Post Top Ad

Dzieciństwo na wsi [plusy i minusy]

Dzieciństwo na wsi wydaje się być prawdziwą idyllą. Podobnie zresztą jak mieszkanie na wsi. Sielanka. Szczególnie dla tych, którzy jej nigdy nie "posmakowali"...



Mam 7 lat. Pierwszy rower dostanę dopiero na I Komunię. Póki co do szkoły zasuwam na piechotę - 2 kilometry w jedną stronę. Zajmuje mi to jakieś pół godziny. Nie zostawiam książek w szkole. Plecak mocno przekracza normę dopuszczalną dla pleców kilkulatka. Jest zima. Zaspy po kolana. Zanim wygrzebię się do szosy mam nogi mokre jak gnój. Nie czuję stóp dochodząc do szkoły. Razem z innymi dziećmi suszę buty na kaloryferze.  Za kilka godzin czeka mnie replay - taka sama droga do domu.

Mam lat 10 i jadę na wakacje do kuzynki. Pierwszy raz w życiu spędzę cały tydzień w wielkim mieście. Za szybą samochodu przesuwają się nieznane mi krajobrazy: światła, pędzące auta, rozkrzyczani ludzie przed blokami... 
- A te takie jakby budki przy blokach to jakieś sklepiki? - pytam kuzynkę.
- Nieeeeee, to wejścia do klatek... - odpowiada zdziwiona.
Jej koleżanki na przyblokowym placu zabaw nie chcą się z nami bawić, mimo, że przed wyjazdem kupiłam sobie taką samą modną bluzeczkę do pępka jak kuzynka. Nie chcą się bawić z "wieśniarą". Szepczą sobie coś na ucho i dziwnie na mnie patrzą... Wracamy z kuzynką do domu. Ten swój nieuzasadniony zupełnie wstyd pamiętam do dziś...

Mam 15 lat i idę do liceum. O ile można nazwać chodzeniem pójście o 5 rano 2 kilometry na dworzec, dwudziestominutowa podróż pociągiem, by dotrzeć na przystanek autobusowy, a z niego pół godziny jazdy do szkoły. Czasem udało się jechać jedynym autobusem blisko domu, ale rzadko. Powroty wyglądały podobnie.
Podział na miejscowych i dojeżdżających nie był spowodowany tylko tym, w jaki sposób dostawaliśmy się do szkoły. Nie oszukujmy się. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich. Nie uogólniam. Ale były grupy osób, które bardzo wyraźnie odcinały się od "wsiowych" rówieśników... Bo to obciach trzymać się z wieśniakiem...   [Dziś chętnie bym im powiedziała, kto tak naprawdę nim był...]

***

Moje dzieci tak samo jak ja wychowują się na wsi. Szczerze? Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej! 

Moje dzieci mają kilka kilometrów do szkoły, a do najbliższego przedszkola dokładnie sześć. Nie mają do wyboru do koloru zajęć dodatkowych - no chyba, że zawoziłabym je 24 kilometry do ośrodka kultury w mieście powiatowym (co być może będę robić, kiedy już zdam prawo jazdy). Na śniadanie nie mamy codziennie świeżych bułek, a jak skończą się jogurty trzeba drałować po nie 2 kilometry, a najczęściej po prostu poczekać aż ktoś pojedzie do sklepu. Moje dzieci chodnikiem chodzą tylko podczas zakupów kilka razy w miesiącu a ich wózki nie wiedzą, co to podjazd. Plac zabaw  z jedną huśtawką, zjeżdżalnią i drabinką jest dla nich atrakcją godną co najmniej Disneylandu. Pierwsze koleżanki i kolegów poznają tak naprawdę dopiero idąc do szkoły - wcześniej poszłyby za obcym malcem na koniec świata, tak były spragnione towarzystwa. Moje dzieci pójdą kiedyś do liceum i będą tymi dojeżdżającymi, tymi ze wsi...

Moje dzieci wiedzą, jakie to uczucie biegać boso po miękkiej trawie, nasypać sobie piasku za koszulkę i zrobić orła na śniegu. Lubią skakać po kałużach i wybierać z ich dna błoto tak, że rozchodzi się pomiędzy palcami. Latem jedzą "brudne" maliny i pomidory prosto z krzaków, biegają po ogrodzie z plastikowymi butelkami i polewają się wodą, łapią motyle i obserwują mrówki wyłażące z murów.  Nie boją się żab ani dżdżownic, a myszy każą sobie łapać i zamykać w kartonikach. Wiedzą, jakie grzyby są jadalne, a jakie nie i potrafią bez problemu przejść na piechotę kilka kilometrów. Mając do wyboru komputer i spacer, zawsze wybiorą to drugie. Jadąc do zoo i widząc dzika z uśmiechem wołają: "Mama, patrz - zupełnie taki sam jak u nas na bagnie!". Moje dzieci wdychają zdrowe powietrze i nie zatykają nosów przechodząc koło gnojownika sąsiada. Wiedzą, co to jedzenie zdrowe  i ekologiczne nie tylko z nazwy. Wracają z miasta zmęczone tak samo jak ja i tak samo twierdzą, że nie chciałyby wyprowadzać się ze wsi...

Dzieciństwo na wsi nie jest sielanką. Pewnie niektórych rozczaruje to stwierdzenie, inni mi nie uwierzą, a jeszcze inni powiedzą, że woleliby, aby ich dzieci chodziły pieszo do szkoły kilka kilometrów i nie miały placu zabaw pod nosem (z rówieśnikami na nim, którzy są w gruncie rzeczy ważniejsi niż te zjeżdżalnie) niż mieszkały w miejskiej klatce i za podwórko miały trawnik przed blokiem. I ... ja się zgadzam z tymi ostatnimi! Wiem, że Julkę i Szymka czeka wiele przeszkód do pokonania związanych właśnie z tym, że są dziećmi ze wsi: począwszy od barier komunikacyjnych aż po te mentalne, które najtrudniej zwalczyć.Wolność, przestrzeń i bliskość natury, którą tutaj mają wynagradzają jednak wszystko... Nie zamieniłabym swojego dzieciństwa na dzieciństwo w mieście, ani też swoich dzieci nie przeniosłabym do miasta, mimo, że perspektywa Biedronki, podstawówki i chodnika koło domu kusi...

Te drzewa, kwiaty, klekoczące nad głowami bociany, błoto między palcami, woda w kaloszach, żaby wskakujące do wiaderek w piaskownicy, umorusane malinami buzie - to właśnie jest świat na wyciągnięcie małej, pragnącej go poznawać rączki. Stwierdzam to jako wiejskie dziecko i jako matka wiejskich dzieci. I wierzę - nie - ja to wiem! Wiem, że bariery, które z wychowywania się na wsi wynikają, zamiast  ich stłamsić, dadzą im więcej wytrwałości, konsekwencji i wiary w siebie. 

Pewnie, że wiejskim dzieciom byłoby łatwiej, gdyby chociaż czynnik ludzki nie zawodził i wreszcie kiedyś ludzie przestali hołdować krzywdzącym stereotypom, ale zmiana ludzkiej mentalności wciąż jest niestety tą najtrudniejsza do osiągnięcia... 

27 komentarzy:

  1. Ja sama jestem ze wsi. I zawsze uważałam to za zaletę. Sama też nie raz byłam dzielona od razu na gorszą kategorię przez to, że jestem ze wsi. Raz kolega, który się do mnie zalecał, jak tylko się dowiedział, że jestem ze wsi zrobił zdziwioną minę, że z wieśniakiem można o czymś porozmawiać. A na koniec zrobił mi wykład jak korzystać z toalety, bo ja pewnie nie wiem.
    Dziś się tym nie przejmuję, bo wiem, że wieś uczy hartu ducha. Ja nie poddaję się łatwo i nie patrzę na przeciwności. Ja do szkoły miałam 6 kilometrów. A jak z gimnazjum (10 km) trzeba było wrócić na pieszo po jakiś zajęciach dodatkowych to się to robiło z miłą chęcią, bo można było zrobić coś fajnego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Olu, pięknie napisane. Mój tata jest ze wsi i wiesz uwielbiałam jako dziecko jeździć do babci na wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham wieś mimo tych wszystkich barier i przeszkód...

    OdpowiedzUsuń
  4. Małgorzata Brachman27 stycznia 2015 11:05

    Ja też mieszkam na wsi, ale mam na tyle dobrze,że do szkoły miałam jakieś 5 min drogi, a do najbliższego miasta 15 min autobusem, no i autobusy kursują często, dlatego mam fajnie. Spokój, cisza a do tego wszędzie blisko:)

    OdpowiedzUsuń
  5. No i znów mnie skłaniasz do myślenia, wspominania, analizowania...
    Wychowywałam się w mieście (niewielkim ale jednak to szum samochodów kołysał mnie do snu i budził). Co roku każde wakacje spędzałam w Radawie (wieś/mikro miasteczko rekreacyjne, w każdym razie las). I te 2 miesiące w roku były najpiękniejsze. Wracam tam kiedy tylko mogę. Mój M. czas spędzał w ten sam sposób. I teraz gdy siedzimy i słuchamy deszczu, to myślimy o tym, że tam wyszlibyśmy na mokrą trawę, budziłyby nas ptaki, usypiałby szum drzew, nawet poranna kawa pita na schodkach smakowała inaczej (że już nie wspomnę o gotowaniu w kociołku nad ogniskiem). To jest nie do porównania.

    Twoje Skarby są tymi szczęściarzami, którzy nie będą mieli klapek na oczach. Zobaczą więcej świata niż ci, którzy objadą go wzdłuż i wszerz wszystkimi możliwymi rodzajami transportu. Julcia i Szymuś będą umieli patrzeć i cieszyć się z małych rzeczy.
    (+ mnie bardziej śmieszy obraz panienki która w życiu krowy nie widziała niż "wieśniaka". Zresztą, jak już o podziałach piszesz, które faktycznie są bo je obserwowałam od lat - umówmy się, że nie każdy mieszkający na wsi jest wieśniakiem i nie każdy mieszkający w mieście nim nie jest) :D
    <3!

    OdpowiedzUsuń
  6. świetny tekst - takie lubię najbardziej :) Ja zaznałam życia w mieście i na wsi. Teraz jestem zawieszona pomiędzy wsią a miastem, ale najmilej wspominam czas kiedy mieszkałam na "zadupiu" (jak to kiedyś określałam) i jeździłam do liceum na "zadupiu" (busem i 2 autobusami, ale liceum było cudowne i ta lokalizacja... wśród pól).

    OdpowiedzUsuń
  7. Karolina Firaś28 stycznia 2015 17:11

    Wychowałam się w małym miasteczku, co prawda w bloku ale jednak to co innego, niż blokowiska w wielkich miastach. Ja też bawiłam się się świetnie całe dnie na dworzu. Ale jednak teraz, gdy mieszkam w domu, doceniam to, że mogę wyjść w piżamie przed dom, z kawa w ręku. Moje dziecko ma swoją wlasną piaskownice i plac zabaw. Najfajniejsze jest to, że mieszkamy na peryferiach miasta , wzdłuż ulicy jeden chodnik. Za domem pola.i las mamy blisko Blisko też mamy do miasta, kulka minut samochodem lub autobusem. A w mieście place zabaw, kino, prywatne przedszkole z zajęciami dodatkowymi, prywatną opiekę medyczną, sklepy i nie tylko, i wiele, wiele innych dobrodziejstw miasta. Tak więc mam wszystko i wieś i miasto. A do tego blisko mam do jeszcze wiekszego miasta nić moje. Widzę IKEA z okna :) Na weekendy jeździmy do mojego rodzinnego miasteczka, szczegolnie w wakacje. Tam jest rzeka, zalew kapieliskowy, lasy. Jestem farciarą :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Są wsie i wsie. Fajnie, kiedy mimo bliskości natury, przestrzeni i świeżego powietrza ma się dobry dostęp do komunikacji, blisko szkołę i sklep. To chyba idealne rozwiązanie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja nie wychowałam się na wsi chociaż bywałam nie raz u rodziny, moje dzieci mają większość tych przyjemności mieszkając w mieście, może dlatego, że ja pozwalam być dzieciom dziećmi i chlapanie się w kałurzach, błocie, szaleństwa w liściach, maliny i jeżyny zrywane w lesie, ale gdy jedziemy na prawdziwą wieś nie mogą się zachwycić cudami natury łapaniem żab i jaszczurek, karmienie kur i krów, ale jak to wychowani w mieście nie zamienilibysmy tego na wieś...

    OdpowiedzUsuń
  10. Taka "miastowieś" :).Ja też nie wyobrażam sobie życia w bloku, choć były chwile, że chodziły mi po głowie takie myśli...Jednak udusiłabym się.. Jeśli się przeprowadzić to do większej wsi, do domku jednorodzinnego.

    OdpowiedzUsuń
  11. Weronika Małys30 stycznia 2015 21:38

    Ja jestem ze wsi i mam podobne wspomnienia do ciebie :) Moje dziecko też będzie wychowywało się na wsi, nie wyobrażam sobie inaczej, chodząc do ogólniaka mieszkałam w mieście na stancji, ale męczyło mnie to strasznie, zdecydowanie wolę spokojną, cichą wieś. Doskonale rozumiem wszystko o czym piszesz i myślę podobnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Olu ja Ci zazdroszczę tej wsi... ale tylko z autem :-) I mogę mieszkać na końcu świata. Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  13. Auto jest tylko prawko dopiero w połowie drogi :). Ale dam radę! A póki co cieszę się, że mam rodzinę, która stara się pomagać komunikacyjnie ;).

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja mieszkam kawałek za miastem... i tez do przedszkola mamy z 6 km. I ostatnio trochę nam dokucza brak auta.. tzn tato moich dzieci auto ma.. ale kiedy my jedziemy do przedszkola on jest po nocce.. wiec zasuwamy połowę drogi na pieszo a połowę autobusem. Młody się wycwanił i staje mi na wózku żeby go wieźć spowrotem z przedszkola. .. a matka pcha ten wózek co zrobić. .. gorzej jak mi w autobusie zaśnie co bardzo lubi robić. ... wtedy to dopiero mi nie do śmiechu. ..

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja też mieszkam na wsi. Moja wieś jednak bardzo różni się od Twojej. Gospodarstwa można policzyć na palcach, Biedronka, Polo Market... Dwa przedszkola, w tym jedno niepubliczne, podstawówka, gimnazjum i szkoła średnia... Ba nawet sygnalizację świetlną mamy.
    Mimo wszystko to nadal wieś. Na dodatek mieszkamy na obrzeżach, gdzie panuje spokój. Wokół pola, łąki, niedaleko las... Nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne na świecie.
    Przyznam jednak, że raz odczułam na własnej skórze dyskryminację. To akurat było już na studiach i szybko "sprostowałam" wyobrażenie koleżanki. Ważne, by uczyć dzieci, że nie są gorsze i utwierdzać je w przekonaniu o ile mają lepiej od "miastowych".
    PS wielu osobą na wsi wiedzie się o stokroć lepiej niżeli tym w mieście ;-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Również od urodzenia mieszkam na wsi i nie wyobrażam sobie żeby moje dziecko mieszkało w blokowisku gdzie latem nie ma się gdzie schować. Do szkoły podstawowej miałam 1km chyba nawet nie cały, inna podstawówka była oddalona o 4 km ale jeździł autobus szkolny. Teraz dzieciaki mają szafki i książki zostawiają w szkole. Do szkoły średniej dojeżdżałyśmy do miasta oddalonego o około 12 km także nie był to dziki zachód że musiałam bardzo wcześnie wstawać i nikt NIGDY nas tam nie wyzywał od wieśniar, nie byłyśmy nikim gorszym w pojęciu naszych koleżanek z klasy. Podstawówka słynęła i nadal słynie z tego że wychodzą z niej uczniowie umiejący super grać w siatkówkę więc w szkole średniej na wf-ie każdy chciał z nami grać w drużynie. Place zabaw naprawdę mamy fajne i nie trzeba dojeżdżać do miasta. Natomiast nie wyobrażam sobie żebym nie mogła posiedzieć na podwórku, poopalać się, dziecku rozłożyć basen (na krytą pływanie także jeździmy), koc, etc.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wszystko ma swoje wady i zalety. Musimy wybierać stawiając na to, gdzie mimo wszystko zalety przeważają. :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jasne, że sposób wychowania też ma tu sporo do rzeczy, aczkolwiek nie sądzę, by w naprawdę dużych metropoliach były takie możliwości, jakie wy macie. W mniejszych miastach - owszem. A taka odmiana, jaką są wycieczki na wieś musi być dla dzieciaków z miasta super sprawą :).

    OdpowiedzUsuń
  19. To jest chyba taki ideał: niby wieś, ale jedna z dostępem do wszystkich wygód. Chyba fajnie byłoby mieszać w takim miejscu!
    Dyskryminacja niestety nadal jest. Może nawet jest coraz większa...

    OdpowiedzUsuń
  20. Dzięki Karolina :*

    OdpowiedzUsuń
  21. Justyna Krawiec31 stycznia 2015 21:26

    a ja urodziłam się i wychowałam w mieście i nie żałuję! jeździłam do babci na wieś i miałam super wakacje :) i w mieście też można nieźle poszaleć, a pochodzę z jednego z większych miast. Na osiedlu robiliśmy szałasy, bawiliśmy się w podchody, chodziliśmy po drzewach itd. i żaden problem w mieście pochodzić boso po trawie czy potaplać się w błocie, "brudne" maliny czy jabłka zrywaliśmy z przy-blokowych ogródków :) punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) i nie można powiedzieć, że gorzej jest w mieście lub na wsi... są pewne różnice ale wszystko się równoważy :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Wiadomo, że pewne rzeczy są podobne. W mniejszych miastach można robić wiele takich rzeczy jak na wsi, ale już np. w centrum Warszawy - nie sądzę... :) Także to jeszcze zależy od wielkości miasta, lokalizacji itp.
    Tym bardziej jedna nie rozumiem tego, że w wielu środowiskach wciąż funkcjonują stereotypy i ludzie ze wsi są czasem uważani za gorszych...

    OdpowiedzUsuń
  23. Oj wiem, co to znaczy! U mnie auto jest w garażu, ale prawka brak :P. Także liczę na to, że jak już je zrobię będzie mi dużo łatwiej.

    OdpowiedzUsuń
  24. Wiadomo, że wiele zależy od ludzi wśród których się przebywa, a ci są różni bez względu na miejsce zamieszkania. Ja miałam tego pecha, że na tych oceniających stereotypowo też trafiałam.
    Teraz u nas realia też są nieco inne niż 20 lat temu. Julia też część rzeczy zostawia w szkole. Autobus jeździ, ale z sąsiedniej miejscowości, więc do niej musimy dzieci dowieźć. Chodzą do podstawówki nie ze swojego okręgu, więc dowóz im się nie należy. Gdyby chodziły do swojego okręgu i tak by go nie miały, bo jest oddalona o 2 m, a to za mało, by zapewnić busa...
    Placu zabaw u nas nie ma. Koło SP są 3 bujaczki na sprężynie, ale tylko dla uczniów, a SP oddalona o 2 m. W sąsiedniej wsi jest placyk, na który chodzimy wiosną i latem.

    OdpowiedzUsuń
  25. Masz rację Justyna - wieś uczy hartu ducha i to jest zdecydowanie jedna z największych zalet mieszkania na wsi!

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram