni! A oto kilka cytatów:

"Najbardziej podoba mi się w blogu twój opis codziennych wydarzeń, chwil, które są szczere, pełne emocji i naturalności".

"To, co autor miał na myśli, czyli niebanalne i szczere podejście młodej matki i dojrzałej, mądrej kobiety w jednym. "

"Ola :)".

Kolejne pytanie brzmiało: Co mogłabym zmienić, aby blog był bardziej interesujący? i tu około 80% z was odpowiedziało, że nic ;) ale zdarzały się też ciekawe sugestie. oto niektóre z nich:

"Może więcej kontaktu z innymi blogami" - muszę przyznać, że coś w tym jest... Jeśli nie jest on zbyt duży, to nie ze względu na to, że go nie chcę, a na to, że wbrew pozorom z natury jestem raczej zamknięta w sobie.. Ale będę z tym walczyć, bo warto - świetnych blogów prowadzonych przez cudowne babeczki nie brakuje!

"Popracować nad zdjęciami" - i tu się absolutnie zgadzam. Mam świadomość tego, że moje zdjęcia nie sa najwyższych lotów, choć uważam, że nie są też najgorsze :). Póki co pracuję nad kaską na sprzęt fotograficzny z prawdziwego zdarzenia (jak czytam o Nikonach innych blogerek, to jestem TAAAAAKA ZAZDROSNA!), bo moim niestety jest stary telefon.

"Mniej emocjonalnych tekstów" - wiem, że czasem trochę za bardzo daję się ponieść emocjom, ale generalnie emocjonalne ze mnie stworzenie i raczej nie liczcie na to, że emocji na blogu będzie mniej... Sorry...

I następne pytanko: Gdybyś mogła (mógł) opisać mój blog w jednym zdaniu jakbyś to zrobił (-a)? Tu były i zdania i pojedyncze określenia, w których często powtarzały się słowa: prawdziwy, ciekawy, ciepły, rodzinny. Serce mi rosło od czytania.. Bo taki właśnie ma być :). Oto kilka cytatów:

"Świetny blog pisany przez normalną kobitkę!" 

"Moje lęki opisane przez kogoś i pomagające mi przetrwać pierwszy rok macierzyństwa!" 

"Drzwi do zwykłego świata niezwykłej kobiety"

"Odwiedziny u przyjaciela".

(W tym miejscu już mam gulę w gardle ze wzruszenia!)

I ostatnie zadanie, a raczej opcja, jaką wam dałam: Masz okazję napisać mi coś od siebie lub zadać pytanie. Nie krępuj się! I tu zdarzyło się kilka mniej sympatycznych komentarzy - głównie na temat naszej sytuacji finansowej i wyjazdu Grześka. Mam w planach tekst na temat, czy wszystkie żony emigrantów zarobkowych to leniwe, materialistyczne zołzy, także bądźcie czujni!  Były też pytania o to, dlaczego nie wyjechaliśmy razem. odpowiedź tu: KLIK. A miłe słowa chyba sobie zapiszę na kartkach i wytapetuję nimi pokój - będę patrzyła na nie zawsze wtedy, kiedy stracę wiarę w siebie i w sens pisania ;). Oto niektóre:

"Jesteś świetna. Bardzo się cieszę, że znalazłam twój blog i profil na facebooku. Też żyjemy z mężem na odległość i twoje posty naprawdę mi pomagają przetrwać rozłąkę. Dziękuję ci za to."

"Uwielbiam cię i choć mało się pokazuję to jestem".

"Zazdroszczę twojej dziewczęcej sylwetki, choć wiem, że ty sama często cierpisz z tego powodu :).".

"Lubię cię czytać. jesteś fajną babką, która nie zadziera nosa. Taka normalna kobieta ze wsi, która ma styl i klasę. Właściwa osoba na właściwym miejscu!".

Najchętniej zacytowałabym wszystkie te odpowiedzi i rozpłynęła się w samozachwycie... :). A poważnie mówiąc: DZIĘKUJĘ WAM ZA TE SŁOWA! Daliście mi takiego powera, tyle uśmiechu i wzruszeń, że mi - urodzonej gadule - brakuje słów!

Reasumując: 

Przekonałam się, że tematy, które często podejmuję: życie na wsi, emigracja i rozłąka rodziny, blaski i cienie bycia nieidealną mamą do was trafiają i są wam potrzebne! Mogę obiecać, że ich nie zabraknie, bo one są ważne i dla mnie! Biorąc pod uwagę wasze sugestie i filtrując je przez to, czego ja sama oczekuję od blogowania, mam zamiar pisać więcej o wychowaniu dzieci, więcej o życiu na wsi i więcej o emigracji :)

Recenzje książek pozostaną, bo czytanie jest zarówno moją  jak i moich dzieciaków wielką pasją. Postaram się jednak nieco uregulować ich częstotliwość pojawiania się na blogu.

Pozostaną też konkursy, aczkolwiek najprawdopodobniej zrezygnuję z tych "wielkich", choć nie jest to jeszcze przesądzone.  Jednocześnie "małe" konkursy nie będą się pojawiać częściej niż 2 razy w miesiącu.

Gadżeciarą nie jestem, ale lubię poznawać wartościowe produkty dla dzieci i mam - takie dostępne dla każdego, "normalne", ale interesujące i fajne. Będą więc nadal recenzje, aczkolwiek nie więcej niż 3 w miesiącu.

Lubię blogi, z których bije piękno, estetyka, ładne ubrania, gadżety, wysmakowane wnętrza... ale mój blog taki nie jest i nie będzie. Cieszę się, że dostrzegacie też siłę i piękno w naturalności, szczerości, prostocie i tej zwyczajności, która przecież jest smakiem życia ...

Celem ankiety nie było to, abyście wyznaczyli mi drogę, jaką mam podążać w blogowaniu. Ja już dawno tę drogę obrałam, ale miewałam chwile, że nie do końca wierzyłam w to, że ktoś chce pójść nią ze mną - czytając. Ankieta pokazała mi, że jesteście i chcecie! Ten blog pozostanie więc taki, jakiego go pokochaliście i jakiego pisanie mi sprawia radość!
11:01

Mamo, nie wstydź się okazywać słabości!

Napisała , w
Podobno macierzyństwo już dawno zostało obdarte z lukru. Z odważnym, a może raczej szczerym tekstem Agnieszki Chylińskiej, utożsamiało się tysiące kobiet. A jednak wielu z nas wciąż tak trudno przyznać się do słabości - przed innymi i przed samą sobą...


Mama...

Mama jest silna. Mama wszystko potrafi i ze wszystkim sobie poradzi. Mama nie musi dużo spać ani porządnie zjeść. Mama jest przyzwyczajona. 
Mama jest jak całodobowa stacja benzynowa - zawsze do dyspozycji dziecięcia. Mama nie może być chora ani zmęczona - przynajmniej nie może tego okazać. Mama nie ma czasu na "głupoty". Mama nie idzie na zwolnienie ani na urlop.
 Mama zniesie wszystko - łącznie z pełną pieluchą w torebce i smarkami na rękawie. Mama nie potrzebuje rozmowy o życiu - wystarczy jej o kupce i przecieraniu marchewki, ewentualnie o postępach dziecka w szkole. 
Mama chodzi w rozlazłym dresie, bo lubi i nie potrzebuje czuć się kobieco. Mama nie znajduje czasu dla męża, bo jest niezorganizowana i wredna, a nie sfrustrowana i smutna. 
Mama rodząc dziecko po prostu staje się ... mamą i ma być dobra w tym, co robi! 
Mama nie może być egoistką, a egoistyczna jest nawet chęć wypicia gorącej kawy zamiast pochłonięcia duszkiem zimnej krztusząc się w pośpiechu fusami i chęć pobycia sam na sam z partnerem zamiast gnieżdżenia się w małżeńskim łóżku we czworo (gdzie dziwnym trafem zwykle to dla mamy zostaje najmniej miejsca). 
Mama nie może być smutna, a już broń Boże płakać. Mama nie może mieć czasami serdecznie dość. Mama powinna uśmiechać się promiennie, nie mieć worów pod oczami i chodzić po domu w kapciach na obcasie jak te mamy z telewizji. 
Mamie nie wybacza się krzyku, małego szantażu ani przekupstwa. Mama musi znać na pamięć najlepsze poradniki dla rodziców i się do nich stosować.
 Mama musi umieć radzić sobie ze złością dzieci, choć nie radzi sobie ze swoją. Mama musi ocierać łzy, choć swoje chowa w poduszce. Mama powinna śmiać się razem z dziećmi, choć czasem ma ochotę walnąć pięścią w ścianę. 
Mama nie powinna okazywać słabości.

A ty?..

Wiesz, o czym piszę? Czujesz to czasami? Bywają dni, kiedy twoje wnętrze zaprogramowane na 24 godzinne bycie mamą, przestaje działać tak, jak powinno? Ty też - tak jak ja - udajesz wtedy przed samą sobą, że wcale nie jest ci trudno i smutno? Ty też wstydzisz się przyznać do tego, że jesteś czasem samotna? Wstydzisz się swojej słabości dlatego, że jesteś mamą?

A przecież mama nie jest Superwoman, choć czasem lubi tak o sobie myśleć. To media kreują ją na nadczłowieka, a społeczeństwo z łatwością ten stereotyp podłapuje. Więc ona też zaczyna tak o sobie myśleć. Okazuje się jednak, że takie myślenie to pułapka - odsuwanie problemów i prawdziwych emocji jest dobre tylko na krótką metę.  Ja też dałam się złapać. 

Ja...

Przyszedł jednak moment, w którym zrozumiałam, że mam prawo mieć gorszy dzień, być zmęczona, chora, smutna, tęsknić za mężem, którego nie ma obok, czuć się samotna, potrzebować pomocy a najczęściej po prostu rozmowy z kimś, kto mnie zrozumie...

Jestem mamą, a mama też człowiek, który czuje, myśli, ma potrzeby, a nawet marzenia. I nie wszystkie muszą być związane z dziećmi. Odważę się stwierdzić, że mama to taki człowiek, który czuje inaczej i więcej od innych. Ona czasem nawet czuje razem ze swoimi dziećmi albo za nie. A jej emocje nie zawsze są pełne słońca i cukru.  Jak więc może te emocje w sobie dusić i nie mieć potrzeby podzielenia się nimi?

Kiedy przyznałam się sama przed sobą, że jest mi zwyczajnie ciężko, zrobiło mi się lżej. A kiedy przyznałam się przed bliską osobą, od razu poczułam się lepiej. Dobre słowo, poklepanie po ramieniu, stwierdzenie "Ja też tak miewam", wyjście z domu, nabranie dystansu sprawia, że nagle przestaję czuć się wyobcowana wśród tych wszystkich "atrap" prawdziwych matek serwowanych w telewizji i internecie. Bo przecież nie ma mamy, która codziennie czułaby tylko motyle w brzuchu i piała z zachwytu przy każdym spojrzeniu na swoje dziecko! Bo przecież to wcale nie znaczy, że kocha je mniej! Wręcz przeciwnie!

Właśnie dlatego, że tak bardzo je kocham nie boję się już przyznać do swojej słabości, bo moje dzieci nie potrzebują mamy z obrazka w gazecie ani z reklamy w telewizji. One wyczuwają sztuczność o wiele lepiej niż dorośli. 

Jestem pewna, że moje dzieci wolą mamę, która czasem wypłacze się komuś w rękaw albo zwyczajnie ponarzeka, jak to czasem ma ochotę uciec na koniec świata niż taką, która cały dzień chodzi jak robot  z przyklejonym uśmiechem, by wieczorem wyć z samotności i bezsilności...
Bo przyznanie się do słabości sprawia, że mamy z nią spokój na jakiś czas, a jak już wraca przyjmujemy ją jak coś naturalnego - tak jak powinnyśmy. I znowu się z nią rozprawiamy - łzami, rozmową z kimś bliskim albo przelaniem jej na blog... 

Nie wstydząc się przyznać do słabości, jesteśmy po prostu szczęśliwsze. A szczęśliwa mama, to przecież szczęśliwe dziecko.

14:59

Schab na dwa sposoby

Napisała , w
Tradycyjnym schaboszczakiem w panierce nie pogardzę, ale zdecydowanie wolę bardziej fantazyjne podejście do tematu! Ale bardziej fantazyjne nie znaczy wcale "wymyślne" czy trudne! Mam dla was dwie propozycje.



SCHAB W KAPUŚCIE

Przepis dostałam od szwagierki a do niej też przywędrował. Jak to zwykle bywa - pocztą pantoflową niosą się najlepsze receptury :).

SKŁADNIKI

1 kg schabu bez kości
ok. 1/2 kg kapusty kiszonej
kilka łyżek majonezu
tłuszcz do wysmarowania naczynia
sól, pieprz, mąka

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA

Schab kroimy w plastry jak na kotlety. Każdy lekko rozbijamy, oprószamy solą i pieprzem oraz lekko obtaczamy w mące.

Układamy w wysmarowanym tłuszczem naczyniu żaroodpornym.

Na wierzch kładziemy kapustę kiszoną i smarujemy majonezem.

Zapiekamy w 180 stopniach około godziny.

Kapusta jest miękka i puszcza smaczny soczek, a schab kruchy i rozpływający się w ustach... :)

SCHAB W POMIDORACH

Przepis wyszukała gdzieś moja mama i tak nas nim zachwyciła, że schab w pomidorach zagościł na stałe w naszym menu!

SKŁADNIKI

1 kg schabu
2 pory
4 pomidory
1 duża cebula
200 ml słodkiej śmietanki
sól, pieprz, mąka
tłuszcz do wysmarowania naczynia

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA

Schab kroimy w plastry takie jak na kotlety. Rozbijamy lekko, przyprawiamy solą i pieprzem oraz obtaczamy w mące.

Układamy plastry w naczyniu żaroodpornym lekko posmarowanym tłuszczem.

Pory kroimy w plasterki. Wrzucamy na rozgrzaną patelnię. Dodajemy pokrojoną w grubą kostkę cebulę. Doprawiamy solą i pieprzem. Po chwili dodajemy pokrojone w kostkę pomidory. 

Wszystko razem podsmażamy kilka minut aż pomidory odparują. Następnie wlewamy na patelnię śmietankę i dusimy warzywa jeszcze przez chwilę.

Tak przygotowanym sosem zalewamy schab. Pieczemy w 180 stopniach około godzinę.

Idealna propozycja na wszelkie imprezy. Świetnie smakuje ze świeżym pieczywem!

SMACZNEGO!
21:23

Co możesz usłyszeć od lekarza?

Napisała , w
Do napisania tego postu zainspirował mnie program śniadaniowy. Rzecz była o tym, co można usłyszeć od niektórych lekarzy. I wcale nie chodzi tu o diagnozę (o tę niestety bywa trudniej niż o obrażanie pacjenta i zachowywanie się wobec niego niekulturalnie ...).


W rzeczonym programie kobieta z nadwagą opowiada o tym, jak to ginekolog na jej prośbę o zapisanie tabletek antykoncepcyjnych odpowiedział:
- A po co pani tabletki? I tak nikt nie zaciągnie pani do łóżka!
Kopara mi opada aż do ziemi. A to nie jedyny tekst, jaki kobieta usłyszała. Ba, ludzi, którzy "padają ofiarami" takich "diagnoz" jest mnóstwo...Prowadząca przytacza inny przykład. Do osoby chorej na raka trzustki lekarz mówi: "A pani co Przybylską udaje?!". Początkowo aż trudno było mi w to uwierzyć, ale chwila zastanowienia i ... zaczynają wracać teksty, które ja sama usłyszałam od lekarza rodzinnego, laryngologa, pediatry, położnej... 

"A ty co jesteś taka chuda? Zacznij coś jeść. I w dodatku masz chyba jedną nogę krótszą. Tak jakoś krzywo stoisz" (podczas wizyty u lekarza rodzinnego z bolącym gardłem).

"Dziecko ma zatkane ucho? Przecież to pani wina! Na pewno źle jej pani uszy czyściła!" (podczas wizyty z dwuletnią Julką u laryngologa - okazało się, że włożyła sobie do ucha koralik...)

"No chyba jeszcze tak nie boli!" (kiedy odeszły mi wody przy pierwszym porodzie i z łóżka na  sali poporodowej kazali mi przejść na porodówkę).

"A co pani myśli, że ja już bym nie chciała iść spać?!" ( od położnej, kiedy o 2:50 rodziłam Szymka i bez mojej zgody zrobiono mi masaż szyjki macicy...)

"Proszę wyjść..." (na obchodzie, podczas pobytu z Szymkiem na patologii noworodka)

W każdej z tych chwil nie potrafiłam nic sensownego odpowiedzieć. Nie potrafiłam, mimo że na co dzień buzia mi się nie zamyka i wydawać by się mogło, że na wszystko mam odpowiedź. Nie potrafiłam, bo w takich chwilach myślałam tylko o tym, by jak najszybciej stamtąd wyjść, by jak najszybciej i szczęśliwie urodzić, by jak najszybciej przestało boleć, by moje dziecko przestało cierpieć i wyzdrowiało... Byłam emocjonalnym kłębkiem nerwów. Byłam jednym wielkim bólem. Byłam krzykiem rozpaczy i bezsilności. Potrzebowałam pomocy nie tylko w postaci diagnozy czy odebrania porodu, ale zwyczajnego, ludzkiego wsparcia, życzliwości, zrozumienia... Okazuje się, że są lekarze, którzy ani nie mają tego w swojej zwyczajnie ludzkiej naturze ani nie wliczają godnego traktowania pacjentów w zakres swoich obowiązków... A o ile to pierwsze nie jest moja sprawą, o tyle to drugie mi jako pacjentowi czy jako rodzicowi pacjenta się po prostu NALEŻY!

Rozmawiam ze znajomymi. Ich relacje są podobne. Karolina z bloga Cukromania mówi: "Kiedy leżałam w szpitalu na oddziale położniczym. Stwierdzono dystrofię płodu i codziennie miałam wykonywane usg przepływowe sprawdzające dziecko. Zawsze robiło to dwóch lekarzy na zmianę, ale pewnego dnia przyszła pani doktor - bardzo niesympatyczna. Robiła badanie z miną jakby była tam za karę. I nic mi nie mówiła. Sama zapytałam "Pani doktor, czy wszystko jest w porządku?" A ta mi wypaliła " Nie jest w porządku - dziecko może umrzeć w każdej chwili i jest to pani wina! Bo jest pani gruba". Ania z bloga Wypisz-Wymaluj opowiada, jak lekarz potraktował jej mamę, kiedy przyszła do niego z synkiem, u którego stwierdzono alergię:"Moja mama została zbesztana, że przez nią młody ma alergie i nietolerancje, bo tak to jest jak "kobietom się karmić nie chce", a wtedy mama, zdesperowana i wściekła psiknęła mi mlekiem z piersi".
Komentarze, które pojawiły się na facebookowym profilu bloga, gdy zadałam pytanie: "czy zdarzyło wam się usłyszeć od lekarza coś obraźliwego? czy trafiliście na lekarzy bezdusznych i pozbawionych empatii?" są wstrząsające i świadczą o skali problemu...  Czy zatem oprócz czucia żalu, rozczarowania a często wręcz krzywdy, którą lekarz - osoba, jaką powinno się darzyć zaufaniem - potrafi wyrządzić słowami, nie można z tym nic zrobić?

Można. A nawet trzeba! Trzeba przełamać mentalność, w której lekarz jest nadczłowiekiem, a pacjent nie ma nic do powiedzenia. Nie jest to łatwe, szczególnie w chwilach, kiedy umysł ogarnięty jest bólem czy lękiem o zdrowie dziecka, jednak tylko dbając o respektowanie własnych praw, możemy doprowadzić do ukrócenia tego rodzaju praktyk... 

Co można zrobić, jeśli lekarz traktuje pacjenta w sposób obraźliwy łamiąc jego prawa i nie dopełnia swoich obowiązków zawodowych? Można wstać i wyjść, ale niestety nie zawsze jest to możliwe... Zatem taki incydent powinniśmy zgłosić do przełożonego danego lekarza bądź do rzecznika praw pacjenta. Innym wyjściem jest zwrócenie się do Izby Lekarskiej bądź Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej. Można również zgłosić taką sytuację w księdze skarg i wniosków. 

Na koniec i - na szczęście - lekarze z powołania nie są legendą czy nieistniejącym ideałem! Spotkałam i spotykam ich na swojej drodze (a jako mama dwójki dzieci na tej drodze poznaję ich naprawdę wielu...)! Lekarz rodzinny, który podczas badania bodzie Szymka w plecki plastikową krówką i muczy, żeby go rozśmieszyć. Pielęgniarka, która ot tak po prostu bierze Julkę na kolana i pyta ją, co tam w szkole. Lekarka na patologii noworodka, na której dyżur czekają wszyscy, bo zwyczajnie spyta mamę w połogu jak się czuje, powie, że będzie dobrze, że mama da radę wytrzymać kolejną noc na leżaku... Chirurg, który odsuwa widmo trzy etapowej operacji Szymka, po której skutek "może być marny" i mówi, że on po prostu lubi swoją pracę... Takich wspaniałych lekarzy jest całe mnóstwo. Szkoda, że na swojej drodze nie możemy jednak spotykać wyłącznie takich... 

Może jestem idealistką, ale wierzę, że kiedyś to się zmieni i że w każdej relacji lekarz - pacjent będzie kultura, empatia i życzliwość. To przecież tak niewiele, a jak wiele mogłoby zmienić...

[Wspomniany fragment programu możecie zobaczyć tutaj KLIK]

Post Top Ad

Instagram