Post Top Ad

Ta chwila nadeszła...


Pojechał w niedzielę około 20. Przez niespełna miesiąc od pierwszego telefonu z Niemiec w sprawie przyjęcia do pracy, wyobrażałam sobie tę chwilę miliardy razy. Zamykając oczy widziałam morze łez i dzieci nie chcące puścić tatusiowej szyi. Panikowałam, a nerwy zżerały mnie od środka jak chmara szarańczy liście drzewa owocowego. Przez te kilka tygodni ze sto razy myślałam, że nie dam rady i ze sto razy chciałam zmienić decyzję.A już w sobotę wszystkie nerwy jakby uleciały. Wzięłam tyłek w troki i pomogłam Grześkowi spakować torby, ugotowałam mu troszkę domowego jedzonka, wyprasowałam ciuchy... Zadbałam, żeby wziął szczoteczkę do zębów, długopis i kanapki na drogę.  Czas do niedzielnego wieczora zleciał jak z bata strzelił. Od 18:00 patrzyliśmy na zegarek co 10 minut, ale tym razem nie chciał stać niemal w miejscu tak, jak to zwykle jest, gdy się na coś czeka. Tym razem złośliwy czas galopował. 

Kiedy nadeszła TA chwila byłam spokojna. Całus, przytulenie. Uważaj na siebie. Zadzwoń. Julka rzucająca się na szyję chyba z pięć razy i Szymek siedzący w wannie i niczego nieświadomy. Z nim tata żegnał się całą niedzielę... Nie odstępował go prawie na krok. Nie chcieliśmy doprowadzać go do płaczu, a "oficjalne" pożegnanie z tatą na minimum dwa tygodnie na pewno tym by się skończyło. Wszystkim nam byłoby trudniej. Julka wybiegła jeszcze na dwór i machała. Ja stałam przy oknie. Byłam spokojna. Na zewnątrz.  W środku rozpadałam się na tysiąc kawałków.

Ktoś powie: dwa tygodni, górą miesiąc rozstania to nic wielkiego. Być może, jeśli nie było się z sobą przez cały czas od ośmiu niemal lat, jeśli jedynymi naszymi rozstaniami nie byłyby cztery wizyty w szpitalu (trzy moje, jedna jego), jeśli nie znalibyśmy się niemal od urodzenia i nie byli w swoim życiu obecni praktycznie od zawsze. Być może wtedy spotkania co dwa tygodnie byłyby całkiem wystarczające a rozstanie na jakiś czas całkiem łatwe. Ktoś powie: przecież to była wasza decyzja. Jasne, nasza, ale gdybyśmy mieli tu jakieś perspektywy byłaby inna. Nasza, ale ale to nie znaczy, że prosta, bo życie nie jest czarno - białe. Nasza, ale to nie znaczy, że nie przynosi bólu i łez. Biorę te uczucia na bary, ale nie będę się wypierać ich istnienia...

Nie jestem z tych, co płaczą wśród ludzi. Życie nauczyło mnie ukrywać smutek i łzy. Odkąd jestem mamą dbam o to szczególnie, bo moja siła jest ich siłą... Wiem, że damy radę. Jednak w wieczory takie jak dzisiejszy otulona jego koszulką, jestem tylko ja i myśli o nim. Zapomniałam już jak potrafi wdzierać się w serce tęsknota za kimś, kogo się kocha najbardziej na świecie... Teraz muszę się nauczyć z nią żyć przez jakiś czas. Pośród wszystkich konsekwencji naszej decyzji ta najbardziej intymna, dotycząca tylko nas dwojga była przez nas odsuwana gdzieś na margines, ale ona jest i dziś czuję to bardzo mocno...


7 komentarzy:

  1. Pięknie to napisałaś, mam łzy w oczach. Nie wiem co więcej napisać poza tym, że Cię podziwiam, że jesteś silna i wiem, że wytrwasz bo są jeszcze dzieci. Mnie zawsze one ciągnęły w górę nawet z najważniejszej studni. Ściskam mocno;) Szybko minie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Najczerniejszej studni" piszę z telefonu, a on wiadomo robi co chce;)))

      Usuń
    2. Dziękuję... Wiesz, mi strasznie trudno przychodzi mówienie o uczuciach, ale pisanie jakoś łatwiej.... To pomaga i dzieci, bez wątpienia. Trudno też przychodzi mi przyjmowanie takich ciepłych, wzruszających słów, bo na co dzień nie spotykam się z nimi tak często jak tu w wirtualnym świecie... Nie pomyślałabym... A jednak. Dziękuję ♥

      Usuń
  2. Ola, jak nieczęsto piszę na blogach, że łzy ronię, tak u Ciebie jakoś tak wyszło. Może dlatego, że coraz bardziej bliska mi się stajesz i Twoje szczęście jest dla mnie bardzo ważne. Ten chory kraj doprowadza do takich sytuacji. Ale musisz wytrwać bo dzieci mają teraz tylko Ciebie. Rycz, ale po nocach, wyj z tęsknoty, ale do poduszki. A czasem jak już sił nie będzie, przytul dzieci i płaczcie razem. Ale nie wiesz co los dla Ciebie szykuje. Może Wy także wyemigrujecie. Może coś się zmieni. A z pewnością na lepsze. Trzymam za Was kciuki. Jeśli będziecie potrzebować pomocy, to wiedz, że masz w nas ogromne wsparcie. Ściskam Was gorąco! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niesamowite, że można poczuć z kimś więź znając go jedynie z wirtualnego, blogowego świata... A jednak! Ja też to czuję i Ty na pewno to wiesz. Jak już pisałam Małym Draniom trudno przychodzi mi mówienie o uczuciach, pisanie łatwiej. Trudno też przychodzi mi odpowiadanie na tak wzruszające komentarze, bo w codziennym życiu jakoś przylgnęła do mnie maska twardej babki. Ty jednak zawsze zdejmujesz ze mnie tę blokadę... Dziękuję ♥

      Usuń
  3. Pięknie napisane 😊 naprawdę powinnaś pisać zawodowe. Najgorsze za Wami - podjęcie decyzji i pierwszy wyjazd. Wiem, że w dzień człowiek nie myśli tylko działa. Wieczory są najgorsze, gdy człowiek chce się przytulić. Wiedz, że takich rodzin jak Wy jest niestety mnóstwo. Problemów z tym związanych jest dużo czy to wtedy gdy taty nie ma, czy jak wróci. Ale miłość jest najważniejsza, ona się jeszcze umocni, choć wydawałoby się że to nie jest możliwe. Bo macie określony cel - by żyło się lepiej. My tu gorąco wam kibicujemy, trzymamy kciuki, aby się udało szybko osiągnąć cel. My wiemy przez co przechodzicie więc staliście nam się bliżsi😊 trzymaj się Olu, płacz do poduchy kiedy masz ochotę bo nie ma co dusić w sobie negatywnych emocji. Ściskamy i ślemy pozytywną energię ze słonecznego Opola 😊

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie będę się rozpisywać! Oby było wszystko dobrze! Ba! Musi być dobrze. Trzymaj się dzielnie!

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram