Post Top Ad

Poród z tatą czy bez?

Pomyślałam sobie, że trochę ostatnio mało typowo "dzieciowych" tematów jak na blog o jakże wdzięcznej nazwie ŚWIAT SIĘ KRĘCI WOKÓŁ DZIECI, dlatego dziś będzie o porodzie. A konkretnie spróbuję odpowiedzieć na pytanie, które zadaje sobie chyba każda przyszła mama: rodzić z partnerem czy bez niego?Sama przeżywałam ten dylemat dwa razy, a właściwie to raz, bo przy drugim porodzie odpowiedź była już jasna i oczywista...
Będąc w pierwszej ciąży nie wiadomo, czego się ma człowiek spodziewać przy porodzie. Całe szczęście, że dostęp do informacji teoretycznych jest już właściwie nieograniczony i możemy się dokształcić w kwestii etapów porodu, oddychania, medycznego osprzętu, z jakim możemy się spotkać i tym podobnymi kwestiami. Jednak bogatsza w doświadczenia dwóch porodów mogę z ręką na sercu stwierdzić, że wiedza teoretyczna a zderzenie z rzeczywistością to jednak dwie różne sprawy... Cała ta niepewność i nieświadomość tego, jak będzie wyglądał mój poród sprawiała, że nie wiedziałam, czy wolałabym być w tych chwilach z mężem czy sama.Oczywiście naczytałam się też i nasłuchałam strasznych opowieści o tym, jak to mężowie w najlepszym wypadku mdleli na porodówce, a w najgorszym po porodowych widokach odchodziła im ochota na seks na resztę życia.  Dyskutowaliśmy na ten temat setki razy, zanim podjęliśmy decyzję,  a i tak ostatecznie nie byliśmy jej pewnie i dopiero poród pokazał, czy była słuszna czy nie.

Poród mnie zaskoczył. Mówili, że będzie bolało, ale żeby aż tak?! Opiekę położnej też wyobrażałam sobie jakoś inaczej, niż tylko sprawdzanie co kilkanaście minut rozwarcia i skwitowanie moich wrzasków słowami: "Lepiej zachowaj siły na parcie!". To ON pobiegł po pielęgniarkę, kiedy na sali poporodowej [gdzie leżałam pod KTG  z braku miejsca na porodówce i pewnie też dlatego, że przy przyjęciu nawet nie zostałam zbadana, więc skąd mogli wiedzieć, że za chwilę urodzę :p] odeszły mi wody. To ON  ochrzanił  położną, kiedy zostawiła mnie na korytarzu człapiącą noga za nogą, a sama z gracją przeparadowała na porodówkę. To ON  pilnował, żebym oddychała, zamiast chować twarz w poduszkę, aby nie krzyczeć. To JEGO ręka znosiła moje wpijające się paznokcie, a potem przecięła pępowinę. To ON podtrzymywał mi głowę i plecy podczas parcia i ON patrzył na ręce położnej. Nie zemdlał. Był opoką i wsparciem. Przeżywał te chwile wspólnie ze mną. Urodziłam szybko, ale w czasie porodu na pewno nie byłam ani seksowna ani romantyczna. Za to wrzeszcząca i spanikowana na pewno. Chcecie wiedzieć, czy po porodzie coś się zmieniło pomiędzy nami czy może przestałam być pociągającą kobietą dla mojego męża? Rozczaruję was - jeśli się zmieniło, to tylko na lepsze, bo te chwile umocniły nas jeszcze bardziej, a widoki, hmmm no cóż,  nie miały żadnego wpływu na nasze życie intymne. Przy drugim porodzie było podobnie, choć tym razem  tata miał znacznie mniejsze pole do popisu z uwagi na ekspresowy przebieg. 
Przechodząc do sedna: dlaczego zdecydowałam się na wspólny poród i dlaczego uważam, że to dobry pomysł? Przede wszystkim dla bezpieczeństwa własnego i dziecka. Kobieta w trakcie porodu niestety nie myśli do końca rozsądnie, a personel medyczny w naszym kraju niestety często to wykorzystuje. Kobietom nie udziela się informacji, nie pyta o zdanie, nie szanuje ich prywatności. Błędy lekarskie zdarzają się coraz częściej i mają często tragiczne skutki. Obecność kogoś najbliższego, kto będzie mógł zadbać o dobro rodzącej i maluszka, popatrzeć położnym na ręce i trzymać rękę na pulsie jest według mnie bardzo ważna. Wsparcie i bliskość w tak niezwykłej chwili jaką jest poród to także coś bardzo cennego. Śmiem twierdzić, że mi obecność ukochanego mężczyzny pomogła szybciej i łatwiej urodzić. 
Oczywiście są kobiety, które nie chcą, by facet widział je w tak trudnej sytuacji jaką jest poród. Szczerze przyznam, że nie do końca to rozumiem, bo dla mnie miłość to przede wszystkim akceptowanie siebie nawzajem w każdej sytuacji - nie tylko z wystudiowaną miną i makijażem. Jednak przyczyny mogą być różne: strach przed krwią, zbytnia nerwowość lub wrażliwość, niedojrzałość partnera [abstrahuję od powodów niezależnych takich jak wyjazd partnera na przykład]. W takim wypadku może warto zabrać na porodówkę przyjaciółkę, mamę czy siostrę, aby była waszym głosem, dodatkową parą oczu i wsparciem? Myślę, że żadna z nas nie powinna być sama w tak trudnych i ważnych chwilach. A jakie jest wasze zdanie na temat porodów rodzinnych? Rodziłyście same, z partnerem, czy może z inną bliską osobą


20 komentarzy:

  1. Sama:) Dwa razy i nie zmieniłabym tego:) Nikt za mnie tego nie przeżyje:) A mimo bólu przytomność umysłu zachowałam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie Ci zazdroszczę tej przytomności. Niestety porodu nie da się przewidzieć, a obecność drugiej osoby może pomóc zapobiec pewnym sytuacjom, do jakich dochodzi, gdy kobieta rodzi sama. No i ja szczerze mówiąc tak jak dziecko uważam za wspólne tak samo poród, bo niby dlaczego mam cierpieć w samotności, skoro dziecko ma dwoje rodziców ?

      Usuń
    2. Też użyłam tego argumentu- wspólnie poczelismy-wspólnie rodzimy :) Ula-mama Olka:)

      Usuń
  2. Za pierwszym razem mąż był przy mnie. Za każdym razem wołałam go na porodówkę, gdy podłączali kroplówki z oksytocyną. Ale u mnie wiesz, jak się skończyło :) Gdybym rodziła naturalnie, na pewno mąż byłby przy mnie! Niestety w trakcie cesarki w moim szpitalu, mąż nie mógł być.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tez myślałam że będziemy rodzić razem:) Ale potem jednak zmieniłam zdanie. I nie wynika to z braku bliskości czy przekonania że to tylko moje dzieci. Rodziłam sama bo tak czułam po prostu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wątpię Iza, że jesteście Robertem blisko. Tylko właśnie zawsze się zastanawiam, co kieruje kobietami decydującymi się na poród w pojedynkę no i mężczyznami pozwalającymi im na to albo tymi, którzy nie chcą być przy nich. Dla mnie to coś tak wspólnego, no jak dziecko :p że trudno mi sobie wyobrazić, abym mogła być w tej chwili sama.

      Usuń
    2. Gdybym miała rodzić po raz trzeci to też sama. Olu trzeba mieć umysł szeroko otwarty! Nie ma nigdy tak, ze tylko jedna droga jest właściwa:) W rodzeniu bez partnera nie ma nic złego o ile jest to wybór obojga:) Ale zgodzę się, że pięknie jest, że kobiety mają wybór i mogą rodzic razem z partnerami:)

      Usuń
    3. Kochana ja nigdzie nie napisałam, że jest w tym coś złego. J a się tylko zastanawiam, co kieruje kobietami podejmującymi świadomie decyzję o porodzie w pojedynkę?

      Usuń
  4. Od początku ciąży chciałam żeby mąż był ze mną. Między innymi z tych samych powodów co ty-trzeźwe oko:) mąż długo się wahał ale w końcu zdecydował że będziemy rodzic razem. I teraz nie żałuję- co więcej każdego przyszłego tate namawia że jeśli bądzie taka możliwość żeby nie rezygnował z tego przywileju. A nasze życie intymne nic nie ucierpiało:) Ula -mama Olka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak jak u nas. Mąż mówi, że nie wyobraża sobie nie być przy porodzie, jeśli jeszcze kiedyś jakiś nastąpi ;) Mój mąż ma hopla na punkcie bezpieczeństwa, więc w dużej mierze tym się kierował będąc ze mną. Teraz tyle się słyszy o zaniedbaniach szpitali... Czuł się spokojniejszy patrząc personelowi na ręce...

      Usuń
  5. Mimo, iż był przeciwny w pierwszych miesiącach ciąży to podczas porodu był przy mnie. Trzymał za rękę, masował plecy, podawał wodę, rozśmieszał (!), malował usta i przeciął pępowinę! Płakał jak dziecko ze szczęścia i do dziś mówi, że to najpiękniejszy dzień w jego życiu. Przy drugim mówi, że też nie wyobraża sobie nie być!
    A ja nie wyobrażam sobie rodzić bez najbliższej osoby. Bez osoby, dla której poród powinien być tak samo ważną chwilą jak dla mnie. Bez osoby, która przy ołtarzu przysięgała być ze mną w różnych chwilach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój poza malowaniem ust robił to samo:)

      Usuń
    2. Mam podobne zdanie zdanie jak ty. U mnie porody trwały krótko, więc w sumie maż nie miał jakoś wiele pracy przy mnie hi hi, ale sama jego obecność była dla mnie bardzo ważna.

      Usuń
  6. Rodziliśmy razem za pierwszym podejściem - przy drugim dziecku był mąż, i moja siostra z ciocią, i się zmieniali u mnie. W pierwszej części był mąż, w drugiej siostra, na rozwiązanie znów mąż, a jak wynieśli dziecko z mycia. to cała 3-ka była przy mnie. później już tylko we 3-je byliśmy. Czy to coś między nami zmieniło? nie. nic. Tyle tylko,że połóg trwał wieczność he he

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat z połogiem nie miałam kłopotów. Za pierwszym razem fakt, że pięć tygodni, ale za drugim dużo krócej dochodziłam do siebie, a przez dwa tygodnie i tak byłam na patologii z Szymkiem.

      Usuń
  7. Ja się cieszę, że mam szczęście żyć w czasach, gdy mąż ma prawo być przy porodzie, gdzie dziecko dostaję od razu na ręce. Mojej mamie nas zabierano, a tata nie mógł nawet na oddział wejść.

    P. był przy pierwszym porodzie. Bez niego nie dałabym rady. Nie przez 23 godziny z bólami krzyżowymi. Nie, mdlejąc pod koniec porodu, bo ze zmęczenia zatrzymały się skurcze.

    Przy drugim został z Tymonem, ale i tak odprowadzili mnie na porodówkę, we dwóch. Wszystkie pielegniarki i położne w szpitalu zachwycały się synkiem odprowadzającym mame do porodu ;) Drugi poród był łatwiejszy i krótszy ( w szpitalu rodziłam tylko godzinę, w domu 6 godzin skurczy), a położną miałam cudowną więc jakoś przetrwałam ;) Acz wolałabym z nim :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj tak! Nie wyobrażam sobie rodzić bez Menża !

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja rodziłam z Maksmalnym i mimo, że w praktyce wiele mi nie pomógł to sama jego obecność dodawała mi otuchy. Czułam, że nie jestem sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strzyga u moich rodziców w domu są jeszcze listy pisane na chusteczkach, które rzucali sobie przez okno oddziału położniczego, jak sie urodziłam :). Szok!

      Monika mam podobne odczucia. Miałam bardzo szybkie porody, jak już pisałam, więc w praktyce to mąż pomagał tylko przy pierwszym, ale liczyło się to, że po prostu był ze mną.

      Usuń
  10. Moje 2 porody odbyły się w towarzystwie męza. Nie wyobrazam sobie inaczej. Uważam, ze porody powinny zawsze odbywać sie wspólnie (za granicą to nawet cale rodziny uczestniczą w tym ważnym wydarzeniu). Dziecko jest nie tylko mamy, ale i taty i jego obecność jest bardzo ważna przy porodzie. Ja osobiście czułam się wyjatkowa, miałam poczucie bezpieczeństwa, pomimo iż położne , jak i lekarza , miałam super przy oby dwy porodach (zaznaczam, że nic za tą wspaniałą opiekę nie zapłaciłam). A tatuś był najpierw strasznie przejety, nie wiedział, ze tak można cierpieć. A potem juz tylko duma i radość, jak dziewczęta pojawiły się na swiecie:))

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Post Top Ad

Instagram