Post Top Ad

Książka o tym, jak z Longina wyrósł Prokop ( + KONKURS!)


Dzieciństwo i dorastanie - magiczny czas! Człowiek chłonął życie całym sobą i nawet z pozoru negatywne rzeczy potrafił przekuć w coś fajnego! No bo nie mieć kasy na rower to znaczyło chodzić do szkoły pieszo i w drodze do domu po cichaczu wszamać murzynka za wycyganione od dziadka drobniaki, a jak bajka w telewizji była raz dziennie na dobranoc, to czekało się na nią cały dzień z wypiekami na twarzy i to było jeden z piękniejszych momentów w ciągu dnia! na podwórku działo się więcej niż w dzisiejszych grach komputerowych, a ksywki (nawet jak brzmiały "Plastuś" tak jak w moim przypadku ekhm...) przyjmowało się ze śmiechem i dystansem. O takim pozytywnym dzieciństwie i dorastaniu w nie do końca pozytywnych czasach pisze Marcin Prokop, zwany także Longinem... 
Urodził się 14 lipca 1977 roku i od urodzenia trochę "wystawał" ponad przeciętność: "...nie mieściłem się w szpitalnym łóżku na oddziale noworodków i musieli położyć mnie na zwiniętej kołdrze na podłodze. Dobrze, że nikt na mnie nie nadepnął, bo dziś nie czytalibyście tej książki." Rzeczywiście, całe szczęście, bo czytanie książki "Jego Wysokość Longin" Marcina Prokopa to prawdziwa przygoda i podróż sentymentalna w jednym!
Longin, a właściwie Marcin ma mamę, która pieszczotliwie nazywa go "Martusiem", tatę inżyniera, który wie, co to męska solidarność, gdy trzeba i młodszego Brachola Sebastiana, przez którego musi wejść na budzący lęk strych (żeby powiesić jego pieluchy...). Longin ma też sąsiada, który szpanuje ortalionowymi dresami i dmuchanym basenem, podwórko na warszawskim Grochowie i rezolutnych kolegów, a wśród nich Alberta, który jest...niewidzialny i poznał się z nim na strychu (podczas wieszania nieszczęsnych pieluch Brachola). W jego na pozór zwyczajnym dzieciństwie nic nie jest zwyczajne: począwszy od jego wzrostu, przez pokój w ... kuchni, po przyjaciół takich jak Albert właśnie... Swoje przezwisko Jego Wysokość Longin vel. Jego Długość vel. Longin zawdzięcza rzecz jasna nieprzeciętnemu wzrostowi!




Książka Marcina Prokopa skierowana jest do dzieci, aczkolwiek moim zdaniem spokojnie można stwierdzić, że to lektura dla każdego! Chyba nawet dla tych "dorosłych dzieci" lat osiemdziesiątych bardziej niż dla współczesnych najmłodszych... Ja choć urodziłam się w roku 1987 i dzieciństwo spędziłam na wsi identyfikowałam się w wielu sytuacjach z Longinem. Smak gumy Donald i oranżady ze szklanej butelki to smak mojego dzieciństwa, a zamiast Atari miałam Amigę. Wiem, co czuł się Longin! Dlatego z przyjemnością czytam i wspominam... Z kolei czytanie dzieciom jest świetną okazją do rozmów o dzieciństwie rodziców i o tym, jak zmieniła się otaczająca nas rzeczywistość. Nie da się ukryć, że dzieciństwo Longina to dla współczesnych dzieci abstrakcja, ale dzięki temu książka jest dla nich tym bardziej ciekawa! A ile śmiechu podczas tłumaczenia pociechom, co to takiego atari, jak się grało w kapsle i dlaczego kiedyś dobrze było zabrać słodkiego bobaska do sklepu, a raczej do kolejki... :).
Ta książka to także naprawdę fascynująco ukazana rzeczywistość PRL-u widziana oczami dziecka. Wszystkie absurdy tego świata zyskują zupełnie inny wymiar. Kiedy Longin pisze list do pana z telewizora śmieję się i wzruszam jednocześnie, choć przecież nie mogę pamiętać stanu wojennego, to pamiętam opowieści rodziców i tego pana w dużych okularach też, z już późniejszych jego wystąpień...

Książkę Marcina Prokopa polecam gorąco nie tylko przez wzgląd na moją sympatię do dziennikarza i podobne poczucie humoru (ani też przez wzgląd na to, że lubię wysokich i inteligentnych facetów :D)! "Jego Wysokość Longin"  to historia pełna humoru, dystansu do siebie i świata i słodkiego smaku dzieciństwa. To książka wyjątkowa zarówno dzięki lekkiemu pióru Marcina Prokopa, które sprawia, że czyta się ją tak, jakby rozmawiało się z nim osobiście, dzięki temu, że jest oparta na prawdziwych zdarzeniach, jak również dzięki temu, że równie dobrze czyta się ją dzieciom jak i dorosłym! Polecam, polecam, polecam! 



Książkę możecie kupić TUTAJ, a TU możecie zajrzeć do środka.

Marcin Prokop, "Jego Wysokość Longin", Znak Emotikon, Kraków 2014.


KONKURS!
Jeśli chcecie sami się przekonać, jak się czyta książkę Marcina Prokopa, powspominać dzieciństwo albo podarować książkę swojemu dziecku, zapraszam na konkurs!

Udostępnijcie i polubcie plakat konkursowy na Facebooku oraz pod plakatem lub tutaj, na blogu odpowiedzcie na pytanie: Własny rower, gra komputerowa, a może swój pokój? Jakie było twoje największe marzenie w dzieciństwie?





Będzie miło, jeśli polubicie mnie i Znak Emotikon na Facebooku.

Konkurs trwa tydzień, do 17.12., a 18.12. wybiorę jedną odpowiedź i wyślę do laureata egzemplarz książki Marcina Prokopa tak, aby dotarł na Święta!

ZAPRASZAM!

WYNIKI!

Książkę wygrywa ....

KINGA SALAMON za piękne marzenie o łyżwach:

Moim największym marzeniem dzieciństwa były łyżwy, piękne figurówki, a w konsekwencji nauka jazdy na łyżwach. Zazdrościłam koleżankom, które umawiały się zimową porą na wspólne jeżdżenie. Z wypiekami na twarzy oglądałam transmitowane przez telewizję występy łyżwiarzy figurowych podczas zimowej olimpiady. Uwielbiałam patrzeć na gibkie i zwinne łyżwiarki, które przyodziane w muślinowe i zwiewne stroje wykonywały podwójne i potrójne skoki. Nie mogłam się wprost napatrzeć, gdy wykonywały obroty wokół własnej osi w takim tempie, że aż kręciło się w głowie od samego patrzenia. W wielkim skupieniu śledzilam występy par tanecznych, wykonujących niesamowite ewolucje i unoszenia. Sama także "na sucho" próbowałam ćwiczyć niektóre elementy. Ale nigdy nie poprosiłam rodziców o kupno łyżew, nigdy nie zdradziłam, o czym marzę. Jako dziecko "przy kości" uważałam, że łyżwiarstwo to sport nie dla mnie, nie chciałam się ośmieszać. Własnych łyżew wprawdzie nie posiadam, ale nadarzyła się okazja, by spróbować swoich sił na lodzie. Kilka razy musiałam pojechać jako opiekun ze swoimi uczniami na zajęcia na lodowisku. Uznałam, że to doskonała okazja, by wypożyczyć łyżwy i spróbować. Doszłam do wniosku, że jeśli teraz się nie odważę, to pewnie nie zrobię tego nigdy. Jako 31-letnia kobieta po raz pierwszy wkroczyłam na lód. Nie zaryzykuję stwierdzenia, iż nauczyłam się jeździć na łyżwach, ale według "znawców" tematu, całkiem nieźle mi szło. Świetnie się przy tym bawiłam, wspaniale czułam, a co najważniejsze wogóle nie wstydziłam faktu, że mając tyle lat ile miałam dopiero zaczynałam naukę. 

Kinga gratuluję Ci serdecznie!
Napisz do mnie na: szymusiowa@gmail.com podając adres do wysyłki.

Wszystkim dziękuję za udział! Mieliście wspaniałe marzenia i czytałam je z uśmiechem, a niekiedy łezką w oku!




Zdjęcie okładki STĄD.

19 komentarzy:

  1. Moje marzenie z dzieciństwa to rower ale nie taki byle jaki , typowy dziewczęcy ,tylko kolarzówka taka jak mojego starszego brata Puszczam oczko , podkradałam mu ja , go – “ Czerwony Szerszeń “ kiedy się tylko dało .
    Gnałam wtedy na niej gdzie się dało , byłam wolna i swawolna , pędziłam jak na skrzydłach . Pamiętam to uczucie Puszczam oczko i co zgadnijcie co się stało – ano Puszczam oczko <3 Braciszek dostał nową , większą a ja dostałam swojego upragnionego , wymarzonego “ Czerwonego Szerszenia “ , tadam . Byłam Szczęśliwa, ba i wszystkie kumpele ,prosiły mnie abym karnąć im się dała ( dawałam , ale się bałam aby Go nie uszkodziły ) i do dziś ją mam Puszczam oczko , nieraz jeszcze na niej gnam Puszczam oczko , i Córcia moja podziela mój zachwyt i same achy i ochy tyle z tego mamy radochy .
    takie tam tadam z całkiem niedawna - dawna ;) Beata ;)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę zostawić adres mailowy w razie wygranej :) lub namiar na Fb.

      Usuń
  2. Moim największym marzeniem dzieciństwa było to, aby rodzice mieli dla mnie więcej czasu. Żeby się ze mną bawili, chodzili na spacery, rozmawiali o każdym dniu. Urodziłam się jako czwarte dziecko, dość późno. Rodzice zajęci pracą na zmiany, nie mieli dla mnie tyle czasu ile potrzebowałam. Gdy wracali, byli zajęci swoimi sprawami. Z zazdrością patrzyłam na sąsiadkę w moim wieku, jak mama na nią chuchała i dmuchała, jak spełniała jej dziecięce zachcianki. Jak jeździli razem na wakacje. Rower, grę komputerową zawsze można pożyczyć, chwil spędzonych z rodzicami nie. Teraz sama jestem mamą i staram się wypełniać swoją uwagą każdy dzień mojego dziecka. https://www.facebook.com/karolina.firas

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim wielkim marzeniem w dzieciństwie był koń na biegunach. Były to czasy głębokiego PRL-u, w sklepach pustki, a takie konie widziałam tylko w telewizji lub u bogatych koleżanek (sprowadzane ze "zgniłego Zachodu"). Moi rodzice niebyli byli prominentnymi działaczami czy choćby kierownikami sklepu mięsnego więc ze spełnieniem mojego marzenia mieli wielki kłopot. A ja na każde pytanie, jak mantrę powtarzałam: konika ba biegunach... W końcu tata przytachał takiego konika i z triumfem ustawił przede mną na podłodze. Niestety, nie był nowy. Ślady używania, głośnie skrzypienie przy bujaniu, wyleniała miejscami sierść i słowa taty: "Tylko uważaj, nie połam go, bo jak Ci się znudzi - muszę oddać go z powrotem" podziałały na mnie dołująco. To była pierwsza w życiu czarna dupa w której się znalazłam:-) Patrzyłam na skrzypiącego konika i bałam się na niego wsiąść by go nie połamać. Płakałam z żalu, bujanie nie przynosiło frajdy. No i oczywiście wyszłam na niewdzięcznicę. Rodzice już dawno o tym nie pamiętają, a ja po smak rozgoryczenia pamiętam do dziś.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wtedy w dzieciństwie moim największym marzeniem było posiadanie własnego... pokoju:) Dzieliłam go ze swoja młodszą siostrą- straszną bałaganiarą. Mnie każda nie odłożona rzecz na miejsce doprowadzała do szału a ona.. nic luzik:) Ale teraz po latach gdy każda z nas ma swoją rodzinę to z nostalgią wspominamy nasze " wspólne" mieszkanie, nasze kłótnie o porządek, o swoje miejsce:)) Ech co za czasy:))

    OdpowiedzUsuń
  5. tak u mnie to najpierw pokój własny pokój, mieszkaliśmy we czworo w jednym pokoju i kuchni - rodzice, siostra i ja, potem miałyśmy pokój na pół z siostrą, dostałam go dopiero jak miałam jakieś 15 -16 lat, bo nie było warunków, pamiętam jak marzyłam o kalkulatorze, i o grze w wilka i jajka, marzyłam o wielu rzeczach, jak to dzieci, i chciałam mieć prawdziwą lalkę Barbie, dostałam ją na 10 urodziny, kupioną przez ciocie w Pewexie w Warszawie za dolary, była piękna, mam ją do dziś jest śliczna i ma...25 lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie podpisałam się Martyna Kicińska, martyna.kicinska@gmail.com

      Usuń
  6. moim marzeniem z dzieciństwa było posiadanie własnego roweru żeby z przyjaciółmi wyruszac na rowerowe wycieczki.
    https://www.facebook.com/kamila.szymanska.5074

    OdpowiedzUsuń
  7. o kurcze :) nie pamiętam , ale hmmm... pamiętam jak bardzo się cieszyłam jak dostałam od sąsiadki wózeczek dla lalek :) który jej już nie był potrzebny ,bo .... urosła :)była nastolatką, bardzo się cieszyłam ,tak to chyba było moje marzenie .W miarę pisania przypomniało mi się też ,że jak odwiedziliśmy raz znajomych mamy w jej rodzinnym mieście ,dzieci miały konia na biegunach .Bardzo im zazdrościłam , nie pamiętam nawet czy się na nim huśtałam ;) pamiętam ,że był piękny a ja od zawsze lubiłam konie i chciałam mieć takiego na co dzień. O i pamiętam takie żurnale (nie wiem chyba z Niemiec przywiezione) i tam były wszystkie rzeczy do kupienia (heh nasze allegro teraz) pościele ,ubrania ,naczynia i ..zabawki , mnóstwo zabawek .Zawsze z bratem oglądaliśmy te żurnale (mieliśmy takie 2 ) i marzyliśmy "co by było ,jakby było" taka lalka ,taki super samochód , kuchenka ,domki dla lalek ...jejku pamiętam ,że chcieliśmy te zabawki . Samochodzik dla dzieci -taki że się wsiada do środka i pedałuje i jedzie ... suuper .Pamiętam też ,że byłam zła na mamę jak kupiła piękną lalkę mojej kuzynce (a jej chrześnicy) bardzo mi się ta lalka podobała , ja takiej nie miałam...a kuzynki miały zawsze lepsze zabawki od nas i ich nie szanowały . Pamiętam jak chciało mi się płakać jak zobaczyłam tą lalkę za rok, kiedy to odwiedziliśmy znowu kuzynki. Lalka miała obcięte włosy, nie miala ręki i była porysowana długopisem...Boże kochany byłam zła na kuzynkę(jak mogła zniszczyć taką piękną lalkę) i na moją mamę (że mi jej nie dała)
    ach wspomnienia ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. https://www.facebook.com/profile.php?id=1734511819

      Usuń
  8. Moim największym marzeniem w dzieciństwie nie był ani rower, ani zabawka. Najbardziej na świecie chciałam móc zamieszkać w mieście razem ze swoimi dziadkami. Uwielbiałam kłaść głowę na brzuchu dziadka i słuchać jak opowiada bajkę o Słoniu Trąbalskim. Chodzić z nim na spacery i zajadać galaretkę w cukrze! (szkoda, że już nie spotkałam tego rarytasu z mojego dzieciństwa). Uwielbiałam mecze z dziadkiem i marzyłam, żeby kiedyś zagrać w jego drużynie. Żeby był ze mnie dumny. A Babcia robiła najlepszą szarlotkę na świecie i pozwalała przed zaśnięciem przeglądać stare zdjęcia. Opowiadała o swoim dzieciństwie i chyba jako jedyna masowała mnie po plecach ;) Marzyłam by mieć u nich swój pokój niczym Ania z Zielonego Wzgórza. Moje marzenie się spełniło i choć nie zagrałam w drużynie dziadka, i nie miałam pokoju jak Ania to zamieszkałam blisko dziadków i byłam bardzo szczęśliwa! izajakubczak@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje marzenie, to mega kolekcja puszek. Zbierało się wtedy wszelkie puszki po piwie, wymieniało się na inne. Rarytasem były puszki przywiezione z zagranicy, a dokładnie z Niemiec, bo o puszkach innych krajów można było pomarzyć. Oczywiście cała puszkowa kolekcja stała sobie na honorowym miejscu na meblościankach, takich jeszcze fornirowanych. Kto miał puszki, ten był gość najważniejszy na podwórku. Niestety moja mama, nie podzielała mojej pasji zbieractwa, więc pozostawalo mi zbieranie plakatów z Brawo Girl i historyjek z gum.. Lubię i udostępniam jako Barbara W. Mail basiawloch@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  10. Jako mała dziewczynka miałam mało marzeń, z resztą czasy były ciężkie. Pamiętam jak chciałam mieć autko wóz strażacki - każdy śmiał się że po co dziewczynce samochód. Wybawieniem była ciocia Krysia z Darłowa od której dostałam wymarzony wóz strażacki i do tego z rozkładaną drabiną.
    Pozdrawiam jako KalMar-owa Kuchnia

    OdpowiedzUsuń
  11. Moim marzeniem z dzieciństwa było mieć własny pokój ! Mam 2 rodzeństwa - siostrę i brata. Pamiętam jaka byłam nieszczęśliwa z powodu braku własnej przestrzeni, Młodsze rodzeństwo dawało w kość, wieczne kłótnie, bałagan, jak przychodzili znajomi czy chłopak wiecznie miałam ich na głowie. Teraz mi tęskno, za tym jednym wspólnym pokojem. Rodzeństwo siedzi teraz za granicą, a ja cholernie za nimi tęsknię! Jak jadę do nich to zawsze siedzimy w jednym pokoju na tzw kupie, towarzyszą nam nasi mężowie i rozbrykana 4 dzieciaków. To wspaniały czas:) Teraz mój syn ma marzenie żeby mieć balkon bo bycie z braciszkiem w jednym pokoju jak na razie mu nie przeszkadza:D

    OdpowiedzUsuń
  12. A moim marzenie bylo zeby wyjechac do Wloch do taty i juz wiecej nie musiec za nim tesknic. Chcialam nawet tam pojsc do szkoly byleby byc razem.

    a.w.poniatowska@o2.pl

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram