Post Top Ad

13:20

'Leszek Peszek' - pechowiec, którego polubicie!

Napisała , w
"Leszek Peszek" Marko Kitti to połączenie Koszmarnego Karolka, Mikołajka i Matta Hidalfa. Od tego pierwszego wziął diabelskie pomysły na psoty, od drugiego spryt i urok, a od trzeciego ponadprzeciętną inteligencję i rezolutność! Ten bohater pokaże wam, że być pechowcem może oznaczać...mieć szczęście!


Leszka poznajemy w momencie, gdy kradnie starszej siostrze Melindzie puszkę z napojem z guaraną, a właściwie nie puszkę, tylko sam napój... Guaranę przelewa do puszki po coli, a do puszki po napoju uwielbianym przez siostrę wlewa ohydną miksturę z oliwy, mleka, soli, sosu curry i sosu sojowego. Wszystko po to, by dać nauczkę wścibskiej siostruni, która perfidnie przeczytała jego Niesamowicie Ściśle Tajny Dziennik. Jak to z pechowcami bywa "cudownego" napoju napił się najpierw leszkowy tata, a dopiero potem siostra... Ale chłopca nie było już wtedy w kuchni.. Uciekając zderzył się z przechodniem, który okazał się być pisarzem... Zgadnijcie, kto stał się bohaterem jego najnowszej książki :)?


Wszystkiego dowiecie się z rozdziału "Kim jest Lesze Peszek", w którym autor zdradza tajemnice spotkania z Leszkiem i fakt, że tak naprawdę nie ma pozwolenia na udostępnienie jego przygód czytelnikom.... Ale jako, że nie mógł się przed tym powstrzymać, musicie podpisać TAJNĄ UGODĘ, zanim zaczniecie czytać dalej...



Jak już podpiszecie ugodę i obiecacie nie pisnąć nikomu słówka o tym, co przeczytacie poznacie dwie przezabawne historie: o kolorowej kotce (a właściwie o tajemnicy jej czerwonych plam i zniknięcia spod sterty prania) i o hiszpańskim przekręcie ( a właściwie o nowym hiszpańskim koledze Leszka, który okazał się być kimś zupełnie innym)...


A na koniec Marko Kitti uraczy was jeszcze niedorzecznie krótką opowieścią na dobranoc i ... obietnicą drugiej części leszkowych przygód pt. " Leszek Peszek i sezon na kichanie".My nie możemy się już doczekać!

Przygody Leszka Peszka osadzone są we współczesnych realiach (są tu i iPody i zespół One Direction), co sprawia, że staje się jeszcze bliższy młodemu czytelnikowi! Właściwie Leszkiem mógłby być każdy współczesny chłopiec ... zaraz, zaraz! Mogłaby nim być też każda współczesna dziewczynka! Julka czasem nim bywa - taka słodka, chodząca katastrofa, która swoimi "przypadkami" potrafi wywołać uśmiech na twarzy największego ponuraka :).

Książkę kupicie na stronie wydawnictwa DEBIT: TUTAJ. Odwiedźcie też fanpage, by być na bieżąco z nowościami wydawniczymi: FACEBOOK.

Marko Kitti, "Leszek Peszek", Wydawnictwo DEBIT 2014.

Książkę czytaliśmy z przyjemnością (w jeden wieczór!). Dziękujemy za możliwość zrecenzowania!


14:28

Urlop dla matki

Napisała , w
Kojarzycie tę reklamę środka na przeziębienie? Tę, w której mama wchodzi do pokoju córeczki i mówi: "Alicjo, chyba jednak muszę wziąć jeden dzień wolnego. Poradzisz sobie, prawda?". Powiedzcie tak z ręką na sercu - która z was nie marzy czasami, by być tą matką z reklamy (nie wliczając w to smarczącego nosa)?... 


Stoję przed ekranem telewizora z roztrzepanymi, brudnymi od popiołu włosami, z policzkiem umazanym sadzą, z pękającą głową, Szymkiem uczepionym nogi i buzującym w głowie milionem problemów. Stoję i patrzę na tę reklamę - nagle przestaje mi się wydawać idiotyczna... Matka pokazana jako pracownica, której - do jasnej cholery - też się przecież należy choć jeden, jeden pieprzony dzień wolnego! 

Patrzę na tę reklamę, patrzę na swoje rozciapciane kapcie, na rozsypane na środku pokoju klocki i na swoje latorośle wyraźnie sygnalizujące zachowaniem nadciągająca zmianę pogody (ich krzyk, płacz i ciągłe "chcenie" są lepsze niż cowieczorna prognoza na Polsacie!) i pytam samą siebie: czy jest jakiś inny "fach", który łączy w sobie przynajmniej 20 innych?! Czy jest inna praca niż praca matki, w której nie posiadając tytułu doktorskiego, a czasem nawet magisterskiego (jak ja) trzeba być specjalistą w takiej liczbie dziedzin?! Czy jakaś inna posada wymaga takiej dyspozycyjności zarówno w dzień jak i w nocy, nie zapewniając przy tym ani dnia należnego urlopu?! Otóż nie! Jedynie bycie matką, które nie jest tylko ociekającym lukrem zbitkiem szczęścia i radości, ale też cholernie ciężka pracą jest obwarowane takimi warunkami - kompletnie niezgodnymi z kodeksem pracy, do diabła!

Wyobrażam sobie, że jestem ta matką z reklamy Vicksu czy innego Gripexu: że po tym tygodniu, w którym walczyłam z przemęczeniem, mdłościami, migreną, wariującym centralnym ogrzewaniem, rozwalonym pilotem od dekodera, choróbskiem Julki i jej problemami w szkole, grzybem na ścianach, sękatym drewnem, którego nie mogłam przerąbać, z tęsknotą i samotnością, wchodzę do pokoju dzieciaków i po prostu oznajmiam, że idę na urlop! Mogę nawet udawać, że jestem chora... W każdej "normalnej" pracy pracodawca by się nade mną zlitował, ale nie moje dzieci... 

Reklama dobiega końca słowami: "Mamy nie biorą zwolnienia! Mamy biorą Vics!". I okazuje się, że nawet producenci reklam TOTALNIE NIE ROZUMIEJĄ POTRZEB MATEK!

Bo ja nie chcę lekarstwa - ja chcę tego cholernego, jednego dnia zwolnienia! 

........................

A zamiast niego po tym, jak moja frustracja sięga już zenitu,dostaję wyjątkowo 7, a nie 6 godzin snu w nocy, niezasikane prześcieradło z samego rana, cztery zimne stópki wkradające się pod poły mojego szlafroka, żeby się ugrzać, śniadanie zjedzone wyjątkowo bez marudzenia - razem i słowa: "Wiesz mama, lubię jak tak razem spędzamy czas!".

I to musi mi wystarczyć. Wystarcza.

[Obrazek oczywiście STĄD]
15:19

Visolvit - witaminy z tradycją. [+ KONKURS]

Napisała , w
Jak każda mama chcę, by moje dzieciaki były zdrowe. Odpowiednia dieta to jedno, ale mała pomoc w postaci skutecznego, dobrej jakości suplementu witaminowego też jest przeze mnie mile widziana! Szczególnie w okresie jesienno - zimowym, kiedy odporność dzieci spada.


Witaminy Visolvit są obecne na rynku od prawie 40 lat! Muszę przyznać, że taka tradycja budzi moje zaufanie. Początkowo preparat firmy Angelini Pharma dostępny był tylko w postaci musującego proszku w saszetkach, natomiast obecnie mamy także do wyboru kolorowe żelki i syrop dla najmłodszych dzieci. U nas zagościły żelki oraz saszetki.


Visolvit Junior Orange w saszetkach zawiera 9 witamin: A, B1, B2, B6, B12, C, D, niacynę i kwas pantotenowy. Ma przyjemny, pomarańczowy smak i przypomina...oranżadkę w proszku - pamiętacie :)?  Można je wyjadać zarówno na sucho paluszkiem prosto z saszetki, jak i rozmieszać w wodzie i uzyskać smaczny napój. Preparat przeznaczony jest dla dzieci powyżej 3 roku życia. Więcej przeczytacie TUTAJ.


Visolvit Junior żelki to owocowe żelki w kształcie duszków o smaku cytrynowym, jabłkowym, pomarańczowym i malinowym. Zawierają 11 witamin, rutynę oraz selen. Zamknięte są w bardzo wygodnym, plastikowym słoiczku. Musze przyznać, że u nas zrobiły furorę: Julka lubi żelki, a te dodatkowo wspierają odporność. Mnie jako mamie podoba się taka przystępna i przyjazna dzieciom forma suplementu. O żelkach poczytacie TU.



Jak dotąd Visolvit stosujemy od kilku tygodni. Przez ten czas Julka poważnie nie chorowała. Myślę, że o efektach będzie można mówić dopiero za jakiś czas, ale takie witaminy z pewnością sprawią, że dziecko będzie je sobie kojarzyć z czymś przyjemnym i smacznym, a nie niedobrym i wzbudzającym raczej obrzydzenie, jak to bywa z różnymi syropami czy innymi preparatami o gorzkim smaku lub tłustej konsystencji. Dobre witaminy nie są złe! ważne, by wybierać je z rozsądkiem!

O preparatach Visolvit poczytacie na stronie www.visolvit.pl

Zdjęcia żelków, saszetek oraz syropu również pochodzą z tej strony.

KONKURS!

Wraz z firmą Angelini Pharma przygotowałam dla was konkurs: do zdobycia są dwa zestawy Visolvit Junior żelki + śniadaniówka.

WARUNKI KONKURSU:

1. Polub Świat się kręci wokół dzieci oraz Visolvit smak dzieciństwa na Facebooku.
2. Polub i udostępnij plakat konkursowy.
3. Hasło promujące Visolvit Junior Orange brzmi: "Visolvit - smak dzieciństwa". W związku z tym pytanie konkursowe brzmi: JAKI JEST TWÓJ SMAK DZIECIŃSTWA?

Odpowiedzi udzielajcie na Facebooku lub na blogu w komentarzach do tego wpisu.

Najciekawsze odpowiedzi (2) zostaną nagrodzone takim zestawem.

Konkurs trwa w dniach 29.01.2015 - 10.02.2015 (włącznie).

Udział w zabawie jest dobrowolny, a Facebook nie jest w żaden sposób związany z organizacją konkursu.

WYNIKI KONKURSU

Laureatkami konkursu zostają....

Beata Anna Lewan

oraz

Klaudia Małecka

GRATULUJĘ KOBIETKI!

Podajcie mi adresy na maila: szymusiowa@gmail.com



15:48

Dzieciństwo na wsi [plusy i minusy]

Napisała , w
Dzieciństwo na wsi wydaje się być prawdziwą idyllą. Podobnie zresztą jak mieszkanie na wsi. Sielanka. Szczególnie dla tych, którzy jej nigdy nie "posmakowali"...



Mam 7 lat. Pierwszy rower dostanę dopiero na I Komunię. Póki co do szkoły zasuwam na piechotę - 2 kilometry w jedną stronę. Zajmuje mi to jakieś pół godziny. Nie zostawiam książek w szkole. Plecak mocno przekracza normę dopuszczalną dla pleców kilkulatka. Jest zima. Zaspy po kolana. Zanim wygrzebię się do szosy mam nogi mokre jak gnój. Nie czuję stóp dochodząc do szkoły. Razem z innymi dziećmi suszę buty na kaloryferze.  Za kilka godzin czeka mnie replay - taka sama droga do domu.

Mam lat 10 i jadę na wakacje do kuzynki. Pierwszy raz w życiu spędzę cały tydzień w wielkim mieście. Za szybą samochodu przesuwają się nieznane mi krajobrazy: światła, pędzące auta, rozkrzyczani ludzie przed blokami... 
- A te takie jakby budki przy blokach to jakieś sklepiki? - pytam kuzynkę.
- Nieeeeee, to wejścia do klatek... - odpowiada zdziwiona.
Jej koleżanki na przyblokowym placu zabaw nie chcą się z nami bawić, mimo, że przed wyjazdem kupiłam sobie taką samą modną bluzeczkę do pępka jak kuzynka. Nie chcą się bawić z "wieśniarą". Szepczą sobie coś na ucho i dziwnie na mnie patrzą... Wracamy z kuzynką do domu. Ten swój nieuzasadniony zupełnie wstyd pamiętam do dziś...

Mam 15 lat i idę do liceum. O ile można nazwać chodzeniem pójście o 5 rano 2 kilometry na dworzec, dwudziestominutowa podróż pociągiem, by dotrzeć na przystanek autobusowy, a z niego pół godziny jazdy do szkoły. Czasem udało się jechać jedynym autobusem blisko domu, ale rzadko. Powroty wyglądały podobnie.
Podział na miejscowych i dojeżdżających nie był spowodowany tylko tym, w jaki sposób dostawaliśmy się do szkoły. Nie oszukujmy się. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich. Nie uogólniam. Ale były grupy osób, które bardzo wyraźnie odcinały się od "wsiowych" rówieśników... Bo to obciach trzymać się z wieśniakiem...   [Dziś chętnie bym im powiedziała, kto tak naprawdę nim był...]

***

Moje dzieci tak samo jak ja wychowują się na wsi. Szczerze? Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej! 

Moje dzieci mają kilka kilometrów do szkoły, a do najbliższego przedszkola dokładnie sześć. Nie mają do wyboru do koloru zajęć dodatkowych - no chyba, że zawoziłabym je 24 kilometry do ośrodka kultury w mieście powiatowym (co być może będę robić, kiedy już zdam prawo jazdy). Na śniadanie nie mamy codziennie świeżych bułek, a jak skończą się jogurty trzeba drałować po nie 2 kilometry, a najczęściej po prostu poczekać aż ktoś pojedzie do sklepu. Moje dzieci chodnikiem chodzą tylko podczas zakupów kilka razy w miesiącu a ich wózki nie wiedzą, co to podjazd. Plac zabaw  z jedną huśtawką, zjeżdżalnią i drabinką jest dla nich atrakcją godną co najmniej Disneylandu. Pierwsze koleżanki i kolegów poznają tak naprawdę dopiero idąc do szkoły - wcześniej poszłyby za obcym malcem na koniec świata, tak były spragnione towarzystwa. Moje dzieci pójdą kiedyś do liceum i będą tymi dojeżdżającymi, tymi ze wsi...

Moje dzieci wiedzą, jakie to uczucie biegać boso po miękkiej trawie, nasypać sobie piasku za koszulkę i zrobić orła na śniegu. Lubią skakać po kałużach i wybierać z ich dna błoto tak, że rozchodzi się pomiędzy palcami. Latem jedzą "brudne" maliny i pomidory prosto z krzaków, biegają po ogrodzie z plastikowymi butelkami i polewają się wodą, łapią motyle i obserwują mrówki wyłażące z murów.  Nie boją się żab ani dżdżownic, a myszy każą sobie łapać i zamykać w kartonikach. Wiedzą, jakie grzyby są jadalne, a jakie nie i potrafią bez problemu przejść na piechotę kilka kilometrów. Mając do wyboru komputer i spacer, zawsze wybiorą to drugie. Jadąc do zoo i widząc dzika z uśmiechem wołają: "Mama, patrz - zupełnie taki sam jak u nas na bagnie!". Moje dzieci wdychają zdrowe powietrze i nie zatykają nosów przechodząc koło gnojownika sąsiada. Wiedzą, co to jedzenie zdrowe  i ekologiczne nie tylko z nazwy. Wracają z miasta zmęczone tak samo jak ja i tak samo twierdzą, że nie chciałyby wyprowadzać się ze wsi...

Dzieciństwo na wsi nie jest sielanką. Pewnie niektórych rozczaruje to stwierdzenie, inni mi nie uwierzą, a jeszcze inni powiedzą, że woleliby, aby ich dzieci chodziły pieszo do szkoły kilka kilometrów i nie miały placu zabaw pod nosem (z rówieśnikami na nim, którzy są w gruncie rzeczy ważniejsi niż te zjeżdżalnie) niż mieszkały w miejskiej klatce i za podwórko miały trawnik przed blokiem. I ... ja się zgadzam z tymi ostatnimi! Wiem, że Julkę i Szymka czeka wiele przeszkód do pokonania związanych właśnie z tym, że są dziećmi ze wsi: począwszy od barier komunikacyjnych aż po te mentalne, które najtrudniej zwalczyć.Wolność, przestrzeń i bliskość natury, którą tutaj mają wynagradzają jednak wszystko... Nie zamieniłabym swojego dzieciństwa na dzieciństwo w mieście, ani też swoich dzieci nie przeniosłabym do miasta, mimo, że perspektywa Biedronki, podstawówki i chodnika koło domu kusi...

Te drzewa, kwiaty, klekoczące nad głowami bociany, błoto między palcami, woda w kaloszach, żaby wskakujące do wiaderek w piaskownicy, umorusane malinami buzie - to właśnie jest świat na wyciągnięcie małej, pragnącej go poznawać rączki. Stwierdzam to jako wiejskie dziecko i jako matka wiejskich dzieci. I wierzę - nie - ja to wiem! Wiem, że bariery, które z wychowywania się na wsi wynikają, zamiast  ich stłamsić, dadzą im więcej wytrwałości, konsekwencji i wiary w siebie. 

Pewnie, że wiejskim dzieciom byłoby łatwiej, gdyby chociaż czynnik ludzki nie zawodził i wreszcie kiedyś ludzie przestali hołdować krzywdzącym stereotypom, ale zmiana ludzkiej mentalności wciąż jest niestety tą najtrudniejsza do osiągnięcia... 

16:18

Wspomnienie

Napisała , w
Szłam przez łąki pełne kwiatów, przez mały mosteczek i ciemny, świerkowy las. Zatrzymywałam się, by dołożyć kolejny kwiatek do bukietu. Czasami, kiedy tak szłam, wyobrażałam sobie, że jestem Czerwonym Kapturkiem,...



Uwielbiałam pokonywać tę drogę i wiedzieć, że na jej końcu czeka na mnie ten duży, czerwony dom z wiekowym kasztanem tuż obok wejścia. Już pukając do drzwi czułam zapach mięty i rumianku. Czekały zaparzone w termosach. 
Lubiłam oglądać stare meble, obrazy i zdjęcia, a jeszcze bardziej słuchać historii opowiadanych przez babcię. Siadając przy dużym stole w środkowym pokoju przenosiłam się do innego świata...Nigdy nie powiedziała do mnie Ola - zawsze mówiła zdrobniale Olcia albo Olusia. I to ona była jedną z pierwszych fanek mojego pisania: niezmiennie zachwycała się układanymi przeze mnie życzeniami pisanymi w laurkach.
Jeszcze bardziej lubiłam, kiedy to ona przychodziła do nas. Nikomu z rodzeństwa nie pozwalałam z nią spać! Ten przywilej był zarezerwowany dla mnie! Zresztą, babcia podziwiała mój brak kręcenia się w nocy i twierdziła, że jako jedyna nie kopię jej po obolałych nogach. Gdyby wiedziała, ile pracy musiałam w to włożyć! Najbardziej ze wszystkich bajek, które wtedy opowiadała lubiłam tę o szklanej górze  no i te historie o diabłach i krasnoludach, które według babci były prawdziwe...
Odeszła tak niespodziewanie... Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że zanim to się stało przez rok nie zdążyłam jej odwiedzić... Bo byłam dorosła, zajęta swoimi sprawami. Ciągle odkładałam to na później. Tak długo, aż było za późno... Mam nadzieję, że gdzieś tam mi wybaczyła...Teraz, gdy czasem mijam ten dom, tak bardzo chciałabym znów poczuć zapach mięty i usłyszeć, jak babcia Bernadka opowiada o krasnoludkach i głupim Jasiu, który rzucał kluski cieniowi..
***
Byli zawsze: każdego dnia i każdej minuty mojego dzieciństwa. Latem lubili siadywać na ławeczce przed domem, a dziadek regularnie "męczył" mnie, żebym trzymała mu kosę, kiedy on ostrzył ją stukając w nią młotkiem. Jak ja tego nie cierpiałam! Dziś oddałabym wiele, by móc znów postać przy jego krześle, nawet w pełnym słońcu!
Babcia Łucja, która piekła najlepszy chleb pod słońcem, a z resztek ciasta smażyła dla nas "baki" (płaskie, okrągłe placuszki) na placie. Czekaliśmy na nie z bratem tak jak dziś dzieciaki czekają na czekoladę czy czipsy. To był smak dzieciństwa! 
Lubiłam patrzeć, jak czesze przed lustrem swoje długie do pasa, siwe włosy i spina je tak, że wyglądają, jakby były całkiem krótkie. Zawsze w kolorowej chustce na głowie i w fartuchu.
Babcia o gładkich policzkach i zawsze z żartem na ustach... Jej niecenzuralne wierszyki dziś powtarzam moim dzieciom! A co! Taka rodzinna tradycja, którą trzeba podtrzymać!
Uwielbiałam siadywać pod stołem w pokoju babci i dziadka i słuchać historii z czasów wojny, kiedy babcia pracowała u Niemca. Bez przerwy prosiłam, by pozwoliła mi pobawić się ruską lalką, którą miała schowaną w szafie i maleńkimi, srebrnymi pojemniczkami na tacy schowanymi w szafie za szkłem. 
Do końca wesoła i pełna pogody ducha, mimo, ze znała ból odleżyn... Dziś wspominam ze wzruszeniem, jak pojechałam pokazać jej Julkę i nazwała ją Józią. Otoczona opieką moich rodziców odeszła pogodzona z losem - tak myślę...  Dała nam przykład tego, jak można odchodzić z godnością...
Dziadek Antek - niezależnie od pory roku w swoim kaszkiecie i roboczej bluzie. Zawsze z papierosem. Pamiętam, jak nauczyłam się czytać i jaką miał frajdę, gdy czytałam mu napisy na opakowaniu Popularnych. Pamiętam, jak z podkasanymi rękawami kraciastej koszuli kosił zboże - kosą.A ja z bratem ścigaliśmy się boso po rżysku... Pamiętam, jak lubił oranżadę w małych, szklanych butelkach i ciemne piwo, jak podczas burzy chodził w filcakach po podwórku i szykował wanny z wodą w razie pożaru i uczył nas liczyć odległość chmury burzowej od domu.  Pamiętam jak lubił się zdrzemnąć w stodole na słomie i jak jeździł na komarku. 
Chłop jak dąb. Z tych mężczyzn, których dziś już nie ma. Z siwymi włosami zaczesanymi falą do góry. Barczysty, dwa worki zboża tachający na strych - każdy na jednym ramieniu. Pozornie trochę mrukliwy i małomówny, a w głębi duszy żartowniś i dobry człowiek.
Nie chcę pamiętać, jaki był na koniec... Jak choroba miesiącami wyciągała z niego życie... Ale chcę wspominać, jak uwielbiał Julkę a ona jego. Byli kumplami, mimo, że ona miała 3 latka, a on prawie 90. Nie mógł już mówić, a jeszcze palcem wskazywał miseczkę z cukierkami dla "tej małej".  Jeszcze dzień przed śmiercią byliśmy potrzymać go za rękę. Chcę wspominać też to, jaką opieką otaczała dziadka jego synowa, a moja mama. Dała mi najpiękniejszy przykład... A ja dam go moim dzieciom, jeśli będzie trzeba.
I jeszcze ich miłość: sześćdziesiąt lat razem z prądem i pod prąd. Nikt nie potrafił kłócić się tak jak oni i chyba nie znam nikogo, kto tak by się kochał...Mam nadzieję, że to też przechodzi z pokolenia na pokolenie.

***

Dzieciństwo nie kończy się wraz z osiemnastką. Ono kończy się, kiedy odchodzą dziadkowie. Ja dziś mogę dać moim babciom i dziadkowi tylko tyle - to dla Was to wspomnienie Kochani...

I mogę jeszcze starać się, aby moje dzieci były ze swoimi babciami i dziadkiem jak najbliżej. I serce mi rośnie, kiedy widzę ich wzajemną miłość...

21:31

Rozgrzewająca zupa paprykowa

Napisała , w
Pożywna, rozgrzewająca i smaczna - taka jest ta zupa! Idealny obiad na chłodne, zimowe dni, który przy okazji jest też bombą witaminową! Przepis na paprykową dostałam od teściowej, ona zaś od znajomej. Jest tak dobra, że grzechem byłoby nie przekazać go dalej!



SKŁADNIKI:

2-3 papryki (mogą być różnokolorowe, ale choć jedna czerwona)
2-3 średnie marchewki
5 średnich ziemniaków
garść fasoli szparagowej
1 cebula
2 laski kiełbasy np. zwyczajnej
przecier pomidorowy
słodka śmietana
2 łyżeczki mąki
sól, pieprz, słodka papryka, vegeta
woda
natka pietruszki
ziele angielskie
olej

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Marchewki kroimy w kostkę lub w słupki jak kto woli. Wrzucamy do garnka z wodą i stawiamy na ogniu. Dorzucamy kilka ziaren ziela angielskiego.

Podczas, gdy marchewka zaczyna się gotować podsmażamy na oleju pokrojoną w grubą kostkę paprykę wraz z cebulą Kiedy się zeszklą wrzucamy do marchwi.

Po kilku minutach dorzucamy do warzyw w garnku pokrojone w kostkę ziemniaki, a na oleju po smażeniu papryki i cebuli, podsmażamy kiełbasę pokrojoną w talarki. Dokładamy do reszty składników.

Całość gotujemy do miękkości i pod koniec gotowania wrzucamy fasolkę szparagową. Ja używam mrożonej, którą wcześniej podgotowałam lub tej ze słoika, zatem nie wymaga ona długiego gotowania. Jeśli użyjecie surowej, należy ją wrzucić do zupy odpowiednio wcześniej.

Kiedy wszystkie składniki są już miękkie, dodajemy przecier pomidorowy i zaciągamy zupę mąką zmieszaną z wodą. Doprawiamy solą, pieprzem, słodką papryką (jak ktoś lubi może być i ostra), vegetą.

Po zdjęciu z ognia dolewamy odrobinę słodkiej śmietanki i posypujemy świeżą natką pietruszki.

Zupa najlepiej smakuje ze świeżym pieczywem.

Wszystkich wielbicieli skomplikowanej kuchni przepraszam, że znów jest tak prosto... i SMACZNOŚCI WAM ŻYCZĘ :).
17:00

Dlaczego nie wyjechaliśmy razem?

Napisała , w
Jak łatwo jest układać komuś życie będąc tylko obserwatorem, teoretyzować i oceniać samemu nie ponosząc żadnych konsekwencji. To nawet zabawne: jakbyś reżyserował jakiś film. Tylko, że ten twój film, to moje życie...


Przez te osiem miesięcy, które minęły od wyjazdu Grześka takich "reżyserów" z bożej łaski przewinęło się przez moje życie całe mnóstwo. Oczywiście byli już wcześniej, ale dziwnym zbiegiem okoliczności w momencie, gdy po wielu nieprzespanych nocach podjęliśmy decyzję o zmianie, pojawia się ich coraz więcej i więcej... Nagle wszyscy wiedzą, co powinniśmy zrobić i wiedzą, że z pewnością robimy źle!  Przecież nieswoje życie tak łatwo się układa!

Jestem świadoma tego, że nie brakuje ludzi, którzy twierdzą, że: jestem materialistką, robię krzywdę dzieciom, że jestem leniwa, że wykorzystuję męża albo w drugą stronę: że on wykorzystuję tę sytuację i pewnie dawno ma kogoś na boku. Zarzutów stawianych rodzinom, w którym jedno z rodziców - a umówmy się, że częściej jest to ojciec, wyjeżdża pracować daleko od domu jest mnóstwo! W końcu zaczyna im się wieść lepiej niż przeciętnemu rodakowi, a to wystarczający powód, by oceniać ich negatywnie... Nie ma znaczenia, że podobnie żyje i żyło wcześniej wiele rodzin, w których są wojskowi, marynarze, handlowcy, muzycy, aktorzy... Odkąd w Polsce nastąpił boom na emigrację zarobkową twierdzi się, że to rozbija rodziny, tymczasem w taki sposób żyło i żyje wielu ludzi od wielu lat... A jeszcze inni tyrają od świtu do nocy w kraju i wracają do domu jak cienie: zjeść coś, przespać się i znów wracać do swojego codziennego kieratu. Nie mówcie mi, proszę, że oni są bardziej obecni w życiu swojej rodziny i w domu, niż ci, którzy pracują daleko i przyjeżdżają do domu na weekendy...

Dziś jednak odpowiem na konkretne pytanie, które słyszę dość często, a przy okazji ANKIETY padło ono co najmniej kilkukrotnie. Czasem pada z czystej ciekawości, innym razem złośliwie (choć tę złość czasem próbuje się ukryć). Najczęściej słyszę je przy okazji piśnięcia choć słówka o mojej tęsknocie, bo przecież skoro sama się o to prosiłam, to teraz nie mam prawa tęsknić! Dlaczego nie wyjechaliśmy razem? Już wam mówię...

Grzegorz nie wyjechał na stałe. Ba, nie wyjechał nawet na długo (choć to jeszcze zależy, co dla kogo znaczy długo...). Nie wyjechał po to, żebyśmy opływali w luksusy. Wyjechał tak naprawdę w konkretnym celu. Pieniądze są niestety niezbędne, by go osiągnąć. Choćbyście nie wiem, jak przekonywająco mówili, że pieniądze się dla was w życiu nie liczą, to wam nie uwierzę... A nazywanie materialistą każdego, kto przyznaje, że są one ważne, uważam za idiotyczne i niesprawiedliwe... Naszym marzeniem jest wyjście na prostą (co już praktycznie nastąpiło), a potem ...potem własny kąt gdzieś troszkę bliżej cywilizacji. Planujemy maksymalnie 3 lata pracy na emigracji. A zanim to nastąpi, to i ja będę już miała możliwość podjąć pracę. Może życie zweryfikuje te plany, ale mam nadzieję, ze jeśli tak, to na naszą korzyść...

I tak właściwie już wam odpowiedziałam. Uważam - uważamy, bo przecież nie ja sama decyduję, że nie ma sensu wyrywać dzieci z ich środowiska, ze szkoły, narażać na kilkuletnią rozłąkę z dziadkami, resztą rodziny, koleżankami, kolegami po to, by za lat parę wrócić i znów zaczynać wszystko od nowa. Życie Julki i Szymka to nie tylko mama i tata i choć rozłąka z ojcem jest dla nich na pewno trudna, to jestem przekonana, że zabranie im wszystkiego innego, co znają, nawet jeśli oznaczałoby to przebywanie blisko taty, byłoby dla nich jeszcze trudniejsze... Tym bardziej, że za kilka lat powtórzylibyśmy to, wracając do Polski...

Oczywiście szereg kwestii techniczno -formalnych również przemawia na niekorzyść wspólnego wyjazdu. Począwszy od kosztów i całej organizacji przeprowadzki, poprzez przeniesienie dzieci do niemieckiej szkoły bez znajomości języka, wynajęcie mieszkania i życie tam z pensji, która jest duża tylko po przewalutowaniu (a i tak nie dorasta do pięt wynagrodzeniom naszych polityków ;)), po trudności z odwiedzinami w Polsce - bo jak łatwo policzyć drożej i bardziej problemowo to wychodzi, kiedy 850 km w jedną stronę mają przejechać 4 osoby w tym 2 dzieci, niż kiedy pokonuje tę odległość tylko tata.

Poza tym... Polska to Polska. Tak - jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało - kochamy ten nasz kraj, te polskie pola, lasy i łąki, choć nie zawsze kochamy szarą, polską rzeczywistość... Jednak mimo, że nie jest i pewnie nie będzie różowo, nie wyobrażamy sobie życia na stałe gdzieś indziej... Spytajcie mojego męża - nigdy bym nie pomyślała, że usłyszę od niego słowa o tęsknocie za krajem, za językiem, za Polakami... A jednak słyszę...

Nie jest łatwo, ale SAMI reżyserujemy nasze życie i wierzę, że będzie happy end! Wiecie, jak wyobrażam sobie scenę końcową? My we czworo stojący na progu naszego drewnianego domku. Dookoła drzewka owocowe, gdzieś stoi duża huśtawka i zjeżdżalnia dla dzieciaków, a na ławeczce wygrzewa się kot. Za płotem sąsiedzi robią grilla i zapraszają na typowo polską "zwyczajną" i kaszankę. Pewnie, że idziemy. Powspominamy czas rozłąki z łezką w oku, ale i z uśmiechem. A kiedy spojrzymy sobie z Grześkiem w oczy będziemy wiedzieć, że było warto... Może to wyidealizowana scena jak z pretensjonalnego, familijnego filmu, a może... życie czasem jest bardziej niezwykłe, zaskakujące i piękne niż film?...


11:57

'Bratki', czyli niezłe literackie gagatki!

Napisała , w
Pięciu niesfornych braci i ich niezwykły dar do przeżywania przygód gwarantują moc literackich wrażeń! Niech nie przeraża was jej grubość - "Bratki" czyta się z uśmiechem i zapartym tchem od deski do deski!


Eoin Colfer to irlandzki pisarz znany z serii fantastycznych książek o Artemisie Fowlu. Sam miał czterech braci, więc myślę, że nie będzie pomyłką sądzić, iż do napisania "Bratków" zainspirowało go poniekąd jego własne dzieciństwo!

Marty, Will, Donnie, Bert i MP (Małe Piwko) to piątka literackich gagatków w najlepszym tego określenia znaczeniu! Jak to bracia psocą się sobie nawzajem, ale też wspólnie przeżywają przeróżne przygody. Mimo, że czasem ciągają się za czupryny, poszliby za sobą w ogień!Stawiają wspólny front rodzicom, którzy mają z nimi w domu bardzo wesoło, upiornej bibliotekarce Matyldzie i strasznym piratom prześladującym ich na wakacjach! Każdy z nich jest inny i żadnego nie sposób nie polubić! Razem tworzą niezwykle barwne i zgrane towarzystwo!

Książka licząca sobie 320 stron zawiera trzy historie: "Legendę o zębach kapitana Kruka", "Legendę o Matyldzie Bulwie" oraz "Legendę o najgorszym chłopcu na  świecie". Narratorem jest 9-letni Will, dzięki czemu książkę charakteryzuje prosty, ale i barwny, dziecięcy język. Czyta się te opowieści bardzo szybko i przyjemnie, a kilkuletnie narrator sprawia, że nawet dorosły czytelnik z łatwością wczuwa się w sytuacje, w jakich znajdują się chłopcy!




Muszę zaznaczyć, że "Bratki" nie są przeznaczone wyłącznie dla chłopców ani nawet wyłącznie dla najmłodszych czytelników! Moja 7-letnia Julia z zainteresowaniem słuchała historii autorstwa Eoina Colfera, a i ja sama zostałam przez "Bratki" "wciągnięta"! Książka jest nie tylko świetną literacką rozrywką, ale też uczy dzieci takich wartości jak miłość do rodziny, lojalność, zaufanie i przyjaźń. 


Jak czytamy na okładce - "co kraj to Jaśki!". Mamy już francuskie i irlandzkie - ja nie mogę się doczekać kolejnych! 

Książkę możecie kupić TUTAJ.


09:55

Dziura

Napisała , w
Miłość do "dziury" narodziła się jakiś rok - półtora roku temu, może nawet dawniej. Dokładnie nie pamiętam, ale jej obecność kojarzę z zakończeniem karmienia Szymka piersią. Została odkryta przez małego przypadkiem podczas zasypiania w naszym łóżku i już została...


Musi być zawsze w pogotowiu, zawsze w zasięgu małych rączek! Jest lepsza niż przytulanka Jest prawie jak przyjaciel! Nie ma drzemki bez "dziury", a wieczorem towarzyszy Szymkowi aż do zaśnięcia a czasem nawet przez sen. Uspokaja i relaksuje. 

Rytuał usypiania wygląda u nas tak: robimy picie lub mleczko (tak, tak Szymek jeszcze pije z butelki, przynajmniej przed snem...), kładę "dziurę" na kanapie, Szymek kładzie się obok i ... miętosi... Wkłada rączkę do "dziury" i sobie gmera... 

"Dziura" jest jego i niechby ktoś ważył się mu ją zabrać! A czasem zdarza się to, kiedy już wszyscy leżymy w łóżku i na przykład oglądamy bajkę. Wtedy jest krzyk i płacz, a czasem nawet bijatyka, jeśli "dziurę" nieświadomie przywłaszczy sobie Julka!

Szymek komunikuje jasno: "To moja dziuja! Kocham ją!"... A mnie bawi zaskoczenie osób, które dowiadują się o tym szymkowym zwyczaju. Też początkowo mnie to śmieszyło i troszkę dziwiło: no bo przytulanka, ewentualnie kocyk, nawet własne ucho (co było zwyczajem Julii) to przecież normalne, ale ... 'dziura"???

Tymczasem okazuje się, że zwyczaje dzieci podczas zasypiania są bardzo różne! Maluszki szukają sobie takich czynności czy bliskości takich przedmiotów, które pomagają im się wyciszyć i odprężyć. Jak uspokajają lekarze nie ma w takich nawykach niczego złego! Większość z nich mija wraz z wiekiem. Dopóki nie szkodzą dziecku i maluch nie robi sobie w żaden sposób krzywdy, nie mamy powodu do niepokoju!

Karolek ma ulubioną maskotkę, Kasia kocyk, Pawełek pieluszkę, Małgosia pierś mamy, Janek smoczek, a Szymon ma ... "dziurę" - rozpiętą powłoczkę, przez którą wkłada rączkę i miętosi pióra w poduszce... 

A ja nie szukam dziury w całym, tylko z rozczuleniem na ten rytuał patrzę leżąc na poduszce obok i głaszcząc Szymka po buźce i słysząc, jak przed zaśnięciem mruczy: "Mama kocham cię...".

18:16

Czego potrzebujesz, by z sukcesem odpieluchować dziecko?

Napisała , w
Przed tym dylematem prędzej czy później staje każdy rodzic. Są takie dzieci, które już przed roczkiem wołają siusiu. Podobno. Kosmici i Nessi też podobno istnieją... Są rodzice, którzy stosują naturalną higienę niemowląt i nie znają smrodku brudnej pieluchy a tym samym nie mają problemów z pozbyciem się jej. Tak jakby dziecko w pieluszce było czymś nienaturalnym... W każdym razie ja jestem z tych, co to wielbią pieluszki - gdzieś tak do drugiego roku życia dziecka! Potem wypada się ich pozbyć... Jako, ze przerabiam to po raz drugi mogę z ręką na sercu powiedzieć, że poznałam sekret sukcesu! 



Internet, prasa, telewizja i wszelkiej maści poradniki pełne są złotych rad: jak z sukcesem odpieluchować dziecko? Podobno nawet są inne metody dla dziewczynki, a inne dla chłopca! Zdesperowani rodzice szukają tego cudownego środka, który niczym magiczne zaklęcie uwolni ich i ich dzieci od pieluch. Znam tę desperację, oj znam! Zaczynając odpieluchowanie pierwszego dziecka sądziłam, że będzie to całkiem proste, a odpieluchowując drugie, liczyłam na to, że pójdzie mi lepiej niż za pierwszym razem. Jak się okazało ani poradnikowe czary mary, ani porównywanie do dzieci znajomych (czy młodszego do siostry), ani wymyślne gadżety nie pomagały w tym trudnym procesie. Jednak dziś już wiem, co jest potrzebne, by z sukcesem odpieluchować dziecko...

Po pierwsze: CIERPLIWOŚĆ, bo nasze oczekiwania i często wygórowane ambicje podsycane docinkami znajomych ("A twoje dziecko jeszcze nosi pieluchę? Mój Karolek to już od roczku sika na nocnik!) niczemu nie służą, a już na pewno nie przyspiesza pożegnania z pieluchą! Dziecko musi dojrzeć do kontrolowania swoich potrzeb - według lekarzy taką dojrzałość osiąga zwykle około drugiej połowy trzeciego roku życia! U nas było podobnie: starsza została odpieluchowana po drugich urodzinach, młodszy obecnie, czyli w wieku dwóch lat i ośmiu miesięcy. Sadzanie na nocnik dziecka, które dopiero co nauczyło się siadać i przypadkowe "łapanie" siusiu nie ma nic wspólnego z nauką kontrolowania swoich potrzeb... My zaczynaliśmy około drugiego roku życia. Jeśli wydaje wam się (tak, jak nie raz wydawało się mi), że wasz trzyletni Marcinek nigdy nie nauczy się robić na nocnik, zastanówcie się, czyz ancie jakiegoś dorosłego Marcina w pieluchach? No właśnie... Ja też nie znam!


Po drugie: CIERPLIWOŚĆ, bo jak już nadejdzie ten odpowiedni czas wcale nie znaczy to, że dziecko załapie o co chodzi w pięć minut! Są maluchy, które zaprzyjaźniają się z nocnikiem po kilkunastu podejściach, a są takie, które po kilkudziesięciu nadal prostują nóżki na jego widok i preferują robienie siusiu ( a co gorsza też tych grubszych spraw...) w stylu "na uciekiniera'... Po uciekinierze trzeba sprzątać, dużo sprzątać, a więc...


Po trzecie: CIERPLIWOŚĆ, bo do zmywania podłogi i szorowania dywanu, tudzież prania gatek  po kilkanaście razy dziennie jest ona niezbędna! A odpieluchowując potomka będziecie musieli polubić się ze ścierką/mopem, szczotką ryżową (jeśli macie dywany), pralką i odświeżaczami powietrza ... Bóg jedne wie, ile ucierpiał mój kręgosłup i pokryte egzemą dłonie na zmywaniu siuśkowych kałuż i co sobie myśleli znajomi czując trudny do usunięcia smrodek po entej z kolei wpadce podczas zabawy na dywanie... Ja niestety (albo i stety) wychodzę z założenie, że odpieluchowanie polega na ... zdejmowaniu pieluchy, więc wiecie... Nie da się tego zrobić pachnąco, lśniąco i bez uszczerbku dla domowego otoczenia oraz zwiększonego zużycia preparatów czyszczących, jak również bez klnięcia (oczywiście pod nosem, jak na idealną matkę przystało :P) przy czwartym automacie majtek i ósmym zmywaniu podłogi w ciągu jednego dnia...

Po czwarte: CIERPLIWOŚĆ, bo jak już bąbel załapie o co chodzi z tym topkiem, to słowo: "Mamoooooo!" lub w rozwinięciu: "Mamooooo siku / na nocnik / pichu / na kibel / AA!"  (czasem też "Tatooooo!" - czego wam życzę) będziecie słyszeć po kilkadziesiąt razy dziennie i będziecie MUSIAŁY zareagować, bo przecież jak udacie, że nie słyszycie albo odpowiecie: "Zaraz!" to się brzdąc posika! Także powiedzmy sobie, że lepsze już bieganie na każde zawołanie (choć pewnie nie raz okaże się, że mu się wydawało albo, że prędzej robi niż woła...) jest już lepsze niż pranie, wycieranie i wąchanie...przepraszam - psikanie odświeżaczem powietrza (patrz punkt wyżej). Z doświadczenia mogę powiedzieć, że wołanie za potrzebą u takiego uczącego się malucha przybiera na sile: gdy pora spać, w sklepie (najchętniej przy kasie) i w kościele.

Po piąte, szóste i siódme: KONSEKWENCJA, DYSTANS I SPOKÓJ!
Jak już postanawiacie, że czas na odpieluchowanie to nie zmieniajcie zdania w ... sklepie, w kościele czy w gościach (patrzcie punkt wyżej). Konsekwentnie oswajajcie z nocnikiem, sadzajcie i nie dajcie się przekonać do powrotu pieluszki (chyba, że wasze dziecko ma 6 miesięcy i wydawało wam się, że to już). Ważne jest też przyzwyczajenie i wyczucie momentów: dzieciaki często załatwiają pewne potrzeby o podobnych porach i wtedy warto regularnie sadzać je na nocnik (np. po śniadanku czy po wstaniu z łóżka).
Wiem z doświadczenia, że z pozbywaniem się pieluch jest podobnie jak z wieloma innymi sprawami w życiu: im bardziej chcesz i im mocniej się spinasz, tym słabiej to wychodzi. Wiem, że niełatwo jest zachować dystans, kiedy podczas wizyty koleżanki z LO twoje dziecko praktykuje styl "na uciekiniera" (naprawdę to przeżyłam!) albo w kolejce w sklepie nogawka spodenek przybiera dziwny kształt (całe szczęście, że prawie nie bywam w restauracjach, bo trauma dla niektórych osób mogłaby być większa, aniżeli w przypadku pampersa z niespodzianką...), ale ... w takich sytuacjach tylko dystans może was uratować!
No i spokój, bo jak zamiast cichaczem wyjść z delikwentem z tego sklepu do toalety czy choćby do samochodu, krzykniecie na całe gardło: "Znowu narobiłeś w majtki!!!!!" to wtedy już na pewno wszyscy się pokapują, skąd ten "zapaszek"...

Prawda, że potrzeba niewiele? U nas dziś piąta noc bez pieluchy. Bez tych siedmiu cudownych środków nie dałabym rady... :)


15:39

Dziecko z pasją

Napisała , w


Hobby, konik, pasja - jak zwał tak zwał. Jedno nie ulega wątpliwości: człowiek, który to ma jest szczęśliwszy. Ten mały człowiek także. 



10:14

Co odebrały mi moje dzieci?

Napisała , w
Zostając mamą musisz liczyć się z tym, że dzieci odbiorą ci wiele z twojego dawnego życia. Ja byłam tego świadoma. Przynajmniej tak mi się wydawało... Bo nie spodziewałam się, że moje dzieci odbiorą mi aż tak wiele!


Moje dzieci odebrały mi możliwość spania od dwudziestej do dziesiątej albo zamiennie - popijania drinków w dymie dyskotekowego parkietu i powrotów o czwartej nad ranem. Odebrały mi możliwość robienia perfekcyjnego makijażu co rano po wstaniu z łóżka i prostowania włosów na wysoki połysk. Nie mogę też plotkować z koleżankami całymi wieczorami, a będąc od wielkiego dzwonu w restauracji nie mogę z powagą zajadać sałatki z fetą, bo zamiast tego wciągam kawałek pizzy pomiędzy podawaniem soczku, a wychodzeniem z nimi do toalety. Moje dzieci odebrały mi lekkość podejmowania decyzji, możliwość myślenia tylko o sobie, niezależność i  spokój myśli.

***

Moje dzieci odebrały mi przerost ambicji i brak dystansu do siebie. Nauczyły mnie za to odnajdywać w sobie wewnętrzne dziecko i patrzeć na siebie z uśmiechem, mimo niedoskonałości. 

Moje dzieci odebrały mi możliwość dołowania się i płakania z byle powodu. Nauczyły mnie za to czerpać radość z małych rzeczy i szybko przeganiać smutki.

Moje dzieci odebrały mi słomiany zapał i brak cierpliwości. Nauczyły mnie za  to wytrwałości i umiejętności walczenia o swoje.

Moje dzieci odebrały mi poczucie bycia wszystkowiedzącą i ochotę do wymądrzania się względem innych rodziców. Nauczyły mnie za to, że każde dziecko jest inne i każdy rodzic jest inny, a ta inność to cała esencja rodzicielstwa i życia w ogóle.

Moje dzieci odebrały mi zazdrość i zawiść razem z  poczuciem, że jestem gorsza od innych. nauczyły mnie za to cenić wszystko, co mam, a o to czego mi brakuje po prostu zawalczyć.

Moje dzieci odebrały mi uczucie, że nie wypada mi śmiać się głośno, wygłupiać i popełniać błędów , bo jestem dorosła Nauczyły mnie, że radość nie liczy lat, a błędy należy przyjmować naturalnie i wybaczać je sobie wyciągając z nich naukę.

Moje dzieci odebrały mi opory przed mówieniem "kocham", przed przytulaniem i dawaniem buziaków bez okazji. Nauczyły mnie za to, że zawsze jest właściwa pora na okazywanie miłości a czułość może być lekiem na całe zło.

Moje dzieci udowodniły mi, że czasem odbierając coś komuś, można mu dać znacznie więcej niż miał wcześniej...

***

[ A na zdjęciach nasz wczorajszy spacer. Największą frajdą było skakanie po zmarzniętych kretowiskach :) ]








17:48

Samotny wieczór mamy

Napisała , w
Grzesiek 850 km stąd, Julka 10 domów dalej (co w praktyce oznacza ponad kilometr), Szymek w sennej krainie, a ja mam ten swój tak kiedyś wyczekiwany wieczór tylko dla siebie! Zaparzam herbatkę z domowej roboty żurawinami, kradnę dzieciakom ostatnie trzy kostki świątecznej czekolady, jak gówniara zakładam koszulkę męża i ... cisza świdruje mi w uszach gorzej niż gdyby był to odgłos wiertarki za ścianą...

11:35

Dlaczego nie płaczę, kiedy on odjeżdża?

Napisała , w

Zawsze wyobrażałam sobie takie pożegnania jako coś koszmarnego: jeden ryk, szloch i tonięcie we łzach. Przecież nigdy nie rozstawaliśmy się na dłużej niż dwa dni... Przecież kiedyś byle głupstwo potrafiło mnie doprowadzić do łez... Przecież tak strasznie tęsknię, kiedy go nie ma... Już kiedy odjeżdża, tęsknię... Niedawno ktoś spytał mnie, czy płaczę, kiedy Grzesiek odjeżdża. I tak naprawdę dopiero wtedy się nad tym zastanowiłam. Nie, nie płaczę. Co mnie tak właściwie powstrzymuje???

19:15

Zima na wsi

Napisała , w

Jak większość z was zdecydowanie wolę wiosnę i lato niż zimę. Wolę nawet jesień, ale tylko do października! Jednak skoro już kalendarz jest nieubłagany i zima być musi, to niech jest lekko śnieżna, lekko mroźna, poszczypie zdrowo w policzki i zabije bakterie, a nie raczy nas pluchą, wiatrem i błotem. I to nie tylko dlatego, że światu ładnie w bieli, ale też dlatego, że zdecydowanie łatwiej dojechać do szosy po zmrożonej drodze niż po rozmrożonym błocie... Nie lubię wozić zakupów na taczce! A perspektywa prawka, które mam nadzieję wkrótce zrobić, sprawia, że chcę jeździć, a nie chodzić w gumaczach a auto zostawiać u sąsiada nad szosą...

Post Top Ad

Instagram